poniedziałek, 27 października 2014

W cudzym piekle

**********************************************************

Rowerzysta wjeżdża znienacka w kałużę gorącej wody, dwa piętra bloku znikają, też znienacka, wbite w ziemię, smutne psy zabitego kaprala z Ottawy wciąż czekają na swojego pana, a mimo to Witkacy musiał mieć niewątpliwie mózg działający level abstrakcji wyżej niż przeciętnie, lub dwa nawet, skoro nie czekając na dalszy ciąg dał radę sam się obsłużyć osiemnastego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego, bez zwłoki i dodatkowych atrakcji. 

Najpierw się podniecamy tekstami ze staropolskiej chrestomatii (weźmi łoj cielęcy a mozg z wilczego gnata, a mozg psi, mozg kotczy, a sadło niedźwiedzie oraz wilcze łajno, zetrzy-ż je z winem, uczyńże z siarką itp.), a potem kiedy zbrodniarz łapie w końcu za krawiecką kredę i zaczyna rysować na nas kieszenie oraz inne detale stroju, drzemy się „Pomocy!” poprzez knebel, a także: „Jezu, miałem takie cudowne życie, gwiazdorstwo, kasa, wyjazdy, spanie do której się chce, brylowanie od wiosny do jesieni nad morzem, sto par butów, czytanie sobie w łóżku, kiedy inni zapierdalają w firmach, ja nie chcę umierać!” (Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna). 


**********************************************************

środa, 22 października 2014

gwałtowne niebo zachodu przygniata zduszony krajobraz

**********************************************************

Jest dwudziesty trzeci czerwca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku, zbliża się godzina ósma wieczór. 

Przed rozłożonym puzzlem siedzi Bartlebooth – łysy, do kości niemal wychudzony starzec o woskowej cerze i zagasłych oczach, ubrany w spłowiały, przepasany szarym sznurem szlafrok z niebieskiej niegdyś wełny. Jego stopy, obute w kapcie z koźlej skórki, spoczywają na jedwabnym dywanie o wystrzępionych brzegach; głowę ma leciutko odchyloną do tyłu; usta na wpół otwarte; prawą dłoń zaciska kurczowo na poręczy fotela; w lewej ręce, która spoczywa na stole w nienaturalnej pozycji, wykręcona do ostatecznych nieomal granic, trzyma pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym ostatnią cząstkę układanki. 

Jest dwudziesty trzeci czerwca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku, już za moment będzie ósma wieczór. Bartlebooth, siedząc nad swym puzzlem, właśnie zmarł. Na kryjącym stół płótnie, w mrocznym niebie zachodu czterysta trzydziestej dziewiątej akwareli, czernieje miejsce na ostatni brakujący fragment: niemal doskonałe X. Ale cząstka, na której zmarły zacisnął swe palce, ma – co dawno już dało się przewidzieć – szyderczy kształt W.

Tak wyglądałaby akwarela nr 439, namalowana przed laty przez Bartlebootha, przedstawiająca niewielki port w Dardanelach, położony w pobliżu ujścia rzeki, którą starożytni nazywali Meandros – Meander, gdyby została poddana kąpieli w specjalnym rozpuszczalniku, do czego jednak nie doszło, nie tylko z powodu „W”.

**********************************************************

wtorek, 14 października 2014

o różnicy między robieniem Nic a nierobieniem Nic

**********************************************************

Wyobraźcie sobie człowieka (niech nazywa się Bartlebooth), który jest w równym stopniu bogaty i obojętny wobec wszystkiego, na co zwykle pozwala wielka fortuna, i który, uniesiony ambicją, a także dumą, zapragnął nagle ogarnąć, objąć, wykorzystać do spodu – nie, nie całość świata, to z założenia byłoby skazane na żałosną klęskę – ale jego fragment: stawić czoło jego niespójności, zagmatwaniu i chaosowi, doprowadzając do końca zamysł ograniczony wprawdzie (siłą rzeczy), ale tworzący zamkniętą całość, idealny, definitywny.

Innymi słowy – Bartlebooth postanowił pewnego dnia, że całe swoje życie podporządkuje wyłącznie jednemu projektowi, którego arbitralne założenia będą celem same w sobie. 

