niedziela, 18 lipca 2010

Słońce w gwiazdozbiorze Psa

*********************************************************

Jest tak, że płynące słowa zamieniają się z sykiem w lotną parę. Upał wiesza się na tobie, kręci sobie stryczek na twojej szyi, a ty nie możesz mu odmówić ostatniej przysługi. Konasz lojalnie razem z nim. Potem umieszczasz jego prochy w lodowej urnie i podajesz z leśnymi poziomkami, na szorstkim liściu maliny. Nieumyte naczynia zgarnia zmierzch.

*********************************************************

wtorek, 13 lipca 2010

Pochwała kaprysu

*********************************************************

NIE TAK
EIN KAT
Czy wszystko muszę robić wspak?
Tak, nie muszę.
Nie, tak chcę.

Z matki Przekory, ojca Paradoksa. Silne spojrzenie spode łba. Praktykowane często. Zaczepne mimo woli. Sterowane prawem kontrastu - im większe zagęszczenie w powietrzu trzepocących z kokieterią rzęs, ociekających jak wata cukrowa, przegiętych, tym chętniej cedzi chłodno przez pociemniałe siatkówki, nie trzepocąc: nie muszę, nie chcę, nie licz, przypadkowy lub intencjonalny przechodniu, raczej spadaj. Oczywiście nie wszyscy dają się na to nabrać. Na szczęście, bo to wtedy dochodzi do miłej sytuacji - rozpoznania, kiedy tzw. swój trafia na tzw. swego. Rzadkie kejsy, ale występują w przyrodzie. Może mniej namacalnie niż rozdarte do nieprzytomności ptaki o porankach (przy których filharmonicy wiedeńscy są garstką lichych rzemieślników bardzo stęsknionych za talentem) lub bezdomne, obrzydliwe ślimaki, popełniające zbiorowe samobójstwa na miejskich trotuarach tuż po deszczu, albo lody pachnące i słodkie, brak ciszy, nadmiar światła, ale jednak TAK - występują (albo KAT, jeśli w lustrze kto woli).
I jeszcze taki kejs: ful roboty, a gość z pokoju obok jak zawsze w pewnym momencie porzuca wszystko, przerywa sobie, tobie i jemu w pół zdania i wychodzi z racji chęci poprzedzenia kolacji obiadem zjedzonym o stosownej porze (mimo braku przerwy na lunch). Wtedy myślę za Dostojewskim: niech świat zginie, bylem tylko mógł pić swoją herbatę. Tak trzymać:)

*********************************************************

wtorek, 29 czerwca 2010

Cienia szukam?

*********************************************************

Wyskoczył nagle z bocznej ścieżki, ukrytej w gęstych krzakach. Nie oglądając się za siebie, wkroczył na chodnik, którym szłam. Nie zauważył mnie. Byłam bezgłośna w miękkich, szarych szmaciakach. I szybsza. Jego plecy były coraz większe. Zbliżałam się nieuchronnie. Wtem zatrzymał się gwałtownie i odwrócił. Zahamowałam ostro. Nie wiem, czego się spodziewał, ale uśmiechnął się na mój widok.
- Patrzę, co to za cień... - wskazał na chodnik, gdzie ogromniała gotycko moja sylwetka, ostra, mocno wydłużona, wyprzedzała mnie o dobrych parę metrów.
- ...a to ja - dokończyłam z uśmiechem.
Roześmiał się. Spodobało mu się. Chwilę jeszcze patrzyliśmy pod nogi. Było na co. Potężnieliśmy tam oboje bez skrupułów, zagarniając kawał terytorium. W rzeczywistości ułomki - on mały, czerstwy staruszek, ja o gabarytach mimozy - na chodniku byliśmy gigantami. Postawieni do pionu, w tej postaci, moglibyśmy gadać z czubkami drzew. Gorzej z ludźmi. - Tu wieża, jak mnie słychać? Jeśli trochę słabo, to sorry. Szczerze mówiąc, pytam pro forma. Łączność z ziemią obchodzi mnie, owszem, ale nie jest dla mnie priorytetem. Nadaję na takich falach, że tylko wieże pokrewne mogą słyszeć więcej niż zwykły szum.
Tymczasem dziadek od cienia, nieznajomy, znowu gwałtownie skręcił, po czym zniknął równie nagle, jak się pojawił. Jasny poranek trwał, słońce nadal figlowało za moimi plecami. Obejrzałam się na zamaszysty łuk. Nawet jeśli sens, za którym gonię, jest tylko cieniem strzelistym, i tak nie zdołam go podeptać. To już wiem.

