niedziela, 25 lutego 2018

Fans of war

**********************************************************

Wiadomo, że złe tłumaczenie z jednego języka na drugi może w mniejszym lub większym stopniu, a niekiedy nawet całkiem, wypaczyć sens wypowiedzi i nadać jej znaczenie inne zgoła, czasem szokujące i fatalne, jak to się przydarzyło niedawno z pewnym orędziem, dość desperackim zresztą, polskiego premiera, za jego własną przyczyną (sama kancelaria wypuściła wersję z błędem po angielsku). Więc warto się pochylić z przesadną nawet dbałością nad procesem translacji, zwłaszcza jeśli wypowiedź dotyczy treści wrażliwych w skali ogólnoludzkiej i światowej. 

W każdym zresztą przypadku należy się pochylić, bo można popaść w śmieszność lub wzbudzić konsternację jakimś błędem, jak to się udało pewnemu wydawnictwu z kolei na przykład, zapewne w ferworze, które reklamując jedną ze swych nowości, a dokładnie thriller pt. Ocalić jednego Andrew Grossa, cytuje Washington Post w następującym przekładzie: „To najbardziej wzruszająca i pasjonująca z dotychczasowych książek Grossa, którą miłośnicy II wojny światowej powinni dodać do listy lektur obowiązkowych”. Hola, hola. Miłośnicy II wojny? To musi być naprawdę arcyciekawy target – grupa takich fanów, perwersów-militarystów, zakochanych w II wojnie (a dość prawdopodobne, że i w Adolfie Hitlerze w takim razie). To mnie zaciekawiło. Jak jest w oryginale? Chcecie wiedzieć? Jest dokładnie tak: “Gross has written his most heartfelt and compelling book to date, and fans of World War II fiction should add this to their reading lists”. Więc nie chodzi o fans of World War II, lecz o fans of World War II fiction. A to robi wyrazistą jednak różnicę. 

Jeśli chodzi o wojnę, nie zamierzam bynajmniej czytać wyżej wymienionego thrillera, ale mam obejrzany na świeżo Szron Litwina Sarunasa Bartasa, i być może zresztą dlatego wyczuliłam się tak na niuanse okołowojenne, działające bardziej podprogowo niż wprost. Ten film mnie zahipnotyzował na sto paręnaście minut, żeby w finale wyrwać gwałtownie z tej hipnozy. Zakończenie, nawet jeśli podskórnie spodziewane, działa jak cios obuchem, ucina egzystencjalny chocholi taniec, w jaki się popada razem z bohaterami, wywołuje odruch buntu. Nie! 

Para głównych bohaterów – chłopak (Rokas) i dziewczyna (Inga) – to w pewnym sensie loserzy, którzy żyjąc w świecie pogrążonym w stanie hibernacji, i nie tylko z powodu zimy, ale także z powodu ogólnej beznadziei (a co mnie może czekać? pyta Inga), pchają się w poszukiwaniu sensu, jak ćmy do ognia, w stronę ludzi, którzy o coś walczą. Jadą (przez przypadek) z pomocą humanitarną na ukraiński front. Lecz ten ogień przy bliższym kontakcie okazuje się pożogą, niszczącą i bezsensowną. Dotknięcie grozi kalectwem oraz śmiercią. Wojna jest zła, mówi ukraiński żołnierz, który ma brygadę wyspecjalizowaną w zbieraniu wojennych trupów w celu pochówku, więc ta banalna prawda brzmi w jego ustach wiarygodnie, w przeciwieństwie do pokrętnych dywagacji na temat nieco trudniejszy: dlaczego mimo to trzeba ją toczyć? Rokas i Inga widzą, że wszyscy, którzy z wojną się stykają, deprawują się, począwszy od dziennikarzy i reporterów, zmieniających się nieuchronnie w hieny okołowojenne, poprzez różne łajzy, które chcą sobie bezkarnie pozabijać, po żołnierzy, z nimi samymi włącznie. Rokas zmienia się stopniowo, pod wpływem różnych zdarzeń, w desperata, który brnie coraz dalej, także w sensie fizycznym, aż w końcu przekracza cienką czerwoną linię. Bo nawet tam, w epicentrum, na linii frontu w Donbasie, myśli, że może na sucho przybliżyć się do wojny, że to jest coś… no właśnie: co??

Kończy się, jak zawsze: więc to już/ wszystko/ mamo// tak synku/ to już wszystko//a więc to tylko tyle// tylko tyle// więc to jest całe życie// tak całe życie (T. Różewicz, Czas na mnie). 


**********************************************************

niedziela, 18 lutego 2018

Stał się nieodłącznym towarzyszem Pawełka*

**********************************************************

To nie jest żaden świadomie zdefiniowany klucz – żeby to byli pisarze-psiarze - ale jakoś tak się składa, że autorzy, którzy mnie interesują ze względów literackich, okazują się często, przy oglądzie nieco bliższym, osobami, mającymi na koncie przynajmniej jeden głęboki związek z psem, co traktuję osobiście jako bonus i ogólnie bardzo przyjemną okoliczność. Iwaszkiewicz, Gombrowicz, Świetlicki, że nie wspomnę o Emily Dickinson (i Carlu, jej nowofundlandzie). 

