poniedziałek, 20 marca 2017

jesteśmy jak te owce, potulne aż do dnia rzezi

**********************************************************

Babcia pociąga nosem, bo każdy by pociągał, gdyby tak metodycznie wyziębiał własne mieszkanie. Wietrzenie to jest babci mania. Systematycznie wyciąga pościele, futra, koce i wietrzy, wietrzy, wietrzy. I już tylko smog, jego natrętna obrzydliwość, sącząca się toksyczność, wciskająca się nawet przez szczeliny, a co dopiero przez okna otwarte na zachętę, już tylko taka wizja trującego wyziewu wpychającego się podstępnie do środka, to jest jedyny argument, przy pomocy którego można powstrzymać babcię od otwierania okien, zwłaszcza gdy jest ziąb i szaruga. Za każdym razem, gdy wchodzę, babcia pyta z nadzieją: – Może nie ma już dziś tego smoka? A szynkę kupiłaś? 

Szynkę tak, stojąc jak zwykle w ogonku w karłowatym pieprzniku nieopodal, wypełnionym po brzegi mięsem ludzkim i zwierzęcym, w tym moim aktualnie. Patrząc na perwersyjne miksy mięsne wołowo-wieprzowo-cielęce plus gęsie i indycze oraz kurze, a także słuchając niewiarygodnych miksów stylistycznych, przynależących do nieprzystających do siebie nijak językowych porządków: „Poproszę gęsią szyję”. „Szyjkę gąski? Przerąbać? Na pół czy na trzy?” – I co? Przerąbała? – pyta babcia, gdy jej to opowiadam po powrocie. 

Jestem dla babci dzieckiem z jednej strony („Mówię ci, żebyś wiedziała coś o życiu”), a z drugiej wyrocznią, postacią wszechwiedzącą, znam się na telefonach i innych urządzeniach, na stu tysiącach spraw („A jak mnie boli pępek, taki zwinięty mam jakby, to co byś zrobiła?” „No, wzięłabym nospę chyba”. "O, ty mi zawsze dobrze poradzisz".) 

Babcia krople do nosa wlała sobie do oczu i trzeba było przemyć oczy wodą. „Człowiek jest taki kruchy, byle co mu zaszkodzi, a oni jeszcze się zbroją, rakiety jakieś pancerne wymyślają, czołgi produkują… A jakbyś znowu miała grypę żołądkową, to pamiętaj tylko pepsi-cola. Mówię ci, żebyś wiedziała coś o życiu”. Babcina porada. 


**********************************************************

wtorek, 14 marca 2017

W listach Petrarki znajdujemy dowody, że umiał sobie robić propagandę, co prawda szanując swą godność

**********************************************************

Jeśli chodzi o filmy Agnieszki Holland, to Kobieta samotna tak i Gorączka, to są filmy wybitne moim zdaniem. Aktorów prowincjonalnych nie widziałam. Całkowite zaćmienie pachnie fałszem plus niezbyt udaną rolą Leonardo Di Caprio, nie wierzę temu filmowi. Świetny jest Plac Waszyngtona, rasowa fabuła (na podstawie powieści Henry’ego Jamesa), mistrzowsko zagrana. Tajemniczy ogród wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. A W ciemności nie podziałał na mnie, w ogóle mnie nie ruszył ani film, ani rola Roberta Więckiewicza. Do Janosika nie przymierzałam się nawet, szkoda mi było czasu, nie wiem, na co się kto w tym filmie mógł napalać. Tyle. Reszty nie widziałam. A do tego szybkiego przeglądu sprowokował mnie Krzysztof Varga, gdy tak sobie ogólnie przeglądając Duży Format, natknęłam się znienacka na jego głos (raczej pogłos) w sprawie Pokotu jeszcze. 

No więc Pokot jeszcze raz. Bo przykro mi się zrobiło i wezbrała we mnie ochota, by zawołać: Nie uczmy może Holland filmy robić! Holland jest fachurą i sądzę, że świadomie zrobiła taki film, jaki chciała. Dosyć oczywisty i pełen jawnych gestów, w którym widać wszystko jak na dłoni, choć tekst Krzysztofa Vargi świadczy wyraźnie o tym, że nie wszystko, że ta oczywistość nie jest wcale taka dostateczna. Ktoś tu nabrał się jednak na łopatę. 

W filmie toczy się bój bazowy, czarno-biały, jak w moralitetach, pomiędzy dobrem a złem, dlatego wszystko jest tam oznaczone, żeby nie było wątpliwości. I Duszejko także - jako ta dobra, która jednak nie wytrzymuje presji i fiksuje pod naporem rzeczywistości. 

Wątpliwości zresztą są i tak, ponieważ bohaterka mści się na wybranych ludziach całkowicie nie po katolicku, stawiając znak równości między śmierciami zwierząt i myśliwych. Oko za oko, ząb za ząb, tyle że, precyzując, oko psa za oko człowieka, ząb dzika za ludzki ząb i tak dalej. Śmierć za śmierć. Zabijasz sobie zajączki? Uważaj, bo i ty możesz zostać zabity (przez zajączki, tj. z powodu zajączków). 

