niedziela, 25 czerwca 2017

Autor mógł się pomylić

**********************************************************

Gdy zaczynam czytać Płatonowa, wtedy czuję się tak mniej więcej, jakby na klatce piersiowej usiadło mi ptaszysko, a nawet żar-ptaszysko. I ptak właśnie, a nie inne zwierzę, ponieważ jest on zarazem ciężki poprzez swe fizyczne gabaryty oraz lekki przez potencjał skrzydeł, zdolność lotu, poprzez umiejętność uniesienia się w każdej chwili. Ptak się zrywa – to jak kamień z serca, euforia, ale nie z powodu szczęścia albo optymizmu, tylko za przyczyną niesamowitej celności, zdań, które trafiają w punkt bezwzględnie i którymi Dół Płatonowa jest usiany. Ptak wpija mocno pazury przy tych swoich manewrach startu/stopu. No i jest on oczywiście metaforą. 

Jasne, że jest to sprawa w każdym przypadku i zawsze osobista. A jednak istnieją literackie kanony, ustanowione przez znawców, którym należy wierzyć, co nie znaczy, że nie mówić: sprawdzam. Chodzi o rekomendację: warto sięgnąć i poświęcić czas. O ten moment, kiedy się stykamy z czymś, O CZYM naczytaliśmy się już wcześniej, że takie to i owakie, pomijając już zjawisko, które mnie fascynuje – recenzowania w taki sposób, że wszystko jest przeprute do pięćsetnego co najmniej miejsca po przecinku, a potem siadasz człowieku do gołego, bazowego tekstu i… 

Mann, Kafka, Dostojewski i tak dalej, także Bernhard, a ostatnio Wallace, no i wreszcie Andriej Płatonow. Giganci opisani jako giganci, których dorobek własny przerasta bez litości to, co się o nim pisze, nie dorastając podmiotowi nawet do pięt. 

Więc o Dole też ciężko pisać. Szkoda pary, najlepiej się streścić, używając tytułu filmu Elema Klimowa: Idź i patrz. Po prostu przejdź przez ten tekst, a wtedy sam zobaczysz, jak wygląda u Płatonowa apokalipsa. Że ma także taki wymiar: 
Było gorąco, wiał dzienny wiatr, a gdzieś we wsi darły się koguty – wszystko pochłonięte było pokornym istnieniem, tylko Woszczew wyodrębnił się i milczał. 
Andriej Płatonow, Dół, Wyd. Czarne, 2017, tłum. Adam Pomorski
Tryb, w jakim pisze Płatonow, jest trybem zmrażającym (jak się robi zimno, to są dreszcze). Dlatego dodaje: „Autor mógł się pomylić” w swoim dopisku do Dołu, zdając sobie sprawę, jaki dał obraz świata. Owszem, mógł, tylko co w takim razie począć z dojmującym wrażeniem, że pokazał jasno całą prawdę?


**********************************************************

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Inne miejsce do życia nie było im jednak dane

**********************************************************

Tak jak kiedyś PIW-owi za ważną rzecz w postaci satysfakcjonująco kompletnego tomu Opowieści i przypowieści Franza Kafki, tak teraz Czarnemu (Wydawnictwu) mam ochotę podziękować za nowe wydanie Dołu Andrieja Płatonowa, w nowym tłumaczeniu Adama Pomorskiego. Może nawet jeszcze bardziej. 

Dół wyszedł już raz w Polsce jako Wykop (1990) w przekładzie Andrzeja Drawicza, pomijając jednak inne względy, format, w jakim ta książka została wtedy wydana, dyskwalifikuje ją praktycznie całkowicie jako rzecz możliwą do przeczytania bez poważnego uszczerbku na psychice czytającego. Jest to mała książeczka zadrukowana do bólu, sformatowana w taki sposób, że daje przy czytaniu efekt intensywności agresywnej wręcz, nie do zniesienia, bo podwójnej: tekstu samego w sobie i opresyjnej wprost liczby liter upchniętych niemiłosiernie na minimalistycznych przestrzeniach stron. Można oszaleć.

Widać, że Czarne wyniosło z poprzedniego polskiego podejścia dobrą lekcję – Dół 2017 ma fizycznie dużo przestrzeni, tak że przynajmniej na tym poziomie jest czym oddychać, co pozwala bez przeszkód skupić się tylko na tekście, który wystarczająco zapiera dech, dużo waży, bez dodatkowych atrakcji w postaci wrażenia nakładających się na siebie wersów itp. Brniemy przez tekst mozolnie, jakbyśmy brnęli w zamieci i bynajmniej nie dlatego, że jest on źle napisany – wręcz przeciwnie, właśnie dzięki temu, że jest napisany doskonale. A dociera to do nas w całej pełni za przyczyną świetnego przekładu, co gwarantuje marka, jaką jest bez wątpienia Adam Pomorski. 