Z początku była to idea niejasna, zaledwie pytanie: „co robić?” oraz nasuwająca się odpowiedź: „nic”. Pieniądze, władza, sztuka i kobiety go nie interesowały. Ani nauka, ani nawet hazard. Co najwyżej krawaty i konie, lub – jeśli kto woli – niejasna, pulsująca pod czczym blaskiem całej tej dziecinady (mimo wszystko jednak tysiące ludzi skutecznie organizuje sobie życie, czyniąc jego ośrodkiem dobór krawatów, a jeszcze częściej niedzielne gonitwy) – idea doskonałości.

Przez następne miesiące i lata pomysł zaczął nabierać kształtu, ogniskując się wokół trzech kluczowych zasad: 
  • etycznej (nie może chodzić o żaden spektakularny lub heroiczny wyczyn ani rekord, zdobycie szczytu lub osiągnięcie dna, ma to być dyskretne zamierzenie, trudne, lecz wykonalne, zdolne w zamian pokierować we wszystkich szczegółach życiem tego, kto mu się poświęci) 
  • logicznej (wykluczając wszelkie działanie przypadku, należy wykorzystać czas i przestrzeń jako abstrakcyjne współrzędne, w które wpiszą się identyczne w swej naturze wydarzenia, rozgrywające się nieuchronnie w określonym miejscu i w przewidzianym czasie) 
  • estetycznej (projekt musi być całkowicie bezużyteczny, spełniając się ulegałby samozniszczeniu; jego doskonałość tworzyłaby zamknięty krąg: każdy kolejny etap sekwencji wydarzeń unicestwiałby etap poprzedni – wyszedłszy od niczego, Bartlebooth powróciłby do niczego poprzez określone fazy transformacji stworzonych przedmiotów). 

W ten sposób narodził się program, który zwięźle przedstawić można następująco: 

Przez dziesięć lat – od roku 1925 po rok 1935 – Bartlebooth opanuje sztukę akwareli. 

Przez dwadzieścia lat – od roku 1935 po rok 1955 – przemierzy wszystkie kontynenty, malując co piętnaście dni jeden marynistyczny pejzaż: razem pięćset marin w identycznym formacie (65 X 50 czyli raisin), z których każda przedstawiać będzie inny port morski. Gotowa akwarela powędruje natychmiast do rzemieślnika-specjalisty (Gasparda Wincklera), a ów, nakleiwszy ją uprzednio na cieniutką drewnianą deseczkę, potnie ją na układankę złożoną z siedmiuset pięćdziesięciu części. 

Powróciwszy do Francji, przez dwadzieścia lat – od 1955 do 1975 – zrekonstruuje w porządku powstawania wszystkie pięćset puzzli, co również daje jedne na piętnaście dni. Ułożone puzzle zostaną natychmiast sklejone, marina „zrearkuszowana” tak, że można będzie oddzielić ją od podłoża, a następnie zawieziona w miejsce, w którym dwadzieścia lat wcześniej powstała, i tam poddana kąpieli w specjalnym rozpuszczalniku, co przywróci karcie papieru Whatman jej pierwotną dziewiczość. 

W ten sposób, po całej operacji, która na pięćdziesiąt lat pochłonie bez reszty swojego autora, nie pozostanie najmniejszy nawet ślad. 

tak powstawało Życie instrukcja obsługi

**********************************************************

piątek, 26 września 2014

Oby szczęście cię trafiło*

**********************************************************

Pierwsza strona

Jest takie zdjęcie, na którym siedzisz jak dorosła z nogą założoną na nogę i trzymasz mnie na rękach w postaci przyodzianego w śpiochy tobołka o poziomie atrakcyjności zero (niemówiący, niechodzący, niekorzystający z klozetu, jak mówi babcia). Patrzysz na mnie z uwagą. Aktualnie mówię, chodzę i korzystam z klozetu. Mam wrażenie, że tylko to się zmieniło. 

Następna strona 

Będąc w Pradze, dochodzę do wniosku, że Czesi to bardzo inteligentny naród, nawet trzyletnie dzieci mówią znakomicie po czesku**. Oraz ty. Jesteś najmądrzejsza. 

Kolejna strona

„Szedł i szedł, a noc była rozległa i odbijała się echem”. To zdanie obija mi się w czaszce cały czas i rozłazi po całym organizmie. 