A jednak nikt nie każe nam utożsamiać się z morderczynią. Właśnie dlatego autorki scenariusza zrobiły z Duszejko lekką wariatkę: nie po to, żeby zasugerować, że tylko wariatki mogą zbawić świat, lecz żeby pokazać, że trzeba popaść w obłęd, by posunąć się do zabijania. Że trzeba jednak sfiksować (ze współczucia, rozpaczy, desperacji), żeby pchać się w rolę Pana Boga. Ten film jest ostrzeżeniem, a nie zachętą do zbrodni. Żebyśmy uważali, bo nasza monstrualność może doprowadzić do obłędu co bardziej wrażliwe jednostki. Przemoc rodzi przemoc – to właśnie pokazuje ten film. Bo jakkolwiek Matoga, Dobra Nowina i Dyzio są przerażeni tym, co zrobiła Duszejko, to jednak postanawiają jej pomóc. Wiedzą, że racja jest po jej stronie, choć nie uznają jej metod dowodzenia tej racji. 

A dlaczego Wnętrzak, Szelest i prezes nie dostają szansy na zmianę? Ponieważ nie rokują, a koncepcja jest taka, że zostają zawczasu wyeliminowani.

Ten film jest jak papierek lakmusowy. Odrzuca cię Duszejko? Budzi w tobie obawę i opór? Kto się cyka, powinien czym prędzej rozejrzeć się dookoła i zacząć robić coś w celu niedoprowadzenia do takiej sytuacji, że armia Duszejek nie będzie miała wyjścia i zacznie mordować ociężałych, z lekka zidiociałych (od nadmiaru kaszanki w zwojach) łowców i mięsożerców. Może takiej wizji autor recenzji się przestraszył. 
_________________________________________________________________________________

PS 1 Jestem spokojna, że Holland nie podziękuje wylewnie Szyszce za to, że „bezwiednie zatrudnił się w dziale promocji tego filmu i nie ustaje w wysiłkach, aby dzieło rozpropagować w całej Polsce”, bo drzewa są jednak ważniejsze niż kariera filmu, więc lepiej, żeby Szyszki w ogóle nie było w tej historii. 

PS 2 W ostatnim akapicie sam Varga wysuwa tezę, że Polacy (a to w końcu ludzie!), nadają się tylko do odstrzału jako niereformowalne szkodniki. 


**********************************************************

niedziela, 5 marca 2017

Tygrysy Gniewu są mądrzejsze niż konie Pouczeń

**********************************************************

Jeśli chodzi o motyw jastrzębia przybitego gwoździami do drzewa w opowiadaniu Prusa pt. Ze wspomnień cyklisty, to ma on taki kontekst, że jest to zemsta ludowa, ponura i prymitywna, za to, że jastrząb polował na kurczęta i kury we wsi, więc poszkodowani chłopi wreszcie go schwytali i postanowili ukarać: 
— Jego syny i wnuki do dziesiątego pokolenia będą pamiętali karę i żaden psubrat już tu nie przyleci — dorzucił chłop z kamieniem w ręku. Miał on twarz surową i głupią. 
— To nic nie pomoże!… — odezwał się podróżny z łagodną fizjognomją. — Prusak nigdyby tego nie zrobił. On strzela do drapieżników, ale najpierwej buduje dla drobiu wielkie kojce z drucianych siatek, gdzie kura może sobie chodzić ile chce, a jastrząb do niej się nie dostanie. (...)
— Ciemnota!… — odparł wędrowny. — Takiemu się zdaje, że taniej przykuć jastrzębia, aniżeli zbudować kurom należyty kojec… Ale co prawda, nie każdy gospodarz miałby u nas pieniądze na siatkę… U Prusaków co innego… Tam i rzeczy tanie i pieniądze mają… 
B. Prus, Ze wspomnień cyklisty w: Pisma, tom XXIV, Gebethner i Wolff, W-wa, 1935
Bo taki jest porządek: drapieżniki polują, żeby nie umrzeć z głodu, a jak ktoś trzyma kury, to trzeba o nie zadbać i właściwie je zabezpieczyć. 

Ale po co ta lekcja? Jest XXI wiek i dużo więcej wiemy, prawie wszystko, także na temat tego, co mamy jeszcze do stracenia, jak niewiele tego zostało. Że przyszedł czas na wejście level wyżej, na spojrzenie poza czubek własnego, człowieczego nosa, żałośnie słabiutkiego w porównaniu ze zwierzęcym. Że śmierć każdego bytu umniejsza nas, albowiem jesteśmy zespoleni z całą przyrodą. 

Gdy przeczytałam parę lat temu Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk, miałam ochotę podarować tę książkę komu się da. Bardzo chciałam się nią podzielić ze wszystkimi. Miałam większą wiarę w jej moc niż w moc filmu Agnieszki Holland, zrobionego na jej podstawie właśnie teraz, filmu Pokot, ale też bym chciała, żeby go powszechnie obejrzano. 

Ten film staje w obronie ofiar, a to duża odpowiedzialność, żeby tym ofiarom nie zaszkodzić. Paradoksalnie. 

Niedawno obiegła media poruszająca historia pod atrakcyjnym hasłem: pies uratował życie innemu psu. I to był piękny aspekt tej historii, która miała jednak także wątek makabryczny, potworny, niestety: uratowany piesek dogorywał na śmietniku, gdyż został skatowany przez jakiegoś człowieka przy pomocy młotka lub innego tego typu narzędzia, był jedną wielką raną. Ten człowiek jest aktualnie poszukiwany, żeby można było go ukarać, a pies został otoczony troskliwą opieką (mam nadzieję, że jest tak nadal). Będę szczera: patrząc na tego pieska, na biedaka z krwawą miazgą zamiast czaszki, miałam wielką ochotę walnąć na odlew młotkiem sadystę, który to zrobił, zmasakrować mu te same miejsca, też zmiażdżyć mu oczodoły. Eksterminować go z tej planety. Wymierzyć sprawiedliwość. Obudził się we mnie Gniew. 