Świetlicki, we wspomnianej przeze mnie ostatnio, przysiadalnej całkiem rozmowie z Rafałem Księżykiem, kreuje się trochę na naturszczyka/ barbarzyńcę, który wszelkich tekstów o charakterze mądrościowym, zwłaszcza z dziedziny literatury, usianych trudnymi słowami, tyka się jak pies jeża (nomen omen). Jest jednak czułym barbarzyńcą. 

I na pewno by się przejął, gdyby dotarła do niego wiedza, którą zresztą być może posiada, bo to powszechnie wiadomo, że wiele psów różnych ras - przesadnie wyselekcjonowanych, o zbyt dużym stopniu pokrewieństwa – przez całe życie cierpi na chroniczny dyskomfort, na przykład ukochane przez niego boksery cierpią nierzadko na „ciągłe swędzenie między poduszkami, które sprawia, że często liżą sobie łapy, a nawet ostrożnie stąpają”. 

To jest zdanie wyjęte z książki, do której podeszłam jakiś czas temu histerycznie, co skończyło się zawieszeniem na okładce (fenomenalnej zresztą), a którą teraz wreszcie czytam już bez uników. Jej autor, Éric Baratay, jest francuskim historykiem, profesorem historii najnowszej, specjalistą od animal studies, który w swoich badaniach nad zwierzętami poszedł najdalej jak się dało – przeszedł po prostu na ich stronę, po to, żeby napisać inną wersję historii, nieantropocentryczną, skupiającą się na perspektywie istot innych niż ludzie, ale także żywych i czujących, bo ludzie nie mają uczuć i wrażliwości na wyłączność. 

Tak powstała książka Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii, w której autor próbuje odwrócić sytuację, żeby „nie pisać historii hodowli, lecz bydła, nie transportu, lecz koni pociągowych, nie korridy, lecz byków… to znaczy nie sposobów werbowania i wykorzystywania zwierząt, ale tego, co przeżywają, czują, odczuwają, zwracając – tak bardzo, jak to możliwe – uwagę na postawy, gesty, krzyki”. 

I konstatacja autora, którą weźmy sobie do umysłów oraz serc, zwłaszcza teraz, gdy wokół historii dzieją się rzeczy kuriozalne: 
„Być może, czytelnik nie uzna tej historii za w całości chlubną dla człowieka, ale to nie powinno zatrzymywać historyka: jego powołaniem nie jest ani uprawomocnianie jakiejś sytuacji poprzez dostarczanie jedynie częściowej wizji, która nie mówi nic o drugiej stronie, ani też denuncjowanie czynów z etycznego punktu widzenia; to społeczeństwo ma tego dokonać w toku swojej lektury”. 
Éric Baratay, Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii, Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2015
 Obiecuję dokonać, jak przeczytam. 


 _______________________________________________________
* Guy de Maupassant, Historia pewnego życia

 **********************************************************

niedziela, 11 lutego 2018

Hit i kit jednak

**********************************************************

Oszalałam normalnie z tymi życiorysami. Ledwo skończyłam z Gombrem, marząc o pójściu sobie wolno w całkiem inną stronę, już się potknęłam znowu o cegłę pokrewnego jak najbardziej gatunku, też nielekką na oko, tyle że wypełnioną fartownie czcionką dużą z dużą ilością światła pomiędzy wierszami. Dodatkowo jeszcze, choć cegła ma podtytuł Autobiografia, jest to życiopisanie już przedefiniowane i polega na tym, że auto-opowieść nie jest lita, tylko się wyłania z rozmowy między dwiema osobami, prowokowana pytaniami/ komentarzami drugiej strony dialogu. Nie jest to jednak wywiad-rzeka. Mowa o rozmowie Mistrza z Alfą i Omegą tego nowego gatunku („autobiografii, które powstają z rozmów”), Rafałem Księżykiem. Mistrz też zresztą ma imię i nazwisko – brzmi ono (czyli imię jego) Marcin Świetlicki. 

A ponieważ tak się składa, że Mistrz ma urok osobisty raczej duży i mówiąc o sobie: Moja droga jest zupełnie inna, mówi prawdę, połknęłam Nieprzysiadalność. Autobiografię tych obu, Świetlickiego i Księżyka, jednym haustem. Bardzo smacznie było. Świetlicki nie jest „facetem tworzącym z nadmiaru sił żywotnych i zdrowia, za pomocą specjalnego daru bogów, zwanego talentem” (to Gombrowicz o tym, jak Polacy myślą o artystach). Jego wiersze powstają nie ze zdrowia raczej, lecz z choroby. „Sztuka, jeśli nie jest niebezpieczna, nie jest sztuką”, to już sam Świetlicki. Jego najnowszy wybór wierszy pt. Polska, wystylizowany na patriotyczny śpiewnik, pooglądałam na razie w księgarni. Widzę go pod każdą polską strzechą. W marzeniach oczywiście. A marzy się zawsze bez ironii. 

Nie nudziłam się przy Nieprzysiadalności ani przez chwilę, czego nie mogę powiedzieć o filmie Atak paniki, na którym wynudziłam się jak mops. Nie zaśmiałam się w zasadzie ani raz. Bez przesady. Żyjemy w epoce po Tarantino jednak. Że ludzie są debilni, że się komunikują na poziomie pantofelków, dysponując potencjałem jednak większym, co prowadzi ich momentami do dyskomfortu lub frustracji, a następnie do gwałtownych, agresywnych często zachowań, to już wiem. Nic nowego mi ten film nie powiedział. Nic nowego na nim nie poczułam. W ogóle nic. Scenariusza brak. Aktorzy tylko świetni. I może nie wiem, czego mi trzeba w tym momencie, ale wiem czego mi nie trzeba na sto procent – nieprzyzwoicie przereklamowanych polskich komedii. 