Jeśli życie, nie będąc nowelą, składa się jednak z odcinków i gdy ostatni odcinek kończy się tak mniej więcej, jak w anegdocie u Hłaski w „Pięknych dwudziestoletnich”, że bohater wyskakuje z samolotu na wysokości dziesięciu tysięcy metrów i jest bez spadochronu, wokół niego lata eskadra odrzutowców, strzelających pociskami rakietowymi, a na dole czekają już na niego trzy rekiny z otwartymi paszczami, i kiedy nikt się nie kwapi specjalnie, żeby pociągnąć dalej taką historię (nie jesteśmy cudotwórcami, mówią wszyscy, rozkładając bezradnie ręce, po co wyskakiwał bohater, głupek jeden?), wtedy musi mieć ten bohater szczęście, żeby znalazł się w jego pobliżu ktoś, kto potrafi zażyć taką fabułę z mańki, kto ma wystarczające zasoby brawury, żeby zagrawszy na nosie wszelkiemu prawdopodobieństwu, kontynuować po bandzie równie bezczelnie, dzięki czemu, oprzytomniawszy, ma nasz bohater szansę przeczytać następujący dalszy ciąg: „Nadludzkim wysiłkiem woli, wydostawszy się z tych irytujących opresji, Mike Gilderstern powrócił do Nowego Jorku”. 
Pozdrowienia z Nowego Jorku! 

_____________________________________________________________________________
* tak mówią w Rumunii, o czym dowiedziałam się, czytając Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek Herty Muller 
** parafrazując Jaroslava Haška

**********************************************************

poniedziałek, 22 września 2014

Jak skrzyżować apokalipsę z rzezią

**********************************************************

Co do Miasta 44 Jana Komasy, które jest mi już znane (od dzisiaj), muszę przyznać, że poczułam się trochę zgwałcona (na marginesie – nie mam pojęcia, skąd zarzut, że w tym filmie jest za dużo seksu). Zapodano mi w cenie biletu mega dawkę historycznej prawdy o masakrze, która się zdarzyła i została zrealizowana przez złych Niemców – bardzo metodycznie – z jednej strony i powstańców z drugiej, działających w sposób zaplanowany niby, więc bądźmy miłosierni i powiedzmy, że programowo zaaranżowane to było jako straceńczy spontan, bolesna improwizacja, niegardząca żadną metodą walki, włącznie z aktami rzucania się z łopatą na zmechanizowanego wroga. Oglądam więc masakrę, która zdarzyła się naprawdę, jest wydarzeniem historycznym, i nie mogę w nią uwierzyć. Czy nie w tym tkwi słodka tajemnica odporności na wszelkie nauczki (nie mówiąc o naukach) właściwej homo sapiens od momentu wynalezienia siekiery? I czy to nie dlatego godzę się tak skwapliwie na te wszystkie nawiasy - muzyczne i optyczne, zatrzymywanie w kadrze, pozwalające wygenerować to, co jest niezbędne człowiekowi do życia jak powietrze w każdych warunkach, w czasie masakry też: okruchy chwil, momenty. Jakiś sens. 

Jak pokazać apokalipsę, która odbyła się w realu rzeźnicką metodą poprzez ubój? Perspektywa lufy, jak w grach, sprawdza się momentami nieźle. 

Zakończenie jest za to szokujące – jak z samego Henryka Sienkiewicza, specjalisty od wszelkich potopów, a także wielkiego znawcy zapotrzebowań ludzkich serc: płonące miasto transformuje się na naszych oczach w dwudziestopierwszowieczną metropolię, bohaterowie splatają dłonie. 

I jeszcze wielki plus: Tomasz Schuchardt w świetnej roli Kobry, miła zaskoczka, nie miałam pojęcia, że go zobaczę w Mieście 44. As w rękawie. Jak zwykle the best. 