Tak właśnie działa film Pokot Agnieszki Holland. Tak został zrobiony, jak została pomyślana książka. Budzi gniew. Zestawia w taki sposób ludzi i obrazy/krajobrazy, żeby odbiorca-człowiek miał ochotę się zerwać i haratnąć przewijające się tam kreatury (prezesa, Wnętrzaka, księdza Szelesta). 

Główna postać, Duszejko (bez "Janina" na życzenie samej bohaterki), jest ofiarą (myśliwi zabijają jej psy, które też są ofiarami) i solidaryzuje się z ofiarami, ze słabszymi, a więc ze zwierzętami, zabijanymi beztrosko w toku myśliwskich ekscesów, a także z kobietami, które są ofiarami mentalności myśliwych, bo same polowania to jest tylko pochodna sedna sprawy. Gdyż myśliwi to są ludzie źli: mają w pogardzie zwierzęta, nie może być inaczej, skoro mają w pogardzie także ludzi słabszych (w tym zwłaszcza kobiety, co nie przeszkadza im tworzyć z nimi uświęconych „rodzinnych” stadeł), robią pokątne biznesy, obrzydliwe, interesuje ich kasa i władza, są prymitywni, nieatrakcyjni pod żadnym względem. To smoliście czarne charaktery, ale jacy wiarygodni! Tacy ludzie po prostu istnieją, a przekonanie o tym, jaki stanowią procent społeczeństwa, to jest tylko kwestia stężenia idealizmu w organizmie. 

Więc widzę premedytację w nagromadzeniu ohydy po stronie kłusownictwa i myślistwa, które owszem, miało kiedyś coś wspólnego ze słowem myślenie, ale wieki temu, jakieś sześćset lat, gdy polowanie rzeczywiście wymagało sprytu i było warunkiem przetrwania. Jest to kumulacja obliczona na konkretny efekt. 

Duszejko próbuje pouczeń, legalnych interwencji i perswazji, ale kiedy widzi, że nie ma innego wyjścia, chwyta się „tygrysów Gniewu”. Skoro istnieje tylko piekło, a nieba nie było nawet wtedy, gdy żyły Dziewczynki, suczki Duszejko, choć ich bestialskie zabicie w trakcie polowania zniszczyło nawet tę namiastkę, którą sobie wygenerowała własnym nakładem wiary i energii, respektujmy piekielne prawo.

Znamienne i uwiarygadniające: Matoga biegnie wysadzać kasę chorych, kiedy ta poskąpi środków na ratowanie jego ciężko chorej żony. Duszejko bierze sprawy w swoje ręce, gdy myśliwi zabijają jej psy. Ale są to krople, które tylko przepełniają czarę, bo jednak chodzi też o całokształt. A co by było gdyby? Gdyby ludzie, na przykład, nie wyczytali w Biblii: Czyńcie sobie ziemię poddaną? To pokazuje zakończenie.

Kiedy Duszejko idzie z pijanym prezesem w las po balu przebierańców, podając mu uprzednio flaszkę zabójczych feromonów, i mówi: "Pomogę ci", jakoś dziwnie wierzę, że to naprawdę jest pomoc - w godnym zamknięciu jego nędznego, pełnego wrzasku, okrucieństwa i barbarzyństwa życia, i rozpoczęciu czegoś nowego (czy faktycznie i gdzie to już mniejsza). 

A jeśli uważamy, że nikt, Duszejko także, nie ma prawa zabijać w imię dobra, to odbierzmy to prawo również myśliwym. Skoro ksiądz Szelest ma prawo straszyć karą i gniewem boskim, jednocześnie cynicznie zabijając, nie szanując tego, co Bóg stworzył, to także Duszejko może w swej uczciwości straszyć zemstą i gniewem Przyrody i ratować ją desperacko, eliminując jej wrogów i morderców. Bądźmy przynajmniej konsekwentni. 


**********************************************************

niedziela, 26 lutego 2017

nie to nie

**********************************************************

Nie żebym studiowała ostatnio, a nawet w ogóle, kazania Johna Donne’a, ale przeglądam zbiór esejów Ryszarda Koziołka pod zachęcającym tytułem Dobrze się myśli literaturą (Czarne 2016) i to stamtąd wiedza, co poeta w kazaniach miał na myśli. Że uwielbiał Psalmy, które wykorzystywał („Czy jest ktoś, kto by żył, a nie zaznał śmierci?”, Psalm 89, kazanie wielkanocne). 

Donne jest raczej wyjątkiem, bo najwięcej w tym zbiorze jednak polskiej literatury. Sporo Prusa, Sienkiewicza, Kraszewski, a także osobowości, takie jak Stanisława Przybyszewska czy Hanna Zalewska. „Trochę przesadza z tym pozytywizmem”, stwierdza M. P. Markowski żartobliwie, recenzując książkę, ale poza tą małą „skazą” jest Koziołek uznany za autora esejów doskonałych. I ja zgadzam się z tą opinią. 

Tak naprawdę, chciałam wspomnieć tutaj o Bolesławie Prusie, którego autor książki licznymi nawiązaniami wywołał w mojej głowie, chociaż w całkiem innej sprawie, w innym zupełnie kontekście, nie-Koziołkowym raczej, w każdym razie na pewno nie wprost. 