 Nico i Mistrz
fot. z: Nieprzysiadalność. Autobiografia, Marcin Świetlicki, Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie 2017

**********************************************************

poniedziałek, 22 stycznia 2018

o ściskaniu zacnej prawicy*

**********************************************************

To robi na mnie zawsze duże wrażenie, że psy są takie grzeczne. Słuchają i czekają, antycypują nawet z wrażliwości. I choć jako katastrofistka z intelektu (bo z natury chyba jednak nie) miewam lęki z racji tej nierównowagi w układzie człowiek-zwierzę, czy się za tym nie kryje jakaś przemoc, z reguły widać jasno, gdzie idzie o afekt czysty i obustronny. I po strachu.

Gombrowicz płaszczył się z dumą i ciumkał do swego Psiny. Iwaszkiewicz do Tropka. Nie wiem, jak u Miłosza z psami było, bo z nim mi jakoś słabo jest po drodze jak dotąd. Wiem coś o Piesku przydrożnym (hehe), ale biografii Miłosza stworzonej przez Franaszka nie przeczytałam nadal. Moja strata.

Użyłam jednak Miłosza, a nie Iwaszkiewicza, szukając wiarygodnego, syntetycznego obrazu marki Gombro, który Miłosz dać potrafił. Jarosław nie potrafił. Mimo istotnej relacji, jaka się między nim a Gombrowiczem zawiązała, pozostał w tym obrazku puzzlem, nie wygenerował nic własnego. A można tę relację prześledzić szczegółowo w przekroju, obejmującym całe życie Witolda (bo Jarosław żył znacznie dłużej) dzięki listom. Skłonność do mitomanii, a także megalomanii, jak również niewiarygodnego wręcz plotkarstwa sprawiła, że Iwaszkiewicz sam się zdyskwalifikował jako miarodajny punkt odniesienia.

20 września 1954 roku Jerzy Giedroyc pisze do Gombrowicza: „Mam w tej chwili do Pana wielką prośbę. Iwaszkiewicz popełnił książkę o swoich podróżach do poł. Ameryki (Listy z podróży do Ameryki Południowej). Nigdy tak złej książki nie czytałem z taką pasją. To kopalnia strachu, mimikry, snobizmu etc. Jednym słowem materiał na studium. Myślę, że nikt tego nie potrafi lepiej zrobić od Pana. Książkę wysyłam osobno pocztą lotniczą”. Pomysł jest rzeczywiście doskonały, ale Gombrowicz, skory zwykle do takich akcji, tym razem ignoruje wątek i przemilcza go w odpowiedzi do Giedroycia. Redaktor nie odpuszcza: „Liczę jednak, że Pan zdąży dosłać jeszcze omówienie Iwaszkiewicza. Szalenie mi na tym zależy. Nim naprawdę trzeba się zająć. To omówienie będzie na pewno sensacją”. Giedroyć liczy na WIELKIE POŻARCIE otrzymane prosto z Buenos Aires, ale przyciśnięty do muru Gombro, ku jego rozczarowaniu, odpowiada: „Drogi Redaktorze, ubolewam, że nie będę mógł uczynić zadość życzeniu Redaktora; ale Iwaszkiewicz podczas swego tutaj pobytu dopomagał mi jak mógł (na gruncie bankowym), a potem w Polsce, nie bez pewnego ryzyka, usiłował przemycić Ślub do „Twórczości” i usilnie mnie popierał. Więc zrozumie Redaktor, że trudno by mi było go atakować – niech to zrobi kto inny”.

To jest jednak do Gombrowicza niepodobne. Lecz podobne do Iwaszkiewicza, który wytworzył klimat sztuczny i przekłamany w tym ich wzajemnym stosunku, mocno też odklejony od realiów ówczesnych dookolnych, i krajowych, i emigracyjnych. Zamulał rzeczywistość iluzjami. A Gombrowicz miał na dodatek sentyment do autora Listów z podróży do Ameryki Południowej przez pamięć momentu, gdy Iwaszkiewicz stał się mimowolnie kamieniem milowym w jego karierze. Albo kołem ratunkowym w trudnej chwili. Gdy w 1948 przybył do Argentyny z wizytą (na jakiś kongres), Witold skorzystał z okazji i pokazał mu swój nowy dramat, Ślub, którego nikt dotąd nie czytał, poza Argentyńczykami pracującymi nad przekładem, tak że autor stracił już pewność, ile to jest jako literatura warte. Jarosław przeczytał i pochwalił - że dramat pierwsza klasa, wielki osiąg.

Gombrowicz, analizując ten moment w swojej karierze, przy okazji trafnie Iwaszkiewicza opisał: „Było mi aż nadto dobrze wiadome, że taki pojedynczy głos o niczym nie przesądza – mógł dotknąć mój dramat jakiejś struny w nim i to wystarczało, aby mu się zakłóciły proporcje – a może z natury był skłonny do entuzjazmu? A mimo to uczułem, w dziecinnej rozkoszy, smak dostojeństwa spływającego mi na ramiona”.

