sobota, 25 lipca 2015

Trzymam Tobie kciuki!

**********************************************************

„Postanowiłem podzielić się z Tobą bardzo ważną wiadomością: kupiłem sobie parę świnek morskich – są brązowe, małe, mają około 2 miesięcy. Tyle tylko, że świnek nigdy nie hodowałem i dlatego mam dla Ciebie bojowe zadanie – zorientuj się czy któraś z Twoich koleżanek hoduje świnki i jak z nimi robi. 
A poza tym co u Ciebie i co w Kosmosie?
W Pradze mamy bardzo fajną pogodę. Coraz szybciej topnieje śnieg i już nareszcie czuje się wiosnę. Chciałbym, żeby już były wakacje. Czeka mnie jeszcze do zdania kilka egzaminów – myślę, że nie powinienem mieć z nimi kłopotu. Trzymaj mi kciuki!” 
Nie pamiętam, co odpowiedziałam wtedy, jako małolata. Ale teraz tak się stało, że naszła mnie potrzeba domknięcia tego koła, które się zatoczyło, kiedy niespodziewanie odezwałeś się znowu, bez zwrotnego adresu tym razem, w każdym razie na planecie Ziemia, i jak zawsze za przyczyną najważniejszej osoby w moim życiu. 

Więc co u mnie? Znam się trochę lepiej na hodowli świnek niż wtedy, na zwierzakach w ogóle. A poza tym dużo się zmieniło/nie zmieniło, co stwierdzam na przemian z przerażeniem i z ulgą. Jak ostatnio, kiedy się natknęłam na Rilkego, via Dziennik Bachmann, z dawnym dreszczem. Co zrobisz, gdy ja umrę... Żal mi Boga. 

Za to w Kosmosie się dzieje. Wszystko z powodu planety, którą namierzył niedawno boski teleskop Keplera i którą spece NASA po głębszych oględzinach ogłosili starszą siostrą Ziemi. Czyżbyśmy zatem nie byli jedyną tak osobliwą trzciną w tym wielkim bezkresie?

I co powiesz na to? 
Trzymam Tobie kciuki i pozdrawiam! 

PS Szyderców odsyłam do Body/Ciało Szumowskiej. 


**********************************************************

wtorek, 21 lipca 2015

Obumarł we mnie żołnierz*

**********************************************************

„Wszyscy o mnie gadają, i naturalnie cała familia także. „Chodzi z Żydem”. Mama oczywiście jest bardzo zdenerwowana tym gadaniem, a nawet nie ma pojęcia, jakie to ma znaczenie! Nie mówi wprost, co jej ciąży, więc dziś w kuchni sama zaczęłam i powiedziałam jej, że nigdy nie rozmawiamy tak, żeby nie mógł tego usłyszeć ktoś trzeci, zresztą sama przecież wie i czuje najlepiej. Chyba mnie zna! Ale wcale nie o to chodzi, tylko o to, że „z Żydem”. Powiedziałam, że przespaceruję się z nim dziesięć razy przez Vellach i przez Hermagor, niech się ludzie oburzają, tym lepiej.”

I kto to pisze? Ciekawa jestem bardzo, jak obstawiają ci, co akurat nie kojarzą. No bo tych, którzy akurat wiedzą oczywiście ta zabawa nie dotyczy.

Jest to fragment Dziennika wojennego, pisanego przez Ingeborg Bachmann. Kartka z czerwca 1945 roku! Bachmann ma wtedy osiemnaście lat i poznaje przebywającego tymczasowo w Hermagor żołnierza 8. Armii Brytyjskiej, Jacka Hamesha. Hamesh jest w gruncie rzeczy austriackim Żydem, który trafił do Anglii w 1938 roku z transportem żydowskich dzieci, "właściwie miał już wtedy 18 lat, ale jego wuj jakoś to załatwił, rodzice już nie żyli". Potem znalazł się w armii brytyjskiej, a po zakończeniu wojny, ze względu na doskonałą znajomość niemieckiego, wylądował w biurze FSS (Field Security Section), w jednej z alianckich stref okupacyjnych w Austrii.

Z trudem mieści się w głowie, że po wojnie – tuż po t a k i e j wojnie - w austriackiej wsi o nowym znajomym Bachmann mówi się w taki sposób: „ten Żyd”, a zadawanie się „z Żydem” budzi w tamtejszych lokalsach jakąś chorą sensację podszytą dobrze znanymi, obrzydliwymi fobiami. Chociaż zdaję sobie sprawę, że jest to jednak trudność z gatunku dość naiwnych.

Dziennik wojenny Bachmann jest krótki, lecz intensywny. Pozwala poczuć opór, odruch sprzeciwu i mdłości, jaki musiał ten nazistowski syf budzić w każdym, kto od początku umiał właściwie go ocenić, kto był po prostu przyzwoity. Bachmann jest odważna. I osamotniona w tej odwadze. 