Zanim jednak o Prusie, to odwołując się jeszcze do poprzedniego posta oraz tytułem wstępu do Pokotu (który wciąż przede mną) i do Prusa zresztą też, chcę, żeby padła tutaj definicja ambony by Janina Duszejko z Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk, książki-bazy dla filmu Holland – Duszejko patrząc na księdza, który wygłasza obskuranckie, „nawołujące do Zbrodni” kazanie, ma refleksje następujące: 
Teraz wydało mi się jasne, dlaczego wieże strzelnicze, które przecież bardziej przypominają wieże strażników z obozów koncentracyjnych, nazywa się ambonami. W ambonie Człowiek stawia się nad innymi istotami i sam przyznaje sobie prawo do ich życia i śmierci. Staje się uzurpatorem i tyranem. 
Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, WL 2009 
A co z Prusem? I jak on się ma do tych ambon i lokalnych rytuałów? Koziołek wspomina w pewnym momencie o „dziwnym” utworze Prusa pt. Ze wspomnień cyklisty. Dobrze kojarzę ten tekst, a najbardziej pamiętam scenę, która została mi w mózgu wśród fresków-makabresków, zapewne poprzez fokus na relacje człowiek-zwierzę/ludzie-przyroda, które stają się aktualnie kwestiami palącymi - i z powodu Szyszki, i ogólnego klimatu, i premiery Pokotu swoją drogą. Trochę długa jest ta scena, więc jak chcecie, to przeczytajcie, nie to nie:
Tymczasem dzieci wciąż tańcowały, klaskały w ręce i krzyczały: 
— Jastrząb!… Jastrzębia przybili!… 
Podszedłem bliżej do gromady, machinalnie spojrzałem na szeroką wierzbę, stojącą między czeremchami i — struchlałem… Do wierzby był przybity za skrzydła spory ptak z krzywym dziobem, białym brzuchem i żółtemi nogami. Ptak żył. Niekiedy rzucał się tak gwałtownie, że krew spływała mu ze skrzydeł, to znowu potężnemi szponami chwytał powietrze, to znowu kręcił głową i oglądał się nie tyle przerażony, ile zdumiony swoim losem. Nagle zasyczał z bólu, a żółte palce tak dziwnie poplątały mu się, że był podobny do człowieka, który załamuje ręce. 
Na ten widok zaszumiało mi w uszach i wydobyłem z kieszeni rewolwer. 
— Odsuńcie się!… — zawołałem na dzieci. 
— Patrzajta! patrzajta!… — wrzasnął dziesięcioletni chłopak w barchanowem odzieniu. — Patrzajta!… pan będzie strzyloł z liwerweru!… 
Stary chłop podniósł rękę do kapelusza, dzieci umilkły, nawet zła baba cofnęła się o kilka kroków. Ja zaś nie potrafię opowiedzieć, jakich uczuć doznawałem w tej chwili. Gniew na barbarzyństwo chłopskie, litość dla pokrzywdzonego ptaka, bohaterska duma… rozpierały mi serce. Nade-wszystko jednak czułem, że jestem człowiekiem sytuacji i że kilkanaście par oczu przypatruje mi się z obawą i podziwem… 
Stanąłem w pozycji, lewą rękę oparłem na plecach, prawą niby żelaznemi kleszczami ująłem broń, podniosłem lufkę do góry, naprowadziłem ją na rzucającego się ptaka i — zwolna zacząłem przyciskać cyngiel… „Skończą się twoje cierpienia, biedaku…“ pomyślałem. A wtem… 
— Paf!… — zawołał chłopak w barchanach. 
— Żeby cię kolka sparła!… — mruknąłem, czując, że w chwili strzału rewolwer uchylił mi się w bok i kula poszła między kwitnące jabłonie. Gdyby tylko poszła!… Ale ona jeszcze zostawiła wyraźną rysę na wierzbie o pół łokcia od jastrzębia. 
— Usunęło się przed wielmożnym panem drzewo!… — rzekł stary chłop, przypatrując mi się z dobrodusznym uśmiechem. 
Chciałem strzelić drugi raz, ale tymczasem chłop z zawiniętemi rękawami zawołał: 
— Kiedy ma bestja ginąć, niech ginie z mojej ręki… Masz! … 
I rzucił w jastrzębia kamieniem z taką siłą, że prawie zmiażdżył ptaka, z którego została kupa zakrwawionych piór i drgający ogon. 
Ponieważ wypadało coś powiedzieć, więc zwróciwszy się do złej baby, rzekłem: 
— A na drugi raz nie przykuwajcie żywych ptaków, bo w Warszawie jest opieka nad zwierzętami i mogłaby was zaskarżyć do sądu… 
Bolesław Prus, Ze wspomnień cyklisty w: Pisma, tom XXIV, Gebethner i Wolff, Warszawa, 1935

**********************************************************

poniedziałek, 20 lutego 2017

O rzezimieszkach

**********************************************************

Dziś będzie o realu, czyli rzeczywistości niewirtualnej, ale jednak takiej, która wymaga dodatkowych przymiotników. Jeśli uznać, że jest to przestrzeń w jakiś sposób zorganizowana, w jakiej coś się rozgrywa, coś się dzieje, to żeby ją opisać, wyobraźmy sobie matrioszkę, taką rosyjską zabawkę, która składa się z drewnianych, wydrążonych w środku lalek, włożonych jedna w drugą. Największa to jest Wszechświat, potem Układ Słoneczny, potem Ziemia, potem kontynenty i tak dalej aż do skali mikro. Za najmniejsze w tym układzie uznajmy pojedyncze gospodarstwo domowe. 