I tak to Iwaszkiewicz pozostał na resztę życia beneficjentem tego egzotycznego spotkania w Buenos Aires z Witoldem, który był wtedy w fazie wyjadania z psiej miski, podczas gdy Jarosław spijał jak zawsze śmietankę. I jak zawsze był skłonny do entuzjazmu.

________________________________________________________________________________
* Z listu J. Iwaszkiewicza do W. Gombrowicza: 
„U mnie nic nowego, pracuję jak dziki osioł i martwię się jak pies w studni, ale to już takie przeznaczenie polskiego pisarza. Pojechałbym do Buenos Aires z przyjemnością, bardzo polubiłem to miasto w przeciwieństwie do Rio. Tymczasem ściskam twą zacną prawicę” 
w: Gombrowicz. Walka o sławę, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996

 **********************************************************

niedziela, 14 stycznia 2018

Tylko lustra nie można zawiesić do góry nogami

**********************************************************

Nie da się ot tak zamknąć biografii Gombrowicza by Klementyna Suchanow zaraz po przeczytaniu, po czym udać się do innych zajęć (czytelniczych lub nie czytelniczych, wszystko jedno). I nie chodzi tylko o to, o czym słusznie wspomina Michał Paweł Markowski w zwięzłej rekomendacji umieszczonej na okładce książki (mamy wreszcie „kompletną opowieść o jednym z najważniejszych pisarzy nowoczesnych”, weźmy się zatem teraz za ponowne odkrywanie jego dzieł). Chodzi o apetyt, który w miarę konsumpcji rośnie, rośnie i rośnie, monstrualnieje nawet momentami, i nim się człowiek obejrzy, już się nie rozpoznaje w lusterku łazienkowym – a dlaczego masz takie duże oczy, opętane głodem wampirycznym i kombinujące nad tym, co już przeczuwasz? Oto konstelacje, oto kosmos, gdzie da się ułożyć hasło WIECZNOŚĆ. 

Użyję Miłosza, bo on jest wiarygodny w tej materii. A to on napisał: „Przebywać z nim [z Gombrowiczem] to było jak wchodzić w budynek o jasnej, przejrzystej architekturze”. I opisał sen, jaki miał pierwszej nocy po tym, gdy dostał wiadomość o śmierci Gombrowicza. Że żeglował tratwą i usłyszał za plecami głos Witolda: „Nie lawiruj. Płyń prosto pod wiatr”. Więc zawrócił i wtedy przód tratwy zaczął tonąć. „Ale wiedziałem, że muszę tak dalej, i obudziłem się”. Kiedy Miłosz dostanie Nobla w 1980 roku, zadzwoni do Rity Gombrowicz i powie, że nagroda należała się Witoldowi (co nie było czystą kurtuazją - gdyby nie śmierć, Gombrowicz zgarnąłby prawdopodobnie tę nagrodę już wcześniej, co zmieniłoby jednak postać rzeczy, z czego Miłosz zdawał sobie sprawę doskonale).

Więc ma rację Markowski: nie ma lepszej reakcji na tę akcję, jaką jest wchłonięcie biografii Gombrowicza pełną gębą autorstwa Suchanow, niż wskoczenie na kolejny szczebel tej drabiny. Kto zatem ciekawy, niech nie wsadza nosa do kawy, tylko w Kosmos, w Dziennik i w korespondencję, we Wspomnienia polskie, w co tam chce. 

Gombro jako Patronus istot „nie takich jak wszyscy” sprawdza się zawsze i wszędzie. Zgrał mi się bardzo dobrze zarówno ze świetnymi Podopiecznymi w reż. Pawła Miśkiewicza, jak i ze znakomitym Nie jestem twoim Murzynem, dokumentem w reż. Raoula Pecka, dwiema ważnymi rzeczami, jakie widziałam (jeszcze w grudniu) w trakcie tego długiego okołogombrowego seansu, o którym myślałam najpierw jak o seansie spirytystycznym ze wskrzeszonym pisarzem w roli przedmiotu opowieści o jednym życiu, a który okazał się jednak życiotwórczy, szokująco żywy. 


**********************************************************

poniedziałek, 20 listopada 2017

bieda autorowi!

**********************************************************

Wiem, że istnieją ludzie o wrażliwości mamutów, ale nie zmienia to faktu, że za każdym razem, kiedy dostaję dowód na ich występowanie w przyrodzie tuż za winklem, mam ochotę zebrać się i wyjść. Tyle że to nie kino. A wystarczyłoby przecież - patrząc na kruka na przykład, który drapie się łapą całkiem jak pies, lub na psa, na którego kurtka z zeszłego sezonu jest przyciasna, całkiem jak na jego ludzkiego towarzysza, ledwo mu się dopina na brzuchu – przyjąć do wiadomości, że mieszkamy wszyscy razem na jednej planecie. 

Coraz zimniej, coraz ciemniej… nareszcie! jak mówi copywriter w pewnej reklamie. Przynajmniej mniej nachalnie widać, jak się zmieniamy w zbiorowisko długowiecznych idiotów. 