Żadna literatura nie jest w stanie przerazić bardziej niż samo życie, ale jeśli jakaś niepokojąco pokrewnie potrafi w nas obudzić odczucia tak stężone i tak elementarne, że ogarnia nas realna zgroza o ciężarze tzw. egzystencjalnym, to mówimy o rzeczach najlepszych. I to jest przypadek Płatonowa. 

Dół to książka, która działa ponad – ponad tym, o czym zasadniczo opowiada. 

A na razie mała próbka języka: 
Słońce świeciło jeszcze wysoko, ptaki śpiewały smętnie w oświetlonym powietrzu, nie radując się, ale szukając pokarmu w przestrzeni; jaskółki śmigały nisko nad pochylonymi, kopiącymi w ziemi ludźmi, skrzydła im milkły ze zmęczenia, a pod ich puchem i piórami był pot ubóstwa – latały od samego rana, w nieustannej męce, byle nakarmić pisklęta i partnerki. W pewnej chwili Woszczew podniósł ptaka zmarłego nagle w locie i upadłego na ziemię: był zlany potem; a kiedy Woszczew go oskubał, żeby obejrzeć ciało, w rękach została mu żałosna, mizerna istota, zmarła z przepracowania. Odtąd Woszczew się nie oszczędzał, niwecząc caliznę gruntu: będzie tutaj dom, w którym ludzie, kryjąc się przed strapieniem, będą rzucali przez okno okruszki zamieszkałym na zewnątrz ptakom.
Andriej Płatonow, Dół, Wydawnictwo Czarne, Wyd. I 2017, przełożył Adam Pomorski 


**********************************************************

niedziela, 11 czerwca 2017

czterdzieści i cztery

**********************************************************

Wydzieramy się z babcią nad Wisłą, bo wieje, a babcia niedosłyszy. Dodatkowo jeszcze - sorry, wiem! - jestem rozkojarzona i oglądam się za psami, zamiast się koncentrować na konwersacji w ruchu. Słucham? Kto? A, Komorowski. I ta jego druzgocąca prostoduszność. Wrócił do polowania. Żeby obcować z przyrodą i nie być takim mięsożernym hipokrytą. Tak, słyszałam. I co o tym myślę? 

To wielka tajemnica, jak można znieść napięcie pomiędzy zachwyconym zanurzeniem w tętniący życiem świat lasu, świat natury a świadomą intencją wprowadzenia chaosu, zadania temu światu śmierci, na dodatek bezsensownej, niewymuszonej żadną autentycznie wyższą koniecznością. A słyszała babcia o tym gościu, który przestał polować po tym, jak przez przypadek, polując, zabił psa? Zabicie psa nim wstrząsnęło, tak jak nim nie wstrząsnęło zabicie łosia na przykład albo sarny. Zabił kogoś ze „swoich”, z rodziny. A łoś też należy do rodziny, tylko innej. Ale w sumie mniejsza o to. Każda epifania jest dobra, jeśli tylko jej skutkiem będzie zmiana na lepsze, wyzwolenie się z egocentryzmu, tj. antropocentryzmu rozumianego bandycko. Nie wiem, jak to jest zabić psa albo inne duże zwierzę i mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiem. Wystarczą mi doświadczenia z małymi owadami, które bywa, że gonię, żeby kot w łowieckiej ekstazie nie zdemolował domu, i tłukąc je gazetą, widzę, jak zajadle walczą o życie.

„To ranne zwierzę trzeba dobić”, powiedział wczoraj przed meczem były piłkarz, a obecnie komentator, o drużynie Rumunii, z którą grała Polska (cała Polska), „i trzeba uważać, bo ranne zwierzę może pogryźć z bólu i może też walczyć o przedłużenie swojej egzystencji”. A gdy przyszedł pierwszy karny: „Czy za chwilę to imię będzie jego? Czterdzieści i cztery?” Było. A potem było jeszcze czterdzieści i pięć, a następnie czterdzieści i sześć (bramek w kadrze). W jakich żyjemy czasach? Mamy wielkiego farta: żyjemy w czasach Lewandowskiego. Niestety, jest to także era Szyszki. 

tak wyglądało niebo przed meczem 

**********************************************************

środa, 7 czerwca 2017

Być słomką w strumieniu

**********************************************************

A kotek siedzi w reklamówce (no niestety, plączą się czasem po domu jakieś niebiodegradowalne), udaje, że go nie ma. W końcu tyłek mu tylko wystaje, w którym oczu brak, więc się nie liczy. Skoro on nie widzi otoczenia, to na pewno vice versa też. „Gdzie ten kotek?” trzeba wtedy pytać retorycznie i zabawa trwa. Ludzkie dzieci bawią się podobnie, ale już dorosłe osobniki raczej bawić się na tym poziomie nie powinny. Możemy oczywiście próbować zamknąć oczy i udawać, że to się przekłada na status ontologiczny nasz własny i otaczającego świata, jest to jednak zabawa w wydaniu dużych jednostek mało śmieszna, nie rozczula raczej. 