W jednym z fragmentów Dziennika, który zaczyna cytatem z cudnego wiersza Rilkego: „Co zrobisz, gdy ja umrę, Panie…”, pisze o tym, że przestała schodzić do bunkra na czas bombardowań, że już się nie boi.
„Na ulicach nie ma teraz żywego ducha. Dni są takie słoneczne. Ustawiłam krzesło w ogrodzie i czytam. Z całą mocą postanowiłam sobie czytać dalej, gdy nadlecą bomby. (…) Może to grzech tak po prostu siedzieć i patrzeć na słońce, ale nie mogę już wytrzymać w bunkrze, godzinami, gdy po kamiennych ścianach ścieka woda, a powietrze jest tak stęchłe, że człowiek prawie traci przytomność. Z powodu powietrza nie wolno rozmawiać, ale te otępiałe, nieme tłumy też są nie do zniesienia. Przeraża mnie myśl, że można by tam umrzeć razem ze wszystkimi, jak w stadzie bydła. Przynajmniej w ogrodzie. Przynajmniej na słońcu”.
Ingeborg Bachmann, Dziennik wojenny. Z listami od Jacka Hamesha, Czarne 2015

Jack Hamesh wyjechał do Palestyny w 1946 roku, skąd pisywał do Ingebor listy przez jakiś czas. Czy jesteś zadowolony, pyta Bachmann, albo wręcz szczęśliwy? Tak, jestem zadowolony, mógłbym przecież równie dobrze gnić w masowym grobie gdzieś w Polsce albo w Niemczech albo wręcz w mojej DAWNEJ OJCZYŹNIE Austrii. Ale szczęśliwy nie jestem, pisze Jack.

Nigdy potem się już nie spotkali. 

________________________________________________________
* fragment z listu Jacka Hamesha do Ingeborg Bachmann

**********************************************************

niedziela, 19 lipca 2015

Bardzo trudno jest mi orzec, czy to ptak, czy nosorożec…

**********************************************************

Zeppeliny i toi toi-e, i drogowcy spowolniali od tropiku, rozgrzane blachy aut pomiędzy barierkami, w tym lincoln excalibur, który błyszczy się jak żuczek gnojarz z pancerzykiem o perłowym umaszczeniu i z groteskowymi wypustkami. Wakacyjne remonty w wielkim mieście. Termometr w pełnym cieniu generuje trzydzieści pięć stopni. 

Babcia wyciąga futro. Na balkonie obok pelargonii kitłasi się w tym skwarze na turystycznym krzesełku ładnych parę kilo miękkiej sierści. Trzeba wietrzyć od czasu do czasu, mówi babcia, no bo co z tym zrobić? 

A wiesz, że doszło do tego, że w Afryce ucina się rogi żyjącym nosorożcom, żeby zapobiec rzezi tych przetrzebionych totalnie gruboskórców? Ludzie je zabijają, bo sobie ubzdurali, że jak się nażrą takich nosorożcoworogowych sproszkowanych oranżadek, to się staną mocarzami, to śmierć się nie przewierci przez ich zgrubiałą skórę ani żadna słabość nie przeniknie do ich krwiobiegu. 

To taki zdrowy ten róg? babcia pyta, a ja odpowiadam, rozciągając swą odpowiedzialność i na babcię, i na nosorożce: zdrowe to są, moja droga, przede wszystkim kiszone buraki. Nastawimy zaraz cały słój, jak ukisną, będziesz sobie wcinać i żaden róg bawoli ani nosorożcowy naszym pysznym burakom nie podskoczy, mówię babci z całym przekonaniem. 

Potem biorę wywietrzone futro i narzucam sobie na ramiona, żeby babcia mogła mnie zobaczyć. Oto człowiek? Coś innego raczej. Ni to człek, ni to pies, ni wydra. Babcia przechodzi pomyślnie terapię śmiechem. 


**********************************************************

niedziela, 12 lipca 2015

Hej, profesor, wziąłbyś się za jaką robotę*

**********************************************************

Niedobre wieści, wojna! - babcia nie traci tym razem czasu na puste konwenanse, na miałkie powitalne rytuały, sytuacja jest poważna. Jak to wojna? gdzie i jaka wojna? No w tym filmie, co go oglądamy, babcia już mnie podpięła do fanklubu, bo to jest przecież serial h i s t o r y c z n y. Babcia jest z lekka dotknięta moim niedoinformowaniem w tematach zasadniczych, a także przyciężkawym kojarzeniem. Więc to tak. 

Gdy obieram ziemniaki, babcia wyciąga korale i zaczyna przymierzać: czarne, różowe, perły. Nigdy ich nie nosiłam, bo nie lubię korali, mówi. Powinnaś zacząć nosić, ładnie ci, przekonuję szczerze. 