W tej przykrej sytuacji siedzenie „w Gombrowiczu” działa jak antidotum. Ściślej rzecz ujmując, zapoznawanie się z tym, co ma do powiedzenia na temat Gombrowicza Klementyna Suchanow, jego biografka. Że nie każdy autor biografii staje się automatycznie biografem danej postaci, to jest jasna sprawa. Można nawet, jak sądzę, zaryzykować stwierdzenie, że prawdziwych biografów jest wśród autorów biografii bardzo mało. Więc tym większe halo. Bo Klementyna Suchanow jest biografką Witolda bez dwóch zdań. Przeorała, przeżyła, doświadczyła, wywąchała, wydobyła, wygrzebała, skojarzyła, powiązała, usystematyzowała, rozłożyła akcenty. Ogarnęła wszystko. 

A ja mogę chichotać, że kuzyn Gucio Kotkowski miał jako agent wywiadu ksywkę zaskakującą - Myszkowski, ale generalnie robi na mnie to wszystko duże wrażenie. Jestem w drugim tomie. Wciąż siedzę w Argentynie i nie wybieram się jeszcze do Europy. Długo jeszcze nie. Dopiero co powstała „Kultura” Jerzego Giedroycia. Ale Gombrowicz napisał już Trans-Atlantyk i wysłał maszynopis Marii Kuncewiczowej do Londynu, która „zaśmiewa się podczas lektury” do łez, ale ostrzega Gombrowicza, że „całość jest dla rodaków na obczyźnie, zarówno, jak i dla państwotwórczych wzniosłych mrówek warszawskich – absolutnie nie do strawienia”. Takie rzeczy – pisze do Witolda - „trzeba odkładać na potem, kiedy modele wymrą […] Oczywiście można nie odkładać, ale wtenczas bieda! bieda autorowi! […] Doprawdy wszystko zdaje się wskazywać, że jest pan geniuszem [..]. Dziatki będą się kiedyś uczyły na klasyku Gombrowiczu”. (Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Czarne 2017). Jasne, kiedyś może znów.

Transatlantyk Chrobry 

**********************************************************

niedziela, 12 listopada 2017

O wyjadaniu z psiej miski

**********************************************************

No więc pomijam kwestię, na ile mnie obchodzi, co konkretnie zażywał albo i nie zażywał Gombrowicz, gdy był chory na to lub na tamto, ale jest istotne, że w pewnym okresie jego życia mogły to być leki przeterminowane. Z biedy oczywiście. Bo jak człowiek popada w biedę, to dość szybko przestaje „kaprysić” i widząc, że mu nogi coraz bardziej wystają spod kołdry coraz krótszej, zaczyna się kulić, maleć. W Gombrowiczu świetne jest to, że kulił się jednak zawsze tylko do pewnych granic, akceptowalnych dla niego, w ramach których pozostawał sobą, nie chodził na kompromisy, które oceniał jako „zbyt niszczące” (dla osobowości). Płacił za to następnie bez grymasów.

Mogło się zatem zdarzyć, że zjadał w Argentynie leki po dacie ważności, gdy był chory. Trwała wtedy wojna w Europie, a on był polskim uchodźcą w Buenos Aires, tułającym się bezdomnie z miejsca w miejsce, niemal bez dochodu, ze środkami do życia ekstremalnie ograniczonymi. I wiemy skądinąd, że w skrajnych sytuacjach nie cofali się wraz z przyjacielem (Alejandrem Russo) przed wyjadaniem posiłków z miski Fifi, pieska pani Elsy, u której wynajęli w końcu mieszkanie („przygotowywała mu zawsze coś dobrego i stawiała talerz na podłodze. Kiedy głodny wracałem – opowiada Russo – do domu, szybko to zjadałem. Słyszałem potem, jak pies szczeka, a Frau Elsa robi mu wymówki”). 

Tak się składa, że w podobnej sytuacji, chociaż przecież nie identycznej, ustawia swoją postać, nieautentyczną wprawdzie, ale bardzo wiarygodną, Andrzej Jakimowski w swoim najnowszym filmie pt. Pewnego razu w listopadzie. Nie jest to jednak bynajmniej film historyczny. Dzieje się współcześnie. Mamy 2013 rok i Warszawę, nie trwa żadna wojna, a bohaterka jest polską obywatelką w Polsce, nauczycielką w dodatku. Mimo to ląduje pewnego dnia na ulicy, razem z synem zresztą i psem, taka fajna polska rodzina, po eksmisji z mieszkania w kamienicy, pognębieni prawdopodobnie uprzednio przez profesjonalnego czyściciela, zaczynają tułaczkę po mieście w poszukiwaniu lokum, jedzą przeterminowane leki, śpią na działkach. Nie są uchodźcami, mają dochód (tyle że zajęty w całości przez komornika), są pełnoprawnymi obywatelami państwa-miasta, w którym żyją, od pokoleń zresztą, o czym dowiadujemy się w toku filmu (matka mówi w pewnym momencie o dziadku, walczącym w powstaniu warszawskim, więc sroce spod ogona nie wypadli; oczywiście nawet gdyby wypadli, to co?? ale nie o to chodzi, bo tu ważny jest ten paradoks z powodu kontekstu, o którym potem). Matka ma odruchy świadomej obywatelki, których nie traci w tych upokarzających okolicznościach, dba o wspólny dom: wrzuca śmieci publiczne do kosza, troszczy się o społeczne sprawy, „wspólne dobro”. 