Dorosły ludzki osobnik i tak jest bardzo śmieszny śmiesznością przyrodzoną, wpisaną w ludzką kondycję, wynikającą z kontrastu pomiędzy fizycznością a pretensją, w który popadamy doroślejąc, zazwyczaj z tendencją do pogłębiania się z czasem. Stara się jednak jak może dorosły ludzki osobnik z większym lub mniejszym talentem sprawiać wrażenie, że jakoś panuje nad tą swoją dającą efekt komiczny niekompatybilnością. Wbija się w garnitury, garsonki i mundury, stroje łowieckie, rzeźnickie, togi też, nie mówiąc już o całej gamie okazałych szat kościelnych. Przystraja się w kostiumy, mające służyć celom rozmaitym, i odprawia różne swoje rytuały o charakterach też różnych: państwowym i kościelnym, a także rodzinnym i indywidualnym. 

Jeśli nie wiemy specjalnie, jacy w tym wszystkim jesteśmy, albo coś nam się wydaje na nasz własny, jakże ważny, temat, to obejrzyjmy sobie Sieranevadę, film, który nakręcił Rumun Cristi Puiu. Rzecz cała (trzygodzinna) dzieje się w ciasnym mieszkaniu blokowym, familijnym mikrokosmosie, przez który przewijają się intensywnie liczni krewni/znajomi Królika, członkowie rodziny. I nie wnikając szczególnie co kto partykularnie miał na myśli z tą słomką w strumieniu, którą w tytule posta chciałby być, należy powiedzieć, że kamera w tym mieszkaniu jest właśnie jak ta słomka. W strumieniu. Spija wszystko, dając spójny,  pełny obraz strumienia i zawartości, czyli treści, której jakże brak!

Bierzemy udział w celebrach, które są groteskowe, ponieważ nic już nie znaczą, a zajmują kupę czasu i atłasu, masę energii. I mamy tego świadomość, tkwiąc w tym wszystkim po uszy i grzęznąc w przeświadczeniu, że tak właśnie być musi, że inaczej się nie da, nie ma od tego ucieczki nie tylko z takich powodów, skądinąd bardzo szlachetnych, jak chęć niesprawienia przykrości innych członkom rodziny, lecz także dlatego, że nie umiejąc stworzyć nic lepszego, chwytamy się tej mocy "tradycji" i rytuałów, nawet pustych i wypranych z sensu, bo nas tą swoją mocą gdzieś „mocują”, osadzają w jakimś kontekście, który nawet jeśli jest absurdalny, to ma jednak fizyczny wymiar – nasi prawdziwi, namacalni krewni serwują nam prawdziwe, parujące posiłki. Tak to działa, nawet jeśli stół, przy którym usiłujemy się zgromadzić, jest stołem z powyłamywanymi nogami. Jesteśmy mocno komiczni z naszymi pretensjami do korony stworzenia, przy jednoczesnym bogactwie zasadniczych dysfunkcji, jakimi dysponujemy i które sprawiają, że potrafimy wydrążyć z sensu wszystko i wszystko uświnić, choć powinnam napisać: uczłowieczyć (ale jednak budzi to nadal, o dziwo!, zbyt myląco pozytywne skojarzenia). 

Co nam pozostaje? W funkcji ostatniej deski ratunku - i jedynej - obsadzony został śmiech. Szczery śmiech. Cristi Puiu Sieranevadę, podobnie jak Szumowska Body/Ciało, kończy śmiechem – bohaterowie śmieją się z samych siebie, ze swoich kostiumów, z idiotyzmów, w które popadają jakimś cudem, oni też, tak jak reszta świata, z tego, że miało być inaczej, ale nie jest. I to nie jest beka, tylko śmiech. Autentyczny, ludzki i szczery. Szkoda tylko, że w tej scenie nie ma kobiet, wszystkie akurat wtedy właśnie wyszły.

Sieranevada, reż Cristi Puiu

**********************************************************

niedziela, 28 maja 2017

Stary chwali się Klatą

**********************************************************

Stary chwali się Klatą póki może, a i tak tylko mały ułamek ludności miejscowej i przyjezdnej zdoła dostać się na to jego słynne już funeralne i znakomite Wesele. Szkoda. W ogóle szkoda. Jaki proces myślowy stoi za decyzjami z gruntu destruktywnymi, jawnie małostkowymi, a także nieodpowiedzialnymi w sytuacji, gdy dotyczą obywatelskich dóbr dość szeroko pojętych, społeczności zorganizowanej w państwo? 

Który raz w tym roku mówię: szkoda? 

Życie jest taką sztuką, gdzie wszyscy bohaterowie prędzej czy później giną (to się chyba tragedia nazywa) i są takie momenty, kiedy trzeba się z taką wiedzą poboksować, więc chcę i życzę sobie, żeby istniały miejsca, gdzie zamiast mdłego chłamu i skretyniałego pokrzepienia dostanę jakąś pełnowartościową pożywkę dla swoich zwojów mózgowych, gdy zechcę ich użyć w celu trochę bardziej wyrafinowanym niż proste ogłuszenie się. 