Tomasz Schuchardt w roli Kobry, Miasto 44

**********************************************************

niedziela, 21 września 2014

Chciałam kochać swojego ojca, kiedy nie śpiewał*

**********************************************************

Nie wiem, co bym zabrała na bezludną planetę, czym bym się ratowała w przypadku konieczności emigracji (nieodwracalnej) z Ziemi, planety ludzi, na jakiś inny obiekt astronomiczny, bez perspektyw na zaludnienie, co by mogło zadziałać jak kubeł zimnej wody w sytuacji, gdyby mnie tam dopadła jakaś gwałtowna nostalgia za homo sapiens - potencjalnie – żeby mnie dopadła z mniejszą siłą. Niezawodny jest Bernhard. I Jelinek. Ale jednak Georges'a Pereca też wolałabym mieć pod ręką. Wciągnął mnie i już układam ten jego puzzlowy obrazek, łudząc się irracjonalnie, że mi nagle wyjdzie oryginał, prawdziwy portret. Ale to jest niemożliwe. Kiedy Perec mówi: „Chciałbym móc pomagać mamie sprzątać ze stołu po obiedzie”, to jest to przejmujący puzzel-kopia, scenka ze szkolnego podręcznika. Chodzi o to, że w tym podręczniku nie ma obrazka mamy drapiącej paznokciami ścianę w komorze gazowej.
- Dlaczego zostałeś fałszerzem? - pyta Streten Gasparda Wincklera.
- Tak po prostu… Miałem siedemnaście lat. Była wojna. Byłem w Szwajcarii. Były wakacje.
Georges Perec, Kondotier
Siedemnaście lat miał w czasie wojny ojciec niemieckiej pisarki Herty Müller, który w 1943 roku zgłosił się na ochotnika do Waffen ss i został Oberscharführerem i któremu nigdy nie przeszedł sentyment do nazizmu. Jeszcze w latach siedemdziesiątych śpiewał ze swoimi „towarzyszami z wojny” nazistowskie piosenki. Współudział ojca Müller w wojennych zbrodniach miał zasadniczy wpływ na jej stosunek do niego, zwłaszcza od momentu, kiedy już przeczytała Celana i Kertésza, i wielu innych, dla których mundur ojca oznaczał śmierć. „Jako dziecko bardzo go kochałam. Późniejszy dystans budowałam zawsze wbrew miłości”, powie po latach.

Ojciec Müller był po wojnie kierowcą ciężarówki, a także alkoholikiem. Kiedy umarł, a ona wyszła ze szpitala z wielką pustką w środku, padał śnieg. Nagle przypomniała sobie historię, która najlepiej chyba pokazuje unikalną naturę i moc dziecięcej miłości:

"Ojciec siedzi przede mną na krześle, jego tułów kołysze się jak na wodzie. Jest pijany, zalany w trupa, nie może nawet włożyć butów. Ale mówi: „Musimy wyruszyć, zanim zapadnie noc”. Klękam na podłodze, wpycham mu nogi w buty i zawiązuję sznurówki. On wstaje i zataczając się, idzie do samochodu, siada za kierownicą. Siadam koło niego i zaczyna się. Jesteśmy w górach, na pół zanurzeni w chmurach jedziemy po wąskich serpentynach, po wysokiej stronie drogi skały do nieba, po niskiej stronie drogi skały w przepaść. Jedziemy przynajmniej pięć godzin, aż droga zejdzie z nieba na ziemię, aż zacznie się płaski krajobraz i przynajmniej nie będzie można spaść.
Drogą z gór jeździliśmy często, cztery, pięć razy w roku. Przez całe lato co kilka tygodni ojciec woził w góry warzywa na zlecenie kołchozu. Dwa, trzy dni później, kiedy wszystko sprzedał, wracaliśmy. Nie bałam się, kiedy pijany jechał po serpentynach. Tak musiało być, ponieważ on taki był. On był moim ojcem, ja jego dzieckiem i ufałam mu. Myślałam, że jeśli coś się stanie, będzie to kara ciemnego lasu i skalistych gór. Jeśli wydarzy się nieszczęście, zawini okolica, nie on. Nigdy nic się nie stało".
Herta Müller, Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek 

________________________________________________________
* Herta Müller, Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek 

**********************************************************

czwartek, 4 września 2014

Niebo było rozchmurzone

**********************************************************

Nie siedziałam za kierownicą, więc mogłam rejestrować obrazki, które się przewijały za szybą i które znam na pamięć, odliczać, czy się zgadza treść i forma, aż prawie usłyszałam brzęk kluczy i stukot zastawki, dwa odgłosy z poziomu klatki piersiowej mniej więcej, które zawsze kojarzyły mi się tatą. Tu jeździliśmy na motorze. Wrzucałam biegi tak, że przednie koło stawało dęba, tata wołał, że w końcu go zgubię, ale trzymał się mocno. Lasy, grzyby, liście, dzięcioł w czerwonym berecie. Potem magia ciemni w łazience, wywoływanie zdjęć. To ty mi opowiadałaś, jak staliście kiedyś z tatą na przystanku autobusowym i jakiś dzieciak zaaferowany plączącymi się po chodniku gołębiami miał wielką potrzebę podzielenia się z kimś tą fascynującą obserwacją, ale opiekunka nie była zainteresowana i nagle mały wyhaczył z tłumu naszego tatę. – Prosę pana, gołąbek! – zwrócił się radośnie wprost do niego, no i dobrze trafił, mądrala. – Prosę panaaa, a co pan robi? – nudzili go bez końca moi koledzy na podwórku, bo tata zawsze robił coś ciekawego w garażu. Miał rzeszę wyznawców. 