Jakimowski ruszył ważny temat, zresztą wbrew pozorom bardzo „swój”, i ruszył go po swojemu. Pokazał jak zawsze ludzi, którzy z jakiegoś powodu lądują na marginesie standardów i „normalności” i stykają się z życiem, jakie się na tym marginesie toczy, z migawkami jego „folkloru”. Dał portret polskiej rodziny, składającej się z matki, syna oraz psa, w miażdżącym zderzeniu się z państwem-miastem, które okazuje się w potrzebie opresyjne i wredne. Gdzie się nie obrócą, do jakiej instytucji państwowej się nie zwrócą, powołanej teoretycznie do tego, żeby zapewnić im pomoc i bezpieczeństwo, stykają się z agresją, odrzuceniem, upokorzeniem, w najlepszym razie lekceważeniem lub niemocą. A jedyne gesty pomocy i współczucia pochodzą od ludzi, którzy też z jakichś powodów funkcjonują na marginesie. 

Jakimowski prowadzi swój film do momentu kulminacyjnego, jakim jest pokazanie ataku (autentycznego) narodowców na warszawski skłot, w którym schronili się Marek i matka, a potem pełnego agresji Marszu w Święto Niepodległości. Ta kulminacja osiąga zamierzony skutek – dokumentalne zdjęcia robią piorunujące wrażenie. Reżyser dochodzi jednak do tej chwili po swojemu. Umieszczenie w centralnym planie wątku Kolesia, pieska przygarniętego przez matkę, jest pomysłem genialnym. Koleś staje się w tej sytuacji papierkiem lakmusowym dla instytucji i ludzi, miarą ich otwartości, elastyczności, człowieczeństwa (najprościej jest powiedzieć: nie wolno, nie da się - noclegownie, zakony nie tolerują psa; jest też obrzydliwa postawa zamożnych rodziców dziewczyny Marka). Po drugie motyw poszukiwania Kolesia (który w końcu gubi się w tej wędrówce) staje się świetną okazją do pokazania zachodzących na końcu wypadków z perspektywy człowieka, który zostaje wkręcony bez premedytacji w machinę-walec wydarzeń o skali makro, w chwili gdy on sam zajmuje się swoimi osobistymi problemami, życiem (to matka jest społecznicą, Marek nie). Wybiegając po Kolesia w nakręcony „narodowo” tłum, w apogeum zdziczenia w trakcie ataku na skłot, a potem w trakcie Marszu Niepodległości, opanowanego przez oszołomów, Marek dębieje na widok tego, co widzi wokół, podobnie jak przed chwilą zdębiał, ujrzawszy kumpla z podniesionym na siebie żelastwem. Okazuje się, że od tego walca nie można uciec, że to wcale nie jest rozłączne w stosunku do życia. 

Może Pewnego razu w listopadzie cierpi trochę na lekki niedobór paru szczypt „jakimowskiego” smaku (jest za to kruk popielaty i Sosnoszczuk) i ciut za mocny ma kontur, ale szacunek dla reżysera za ten film. 

Jakimowski dedykował go mamie i choć pozornie wypuścił syna na pierwszy plan, to jednak postać matki jest kluczowa. Chora i upokorzona, nadal walczy, nie ulega też szantażom emocjonalnym. To ona podejmuje decyzję o pozostaniu w skłocie po ataku, mimo że syn wynajął już mieszkanie. I to do niej dołącza Marek, już świadomie, razem z dziewczyną zresztą, no bo Koleś już tam jest. Taka fajna polska rodzina. Światełko w tunelu.

 Pewnego razu w listopadzie, reż. Andrzej Jakimowski

**********************************************************

czwartek, 2 listopada 2017

I w Paryżu nie zrobią z osła ryżu*

**********************************************************

Taki jest jeszcze pożytek – zaznaczam, że poboczny – z czytania książki Suchanow, że przypomina mi się, za co nie lubię biografii, choć oczywiście doceniam, zwłaszcza jeśli robota jest wykonana solidnie, tak jak w tym przypadku, co do czego nie ma wątpliwości. 

Gromadzenie wszystkiego, co się da, a następnie klecenie z tego w miarę spójnego obrazu (maksymalnie atrakcyjnego) jednego ludzkiego życia, te wszystkie smaczki, tropy, akcenty naginane kontekstowo, cała dookolność. Tracenie miary. Chwytanie się wszystkiego, co się znajdzie, w celu wyzyskania do zbudowania czegoś, co jest tak naprawdę zawsze fikcją. Bo w końcu jedynym uprawnionym świadectwem życia twórcy jest jego dzieło. W każdą inną biografię wpisane jest nadużycie. 

Zyskuję zatem wiedzę całkowicie naddaną, która w najmniejszym stopniu nie ma wpływu na postać rzeczy, zaspokaja za to ciekawość: że miał pierwsze imię całkiem bezużyteczne – Marjan, że nie nosił wąsów (nigdy), nie tańczył, nie polował, nie jeździł konno („to anomalia, żeby jeden stwór dosiadał drugiego”), automobilem też nie, najchętniej na rowerze i tramwajem. Że był muzykalny, ale nie chodził w Warszawie na koncerty ani do opery, bo „drażniła go pochopność, z jaką tłum wyraża zachwyty, często nieszczere, snobistyczne”. I wyobrażam sobie, że mógłby się zachować, jak Driss na przykład na widok „śpiewającego drzewa” (w Nietykalnych), oczywiście w ramach prowokacji, nie ignorancji. 

Więc jednak czytam zachłannie w każdym wolnym momencie, tak że jestem obecnie w obliczu wiszącego w stołecznej atmosferze jego debiutu. 