*********************************************************

niedziela, 13 czerwca 2010

Założenia

*********************************************************

Och, och i jeszcze raz och! Tak szlochała wrona-zmartwiona (trzeba przyznać, że teatralnie), której przysnęło się nieco na słonku, w samo południe zresztą, wskutek czego wypłowiały jej prawie doszczętnie kruczoczarne, przepiękne pióra. Skonstatowawszy ten dramat, wrona zalała się łzami. Siedziała tak i płakała, operując powyższymi wykrzyknikami, aż pojawił się mały jeż, który był bystry, miał dobry charakter oraz czarny węgielek przy sobie. Dzielny jeżyk paroma zręcznymi ruchami łapek przywrócił wronie-zmartwionej pierwotną, głęboką czerń, przy pomocy węgielka oczywiście, tak fachowo, że była jeszcze piękniejsza niż przed tym przykrym incydentem.
Tyle bajka, która skończyła się dobrze. W realu jeżyk zażądałby pewnie od wrony niebagatelnej kaski za taki bodypainting, wprost proporcjonalnej zapewne do stanu desperacji, w jakim się znajdowała, jak również bazując na wiedzy, że nikt z jej bliskich przyjaciół i w ogóle nikt w okolicy stosownego węgielka nie posiada. Wrona zaczęłaby biegać po różnych kafkowskich instytucjach w celu uzyskania wystarczającej ilości gotówki na ten elementarny zabieg i niechybnie straciłaby wiarę w szlachetność oraz dobrą wolę zwierzątek, zamieszkujących las, a swoje potencjalne pociechy uczyłaby ku przestrodze wyłącznie anty-wierszyków, wypranych ekstremalnie z sielankowych, nadętych dyrdymałów, wypaczających prawdziwy obraz świata. Wyobrażam sobie jej rezolutne wronięta, recytujące z zapałem:

- Kto ty jesteś?
- Biedny głupek.
- Jaki znak twój?
- Oko w słupek.
- Gdzie ty mieszkasz?
- W Nonsenslandzie.
- Po czym stąpasz?
- Cóż, po bandzie.

Pozostaje mi przypomnieć złośliwie wszystkim rozczarowanym wronom, że i tak żyjemy na najlepszym ze światów! (miłosiernie za to nie dodam, przy jakim założeniu;)

Nasłuchawszy się tych wronich anty-bajek, odwracam się i odchodzę, buźka. Bright star, wierzę w ciebie, ale nie idę za tobą. Za chwilę całkiem się oddalisz (bo zakładam, że jesteś ruchomą gwiazdą).