Jeśli o nie zresztą chodzi jako o przestrzeń własną, mimo że zagrzebaną pod górami lalek-matek, z wydzieloną pulą tlenu, najciaśniejszą i najbliższą ciału jak koszula, moją, indywidualną, to mogę ją opisać bardzo krótko i esencjonalnie, wyłuskując jej aktualną dominantę, którą jest bez wątpienia kwitnące w jej obrębie cwaniactwo w żywe oczy, na potęgę (dokładnie od chwili, gdy pojawiła się w jej granicach pewna kocia siuśmajtka-rzezimieszka o łotrzykowskim wnętrzu) oraz cecha druga: niewystępowanie, tj. BRAK kaznodziejstwa, które tu NIE kwitnie w najmniejszym stopniu nawet (i to też od chwili, kiedy wyszło, że czasownik „kazać” ani w znaczeniu polecić [komuś, żeby coś zrobił], ani w znaczeniu dawnym: wygłosić kazanie nie ma tu zastosowania ani sensu). 

Inaczej jest z matrioszką, w której siedzę, będąc gospodarstwem, która mnie pochłania, i to o nią zasadniczo chodzi. O jej opis, o jej uproszczoną z konieczności, lecz dającą trafny obraz mimo to, charakterystykę. Nosi ona nazwę: państwo Polska, które tkwi z kolei w Europie i tak dalej, i którego plagą, bo trudno to definiować neutralnie, stało się ostatnimi czasy k a z n o d z i e j s t w o w najgorszym wydaniu, na najwyższym szczeblu państwowym, kaznodziejstwo horrendalne, na niespotykaną dotąd skalę, co jest aż fascynujące, ponieważ urzędnicy najwyżsi rangą w państwie posługują się aktualnie już wyłącznie, już zawsze i wszędzie językiem kiepskich kazań. Oczywiście, w formie hybrydowej, jednak z rażącą przewagą tego drugiego z dwóch znaczeń, jakie podaje słownik języka polskiego PWN (kazanie: 1. przemówienie wygłaszane przez duchownego do wiernych w czasie nabożeństwa; też: napisany tekst tego przemówienia 2. długie i nudne moralizowanie). Nie da się tego strawić. Największą kością w gardle pozostaje nadal hipokryzja.

Więc nie mają ci państwowi wygłaszacze kiepskich kazań żadnych szans na gromadzenie takich tłumów, jak John Donne na przykład, nie tylko poeta, ale też genialny kaznodzieja, na którego słuchanie schodziła się w katedrze św. Pawła, a nawet zjeżdżała, masa obywateli, cały ówczesny (XVII wiek) Londyn, i który mówił ludziom, że żyją na huśtawce, i to nie między ziemią a niebem, lecz pomiędzy życiem i śmiercią. I szanował swoich słuchaczy – zakładał nieustająco, że zwraca się do ludzi myślących i ciekawych świata. Nie wspominał nic o tym, że trzeba żyć w okopach, w separacji od reszty i z paralizatorem pod ręką. 

Kazanie to nie dialog. Kazanie to monolog z założenia, więc jeśli tak się składa, że nie ma czego słuchać, pozostaje tylko głuche nic. 

Jak tu gadać? Kiedy Angela Merkel przyjechała do Polski, kierowała się logiką odpowiedzialności trochę szerszej niż narodowa i nie jechała na pewno słuchać kazań. Przyjęła mężną postawę, o której pisze Kafka (proroczo jak zawsze!), ale wyszło na to, że chcąc desperacko wspiąć się w górę, na szczyty dialogu, trafiła na ambonę, co zresztą szybko sama zauważyła i dała sobie spokój – po co leźć na ambonę, skoro jest to platforma antydialogowa z natury. Merkel myślała zatem Kafką i okazało się, że naiwnie:
„Jeżeli zatem nie znajdziesz tu nic na korytarzach, otwórz drzwi, ale jeśli za drzwiami nic nie znajdziesz, nie ma nieszczęścia, wejdź na nowe schody. Dopóki nie przestaniesz wchodzić, dopóty nie kończą się stopnie, pod twoimi wspinającymi się nogami wciąż rosną w górę”. 
Franz Kafka, Obrońcy, tłum. Roman Karst w: Franz Kafka, Opowieści i przypowieści, PIW 2016
A propos ambony – za chwilę będzie w kinach Pokot Agnieszki Holland, film, z którym kaznodzieje będą mieli zapewne wielki problem, co pokazała już reakcja jednego z nich, aktualnego korespondenta polskiego TVP w Niemczech. Znowu chce się i śmiać, i płakać.


**********************************************************

poniedziałek, 6 lutego 2017

Aż tu nagle…

**********************************************************

…słyszę głuche: Klap! coś niegłośno plaska o podłogę, lekko raczej, choć całkiem wyraźnie, widzę, leży deus ex machina w innym miejscu niż była przed chwilą. I skąd spadła? Oraz: jak ożyła? Była martwa i nagle powstała, wykonując efektowny ruch? Patrzę na nią: Kto dodał jej skrzydeł? I kim ona w gruncie rzeczy jest? Że z najwyższej półki, to już widzę. I że miękka. I nieciężka raczej. Innych danych brak, jest za daleko.

Super, biorę!, pomyślałam sobie, biorę w ciemno tę, co sama spadła! Koniec z tymi nieogarnialnymi meandrami ruskich stanów ducha i umysłów na nie-do-zdzierżenia momentami poziomach absorpcji, niemożliwych i prawdziwych w jednym, nie przy grypie!, bo jeszcze mi skoczą parametry chorobowe w górę, temperatura na przykład, eksploduję marnie, więc może jednak co nieco samozachowawczego instynktu wypadałoby z siebie wydusić. 