Co do którego zresztą wiadomo jak na razie (do str. 227 tom 1) to, czego nie wiadomo tak do końca w analogicznym przypadku poety Czesława Miłosza. A chodzi o rolę, jaką odegrał w sprawie zaistnienia tych obu znany już wtedy dobrze Jarosław Iwaszkiewicz - że młody Gombrowicz nie wszedł i nigdy by nie mógł wejść z Iwaszkiewiczem w taką relację, jak Miłosz: adorująco-miłosną. Choć doszło do spotkania Gombrowicz-Iwaszkiewicz w 1933 roku, nic z tego nie wynikło, gdyż przebiegło ono w trybie „powiedzonek i dowcipuszków”, a Gombrowicz przyjął przekornie „styl wieśniaka, ziemianina”, siedział sztywny i nieprzystępny. Literatura takoż okazała się nieodpowiednia. „Zanadto literacki”, miał rzec Mistrz o Pamiętniku z okresu dojrzewania

Ogólnie trzeba przyznać, że czas i miejsce dorastania Witka Gombrowicza sprzyjały raczej słabo postawom preferującym „zwracanie się przeciw ojczyźnie, państwu i innym instrumentom zbiorowego nacisku na jednostkę”. W 1920 roku z wiadomych powodów ogłoszono pobór do wojska nawet 16-letnich chłopców, ale to wzmożenie narodowe nie udzieli się Gombrowiczowi ani na chwilę. I gdy kuzyn Bebuś Rosset wpadnie na Służewską w mundurze, Witold przemówi do niego własnym głosem: 
„- Jakże ty możesz narażać własne życie, dlatego tylko, że jakiś inny facet ci każe? 
- Ten co mnie każe – odpowiedział swoją kresową wymową Bebuś – nie jest żaden facet, a wyższy oficer, władza. 
- Jaka tam władza – powiedziałem. – Jak go rozebrać do goła taki jak ty, albo gorszy […]”. 
Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Czarne 2017 
Więc może ma słuszność Klementyna Suchanow, sugerując, że Witold nadawałby się lepiej na pierwowzór Tadzia ze Śmierci w Wenecji (też bywał na Lido) niż Władzio Moes, z którym chodził do jednej klasy i który dla odmiany wyrywał się do wojska, co zaowocowało odznaczeniem go Virtuti Militari w wieku lat szesnastu za zasługi na wojnie 1920. 

Mnie jednak uwiera jałowość tej sugestii, a także paru innych tego mniej więcej gatunku. Po co te akrobacje? Bez tego świetnie widać, jak Gombro jest odrębny. Od początku. 

 scena z filmu Nietykalni
 _________________________________________________________________________
* ...powiedział ojciec do Witolda, gdy ten wrócił z Paryża (dokąd został wysłany na studia), nie zrobiwszy międzynarodowej kariery prawniczej 

**********************************************************

poniedziałek, 23 października 2017

O zjadaniu obywateli na mieście

**********************************************************

A jakby ktoś chciał wiedzieć, to zamieniłam Wita na Witolda. Oraz fikcję na autentyk. Niezłą fikcję na niezły autentyk. Na biografię/historiografię, na którą jak najsłuszniej porwała się autorka Klementyna Suchanow, skoro Jerzy Jarzębski, uznany gombrowiczolog, nie kwapił się specjalnie, czemu zresztą wcale się nie dziwię. Mam na myśli dwa duże tomy, które mają znamienny tytuł Ja, geniusz. I nawet gdyby podmiot pozostał w tym tytule domyślny, a wcale tak nie jest, bo nazwisko geniusza też w nim pada, i tak byłoby dość łatwo domyślić się, że to biografia Gombrowicza. Komuż by innemu mogła być poświęcona taka książka? Poniedziałek: Ja, geniusz. Wtorek... Środa... Czwartek... itd. Gombrowicz. Ja, geniusz. Ja z Gombrowiczem w tytule przeczytam raczej wszystko, nawet biografię. 

Z odrazą tedy i tylko żeby ustalić prawdę historyczną zmuszony byłem powołać się na coraz liczniejsze ostatnio opinie, z uporem głoszące, że nie jestem wariat, tylko geniusz, tak kończy Gombrowicz swoją dość detaliczną odpowiedź na krytyczny list, wysłany przez publicystę Zbigniewa Grabowskiego do redakcji Kultury „w sprawie zjawiska zwanego Witoldem Gombrowiczem” (Jego dziennik jest nieznośnym pokazem egocentryzmu, autoreklamy, zazdrości wobec innych, epatowania południowoamerykańskich burżujów, wszechstronnych urazów, pisze m.in. Grabowski). Gombrowicz w odpowiedzi bez fałszywej skromności wylicza swoje sukcesy i pożera tego Grabowskiego po prostu z kościami, żywcem (Kim jest p. Zbigniew Grabowski? Słowo daję, dobrze nie wiem. Na pewno coś pisze – chyba felietony – gdzie? – bodaj w Wiadomościach, czasem w Kulturze – ale nazwisko jego pokiełbasiło mi się z setką innych felietonistów, funkcjonujących w prasie krajowej, tudzież emigracyjnej, i naprawdę nie umiałbym go wypośrodkować z tej kupy papieru, Jerzy Giedroyc, Witold Gombrowicz, Listy 1950-1969.) 