*********************************************************

niedziela, 6 czerwca 2010

Wieczne niedoczekanie daj nam

*********************************************************

Hej, ty, lepiej tam nie idź! Dlaczego? Bo możesz ugrzęznąć po łydki, a nawet po kolana. W czym? W czymś mało apetycznym - w zsypie, w malowniczym mini-wysypisku, spontanicznym, anonimowym, w górze plastikowych worów, rozbebeszonych w większości, podejrzanych, podrzuconych przez kogoś o świcie, nad którymi unoszą się teraz chmary much. Nie, nie wiem, co tam jest w środku, ale widok jest obrzydliwy. Cała droga jest nimi zawalona. Gdzie? Tamtędy? Chyba też lepiej nie, tam ma teraz akurat seans lokalny święty Franio. Kto to? Taki tutejszy świrek, żulik jaśnie lewitujący, w uniesieniu całkiem dosłownym, jak najbardziej fizycznym, nad ziemią. Jak to? No, performens ma taki, że staje sobie bez ruchu w środku parkowego rondka, obwieszony różnymi betami, jak wystawna, magistracka choinka na wigilię, pękaty, krzyżuje ręce na wypchanej tekturami klacie, przymyka oczy, wtedy powoli zaczynają nadlatywać gołębie, obsiadają go hermetycznie, masz wrażenie, że wielowarstwowo. Czy się czymś smaruje? Nie sądzę, raczej działa bez konserwantów. Na ptaki-wabiącą-chemię żal by mu było kasy. Potem wykonuje Franio słaby ruch którąś ręką i gołębie zaczynają trzepotać skrzydłami, nie odrywając się od jego łachów. Wygląda, jakby unosił się parę centymetrów nad ziemią. Czad? No czad. Magiczny realizm. Jeszcze info - jak pójdziesz po skosie, spotkasz długiego chudzielca ze starannie zaczesaną łysiną i trzema psami: dwa duże, prawie rasowe, jeden mały, prawie kundelek. Chudy ściągnie cię na pewno wzrokiem i jeśli zobaczy przyzwolenie w twoich oczach, wda się z tobą w sympatyczną gadkę. Usłyszysz, jak walczył o pozostałe psy ze stada, dwa, otrute przez zwyrodnialców-sąsiadów, którzy myśleli, że ujdzie im to bezkarnie, ale niedoczekanie, panie, niedoczekanie!, dowiesz się, jak wielkie z nich były pieszczochy - świętej pamięci - i obejrzysz ich profesjonalne fotki zrobione przez zawodowca, który czesze aktualnie nagrody na międzynarodowych festiwalach. Jeśli powiesz, że musisz się zbierać, odprowadzi cię wybaczający uśmiech (skoro musisz...).
Co jeszcze możesz zrobić? Jeszcze wszystko. Oczywiście pod małym warunkiem - że szczęśliwie przyjdzie ci to do głowy. Nie, nie zdziwię się wcale, jeśli zaczniesz recytować Keatsa:
Bright Star, Would I were Steadfast as Thou Art
Będę wiedzieć, że też jesteś po super kinie. Zgadzam się, że Jane Campion zrobiła świetny film.

*********************************************************

niedziela, 30 maja 2010

Idiotyzm doskonałości

*********************************************************

W pewnym mieście w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:
- Jak tam w stolicy było?
- No jak, szybko i brudno. Zero życia jakiegoś normalnego. Siedzą w tych wypasionych osiedlach i tylko z domu do sklepu. I z powrotem.
- Bo to heroiniści są głównie.
Niewdzięcznicy jedni. Dewianci. No, no. Czy to ładnie wobec mateczki-natury, matematyczki z zawodu, która miliardy lat kombinowała nad optymalną matrycą, żeby cały ten zgiełk ogarnąć i nakręcić wokół własnej osi, wokół prostej auto-zasady? A ci, kurcze, do niej z dywersją, samowolką, autodestrukcją. Buntem? Raczej dziecinadą. Literami wielkimi jak woły WDRUKOWAŁA nam przecież mateczka (z kwantyfikatorem ogólnym: dla każdego żywego stworzenia): prząść powoli i higienicznie, sekwencyjnie. Przyjść na ten piękny świat, rozkosznie się przeciągnąć, rozrosnąć bujnie, zachwycić, następnie wyedukować, wspiąć po szczeblach, pożenić, rozmnożyć i zapewnić, a potem co kto lubi - najogólniej: prosto do nieba, estetycznie i konstruktywnie. Kit pradziejów, ewolucyjny omam-chytrusek. Który d z i a ł a, idzie jak czołg.
W obejrzanej przez przypadek scenie z jakiegoś filmu o wojnie: klasyka - liczna polska rodzina wywleczona przed dom, naziści z wielkimi kolbami żądają przyznania się do ukrywania Żydów, napięcie puchnie do granic wytrzymałości, wystarczy jeden niestosowny ruch i... jest - kamyczek stacza się po dachu, Niemcy dostają szału, puszczają obfitą serię, pod wpływem której padają kolejno: mąż, ojciec, dziadek, wujek, ciotka, matka, babka, dzieci i bóg wie kto jeszcze z rodziny. Afekt kończy się na młodej kobiecie - żonie, która, korzystając z chwilowego zawieszenia, rzuca się do ucieczki. Okoliczności jej sprzyjają, dopada zarośli, potem rzeki. Biegnie co tchu. Instynkt życia, majstersztyk świata. Tak zachowałoby się każde zwierzę (z wyjątkiem monogamicznych). Wszyscy, których kochała (kocha nadal), najważniejsi, zostali wybici do nogi, leżą u jej stóp i krwawią. A ona zrywa się i ucieka. Chce przetrwać za wszelką cenę. Nieważne, co będzie potem. Potem może zdechnie z rozpaczy, ale matryca działa. Żeby położyć się przy nich i umrzeć, musiałaby mieć jakiś defekt. Takich błędów mateczka nie obsługuje. Tutaj jednak była na miejscu. Mimo całej potwornej masakry, the operation completed successfully.