Idę zatem, żeby ją zobaczyć i przygarnąć. Jestem całkiem blisko, coraz bliżej. I ciekawość rośnie. Już podnoszę i już ją odwracam i… ogarnia mnie jedna z najszczerszych i najbardziej autentycznych głupawek, jakie mi się przytrafiły w całym życiu, pusty śmiech. A potem wielki szacun dla obrotu rzeczy (albo losu), który zdobył się na taką wysublimowaną ironię. 

Na podłodze bowiem leży Cypkin. Lato w Baden. Skrzydlata bestyja, o której zapomniałam już na dobre. Na złe chyba też, skoro nawet nie pomyślałam o niej przy grypie. No to masz, sierotko, wszystko w jednym: dwa, trzy, cztery, całą kosmiczną mnogość, zwróciłam się do siebie, też z ironią. 

Chcecie wiedzieć, co było dalej? Proszę bardzo. Jak rzecze poeta: „Cóż było mówić? Paweł ani pisnął, wrócił do siebie i czapkę nacisnął”. Zachowałam się tak samo. Nacisnęłam kaptur szlafroka i zaczęło się. 

Bo to znowu Rosja, znowu trans i znowu Dostojewski, znowu otchłań, a jednak w całkiem innej, wbijającej w łóżko odsłonie. To była niezbyt długa, ale ekstremalnie intensywna jazda. Balans na fali zdań, toczących się lawiną, bez oddechów w postaci kropek, co tam zresztą kropki, średników też u Cypkina jak na lekarstwo. Lepiej niż u Bernharda, moc ta sama, ale przez kondensację inny smak. No i chaps! Połknęłam. Ogarnęłam Cypkinem trzy posiłki: bo śniadanie, potem jeszcze obiad i kolację. Jak skończyłam, to poczułam się wreszcie obżarta. Jak komarzyca. 

Gość, to znaczy autor, Leonid Cypkin, lekarz z zawodu (wykonywał go przez całe życie) oczywiście Bernharda nie znał, nie znał nikogo, nigdy nie wyjechał z Rosji, pisał do szuflady, z obsesją na punkcie rosyjskiej literatury, a szczególnie Dostojewskiego. 

Intensywność tego tekstu zaskoczyła mnie, teleportując bez pardonu w obszary niby już znane, zbadane, niby spacyfikowane, ale Cypkin jedzie po nich całkiem odrębnie i naprawdę bez trzymanki. Coetzee napisał kiedyś taką fantazję pt. Mistrz z Petersburga, doskonałą, a ta Cypkina rzecz jest trochę podobna i wręcz przeciwna jednocześnie, ponieważ nie jest fantazją i zarazem w jakimś sensie nią jest. Cypkin poszedł w inną stronę. Ta książka to wiedza i fakty, ale przefiltrowane przede wszystkim przez unikalną wrażliwość jej autora, przez jego los własny, los Dostojewskiego, przez rosyjską literaturę i historię. 

Cypkin jeździ śladami pisarza, a gdy dociera po raz kolejny (i ostatni) do Petersburga (za jego życia Leningradu), atakuje się setką pytań zasadniczych: „czego właściwie tu szukałem? – dlaczego tak mnie pociągało i wabiło życie tego człowieka, gardzącego mną (świadomie, zapalczywie, jak lubił się wyrażać) i mnie podobnymi? – dlaczego przyszedłem tutaj pod osłoną nocy i skradałem się jak złodziej po tej pustej i bezludnej, przysypanej śniegiem ulicy? - dlaczego, zwiedzając jego mieszkanie-muzeum przy Kuzniecznej lub jakieś inne miejsca z nim związane, stałem zawsze jakoś z boku albo z tyłu, jakbym trafił tu przypadkiem, jakby mnie to wszystko nie bardzo interesowało?” 

Skąd motyw pogardy? Leonid Cypkin urodził się w 1926 r. w Mińsku w rodzinie żydowskiej (umarł w 1982, sto jeden lat po Dostojewskim). Dostojewski jest znany ze swojego bezmyślnego, programowego antysemityzmu, w ramach którego nie wysilał się zresztą nawet na jakieś wyjątkowe, pogłębione teorie – operował oklepanymi antysemickimi argumentami i mitami, żywotnymi zresztą do dziś. Cypkin ma w małym palcu wszystko, co Dostojewski napisał, także Dziennik pisarza (1877/78) i zawarty w nim artykuł zatytułowany Kwestia żydowska: „czytałem z bijącym sercem, mając nadzieję, że znajdę w tych rozważaniach, tak podobnych do tego, co mówi każdy czarnoseciniec, jakiś promyk światlejszej myśli, choćby jakiś zwrot w inną stronę, jakąś próbę nowego spojrzenia – Żydom wolno tylko wyznawać swoją wiarę, więcej nic – wydawało mi się niezwykle dziwne, że człowiek tak wrażliwy w swoich powieściach na cierpienie innych, tak gorliwie biorący w obronę skrzywdzonych i poniżonych, tak gorąco i zapamiętale głoszący prawo do życia każdego drania, opiewający każdy listeczek i najmniejsze źdźbło trawy – że taki człowiek nie znalazł ani jednego słowa na obronę lub usprawiedliwienie ludzi prześladowanych od paru tysięcy lat – czy naprawdę był tak ślepy?, a może zaślepiony nienawiścią? - Żydów nawet nie nazywał narodem, używał określenia plemię, jakby to byli jacyś dzicy z Wysp Polinezyjskich – a do tego plemienia należę ja” (Leonid Cypkin, Lato w Baden, Zeszyty Literackie 2015, tłumaczenie Robert Papieski)

Paradoksalnie Dostojewski ma najwięcej chyba badaczy z tego „plemienia” właśnie. Cypkin nad tym też się zastanawia. Sam jest partycypantem tego syndromu. I jak wszystkich partycypantów, choć jego może szczególnie, cechuje go wielka miłość do trudnego szamana z Petersburga, który działał często tak, że „robiło się z tego jakieś jurodstwo” i który mieszkał w kamienicach zawsze narożnych i zawsze „milczących najciszej, ciemnych najciemniej”. Świadczy o tym ta wyjątkowa książka. 