A póki co po drodze trafia mi się, chcąc nie chcąc, skromna produkcja uliczna: w przychodnikowych krzakach ptaki się wydzierają tak bezczelnie i tak nietaktycznie, że sama mam ochotę zajrzeć, co się tam dzieje, ileż to dziobków rozdartych sterczy tam potencjalnie z gniazdka wystawionego na całe zło tego świata. Mają szczęście, że nie jestem kotem. 

I z mijanego okna słyszę jeszcze kawałek czyjejś mowy na jakąś okropną prawdopodobnie okoliczność: „…po to, żeby się to nigdy więcej nikomu nie wydarzyło”. Ależ wydarzy się, wydarzy się na pewno.

a to gołąb pojedynczy i na betonie

**********************************************************

niedziela, 14 maja 2017

na skraju świata

**********************************************************

Gdybym babci nie złapała pełną garścią dosłownie za płaszcz, pofrunęłybyśmy w siną dal. Jakiś lokalny cyklon poderwał nas znienacka pomiędzy blokami tak zdradziecko, że ledwo zdążyłam jedną ręką przytrzymać się słupka, a drugą chwycić babcię za poły okolicznościowego trenczyka, dość brutalnie. Babcia jest pod wrażeniem – nigdy jeszcze czegoś takiego nie przeżyła, choć przeżyła sporo: liczne utraty, wojnę, stalinizm i dużo ogólnie przeżyć miała w swoim życiu prawie dziewięćdziesięcioletnim. Jednak takiego wiru nie doświadczyła nigdy. I to kilka metrów od domu. „Gdybyś mnie nie chwyciła, tobym się przewróciła”. „Tobyś pofrunęła”. „Ale ja do nieba wcale nie chcę”, babcia jest w tej kwestii kategoryczna. „Jaki śliczny piesek”. No śliczny. Fajny knypek. „A im bardziej rasowy piesek, tym mniej rasowa pańcia, nie uważasz?” 

Babcia ma pełną rację w obu kwestiach: że piesek jest fajny i że "cyklon" mógł nas co najwyżej przewrócić, ale nie mógł nas na pewno unieść w górę, poderwać do nieba, a co za tym idzie, nie dałby rady tym bardziej rozpirzyć całego osiedla, albo, idźmy dalej, miasta, a na koniec świata. Dlatego (upraszczając) Cioran jest śmieszny, gdy krzyczy: „Skoro nie ma ocalenia ani w nicości, ani w istnieniu, niechże z tego świata razem z jego wiecznymi prawami zostanie tylko pył!”. No bo jak to sobie wyobraża w praktyce? Teoria jest słuszna, ale traci powagę w zderzeniu z tą nieczystą zaiste praktyką, jaką jest życie, rzeczywistość, prawa fizyki itp. Pozostaje czystą deklaracją. Oczywiście wiadomo, że może się wydarzyć taki układ kosmiczny, jaki pokazał von Trier w Melancholii na przykład, który autentycznie rozbije w pył od razu całą planetę, kawałek Kosmosu, ale w skali ludzkiego życia, nawet tak długiego jak życie babci, szansa na to jest jednak abstrakcją. 

A Virginia Woolf jest rasowa (choć Woolfowie akurat – sami wilki – psy trzymali też raczej rasowe, ale w sumie zdarzało im się przygarniać różne n/n). 

Nie mam złudzeń, że ogarnę wszystko, to chyba oczywiste, i mam też świadomość, że mogłam wywołać co do Dziennika Woolf mylne wrażenie. „Jakżeby to było interesujące, gdyby ten dziennik mógł się kiedykolwiek stać prawdziwym dziennikiem: wtedy jednak musiałabym pisać o duszy, a czyż zaczynając go tworzyć, nie skazałam duszy na wygnanie? Kolej rzeczy jest taka, jak zwykle zresztą, że zamierzam pisać o duszy, ale życie nie daje za wygraną”, zapisuje Woolf. I ten Dziennik taki właśnie jest. I ma wydźwięk afirmatywny, mimo wszystko. Woolf żyje świadomie (stąd ten „heroizm” w jej kontekście - jeśli wziąć z Ciorana to jego rozróżnienie dwóch zasadniczych postaw: naiwnej i heroicznej, tj. świadomej). „Wszyscy opanowaliśmy sztukę życia”, pisze o sobie i swoich przyjaciołach. Ona to wie.

„A ja mam grubszą książkę”, woła babcia, która przeżyła prawie całe stulecie, i wyciąga prehistoryczną księgę kucharską-gigant („to nasz prezent ślubny”), dociążoną poradami, jak uśmiercać, oprawiać i patroszyć, dopiero potem gotować. „Tu jest wszystko o życiu”, mówi twardo. 