*********************************************************

niedziela, 23 maja 2010

Końskie nauszniki

*********************************************************

Wyjdzie na to, że znowu się spóźnię. Dłuższy postój, to już kolejny, tym razem na rozedrganym moście. Czekam. Joggingująca kobieta, podskakująca w miejscu na czerwonym świetle, wzbudza zainteresowanie dwóch piesków, też zatrzymanych przez czerwone. Patrzą na nią z wyraźną aprobatą, naturalnie włączają się do zabawy. Ludzie to dostojne matuzalemy, zredukowane fizycznie, mimo że o większej masie, a tu proszę, taki skoczny, partnerski egzemplarz, całkiem dorozwinięty, zdolny do kłusów i pasaży. Pełen respekt. O, już zielone. Ruszyli. Joggerka ostro, z fasonem. Pieski przyhamowane ręcznie, wierzgające w powietrzu, przeważone, jak na huśtawce, przez zbyt ciężkich dorosłych po drugiej stronie. Klap. A joggerka już hen za żywopłotem. Most też coraz bardziej hen. Wreszcie centrum, plac, gdzie wysiadam. Nadal korek. To znaczy tłok. Ile osób może przypadać na metr kwadratowy rynku atrakcyjnego turystycznie miasta w miłej porze wczesnowieczornej? Oraz jeszcze: ile dorożek? O, i jeszcze: ile koników, przyodzianych w śmieszne nauszniki, nasadzone na czubki głów? Rozglądam się. Czy one wszystkie tak mają? Na trzy dorożki, jakie mam w zasięgu wzroku, tylko jedna jest ciągnięta przez konie z czerwonymi, cyrkowymi ochraniaczami na uszach, idealnie zresztą dopasowanymi do ich kształtu. Po co? Czy właściciel robi z nich komercyjne klauny, czy też może chroni je przed hałasem? Biedne czy niebiedne koniki? Nie potrafię tego ocenić. Ominąć też nie, niestety, skoro wykiełkowało już w mojej czaszce, którą tak trafnie sportretował Munch (w Krzyku), pomimo świadomości zupełnej bezsensowności takich roztrząsań, ich kosmicznego zawieszenia. Na wszystkich historycznych zdjęciach ze zwierzakami, zawsze jestem z nimi w objęciach, co dziwne z wzajemnością, jest to lgnięcie wyraźnie obopólne. Jako duża już całkiem dziewczynka zasłynęłam w kontekście czworonogów m. in. tym, że spontanicznie podeszłam, a następnie czule objęłam, łańcuchowego wilka, tresowanego długo i kosztownie na krwiożerczego ochroniarza u jakiegoś dziwnego wujka. Duży wilczur zesztywniał wprawdzie - z szoku zapewne, biedak - ale nie zrobił mi żadnej krzywdy. Zdenerwował się dopiero na widok spienionego, falującego po intensywnym biegu wujka, który wyrósł nagle obok nas. Pies mnie cudownie oszczędził, za to wujek o mały włos byłby zagryzł mnie za ten numer, a on nie był szczepiony przeciw wściekliźnie, więc z dwojga złego wolałabym być pogryziona przez tego wilczka. Do ponownej wizyty u wujka nikt mnie jakoś nigdy nie namawiał. Dziwne. Nie ma siły, przetwarzanie w toku: uszy koni, ich cierpliwe milczenie (koni) a hipotetyczna krzywda, której doświadczają być może na moich oczach. Na szczęście nie zapominam skręcić we właściwą bramę.
- No wreszcie.
- Hej. Ale i tak na chwilę.
- Czekaj, czekaj, mam tekst zaproszenia na ślub. Chyba na ten się zdecydujemy. Patrzcie.
Okazuje się, że to gotowiec, ściągnięty ze stronki, wystylizowany na zaproszenie do teatru. Dramat w trzech aktach, napisany przez kogo? przez Życie (niespodzianka!). Po kolei: I. Dla duszy (kościół), II. Dla ciała (impreza), III. Noc poślubna (korona wyrafinowania). Tytuł: "A potem żyli długo i szczęśliwie."
- Co ty, chłopie - to Dumas ryknął - wszyscy umrzemy. Nikt ci o tym nie powiedział? Musisz zmienić przynajmniej tytuł, żeby było w miarę uczciwie. Na "Idylliczne intro" albo coś w tym stylu. Dramat to dramat. Wszyscy możemy skończyć jako zadowolony target stabilnego hitu stulecia pod tytułem "Syci i wzdęci", z którego bohaterami utożsamimy się w stu procentach, a ty sobie żarty robisz? Walka się toczy, chłopie. Zauważyliście ten wielki lans preparatów na wzdęcia? Cywilizacja wzdętych normalnie. Jak skutecznie się zrestartować, żeby radosna XXL konsumpcja mogła kręcić się w płynnym trybie 7/24/365? Masakra.