**********************************************************

czwartek, 28 sierpnia 2014

Pojawianie się i znikanie bez przerwy

**********************************************************

Próbuję sobie to wyobrazić: mam 3 lub 4 lata, mieszkam w domu z mamą i tatą, pewnego dnia tata znika, mama traci pracę i po kilku tygodniach wsadza mnie do pociągu, samą, wciskając mi do ręki jakąś książeczkę na drogę. Pociąg zawozi mnie daleko od rodzinnego miasta, w piękne, ale obce okolice. Wkrótce dowiaduję się, że nie mam już mamy i taty i że muszę żyć w tym obcym miejscu, zdana na opiekę zmieniających się jak w kalejdoskopie cioć. 
"Całymi latami rysowałem sportowców o zesztywniałych ciałach i nieludzkich twarzach – opisywałem drobiazgowo ich nieustanne walki i z uporem zestawiałem niekończące się listy nagrodzonych”. 
Georges Perec, W albo wspomnienie z dzieciństwa 
Jako dorosła osoba postanawiam po latach pochylić się nad tymi obrazkami z dzieciństwa, grzebnąć w buforze pamięci, wyjść poza oswojony sektor. Moi rodzice są Żydami, mam 3 lata, wybucha wojna, tata zgłasza się do komisji rekrutacyjnej i zostaje wcielony do armii, ginie na froncie, mama nosi gwiazdę i próbuje znaleźć jakieś zajęcie, bezskutecznie, w końcu wysyła mnie w Alpy z transportem Czerwonego Krzyża, sama zostaje w Paryżu, jest aresztowana i wywieziona do Auschwitz, tam umiera. Jestem żydowskim dzieckiem, przechowywanym przez ludzi w pensjonatach aż do końca wojny. No bo wojna wreszcie się kończy. 
„Potem wybrałem się z ciocią na wystawę o obozach koncentracyjnych. Było to gdzieś w okolicy La Motte-Picquet-Grenelle (to wtedy odkryłem, że metro jeździ nie tylko pod ziemią). Pamiętam zdjęcia, na których były krematoria i ściany poorane paznokciami gazowanych – i jeszcze szachy ugniecione z chleba”. 
Georges Perec, W albo wspomnienie z dzieciństwa
Jeśli na kimś nie robi wrażenia Łuk triumfalny Remarque’a, niech przeczyta W albo wspomnienie z dzieciństwa Pereca.

Co to jest W? Metafora. Metafora-horror wiecznie żywa. 
„Zapomniałem już przyczyn, dla jakich, mając dwanaście lat, umieściłem W w okolicach Ziemi Ognistej. Faszyści Pinocheta zajęli się tym, by nadać moim fantazjom ostateczny wyraz – dziś na wielu tamtejszych wysepkach znajdują się obozy zesłania”. 
Georges Perec, W albo wspomnienie z dzieciństwa
Całość dzieła Pereca porównuje się słusznie do puzzli. W W albo wspomnieniu z dzieciństwa dostajemy dużo, może wszystko.

 Georges Perec

**********************************************************

wtorek, 26 sierpnia 2014

W rzeźni na dole stał teraz czeladnik

**********************************************************

„Dom stał przy rue Clavel. Na parterze mieściła się rzeźnia, w której potężnie zbudowana niewiasta machała toporem i sprzedawała mięso. Była w żałobie, jej mąż zmarł przed dwoma tygodniami. Teraz kobieta prowadziła zakład z pomocą czeladnika. Ravic zerknął na nią przelotne. Wyglądało na to, że wybiera się z wizytą, na głowie miała kapelusz z długą czarną woalką. Chcąc wyświadczyć grzeczność znajomej, postanowiła urąbać jeszcze dla niej przed wyjściem nogę wieprzową. Woalka powiewała nad otwartą półtuszą, błysnął topór i rozłupał z trzaskiem kość.
- Jednym uderzeniem – stwierdziła z satysfakcją wdowa i rzuciła nogę na wagę”. 
Erich Maria Remarque, Łuk triumfalny 

Wdowa się pochwaliła, powiedziała to triumfalnie: jednym ciosem. Triumf pasuje do przemocy. Rzeźnia, mięso, topór i łuk triumfalny – które słowo nie pasuje do pozostałych? Macie rację oraz 4 punkty za poprawną odpowiedź (czyli: żadne). Wszystkie słowa do siebie pasują, są rodziną, oprócz tego bazą dla cytowanej powieści Remarque'a.