 Melancholia, reż. Lars von Trier

**********************************************************

wtorek, 2 maja 2017

O skokach w ogniste kąpiele

**********************************************************

„Jeżeli będzie Pan rozmawiał z Cioranem, to może dałoby się zainteresować go moimi utworami. Ale jeśli ten facet jest taki, jak go maluje jego felieton, to może nie warto gadać” – pisał Gombrowicz do Giedroycia, kiedy ten poprosił go o komentarz do artykułu Ciorana pt. Dogodności i niedogodności wygnania (a komentarz zaczął tak: „Słowa Ciorana zieją piwnicznym chłodem i stęchlizną grobu, ale zanadto są małostkowe”). 

Prawdopodobnie Gombrowicz nie czytał żadnej pracy Ciorana, poza tym artykułem. Zresztą wtedy (1952) mógł znać de facto tylko Zarys rozkładu i Sylogizmy goryczy, ale i tego raczej nie widział na oczy. Wyobrażam sobie Gombrowicza, jak przewraca oczami, doświadczając czegoś na kształt skrętu kiszek przy lekturze Na szczytach rozpaczy. Ten ton, ten diapazon… Prawda jest jednak taka, że łączy tych dwu gości całkiem sporo, co najmniej tyle samo, ile dzieli. 

Trzeba uczciwie pamiętać i nie przemilczać faktu, że Na szczytach rozpaczy napisał Emil Cioran 23-letni. Łatwo się irytować tym jego pesymizmem (otchłannym), bezkompromisowością (ostentacyjną) i męczeństwem (demonstracyjnym), na które czuje się skazany jako człowiek, znajdujący się w przymusowej sytuacji (skoro już się urodził) bezsensownego istnienia w równie bezsensownym świecie („Sens życia można zanegować z tylu powodów, że ich wyliczanie staje się zupełnie zbędne”). Łatwo ironizować, pastwić się nad Cioranem, zwłaszcza w kontekście faktu, że gość przeżył 84 lata, serwując wszystkim na co dzień stwierdzenia typu: „Życie to długotrwała agonia”, „Tylko człowiek tuzinkowy może pragnąć umrzeć ze starości” itp. A jednak jest Emil Cioran przenikliwy. I w gruncie rzeczy ma rację. To wszystko nie jest takie proste. 

Ale skąd ten Cioran? Skończyłam czytać Dziennik Virginii Woolf i jakoś dziwnym trafem właśnie on przyszedł mi do głowy. Mam świadomość, że to zakrawa na jakąś chytrą prowokację albo - w gorszym razie - imbecylizm, że w kontekście Virginii Woolf przywołuję i umieszczam uparcie akurat samych facetów, no więc muszę się usprawiedliwić. Po pierwsze: istotny jest fakt, że obracam się aktualnie wokół Dziennika Woolf, a nie jej literatury/publicystyki; to ważne, bo jest to jednak trochę inna perspektywa. Po drugie: autentycznie zaskoczyła mnie postać Leonarda, uderza w Dzienniku siła więzi łączącej tych dwoje, a w miarę czytania zyskuje się intensywne wrażenie ich wzajemnej nieodzowności, przystawalności; nie miałam pojęcia, że Woolf mogła pisać o Leonardzie w taki sposób, że ten związek był tak istotny, że bez Leonarda jej losy mogły się były potoczyć drastycznie inaczej (być może spędziłaby życie w zakładzie psychiatrycznym). Po trzecie: jest to też w końcu symboliczna twarz tamtej epoki (męska), jej obraz (patriarchalny), który Virginia Woolf próbowała dzielnie i nienaiwnie ruszyć z posad. I po czwarte: ta wąsata mimoza-premier to na zasadzie kontrastu z leżącym wtedy odłogiem potencjałem pierwiastka żeńskiego. 

A teraz jeszcze ten Cioran. Który przyszedł mi do głowy nie tylko w kontekście samej Virginii Woolf jako postaci w gruncie rzeczy tragicznej, a więc też heroicznej bez dwóch zdań, walczącej z chorobą, balansującej ciągle na granicy życia i śmierci („Czy ci, co z taką łatwością zalecają radość, zdają sobie sprawę, co to znaczy lękać się nadchodzącego obłędu, co to znaczy w każdej chwili podlegać torturze przeczucia jakiegoś okropnego szaleństwa?” [Cioran]), ale też w kontekście świata, całokształtu. Taka perspektywa, jak w Dzienniku - przekrój wzdłuż poprzez kawał życia aż do końca - zawsze robi wrażenie. Widać jasno, dokąd to wszystko zmierza. A ostatnie zapiski powalają. 
[Styczeń, 1941]
„W poniedziałek byliśmy w Londynie. Poszłam na London Bridge. Patrzyłam na rzekę; bardzo mglisto; kłęby jakiegoś dymu, może z płonących domów. W sobotę był kolejny pożar. Potem widziałam klif muru, wyjedzony, na rogu; wielki narożnik całkowicie rozwalony; bank; sterczący pomnik; starałam się wsiąść do autobusu; ale tłok taki, że wysiadłam. Straszliwe korki, bo ulice są wysadzane w powietrze. Więc metrem do Temple; i błądziłam po opuszczonych ruinach moich dawnych placów: spękanych, rozebranych; te stare cegły pokryte białym pyłem. Szare błoto i wybite okna; gapie; wszystko bez reszty splądrowane i zdemolowane”. 
(…) 
„Kiedyśmy weszli siedziała na trójnożnym stołku z robótką w rękach. Kołnierzyk miała spięty strzałką. I nie minęło nawet pięć minut, a już nam powiedziała, że jej dwóch synów zginęło na wojnie. Czuło się, że to dobrze o niej świadczy. Siedząc tak, starałam się wymyślić parę komplementów. Ale przepadły w lodowatym morzu pomiędzy nami. I potem nie było już nic”.
Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915–1941, WL, tłum. Magda Heydel 