A grypa wróciła do mnie i tak. 

Zdumiało go światło dnia, gdy wyszedł na ulicę – myślał, że już od dawna jest noc – ojcowie rodzin z żonami wracali z kościoła lub spacerowali, prowadząc dzieci za rękę, ulicą jechały powozy i karety, czarny kot przebiegł mu drogę, wiedziony nawykiem zatrzymał się, ale zauważył, że to był bonończyk, gorzej już być nie mogło 

 **********************************************************

poniedziałek, 30 stycznia 2017

PIERWSZA WIEDŹMA: Gdzie byłaś, siostro? DRUGA WIEDŹMA: Rzucałam zarazę na świnie.*

**********************************************************

Może lepsze bywa wrogiem dobrego, ale gorsze przeciwnikiem złego raczej nie jest, nawet na pewno nie. Jest złego sprzymierzeńcem, już choćby z tego powodu, że ociepla jego wredny wizerunek, tworząc jeszcze wredniejsze tło. Co z tym złem? Gdzie ono się czai? Przetnij wpół Skowronka - znajdziesz Śpiew, Przetnij wpół Filozofa - znajdziesz Myśl, Przetnij neonazistę - znajdziesz zło (lecz czy uczynisz w ten sposób dobro?) 

Póki co, chodzi tylko o to, że dopadła mnie zdradziecko grypa („Nie skrzecz, ropucho! Idę!”* zawołała, słysząc moją chrypkę) i przemiędliła tradycyjnie, to znaczy z fazy pierwszej pamiętam raczej tylko grzmoty oraz błyskawice, zgniłą mgłę, za to w fazie drugiej zamęt ucichł i choć bitwa wciąż szalała, zobaczyłam w końcu wrzosowisko, na którym mogłam wreszcie wyłożyć się w pozycji minimalnie bardziej komfortowej, a przez to zachęcającej do konsumpcji nie tylko imbiru i kiszonych ogórków, ale też zaległego (podobnie jak ja sama) i uzdrawiającego czytelnictwa. Lecz od czego zacząć?

Może od tego, co chodzi za mną o krok, tak mniej więcej, z tyłu, ostatnio intensywniej, odkąd ją nieładnie porzuciłam, ale czuję, że ciągle tam jest? Mam na myśli św. Idiotę Cezarego Wodzińskiego. No i owszem, fajnie by było, ale (tak! jest jakieś ale!) jest to książka raczej z gatunku takich „do przetworzenia”, a nie do niewinnego przeczytania. Typ, który trzeba obsłużyć „zgodnie z instrukcją Nietzschego”, jak mówił sam Wodziński. „Trzeba wykonać najpierw trudną, ciężko strawną robotę, niczym wół lub krowa - ba! trzeba ją stale wykonywać – żeby pozwolić sobie na skrzydlatą lekko-myślność. Najlepiej być skrzydlatą krową…”** A druga faza grypy to nie jest dobry moment na takie ekscesy.

Mówi o tym (to znaczy o tej krowie) Cezary Wodziński w miejscu całkiem innym niż św. Idiota, w całkiem innym tomie pt. Między anegdotą a doświadczeniem, który w końcu zaczęłam przeglądać, wymiękając wobec Idioty, decydując się na kompromis, wcale nie zgniły zresztą, tylko mądry. 

Otóż zasada tej książki polega na tym mniej więcej, że czworo ciekawych ludzi wypytuje Wodzińskiego o jego doświadczenia w roli filozofa na przestrzeni dorosłego życia, a on próbuje je objąć w różnych konstrukcjach słownych, które raz po raz przybierają formę anegdoty w sensie ścisłym. I tak, nawiązując do św. Idioty, natknęłam się tam na historię o tym, jak Zbigniew Podgórzec (wybitny znawca Dostojewskiego) dał się nabrać na apokryficzny figiel zastosowany w tej książce przez Wodzińskiego, to znaczy na rzekomo autentyczny, nieznany nikomu list Fiodora Dostojewskiego, który autor umieścił tam w funkcji wstępu. Po wydaniu św. Idioty Podgórzec zadzwonił do Wodzińskiego wzburzony, że ten nie dał mu kopii nieznanego nikomu listu. Jaki z niego przyjaciel? Chodzi tu o rzekomą odpowiedź Dostojewskiego na list początkującego literata, w którym ten zadeklarował zamiar napisania książki „o ruskim świętym szaleńcu” („Co za pomysł! Zuchwała idea i całkowicie nieodpowiedzialna!”). Wiele osób dało się nabrać na ten żart, ale łatwo zrozumieć, że pomyłka Podgórca, jednego z największych w Polsce znawców Dostojewskiego, była dla Wodzińskiego jako autora listu wyrazem najwyższego uznania. 