Pociągnęliśmy z zapałem temat. Czuliśmy się wyłączeni z tego obiegu. Nienasyceni, niewzdęci, nieskażeni preparatami, z niezalecanym "never" na niewyparzonych ustach. Tylko Dumas robił za Nietzschego. - Nie zapomnijcie, dziatki, że po idyllicznym intro wchodzi faza wiedzy radosnej! Nie mylić z radosną konsumpcją! Darł się, jakby był za górami, za lasami, a przecież siedział obok. Może to próba krzepy przez zejściem w zaludnione doliny. Nie wiem, ja chyba zostanę.

*********************************************************

niedziela, 16 maja 2010

Ile

*********************************************************

Wracając z/do, odchylam do tyłu głowę, póki nie poczuję oporu tramwajowego siedzenia. W linię wzroku wchodzi mi płynnie ekran, bezgłośny, dynamiczny. Bazar za dźwiękoszczelnym monitorem:
Dziś jest 134 dzień roku
Do wakacji pozostały 42 dni
Do Sylwestra pozostało 231 dni
Do studiowania na UJ masz 1349 powodów
Do usunięcia wzdęcia wystarczy 1 tabletka
Do przeżycia pozostała ci reszta życia

A 30 lat temu urodziła się Monika Morozowska, która jako aktorka stała się rozpoznawalna dzięki udziałowi w serialu Rodzina zastępcza emitowanym w telewizji Polsat.

Nieoczekiwanie na ekranie pojawia się inny rozpoznawalny aktor. Płaski, ułomny monitor usiłuje udźwignąć niezdarnie nadekspresję Charliego Chaplina, spotęgowaną przez właściwości techniczne filmu. Chaplin podskakujący żwawo w charakterystycznym przyspieszonym tempie. Chaplin wywracający oczami, wzruszony, urażony, prostoduszny i łatwowierny. Chaplin z fazy niemego kina.

Do zobaczenia Chaplina masz co najmniej kilka powodów.

*********************************************************

sobota, 15 maja 2010

Clin Window (nr 1 do mycia szyb)