A gołąb stoi na poręczy i nie zjeżdża 

**********************************************************

wtorek, 18 kwietnia 2017

Klasa średnia, żaden tam syn ludu, osobowość jakaś taka przeciętna*

**********************************************************

Czas masowej produkcji, a następnie konsumpcji wielkanocnych pisanek, święconek i jarzynowych sałatek, a także w tym kontekście obligatoryjne roztrząsanie kwestii postawionej jak zwykle w sposób obrzydliwie egocentryczny: czy jaja od kur szczęśliwych (to znaczy wolno chodzących) są rzeczywiście smaczniejsze oraz zdrowsze? Naukowcy twierdzą, że nie. Więc jaki z tego wniosek? Że skoro nie są lepsze, to możemy upychać kury w klatkach za zasadzie: ile wlezie? Jasne! Jeśli w jakości jajek nie widać żadnej różnicy, po co dawać kurom wolny wybieg? Bo oczywiście kryterium nadrzędnym, najważniejszym jest jak zawsze nasz ludzki interes, nasze nieokiełznane pasibrzuchostwo. Do tego dodam jeszcze nagminne info z gablot z szynką: 100% mięsa bez nastrzyku! równie wiele mówiące o naturze tej świątecznej atmosfery. 

No, ale jeśli dochodzi także do takich rzeczy, że grupa aktywistów w proteście antywojennym, proteście przeciw przemocy, przed obozem w Auschwitz dokonuje zabicia żywej owcy, przynosi żywą owcę i podrzyna jej gardło, zarzyna żywe, ciepłe, zestrachane stworzenie, żeby coś w ten sposób zademonstrować, to ja naprawdę nie mam żadnych pytań. I zapewniam, że mam potencjał i  stosowne narzędzia w mózgu, wrodzone oraz nabyte, ażeby załapać, jakie ci aktywiści mieli intencje. 

Sto lat temu świat był w innym miejscu, czego akurat doświadczam, biorąc udział w procesie jego zaskakującej ekshumacji, przeprowadzanej z użyciem atrakcyjnego filtru, jakim są oczy i umysł Virginii Woolf, która twierdzi wprawdzie w Dzienniku, że żyje sobie jak wołek zbożowy w sucharku, ale jest to kokieteria. 

Choćby polityka w jej Dzienniku. Nie ma jej tu za wiele wprost, ale jest podskórnie obecna w pewnym sensie przez cały czas.

„Obie służące mają różyczkę, więc od trzech dni nie jesteśmy tu państwem tylko służbą”, zapisuje któregoś dnia dowcipnie i jest coś na rzeczy. Mimo to, kiedy kucharka Nelly rzuca w trakcie wyborów (1929), podając herbatę: „Wygrywamy!”, Virginia jest zszokowana myślą, że oto obie życzą sobie zwycięstwa Partii Pracy. Dlaczego? „Częściowo z tego powodu, że nie mam ochoty, żeby rządziła mną Nelly. Myślę, że rządy Nelly i Lottie to byłaby katastrofa”. To komentarz pół żartem, pół serio. Woolfowie działali jednak aktywnie we wszystkich postępowych środowiskach swojej epoki. W tym samym roku Virginia pisze: „Jestem pod wrażeniem konferencji [Partii Pracy] w Brighton (chodziło o zwiększenie roli kobiet w partii). Publiczność wydaje z siebie niesamowite buczenia, a ja myślę sobie, jak to polityka nie jest już domeną wielkich, szlachetnych ludzi i dyskrecji, i dyplomacji, lecz tylko zdrowego rozsądku zwykłych przedsiębiorców – że nie jest już wzniosła, ale zwyczajna, tak jak każda inna działalność”. Tak zaczynał się ten proces. 

A Leonard kojarzy mi się z tatą.