Najpierw to była wojna - babcia rozwija jednak wątek wojenny – a potem czyn społeczny, ciągle nas zawozili na ten czyn, deski musieliśmy nosić z jednego miejsca w drugie przy budowie Nowej Huty, a następna grupa te same deski z powrotem przenosiła, daję słowo. Ja do domu po pracy wracać chciałam, miałam swoje sprawy, a tu nie było zmiłuj, czyn i czyn. Tym pannicom w haremie taka terapia pracą by się przydała, bo z tych nudów knują tylko i knują. 

Trochę mnie niepokoi, co babcia ma na myśli, lecz uświadamiam sobie, że babcia jest po prostu z powodu życiorysu twarda jak Roman Bratny, który nie pisał wprawdzie o Nowej Hucie akurat, ale przytrafiło się to innej ciekawej postaci z tamtej epoki - tak zaczyna się Dzień narodzin, pierwszy rozdział pewnej niesamowitej opowieści:
   „Profesor zdjął okulary i powiódł po zebranych białym, niewidzącym spojrzeniem. W głosie jego drżała irytacja.
   - Moim zdaniem – powiedział – to jest nonsens. Kraków był zawsze miastem kultury i nauki i miastem nauki pozostanie. Dlatego uważam za nonsens budowanie pod Krakowem wielkich zakładów przemysłowych.
Przez salę przebiegł szmer. Inżynierowie nie kryli wzburzenia, jakie wywołało w nich niesłychane wystąpienie rzeczoznawcy naukowego. Naczelny dyrektor istniejącej na razie tylko na papierze Nowej Huty, piękny, postawny mężczyzna o przedwcześnie posiwiałych włosach i zaczerwienionych z niewyspania oczach, uciszył gestem ręki wzbierający gwar i powstał, aby odpowiedzieć niefortunnemu mówcy.
   - My inżynierowie szczególnie szanujemy naukę, gdyż często korzystamy z jej pomocy. Ale nauka, tak samo jak technika, służy wielkiej sprawie poprawy bytu ludzkiego. Nauka, która się z tego obowiązku wyłamuje i chce służyć tylko samej sobie, nie zasługuje ani na szacunek, ani na opiekę. Proszę nam powiedzieć, profesorze, w czyim imieniu występuje pan przeciwko Nowej Hucie? Czy w imieniu studentów, którzy będą odbywali praktyki w jej zakładach, a z czasem zajmą tam stanowiska inżynierów? Czy w imieniu pańskiego miasta, przed którym sąsiedztwo Nowej Huty otwiera nowe perspektywy rozwojowe? Czy może w imieniu biednych chłopów podkrakowskich, którzy przed wojną wędrować musieli w poszukiwaniu pracy na Śląsk lub za granicę? Z pewnością nie. Występuje pan jedynie w imieniu ciasnego egoizmu konserwatysty, sprzeciwiającego się na ślepo wszelkim zmianom. Wierzymy głęboko, że postępowy świat naukowy Krakowa ma na tę sprawę pogląd zupełnie odmienny.
   Sala biła brawo. Dwaj inni profesorowie-rzeczoznawcy, pokonawszy w sobie odruch solidarności zawodowej, przyłączyli się także do oklasków. Członkowie radzieckiej ekipy projektodawców, którym wytłumaczono treść incydentu, kiwali z uznaniem głowami. Najstarszy z nich uśmiechał się z lekka. Znakomity inżynier i naukowiec, projektodawca Kuźniecka i Magnitogorska, przypomniał sobie zapewne w tej chwili jakieś zamierzchłe analogie z dawno już przebytego etapu historii.”
Marian Brandys, Początek opowieści, Państwowy Instytut Wydawniczy 1952
________________________________________________________
* Marian Brandys, Początek opowieści, Państwowy Instytut Wydawniczy 1952

**********************************************************

sobota, 11 lipca 2015

Numer trzydziesty czwarty

**********************************************************

– Ach, co za miły pokój! Z przyjemnością można tu spędzić kilka tygodni. 

Tak wyraził się z entuzjazmem Hans Castorp, gdy kuzyn Joachim wprowadził go do pokoju numer trzydziesty czwarty, w którym miał zatrzymać się na planowane trzy tygodnie swojego pobytu w Davos. Joachim jako tutejszy posłużył mu od razu wszelkimi konkretami co i jak, dając Hansowi próbkę osobliwego klimatu tego miejsca, nie mając świadomości, jakie to może na Hansie zrobić wrażenie: 

- Przedwczoraj umarła tu jedna Amerykanka – rzekł Joachim. – Behrens od razu powiedział, że będzie z nią koniec, zanim przyjedziesz, i że będziesz mógł dostać jej pokój. Był przy niej jej narzeczony, oficer marynarki angielskiej, ale się bynajmniej mężnie nie zachowywał. Co chwila wychodził na korytarz, żeby płakać – zupełnie jak mały chłopak. A potem smarował sobie twarz cold cream’em, bo był wygolony i łzy paliły mu skórę. Przedwczoraj wieczorem Amerykanka dostała jeszcze dwóch krwotoków pierwszej klasy, to był koniec. Ale wyniesiono ją już wczoraj rano, a potem zrobiono tu naturalnie gruntowną dezynfekcję formaliną. 