A teraz z tego powodu, że Witold lubił pożerać obywateli na mieście, używając różnych argumentów, w tym zdarzeń historycznych (takich na przykład jak fakt, że w przejętym przez Kotkowskich, czyli rodzinę matki, majątku o nazwie Bodzechów, w czerwcu 1787 r. przespał się jedną noc  Stanisław August Poniatowski), trzeba przejść w tej biografii przez fazę historyczno-sklerotyczno-anegdotyczną, nie ma zmiłuj. Ale ja tym razem pomęczę się z ochotą.

Więc w bodzechowskim dworze, należącym do Kotkowskich, udzielających się towarzysko, zgodnie z polską ziemiańską tradycją, dla których „każda okazja była dobra, by zasiąść przy stole”,  stworzono coś w rodzaju resursy, gdzie serwowało się obfite i urozmaicone posiłki, a ulubioną przez dzieci anegdotą była opowieść o jednym z gości, który „tak objadł się i opił w czasie balu, że kazał się zaszyć w prześcieradło w obawie przed pęknięciem” (Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Czarne 2017)

Równie realna obawa towarzyszy mi zawsze na jednym takim osiedlu, gdzie gołębie są jak kuropatwy odżywiane całodobowo. I balans na granicy pęknięcia/nie pęknięcia to dla nich chleb powszedni. Czy jedzą obywateli, tego nie wiem.    

 tu stał kiedyś dwór w Bodzechowie

**********************************************************

niedziela, 15 października 2017

Pewnego dnia w październiku

**********************************************************

A przy czytaniu Szostaka (Wróżenia z wnętrzności ściśle mówiąc) przypomniał mi się inny z wykształcenia filozof, zajmujący się reżyserią, Andrzej Jakimowski, i jego filmy Zmruż oczy i Imagine, Sztuczki zresztą też. Pokrewieństwo może ulotne, ale jednak wyczuwalne, którego źródła widzę w tym wspólnym edukacyjnym backgroundzie, choć zawsze jest taka opcja, że to przypadek po prostu, analogia mentalna niezwiązana z procesem nauczania uniwersyteckiego. 

A teraz Jakimowski przychodzi z nowym filmem Pewnego razu w listopadzie, który ma polską premierę w adekwatnym bardzo momencie i wygląda na to, że trzeba rzucić wszystko i się udać. Cicho, cicho, lećmy, lećmy, jak mówi poeta, i jest to właściwy opis zaistniałej wraz z pojawieniem się filmu sytuacji. 

A przygodę z Witem Szostakiem przecinam póki co, zapoznawszy się jeszcze na koniec z niejakim Lesławem (!) Srebroniem, pracownikiem naukowym, a także niesamowitym pierdołą, oraz jego ideą fixe, czyli anachoretą Szymonem Słupnikiem, tj. sorry! Filipem Włócznikiem. Mowa o bohaterach książki Sto dni bez słońca tegoż autora.

Jeszcze tylko dodam, że niebo było piękne tej niedzieli, na dodatek nagle się otwarło i były tam gaje oliwne, galaretki i różne inne frykasy, a także dobra intelektualne super jakości, nie odpustowe jakieś. No i przekaz: w niedzielę nie działać; gapić się na biedronki; nie liczyć kropek na pleckach. 


**********************************************************

poniedziałek, 9 października 2017

ładnie mówisz Baruch

**********************************************************

Jest taka zasada (NOMA) o „nieobejmujących się magisteriach”, deklarująca, że nauka i religia zajmują odrębne obszary wiedzy i jako takie nie wchodzą sobie w drogę. Nauka nie daje odpowiedzi na pytania o znaczenie i sens życia, czym z kolei zajmuje się religia. Naukowe potwierdzenie istnienia „boskiej cząstki” nie ma żadnego związku z odpowiedzią na pytanie o istnienie „religijnie” pojętego Boga. 

W osobowego Boga wierzyć trudno, ale równie trudno nie czuć czasem religijnego prawie nabożeństwa wobec przyrody i kosmosu, niektórych zjawisk i widoków: drzewa, morza, góry, oceany, wiatr w liściach, niebo nocą. Albo w dzień. 

Wojny religii z nauką mnie nie interesują. A jeśli chodzi o naukę, to być może nie potrzebuję całej tej zarąbistej wiedzy na temat mózgów szympansów, żeby zobaczyć w nich siebie, ale jednak na coś liczę. Liczę na „coś”. 

Więc obejrzałam też Photon Normana Leto. Andrzeja Chyry, który jest w tym filmie naukowcem i narratorem/rozmówcą, można słuchać i słuchać bez końca. Ale jest też dziennikarka, która przychodzi do niego z innego porządku, „łaknie” czego innego i zwraca się do fizyka, jak Bóg do Spinozy w wierszu Herberta: mówisz ładnie Baruch/ lubię twoją geometryczną łacinę/ a także jasną składnię/ symetrię wywodów/ pomówmy jednak/ o Rzeczach Naprawdę/ Wielkich/ - popatrz na twoje ręce/ pokaleczone i drżące/ - niszczysz oczy/ w ciemnościach/ - odżywiasz się źle/ odziewasz nędznie/ - kup nowy dom (…) - pomyśl/ o kobiecie/ która da ci dziecko (…) [Z. Herbert, Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy]. Ale co to ma do rzeczy? – pyta fizyk. 

Photon, reż. Norman Leto  

**********************************************************