*********************************************************

Przez całą półgodzinną drogę podniosłam wzrok tylko raz. Tramwaj zbyt długo stał, to dlatego. Oderwałam się od bezpiecznego druku. Zaskoczyła mnie czystość szyby, perfekcyjna. Całkiem jak(o)by jej nie było. Brak ostrzegawczej naklejki dla ptaków i pasażerów w postaci lepkich mazów i deformujących sznytów, charakterystycznych dla tramwajowych okien. Widokowy taras bez barier. Z Clin Window przezroczystą windą na szczyt, gdzie żer dla oka, nawet gdyś niewysoka - tym perfekcyjnym żerem dziś się z tobą podzielę. Dzięki, nie jestem głodna! Za późno, już wdepnęłam w ten suty poczęstunek. Danie główne: szczurek w agonii, nie za duży, upozowany przy torach, soczyście wypatroszony, wabiący niezainteresowanych intensywną czerwienią jelit albo może zwojów mózgowych, świeżutki, parujący. Nius poranka: młody, porzucony przez stado szczur desperacko rzuca się pod tramwaj. Jego wyrodna matka oraz nikczemny ojciec, do których prawdopodobnie nigdy nie uda się nam dotrzeć, mieli prawdopodobnie we krwi promili alkoholu kilka i kilka po przecinku, co dyskwalifikuje ich definitywnie jako odpowiedzialne instancje w hierarchicznej szczurzej rodzinie. Prawdopodobnie sprawa może mieć jakiś związek ze znajdującym się nieopodal zakładem sado-naukowym, znanym jako Animal Hardcore, w którym w ramach eksperymentów, sponsorowanych przez zainteresowane koncerny, wlewa się w biedne gryzonie (tak, tak, chomiczki też), monstrualne ilości alkoholu, etylowego zazwyczaj, oraz innych środków odurzających w celach sado-ludo-medycznych. Upojeni rodzice ofiary należą prawdopodobnie do coraz większej rzeszy tych, którzy z martyrologią na pyszczkach sprzedają się instytucjom o charakterze sado-mono-polo itd., motywując ten nikczemny proceder koniecznością zapewnienia swoim szczurkom-podlotkom naturalnych grzebyczków nowej generacji do wyczesywania z sierści śmietnikowych, słabo segregowanych nieczystości, co rzekomo warunkuje ich zdrowy rozwój. Sprawcy (to znaczy rodzice) nie zostaną prawdopodobnie pociągnięci do odpowiedzialności za swoje czyny z powodu ich potencjalnego nieodnalezienia (tzn. rodziców, nie czynów). Młody denat nie może liczyć na tradycyjny pochówek. Prawdopodobnie rewirowy kapo zaserwuje mu szybką kremację, korzystając z wyspecjalizowanego piecyka. Tylko skąd ja mam o tym wiedzieć? Śmierć każdego szczura umniejsza mnie albowiem jestem zespolona/zespolony z przyrodą. Nie pytam przeto, komu bije dzwon, ponieważ zwykle w ogóle go nie słyszę. Ale nie tym razem. Anielejący na tramwajowych szynach szczur być może zdumiałby nawet foba z Akwinu. To taki żart na koniec. Fob z Akwinu musiałby oderwać się najpierw od bezpiecznego druku.

*********************************************************

niedziela, 9 maja 2010

Karuzela z wyjątkami

*********************************************************

Czad ma do siebie to, że dla naszych zmysłów go nie ma. Nie drapie w gardle i nie szczypie w oczy. Nie ma smaku ani koloru, zapachu i konsystencji. Dlatego zaczadzony mózg bardzo trudno odróżnić od zdrowego. Do momentu wybuchu oczywiście (czad ma mocno wybuchowy charakter), którego siła rażenia jest zawsze ścisłą pochodną poziomu jego stężenia. Może objąć nawet kontynent, jeśli tych zaczadzonych mózgów są na przykład całe szwadrony (wolno kojarzyć/mylić ze "szwadronami śmierci"). Chodzi o to, żeby niezaczadzona szczęśliwie reszta ludzkości zdążyła przynajmniej osłupieć, zdziwić się, wpić paznokcie, zanim ta fala czadu na dobre gdzieś opadnie (do następnego razu). Ale może też chodzić o coś więcej, dużo więcej. Jak Ilse i Femke van Velzen, dokumentalistkom (i siostrom), deklarującym, że mają bardzo ambitne przesłanki, które popychają je do podejmowania określonych filmowych tematów. "Chcemy wpływać na świat" (jak to brzmi! tak prosto, że aż naiwnie). Najwyraźniej zgadzają się z poetą: lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach. Co oznacza, że nie robią "filmów dla samych filmów". Robią je po to, żeby własnymi palcami dotykać losów świata. Chcą zdążyć przed panem bogiem. Na tegoroczny Planet Doc Review przyjechały z "Gwałtem na wojnie" - dokumentem nakręconym w Kongu, osadzonym w kontekście tamtejszej wojny domowej, bestialskiej i krwawej, ale opowiadającym o dziwnym pojednaniu, o wypracowanym przełomie w relacjach pomiędzy odtrutymi, zresocjalizowanymi oprawcami a ich sponiewieranymi, okaleczonymi ofiarami. Ryzykownie to brzmi, ale naprawdę chętnie im uwierzę.