Hans Castorp wysłuchał tej relacji „z pewnego rodzaju niespokojnym roztargnieniem” i „zaledwie przelotne spojrzenie rzucił na czysto zasłane łóżko z białego metalu”. 

A gdy zasnął, to natychmiast zaczął śnić. Śnił bez przerwy do samego rana. Przechodził z jednego snu w drugi, „aż zbudził go szary ranek, zaglądając przez uchylone drzwi balkonowe”. 

Na Amerykance i snach w dużym stopniu Małgorzata Sikorska-Miszczuk oparła swoje libretto, napisane do opery „Czarodziejska góra” Pawła Mykietyna, w reżyserii Andrzeja Chyry, ze scenografią Bałki. 

Są wakacje i mam to, co zwykle: "lekkie swędzenie palców i w okolicy płata czołowego". Der Zauberberg. Jeszcze raz? A potem jeszcze raz.

Malta Festival, Poznań 2015, Czarodziejska góra

**********************************************************

wtorek, 7 lipca 2015

Moje palce płonęły od ognia mej duszy*

**********************************************************

Uśmiechnięta, porozbierana… – babcia wita mnie w progu taką krótką charakterystyką, a następnie streszcza mi serial z jakimś cesarzem albo sułtanem w roli głównej, poligamistą w każdym razie, który – co babcia podkreśla – woli jednak dziewczęta roześmiane, czy niekompletnie ubrane, tego nie wiem. 

Cesarz kojarzy mi się najpierw z Hansem Christianem Andersenem, a w drugiej kolejności z Kapuścińskim.

Ten pierwszy żony nie miał (z tego, co wiem), drugi miał tylko jedną, niemniej dostarczył Arturowi Domosławskiemu materiału do rozdziału pt. O miłości i innych demonach, który znalazł się w jego biografii Kapuściński non-fiction, a który sąd nakazał mu ostatnio usunąć z kolejnych wydań. Wyrok jest kuriozalny, a także nieprawomocny póki co. 

Instytucja cenzury samemu Kapuścińskiemu nie była obca, do tego stopnia, że gdy zabrakło jej tam, gdzie jego własnym zdaniem byłaby potencjalnie naturalna, ocenzurował się sam, wycinając z amerykańskiej wersji książki pt. Szachinszach wszystkie fragmenty, mówiące o mało chwalebnej roli USA we wspieraniu irańskiego dyktatora. 

Domosławski się nie cenzurował. Za to został ocenzurowany.

Uśmiechnięty, może w czarnym golfie, z takim dymkiem: Moje palce płonęły od ognia mej duszy – tak widzę ilustrację do tego wyciętego rozdziału.


________________________________________________________
* cytat z serialu, który ogląda babcia

**********************************************************

piątek, 26 czerwca 2015

Nie sam chleb żuje człowiek

**********************************************************

Babcia zadaje mi czasem zaskakujące pytania, jak ostatnio: czy umiem modlić się na różańcu? No nie sądzę, niespecjalnie raczej, nie pamiętam, a dlaczego babcia pyta? Bo szukałam wsuwki, babcia na to, i znalazłam przy okazji w filiżance ten różaniec, taki, co mamusia moja jeszcze na nim modliła się, pokazuje mi masywny sznur z ciemnobrązowymi koralikami. 

Babcia ma taki zwyczaj, że wrzuca różne detale typu spinki, zapinki, guziki, koraliki, gwoździki itp. do filiżanek stojących w funkcji dekoracyjnej za szybą starej witrynki, a potem przegrzebuje te swoje skarby w razie nagłej i nietypowej potrzeby, często zresztą ratując sytuację, długo by o tym mówić. 

A pamiętasz w co byłaś ubrana, jak wracaliście w czterdziestym piątym do rodzinnego domu, z którego została de facto jedna ściana? Miałaś buty? Odwdzięczam się tym razem pytaniem za pytanie, ale babcia zbywa mnie jak zwykle UNRRĄ i ogólnikami, nie chce mówić. 