Ramsay Macdonald w latach 30. 
 __________________________________________________________________________ 
*O premierze Jamesie Ramsayu MacDonaldzie z Partii Pracy (1930) w: Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915–1941, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, tłum. Magda Heydel 

**********************************************************

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Najbliższe lata będą świadkami albo zyskania przeze mnie sławy, albo bankructwa*

**********************************************************

Owszem, tak to wyglądało: Leonard Woolf, mąż Virginii, spędzał sporo czasu na przycinaniu jabłonek, rozpinaniu na murze śliw, a także przy rododendronach, zwłaszcza od momentu, kiedy Woolfowie kupili Monks House w Rodmell, dom w starym stylu z ogrodem na działce o powierzchni trzech czwartych akra, w którym pokoje były wprawdzie za małe, kuchnia ewidentnie niedobra, nie było gorącej wody ani łazienki, a co do klozetu, to w ogóle im go nie pokazano, jednak „te obiekcje musiały ustąpić miejsca zachwytowi nad rozmiarem, kształtem, bujnością i dzikością ogrodu. Nieskończoność drzew owocowych, nieoczekiwane kwiaty wychylające się spośród kapusty. L. był zadowolony bardziej, niż się tego spodziewał. Prawda jest taka, że ma zadatki na fanatycznego miłośnika tego ogrodu”. Tak pisała Woolf w swoim Dzienniku. 

Czytam Dziennik i myślę to samo, co napisałam poprzednio w kontekście filmu o Prouście i wcale się tego nie wstydzę: To niesamowite. Bo to nie jest samowite („samowity”, jak się okazuje, oznaczało dawniej: naturalny, przyrodzony wg Słownika Języka Polskiego Doroszewskiego). Więc: to nie jest samowite, żeby duchy ożywały i przybierały postacie żywych ludzi. Czy wszyscy już tu są? Wszystkie duchy? Duchy schodzą się na imprezkę. 

Virginia Woolf stała się znowu modna po filmie Godziny (2002), wyreżyserowanym przez Stephena Daldry’ego na podstawie książki Michaela Cunninghama. 

Na tej fali (długoletniej zresztą) ukazała się wtedy po polsku także skrócona wersja jej Dziennika, pisanego w latach 1915-1941, zredagowana przez Anne Olivier Bell, żonę Quentina Bella, siostrzeńca Virginii Woolf, z jego wstępem (pełne wydanie Dzienników ma pięć tomów, a wersja, o której mowa, zmieściła się w jednym 700-stronicowym, Anne Olivier Bell wykonała więc pracę niemożliwą). 

Dziennik czyta się mniej więcej tak, jak się patrzy na ten wygrzebany w przepastnych francuskich archiwach filmik z Proustem, a przy tej okazji na banalne życiowe okoliczności – czyjeś wesele, ślubny orszak, a autor arcydzieła nie gwiazdorzy, tylko myk, myk prześlizguje się w zwartym tłumie, bo przyjaciółka ma święto, więc po prostu wypada partycypować. I to wszystko sprzed stu lat

Wracając do Dziennika - z założenia miało w nim nie być nic „o duszy”, tylko o tym, co dokoła. I tak jest. Przelewają się tam tłumy w autentycznym, historycznym anturażu. 

A Leonard robił mnóstwo różnych rzeczy. Virginia zresztą też. Para stulecia. Perfekcyjnie się uzupełniająca:

„L. mówił mi o Niemczech i o reparacjach, w jaki sposób wypłacane są pieniądze. Boże, jakiż ja mam słaby umysł – jak jakiś nieużywany mięsień. L. mówi, fakty do mnie docierają, a ja nie potrafię sobie z nimi poradzić. Jednak za pomocą niezwykle bolesnych ćwiczeń jestem w stanie zrozumieć z sytuacji międzynarodowej nieco więcej, niż z niej rozumie Nelly. A L. rozumie wszystko – absolutnie natychmiast wychwytuje wszystkie informacje z gazety, łączy je ze sobą i jest gotowy do objaśniania. Czasami wydaje mi się, że mój mózg i jego mózg są innego gatunku. Gdyby nie te przebłyski wyobraźni oraz skłonność do książek, byłabym całkiem zwyczajną kobietą”. 

„Mamy w sobie, jak przypuszczam, kompletnie odmienne żywioły: we mnie towarzyski, w nim intelektualny. Ten silny towarzyski rys jest u mnie autentyczny. Nie uważam też, żeby zasługiwał na naganę”. 

Pani domu i poetka w jednym. Staje z życiem w Dzienniku twarzą w twarz. I poznaje je takim, jakie jest. I je kocha takim, jakie jest. A następnie rezygnuje z niego.

"L. pracuje przy rododendronach..." to ostatnie zdanie w jej Dzienniku (poniedziałek, 24 marca 1941).

Z niusów: Podobno szykuje się film o duecie Vita i Virginia. Chodzi o związek Virginii Woolf z arystokratką, Vitą Sackville-West („Vita spędziła tu niedzielę, przemknęła przez wioskę swoim nowym, wielkim błękitnym austinem, który prowadzi pewną ręką. Ubrana była w prążkowaną żółtą bluzę i duży kapelusz, i miała neseser pełen srebra i koszul nocnych zawiniętych w bibułkę […]. Twarz ma jak bardzo dojrzały owoc winogrona, wąsik, odęcie; zrobi się nieco ociężała, ale na razie przechadza się na swych pięknych nogach w dobrze skrojonej spódnicy, i choć nieco zawstydzająca przy śniadaniu, to ma w sobie męski zdrowy rozsądek i prostotę, która odpowiada i L., i mnie. Tak, podoba mi się; mogłabym ją dołączyć na stałe do swojego orszaku; i przypuszczam, że jeśli życie pozwoli, to może być z tego jakiś rodzaj przyjaźni”.) Ciekawe, co wyjdzie z tego projektu. 