Jeśli wierzyć Wikipedii, po II wojnie światowej zbudowano tylko jeden łuk triumfalny - w Korei Północnej (1982). I jak dotąd pozostawała Korea osamotniona w tym swoim ekscesie. Ale być może już wkrótce ta informacja będzie wymagała update'u, gdyż nad Wisłą - o czym czytam we wczorajszej GW - powstał projekt, a także stosowny komitet złożony z ubranych wizytowo rzeźniczych wdów, postulujący zbudowanie również w Warszawie takiej bramy Hadesu (Remarque), czyli łuku w celu upamiętnienia triumfu tych, co nie wołali za bolszewikiem, tylko gonili go i gonili aż przegonili, uf. W tej sytuacji, jako obywatelka tego kraju, chcę przypomnieć, że stolica ma już łuk, który mógłby nadać sens tej wielkiej rzeźni, jaką była historia ludzkości w XX wieku i być dobrą wróżbą na przyszłość. Gdyby tylko dał radę jakoś przetrwać do 2020 roku. 


**********************************************************

niedziela, 24 sierpnia 2014

O roku uf

**********************************************************

Zawsze myślałam, że tam jest wołacz, a nie biernik, to znaczy w tej żurawiejce, że tam jest: „bolszewiku, goń, goń, goń!” (w domyśle „się”). Taka ze mnie Tośliczka Osia, mózg mi się skurczył od nadmiaru pieruńskich torników. 


**********************************************************

czwartek, 21 sierpnia 2014

ITAKOWIE RĘCZĄ, ŻE PEŃCIA JEST SUPER*

**********************************************************

"- Przypominasz mi Antystenesa, powiedział profesor, ucznia Gorgiasa, sofisty. Powiedziano o nim, że nikt nie umiał orzec, czy więcej w nim goryczy wobec innych, czy wobec siebie. Był to syn ojca wysokiego rodu i niewolnicy. Napisał książkę, w której odebrał palmę piękności argiwskiej Helenie i wręczył ją biednej Penelopie". 
James Joyce, Ulisses 

No tak. Peńcia wyrasta nad poziomy bez dwóch zdań. Po prostu twarda z niej sztuka. „Nikt się u ciebie, matko, serca nie domaca!”, wytyka jej Telemach, bo Penelopa nie jest specjalnie skora do rzucania się w objęcia nikomu, także przybyłemu wreszcie, po dwudziestu latach, Odysowi. „Chcąc męża z mańki zażyć”, przebiegła ta niewiasta, testuje go uprzednio bez skrupułów, żeby zdemaskować potencjalnego oszusta. Trudno się zresztą dziwić, szwendał się gdzieś po świecie tyle lat i bogowie tylko wiedzą gdzie, którzy są amoralni i nie takie numery mają na kontach. I choć happy endu w sumie nie ma, to jednak koniec końców dane jest Odysowi „chwycić najdroższą połowicę w objęcia”, oczywiście z wielkim płaczem, bo Odys w ogóle jest beksą, jak na powracającego przystało. 

Najbardziej chyba malowniczo rozszlochali się z Telemachem przy wzajemnym rozpoznaniu. Brzmi to tak: 
                         "Młodzianek w zachwycie 
Do serca cisnął ojca, łez wylewał strugi. 
Rozbolał się, rozrzewnił, tak jeden, jak drugi. 
Obaj głośno szlochali, kwiląc jakby ptaki, 
Jastrzębie albo sępy, kiedy im chłopaki 
Z gniazd wydrą nieudolne do lotu pisklęta: 
Tak kwiliły, zawodząc oba niebożęta, 
Że i słońce by zaszło, oni nie przestali, 
Gdyby syn nie zapytał: 
                                   „Wyście się dostali 
Na jakim tu okręcie? I jakie flisaki 
Przywieźli cię, mój ojcze, do naszej Itaki? 
Homer, Odyseja

Powroty są super. 

 scena rozpoznania
_______________________
* James Joyce, Ulisses

**********************************************************