Pokazuję palcem makabryczne powojenne zdjęcie Korsykanki z ogoloną głową, nagiej, zapłakanej, poniżanej rytualnie przez sąsiadów, karzących ją w ten sposób za zadawanie się z niemieckimi żołnierzami, „odzyskujących jej ciało dla Francji”.
„Z dużym zadowoleniem przyglądano się grupie ogolonych kobiet, mających tabliczki na szyjach, które gołymi rękami napełniały w pośpiechu kubły końskim łajnem. Kiedy kubeł był pełny, przewracano go kopniakiem i cały proces zaczynał się od początku. Było jasne, że miejscowe kobiety nadal odgrywają się na dziewczynach, które się oddawały niemieckim żołnierzom.”
W dziesiątkach miasteczek kobiety były zmuszone przechodzić tę ciężką próbę częściowo albo kompletnie nagie.
(cyt. za Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej, Keith Lowe) 
I żebyśmy nie zapomniały kupić truskawek, babcia szarpie mnie lekko za rękaw, trzeba się najeść póki są, słyszysz? Słyszę, i zamykam książkę, nie denerwuj się, nie zapomnimy.

**********************************************************

wtorek, 23 czerwca 2015

Nie ma nic naturalniejszego niż przemoc *

**********************************************************

Przed tronami zwierząt stali pokornie ludzie, oczekując wyroku – widzicie to? bo ja widzę, ale oryginalnie to jest wizja Eliasa Canettiego, który twierdził też, że w historii zdecydowanie za mało mówi się o zwierzętach. 

Zgadzając się z nim w pełni, nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam wreszcie pionierską w tym obszarze książkę Érica Barataya pod mówiącym wszystko tytułem Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii, w której autor podejmuje próbę popatrzenia na historię świata z uprawnionej perspektywy zwierząt, partycypujących w niej w końcu bez wątpienia i wprzęganych na przestrzeni wieków coraz bardziej, coraz beznadziejniej w ludzkie sprawki, ludzkie barbarzyństwa, odzieranych z respektu, używanych do pracy i rozrywki, a także w celach spożywczych, wykorzystywanych w ludzkich wojnach. 

Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiło na mnie jedno z wojennych wspomnień Ryszarda Kapuścińskiego z Buszu po polsku, po przeczytaniu którego John Updike napisał do autora, że dopiero teraz rozumie znaczenie figury konia w Guernice Picassa: 
„Mam siedem lat (…) Jest noc i chce mi się spać, ale nie wolno mi spać, musimy iść, musimy uciekać. (…) Mijamy pobojowiska zasłane porzuconym sprzętem, zbombardowane stacje kolejowe, przewrócone na bok samochody. (…) Wszędzie napotykamy trupy koni. (..) Na każdym kroku martwe konie, to wprost na drodze, to obok w rowie, to gdzieś dalej w polu. Leżą z nogami uniesionymi do góry, kopytami wygrażają światu. Nigdzie nie widzę zabitych ludzi, bo tych grzebią szybko, tylko trupy koni karych, gniadych, srokatych, cisawych, jakby to była wojna nie ludzi, a koni…" 
Świat jako wytwór ludzki zasługuje raczej na potop, a nie na nową historię, czy nie tak? 
„Boże Wszechmogący, ześlij deszcz, potężny deszcz, taki, który jeszcze nigdy nie padał, deszcz jak bombardowanie, deszcz jak nalot. Ześlij deszcz i zatop to miasto. Zrób to szybko, zanim ktokolwiek zdąży zareagować. Zanim włączą się alarmy.” 
To modlitwa bohatera powieści Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka, nienaznaczonego biograficznie żadną wojną w sensie militarnym, naznaczonego za to doświadczeniem przemocy w sensie ludzkim, w tym także ojcowskim, która jawi mu się jako siła panująca nad miastem i światem, sprawcza moc. 

Żulczyk to nie Smarzowski, choć tworzy konsekwentny i malowniczy obraz miasta złego, a Smarzowskim nie jest, bo dopuszcza jednak do pęknięcia - daje bohatera, który będąc w jakimś sensie Don Kichotem, jest sugestią, że istnieje gdzieś być może inny real. 

Żulczyk stworzył moralitet. Wołając o potop, znalazł sens w napisaniu jeszcze jednej ludzkiej historii.

________________________________________________________
* Jakub Żulczyk, Ślepnąc od świateł, Świat Książki

**********************************************************

czwartek, 11 czerwca 2015

Wąż ogrodowy skręcający się

**********************************************************

Paolo Sorrentino rozbija się już po świecie z nowym filmem, a ja dopiero teraz obejrzałam Wielkie piękno, jego poprzednie dzieło, którym wymiatał w zeszłym roku na festiwalach, czesząc kolejne nagrody, włącznie z Oscarem za najlepszy nieanglojęzyczny film. 