Leonard Woolf
__________________________________________________________________________
*Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915–1941, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, tłum. Magda Heydel

**********************************************************

środa, 5 kwietnia 2017

L. pracuje przy rododendronach

**********************************************************

I’m not trying to rob you, I’m trying to help you, mruczę sobie pod nosem ku pokrzepieniu serca, które trochę mi się kraje, gdy twardą ręką wyrzucam rozliczne zawiniątka poutykane przez babcię w zakamarkach lodówki (resztki wszystkiego trzymane na szaro-czarną godzinę). 

Poza tym rozmowa, na którą babcia ma nie tylko ochotę, ale też kompetencje, i myślę o tym, czytając Dziennik Virginii Woolf („Rozmawialiśmy o przyszłości świata, a także o Keatsie, o starości, polityce, hipnotyzmie Bloomsbury – o bardzo wielu rzeczach”)

A także patrząc na czarno-biały film (1904), odkryty nie tak dawno w archiwach Centrum Filmowego w Paryżu, na którym uchwycono Marcela Prousta, jak sobie pomyka w orszaku ślubnym wśród gości, kościelnymi schodami w dół. To niesamowite.

Co do Virginii Woolf i jej Dziennika, to na początek konstatacja zawsze odkrywcza w indywidualnym wymiarze, choć z perspektywy ogólnej prawie truizm: 
Obecnie jestem pod wrażeniem momentu skomplikowanego powrotu z południa Francji, połączonego z wypadkiem, który widziałam dzisiaj rano: kobieta jęcząc słabym głosem: „Oj, oj, oj…”, przyciśnięta do bariery, a na niej samochód. Słyszałam ten głos przez cały dzień. Nie przyszłam jej z pomocą, ale ostatecznie uczynili to inni: piekarze czy kwiaciarze. Przygnębia mnie poczucie ogromnej brutalności i dzikości świata – oto ubrana na brązowo kobieta idzie sobie chodnikiem – aż nagle czerwony filmowy samochód wywija salto, ląduje na niej i słychać tylko to oj, oj, oj. 
Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915–1941, WL, Kraków 2007, tłum. Magda Heydel 


**********************************************************

poniedziałek, 20 marca 2017

jesteśmy jak te owce, potulne aż do dnia rzezi

**********************************************************

Babcia pociąga nosem, bo każdy by pociągał, gdyby tak metodycznie wyziębiał własne mieszkanie. Wietrzenie to jest babci mania. Systematycznie wyciąga pościele, futra, koce i wietrzy, wietrzy, wietrzy. I już tylko smog, jego natrętna obrzydliwość, sącząca się toksyczność, wciskająca się nawet przez szczeliny, a co dopiero przez okna otwarte na zachętę, już tylko taka wizja trującego wyziewu wpychającego się podstępnie do środka, to jest jedyny argument, przy pomocy którego można powstrzymać babcię od otwierania okien, zwłaszcza gdy jest ziąb i szaruga. Za każdym razem, gdy wchodzę, babcia pyta z nadzieją: – Może nie ma już dziś tego smoka? A szynkę kupiłaś? 

Szynkę tak, stojąc jak zwykle w ogonku w karłowatym pieprzniku nieopodal, wypełnionym po brzegi mięsem ludzkim i zwierzęcym, w tym moim aktualnie. Patrząc na perwersyjne miksy mięsne wołowo-wieprzowo-cielęce plus gęsie i indycze oraz kurze, a także słuchając niewiarygodnych miksów stylistycznych, przynależących do nieprzystających do siebie nijak językowych porządków: „Poproszę gęsią szyję”. „Szyjkę gąski? Przerąbać? Na pół czy na trzy?” – I co? Przerąbała? – pyta babcia, gdy jej to opowiadam po powrocie. 

Jestem dla babci dzieckiem z jednej strony („Mówię ci, żebyś wiedziała coś o życiu”), a z drugiej wyrocznią, postacią wszechwiedzącą, znam się na telefonach i innych urządzeniach, na stu tysiącach spraw („A jak mnie boli pępek, taki zwinięty mam jakby, to co byś zrobiła?” „No, wzięłabym nospę chyba”. "O, ty mi zawsze dobrze poradzisz".) 

Babcia krople do nosa wlała sobie do oczu i trzeba było przemyć oczy wodą. „Człowiek jest taki kruchy, byle co mu zaszkodzi, a oni jeszcze się zbroją, rakiety jakieś pancerne wymyślają, czołgi produkują… A jakbyś znowu miała grypę żołądkową, to pamiętaj tylko pepsi-cola. Mówię ci, żebyś wiedziała coś o życiu”. Babcina porada. 


**********************************************************