A tymczasem pewien znajomy programista na pytanie innego programisty o to, co w gruncie rzeczy robi napisany przez niego program, odpowiedział zwięźle: - Nic nie robi, chodzi w pętli generalnie przez cały czas. Wyszła mu przy okazji jedna z trafniejszych metafor naszej egzystencjalnej kondycji. Wieczność to nie jest "naprzód, naprzód", lecz "karuzela, karuzela".
Na szczęście kolega dodał: - Chociaż... raz przyłapałem go, jak....
I od razu w powietrzu pojawiło się więcej tlenu. Jak zwykle - nadzieja w wyjątkach.

*********************************************************

poniedziałek, 3 maja 2010

Spacer bez otocjana

*********************************************************

- Tu byłem - przekaz kosiarza jest zawsze bardzo jasny. Po ogolonym gładko skwerku uwijają się teraz ruchliwe kawki, wywlekając posiekane przez kosiarkę trupy dżdżownic i koników polnych, jeszcze ciepłe. Spijają zbełtany sok, wyciśnięty świeżo z miąższu mrówek, biedronek i innych żuczków. Krzątają się mechanicznie, jak wyspecjalizowana ekipa kompetentnych, ptasich grabarzy. Czarne na szczeciniastym zielonym. Rytuał po masakrze. Odruchowo zawieszam na nich wzrok. Niecierpliwe szarpanie za rękaw ściąga mnie z powrotem na chodnik. - Słuchasz mnie? - Jasne, słucham. Mówienie wyłącznie prawdy jest wyjątkowo nieetyczne. Skoro słucham, muszę iść dalej. Trudno. Usiłując wyrównać krok, potykam się niefortunnie i na moment tracę równowagę. Odzyskuję ją wprawdzie sama, ale i tak muszę przyjąć dookolne akty pomocy, za które wdzięcznie dziękuję. Nie ma za co? Nie będę polemizować. Już po akcji, odyseja w toku. Czy mam w oczach metalowe opiłki? Wzrok wędruje nie tam, gdzie powinien i nie mogę nad nim zapanować. Po lewej: tatko-triumfator, cały w skowronkach ulgi, że własne, złachane dzieciństwo ma już szczęśliwie za sobą i że teraz to on jest pocieszycielem, zbawcą i sędzią sprawiedliwym dla wszystkich nam raczkujących (głównie osobistych jednakże, krzepkich i dobrze odżywionych). W tle tatki sprinter-amator, przyduszony nagłą potrzebą organizmu, na finiszu galopu życia w stronę rozłożystej akacji (parawanu), liczy w duchu na czapkę-niewidkę gratis - jeśli zdąży - od matki natury. Dalej rozkołysany, opleciony roztańczonymi kablami, wykończony słuchawkowym pałąkiem - ktoś. Edukacyjny dialog z mijanego telewizora (- Chyba nie pozwolicie, żeby ona zniszczyła wasz projekt lub co gorsza waszą przyjaźń. - Masz rację, kochanie, nie możemy na to pozwolić, co ja bym bez ciebie zrobił.) Oraz dialog z mijanej ławki, przeistoczonej naprędce w kameralną, wyspecjalizowaną czytelnię łatwopalnych gazetek reklamowych (- Miska podwieszana Afrodyta. - Fajna, dają miskę plus deskę sedesową). Atak na rękaw, znowu. - Słuchasz mnie? - Jasne, słucham. Mówienie wyłącznie nieprawdy jest etycznie niedopuszczalne. - Czytałam gdzieś, że najlepszy słuch spośród ssaków ma kręgowiec o nazwie otocjan, podobno słyszy ruch pod ziemią na głębokości pół metra. - I co z tego? - Nic, chcę tylko powiedzieć, że są lepsi słuchacze niż ja.



*********************************************************