No więc tak sobie gmerałam i gmerałam wybiórczo pośród tych akapitów lżejszego i cięższego kalibru, ciągle mając poczucie (zgubne, bo to się presja nazywa), że należałoby jednak wykorzystać ten czas choroby na cały gwizdek, a nie tylko na pół, wciąż dręczyło mnie pytanie: ale co? ale co? co wybrać, żebym widziała, że dobre oraz na miarę sytuacji (patrz 2-gi i 3-ci akapit)? 

św. Idiota odpadł, a tym bardziej odpadli „nowi” Bracia Karamazow, na których tłumaczenie także Cezary Wodziński się zamachnął (lecz choćbym zjadła tysiąc kotletów, i dołożyła tysiąc krokietów, to nie udźwignę – ciężar jest). 

No i tak malkontencąc, czyli męcząc kota brakiem zerojedynkowych intencji, mitrężyłam czas i mitrężyłam, mitrężyłam oraz mitrężyłam. 

Aż tu nagle… 

cdn. 

__________________________________________________________________________
*  William Shakespeare, Makbet, Znak, Kraków 2003, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka  
**Cezary Wodziński, Między anegdotą a doświadczeniem, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2007

**********************************************************

niedziela, 22 stycznia 2017

Inni mają kamery pracujące pod wodą

**********************************************************

Filmują i fotografują mnie, bo jako smok morski zostałem uznany za relikt prymitywnego gatunku, zagrożonego rychłym wyginięciem; w ten sposób ja, który sam byłem niegdyś Artystą, zostałem obiektem zainteresowania ludzi sztuki. Ja, którego rolą było kiedyś pomagać przy klasyfikacji zbiorów przyrodniczych, sam stałem się jej przedmiotem. Moje małe przezroczyste płetwy trzepoczą niczym skrzydełka wróżki – przyglądam się tym ludziom, a oni mnie, zachwyceni moim przecudownym ubarwieniem i spokojnymi ruchami, i myślę. 
Richard Flanagan, Księga Ryb Williama Goulda, Wydawnictwo Literackie 2016, przekład Maciej Świerkocki 
O czym myśli William Buelow Gould, zmartwychwstały jako morski smok? Myślę o tym, oglądając filmik z rubinowym smokiem w roli głównej, nowo odkrytym okazem (Phyllopteryx dewysea), którego obraz nagrały nie tak dawno kamery naukowców z San Diego u wybrzeży Australii, dając tym samym dowód, że rubinowy smok morski autentycznie występuje w przyrodzie.

O czym myśli, unosząc się w wodzie, frunąc w morzu, pikując na dno, przedzierając się przez roztańczone wodorosty? 

Że chciał stworzyć arkę, tworząc Księgę? Muszę przyznać, że tęsknię za ludzką mową, chciałbym odzyskać umiejętność posługiwania się nią choćby na kilka chwil, by móc wyjaśnić, że kiedyś chciałem żyć jako eksplodująca tęcza kolorów, srogie słońce rozpadające się na kawałki w delikatnym deszczu, musiałem jednak zadowolić się robieniem brudnych znaków na tanim brystolu. Chciałbym powiedzieć, że kiedyś pragnąłem wzbić się i wstrząsnąć niebiosami, zanurzyć się w morzu i poruszyć ziemię, poznać piękno i cudowność tego świata, które, z czego zdaję sobie dzisiaj sprawę, są równie bezkresne jak ich przeciwieństwa. I chciałem, aby inni poznawali je ze mną, ale nic z tego mi się nie udało.

Myślę o tych wszystkich księgach świata, które chciałyby coś wytłumaczyć. I że coś się jednak udało.  

Ale kiedy znikną wszystkie ryby, to czyj radosny skok i plusk zdoła nam powiedzieć, skąd biorą się kręgi na wodzie?  

**********************************************************

niedziela, 15 stycznia 2017

Metamorfozy

**********************************************************

Żeby nawet największe głazy dały radę dziś przybrać taki kształt!

**********************************************************

niedziela, 1 stycznia 2017

Uwaga, drastyczne

**********************************************************

Trzeba było odlecieć na Południe.*

____________________________________________________________________________
* To za Emily Dickinson, która przesłała swojemu bratu i jego rodzinie następujący liścik: „W załączeniu przesyłam Ptaki, które nie odlatują na Południe”, dołączając do listu kurczaki.

**********************************************************

piątek, 30 grudnia 2016

Na stos, na stos

**********************************************************

No więc ostrzegam wszystkich oszołomów o mózgach wyjałowionych, okrojonych, okaleczonych, z wypłukanymi znacząco ośrodkami empatycznymi i skłonnością do zachowań agresywnych, debilów niemogących się powstrzymać przed generowaniem łomotu, fajerwercznego huku na własną (też debilną) rękę, strzelania na odlew gdzie popadnie i z czego popadnie, a także wystrzeliwania wszystkiego, co się nawinie, w górę, pod pretekstem wyrażenia czegokolwiek innego (np. euforii z okazji zakończenia/rozpoczęcia roku) niż esencja własnej głupoty. 

Ostrzegam lojalnie - będę wam życzyć szczerze, żeby wam ktoś podrażnił prądem te obszary w mózgach, które są odpowiedzialne za psychozy i halucynacje, a do tyłków, żeby wam powsadzał po petardzie i żeby odpalił, i żebyście gonili jak ogłupiałe zwierzaki, ze zjeżonym pseudoowłosieniem na pseudoczłekokształtnych czaszkach, budząc ogólny niesmak w najlepszym wypadku, zaś w najgorszym reakcję wskazującą na nieprzepartą ochotę zgromadzonej przez ten huk widowni na mały, lecz skuteczny linczyk, cichy i nieodwracalny samosądzik. Naślę na was Obamę normalnie.


**********************************************************