Czy coś mnie zdziwiło? Całkiem sporo. Oprócz tego, że mu te nagrody przyznawano z taką euforią. Sama bym przyznała. Spodziewałam się innego filmu, też z powodu tych ciągłych porównań do Felliniego, którego zostawmy mimo wszystko w pokoju obok, niech oddycha osobnym powietrzem, a Sorrentino osobnym, o spersonalizowanych jednak proporcjach gazów i aerozoli, jak również głębokości oddechu. 

Bo ten film ma taką właściwość, że zachowuje proporcje pomiędzy kiczem a pięknem, ironią i powagą, między komedią i tragedią, idealne do tego, żeby powiedzieć o życiu coś trafnego, coś prawdziwego. Obraz płynie i nagle w paru miejscach łapie taki czysty, mocny ton, trafiający centralnie w samo sedno, gdzie krzyżuje się linia głowy z linią serca. No sorry, homo sapiens, taka prawda - żeby coś powiedzieć prawdziwego o mnie/o tobie trzeba otrzeć się momentami o klimaty jakby wyjęte żywcem z Paolo Coelho. C'est la vie. Kiczowato się prezentujemy na tle wschodów i zachodów słońca, które nie wyznaczają bynajmniej rytmu naszego dnia. 

„Gram w telewizji, w dwóch filmach. No dobra, w jednym papieża, ale w drugim narkomana, który wychodzi na prostą”. Tak też może wyglądać życie. Witaj w kółku adoracji bycia w Wiecznym Mieście (które jest zresztą także wielkim bohaterem tego filmu), w monstrualnym wężu, pląsającym w rytmie „Far l'Amore” po jego ogrodach. Inna opcja (czy aby realna?) to odlecieć stamtąd jak flamingi, w stronę słońca albo w siną dal. 

Warto się dobrze wyspać, żeby odbyć przytomnie tę hybrydową podróż po duchu oraz ciele, a także zdumiewającym ludzkim umyśle. Zaczynając od takich smaczków, jak dialogi między głównym bohaterem a ogarniętą i zdystansowaną Meksykanką w funkcji gosposi („Niech mnie Dzika obudzi o 16.00”, "Dzisiaj pan jest Dziki"), przez grubą ironię, jak ta w scenie z fabryki piękności, u kultowego botoksiarza w randze guru, konwersującego ze swoimi pokornymi wyznawcami i wyznawczyniami: 
- Jak się masz? 
- Doskonale. Właśnie wróciłam z Indii. Przeszłam tam cudowną biegunkę. Wpadnij na przyjęcie rozwodowe. Będą tancerki z variété. 
- Z przyjemnością. Co chcesz w prezencie? 
- Niech się skończy wojna na Bliskim Wschodzie. 
- Zrobię, co w mojej mocy. 

kończąc na skokach w trudne i nieznane. 

Wszyscy, którzy się urodziliśmy, musimy potem na koniec dokonać tej samej trudnej sztuki, nikt za nas tego nie zrobi. Ale przedtem jest jeszcze życie.


**********************************************************

piątek, 5 czerwca 2015

Bydziesz zarŏski tod *

**********************************************************

Stoję u zegarmistrza, który jest jak wyjęty z klechd domowych albo innych w tym stylu sugestywnych historii, z lupą okularową na opasce opinającej czaszkę obleczoną żółtą skórą, "mistrz zegareczek, suchy człowieczek", parafrazując klasykę, wirtuoz w miniaturze, pomniejszony jeszcze przez nienaturalne wygięcie chorego kręgosłupa.

Stoję u zegarmistrza, bo babcia nie chce słyszeć o kupowaniu baterii do aparatu słuchowego „gdzieś po drodze”. No więc czekam. Przede mną kobieta, powierzywszy mistrzowi swój zegarek, zwraca się teraz do niego ciepłym głosem:

- Pan to zawsze pomoże, coś zaradzi. I tyle kwiatów u pana…

Nie muszę się rozglądać. Ogarniam wszystko wzrokiem bez jednego ruchu gałek ocznych. W miniaturowym zakładzie płożą się, rozrastają, wystrzeliwują w sufit rośliny ciepłolubne, adekwatnie do warunków.

- Ale tej palmie przy panu to coś jest – kontynuuje ona, czuła, ale i czujna, obserwatorka otaczającej rzeczywistości.

- Ano schnie – przyznaje zegarmistrz, nie odrywając lupy od zegarka, przy którym dłubie nadal ze skupieniem. – Faktycznie, coś jej jest. Ziemię może by trzeba wymienić. Jak żona znajdzie chwilę, to się tym zajmie.

- Albo panu coś jest, a nie palmie – pańcia na to nagle z grubej rury, ku mojemu jednak zaskoczeniu, tak że kaszlę nawet nerwowo. – Bo jak choroba w domu, to kwiatki to wyczują, proszę pana, jak nic wyczują. Mój mąż na przykład, proszę pana, to sobie uwielbiał, wie pan, pasjansa postawić. Na okrągło przy stoliku siedział i karty układał, a przy tym stoliku stała palma, wie pan, wielka taka, od zawsze tam stała. Aż tu nagle, proszę pana, nie wiadomo z jakiego powodu, coś tej palmie zaczęło się dziać, liście zaczęły obsychać. Czego myśmy nie robili, proszę pana, żeby ją jakoś ratować, ale nic nie działało, dalej schła. Aż mąż umarł, wtedy nagle, proszę pana, palma prawie z dnia na dzień odżyła, przestała gubić liście, odetchnęła. Bo to mąż był, proszę pana, chory i przez niego właśnie ta palma usychała.

Staram się nie spoglądać w oczy zegarmistrzowi, który na okaz zdrowia nie wygląda, nawet na ćwierć okazu, i mam wielką ochotę kopnąć pańcię delikatnie w kostkę, ale już widzę po oczach, że mogę sobie ją kopać do upojenia raczej, pańcia bowiem idzie jak czołg.

I generuje się klimat trochę taki, jak w Drachu Szczepana Twardocha („I już nie ma Dolores Ebersbach, i nie ma Reinholda Ebersbacha, i nie ma Caroline Ebersbach, a kiedyś byli, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo teraz już ich zupełnie nie ma.”). 

Skoro o Drachu mowa, to dodam przy okazji, że już teraz rozumiem, jakim cudem uniknął autor potencjalnego chaosu, który mógł powstać w głowach czytelników jego powieści pod wpływem metodycznego mieszania w toku narracji różnych płaszczyzn czasowych i biograficznych, ciągłego przeplatania różnych sekwencji zdarzeń, pochodzących z różnych życiorysów, różnych momentów w historii, różnych miejsc, a to wszystko na poziomie akapitów, nawet zdań. Na przestrzeni jednego zdania wykonywany jest czasem skok przez kilka generacji, co jest możliwe dlatego, że narrator powieści – ziemia – jest jak bóg, stoi ponad czasem, „widzi wszystko” i widzi to „wszystko” równocześnie. Jeszcze szerzej niż Jenta u Olgi Tokarczuk, choć tam perspektywa jest z góry, tutaj z dołu. 

A ja widzę również całkiem jasno, choć niekoniecznie w zachwyceniu, że tajemnica tego cudu "orientacji" pomimo splątania tkwi zwyczajnie w prostym powtórzeniu, które jest tu konstrukcyjną zasadą. Nie zadałam sobie wprawdzie trudu policzenia występujących w Drachu oryginalnych (unikalnych) zdań. Ale na pewno jest to pula, którą się w toku powieści wielokrotnie obraca. Prawie każde z wymyślonych tutaj zdań wraca potem co najmniej kilkakrotnie. Tak czy siak, namolna refreniczność lub mantryczność, może tak ktoś woli, cechująca narrację Twardocha, powoduje, że losy bohaterów, że zdarzenia zachodzące w ich biografiach, a także powiązane z nimi miejsca, już mniej więcej od połowy książki znamy na pamięć. O chaosie można pomarzyć.

Cykl nadrzędny i porządkujący też jest jeden, wszechogarniający, znany skądinąd: z prochu powstaliśmy, w proch się obrócimy; to jest prawda, która nie zawodzi w skali mikro ani w skali makro, o czym mówi między innymi poniższy fragment: 
„Ciało Nikodema Gemandera należy do Nikodema Gemandera. Ciało ojca Stanisława Gemandera należy do Stanisława Gemandera, kiedy pochyla sześćdziesięciosiedmioletni grzbiet nad szpadlem, którym zdziera darń dookoła miłorzębu górującego nad jego ogrodem. Ciało miłorzębu należy do miłorzębu. Ciało ojca Stanisława Gemandera, Joachima, należy do mnie, bo w 1951 roku we mnie je złożono wraz z umierającymi z nim bakteriami Clostridium tetani, i Stanisław to widział, ale bardzo starannie zapomniał, a to dalej jest w jego głowie, ciało ojca na szpitalnym łóżku w łuk wygięte. Clostridium tetani w krwi Joachima Gemandera. Ich maleńkie prokariotyczne ciałka rozpuszczają się we mnie tak samo jak wasze. I już się wszystkie rozpuściły, miriady ciałek Clostridium tetani w ciele Joachima Gemandera jak miriady małych białkowych prostopadłościennych wagoników i inne małe ciałka prokariotyczne w nim, więcej w nim tych ciałek niż eukariotycznych komórek samego Gemandera, chociaż gotów jestem przystać na to, że ciałka prokariotów w ciele Joachima Gemandera są ciałem Joachima Gemandera tak samo jak eukariotyczne komórki Joachima Gemandera i ich prokariotyczne mitochondria – czy jak tam wolicie sobie tłumaczyć ten prosty fakt, że jesteście ziemią, z ziemi się rodzicie i do ziemi wracacie, mną jesteście, ze mnie się rodzicie i do mnie wracacie.”
Szczepan Twardoch, Drach, WL 2014

________________________________________________________
* Szczepan Twardoch, Drach, Wydawnictwo Literackie

**********************************************************

poniedziałek, 4 maja 2015

Dołóżmy ludzkości en bloc

**********************************************************

Myślę sobie, że nie jest tak źle, skoro babci się mylą esesmani z esemesami i chichocze, jak sobie przypomni o sąsiedzie, który za okupacji na wieść o tym, że jadą Niemcy, przebrał się błyskawicznie w damskie ciuszki, przekonany, że będą jak zwykle zgarniać mężczyzn, ale przekombinował niestety, bo tym razem, jak się okazało, Niemcy przyjechali po kobiety, które były im pilnie potrzebne do jakichś robót polowych typu wykopki. 

A jednocześnie wiem przecież, że ten babciny chichot nie ma żadnego znaczenia w gruncie rzeczy. Bo nawet jeśli to prawda, że wszystkie nasze wspomnienia stają się jak te laski z różnych dziwnych programów o rozrywkowym profilu - z odcinka na odcinek coraz mniej podobne do siebie w punkcie wyjścia, tak zaawansowanej obróbce stylizacyjnej są poddawane w celu jeszcze intensywniejszego wylaszczenia, i mniejsza o wiarygodność, no więc nawet jeśli z pamięcią jest podobnie, to jednak są obszary, których taka manipulacja się nie ima. Gdzie wyobraźnia wymięka, a narzędzia wypadają z rąk. Dlatego babcia może sobie chichotać do rozpuku, aż do pierwszej czkawki przy tych swoich hardkorowych lapsusach, a ja i tak nie wezmę tego za dobrą monetę. Gdyż posiadam pewien zasób wiedzy i z historii, i z literatury. 

A ostatnio - gdyż doładowałam zasób ów ciężką jak ołów książką Mała zagłada Anny Janko, o której już wspominałam w trybie teoretycznym, a która okazała się w praktyce rozpisanym na 250 stron tekstu logicznym i detalicznym sądowym przewodem, oskarżającym ludzkość o to, że jako zbiorowość jest pielęgniarzem wojny najtroskliwszym z troskliwych, dzięki któremu wojna zmienia tylko mundury, ma wyjazdowe sesje w różnych krajach i nie umiera nigdy. Jesteśmy jako gatunek mordercami. 

Więc nie chodzi tylko o Niemców 1939-1945 i nie tylko o Zamojszczyznę, choć o to głównie. Nie bez powodu autorka przy pisaniu Małej zagłady korzystała zarówno z takich tytułów, jak: Sochy dawniej i dziś oraz Zamojszczyzna. Wysiedlenia i deportacje 1939-1945. Obóz w Zwierzyńcu Władysława Sitkowskiego, ale też z opracowań o szerszym spektrum, takich jak: Wiek ludobójstwa Daniela Jonaha Goldhagena, Ludobójstwo w XX wieku Manusa Midlarsky'ego czy Efekt Lucyfera Philipa Zimbardo, jak również z wielu filmów. 
"No tak, ale ulżyjmy na chwilę tym Niemcom. Rosjanie też się dorobili potężnego zbrodniczego archiwum. I Turcy, którzy w 1915 roku doprowadzili do śmierci półtora miliona Ormian, I Chiny Mao Zedonga, i Kambodża Pol Pota – można wskazywać to tu, to tam na krwawej mapie dwudziestego wieku.
Dołóżmy ludzkości en bloc, człowiekowi jako przedstawicielowi gatunku istot morderczych. Widziałam film zrobiony ukrytą kamerą na farmie lisów. Współczesny film, z ostatnich lat. W jednej ze scen pracownicy tej farmy (oprawcy, tu także w sensie dosłownym) z żywego lisa zdejmują skórę. Przez głowę zdejmują, jak sweter z golfem, z żywego lisa. Żywego. To był dwugodzinny film zrobiony w rozmaitych farmach, fermach, ubojniach i rzeźniach w różnych krajach, a ta scena była jedną z mnóstwa podobnych, przekraczających moja wyporność psychiczną. Nigdy nic straszniejszego nie widziałam.
No tak, nie byłam na wojnie. Ale to jest właśnie wojna. Wojna stuletnia, tysiącletnia, jaką człowiek prowadzi z przyrodą, stawiając siebie naprzeciwko, a dokładnie – ponad.”
Anna Janko, Mała zagłada, WL 2014 
Strzeżmy się więc samych siebie.


**********************************************************