niedziela, 26 lutego 2017

nie to nie

**********************************************************

Nie żebym studiowała ostatnio, a nawet w ogóle, kazania Johna Donne’a, ale przeglądam zbiór esejów Ryszarda Koziołka pod zachęcającym tytułem Dobrze się myśli literaturą (Czarne 2016) i to stamtąd wiedza, co poeta w kazaniach miał na myśli. Że uwielbiał Psalmy, które wykorzystywał („Czy jest ktoś, kto by żył, a nie zaznał śmierci?”, Psalm 89, kazanie wielkanocne). 

Donne jest raczej wyjątkiem, bo najwięcej w tym zbiorze jednak polskiej literatury. Sporo Prusa, Sienkiewicza, Kraszewski, a także osobowości, takie jak Stanisława Przybyszewska czy Hanna Zalewska. „Trochę przesadza z tym pozytywizmem”, stwierdza M. P. Markowski żartobliwie, recenzując książkę, ale poza tą małą „skazą” jest Koziołek uznany za autora esejów doskonałych. I ja zgadzam się z tą opinią. 

Tak naprawdę, chciałam wspomnieć tutaj o Bolesławie Prusie, którego autor książki licznymi nawiązaniami wywołał w mojej głowie, chociaż w całkiem innej sprawie, w innym zupełnie kontekście, nie-Koziołkowym raczej, w każdym razie na pewno nie wprost. 

Zanim jednak o Prusie, to odwołując się jeszcze do poprzedniego posta oraz tytułem wstępu do Pokotu (który wciąż przede mną) i do Prusa zresztą też, chcę, żeby padła tutaj definicja ambony by Janina Duszejko z Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk, książki-bazy dla filmu Holland – Duszejko patrząc na księdza, który wygłasza obskuranckie, „nawołujące do Zbrodni” kazanie, ma refleksje następujące: 
Teraz wydało mi się jasne, dlaczego wieże strzelnicze, które przecież bardziej przypominają wieże strażników z obozów koncentracyjnych, nazywa się ambonami. W ambonie Człowiek stawia się nad innymi istotami i sam przyznaje sobie prawo do ich życia i śmierci. Staje się uzurpatorem i tyranem. 
Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, WL 2009 
A co z Prusem? I jak on się ma do tych ambon i lokalnych rytuałów? Koziołek wspomina w pewnym momencie o „dziwnym” utworze Prusa pt. Ze wspomnień cyklisty. Dobrze kojarzę ten tekst, a najbardziej pamiętam scenę, która została mi w mózgu wśród fresków-makabresków, zapewne poprzez fokus na relacje człowiek-zwierzę/ludzie-przyroda, które stają się aktualnie kwestiami palącymi - i z powodu Szyszki, i ogólnego klimatu, i premiery Pokotu swoją drogą. Trochę długa jest ta scena, więc jak chcecie, to przeczytajcie, nie to nie:
Tymczasem dzieci wciąż tańcowały, klaskały w ręce i krzyczały: 
— Jastrząb!… Jastrzębia przybili!… 
Podszedłem bliżej do gromady, machinalnie spojrzałem na szeroką wierzbę, stojącą między czeremchami i — struchlałem… Do wierzby był przybity za skrzydła spory ptak z krzywym dziobem, białym brzuchem i żółtemi nogami. Ptak żył. Niekiedy rzucał się tak gwałtownie, że krew spływała mu ze skrzydeł, to znowu potężnemi szponami chwytał powietrze, to znowu kręcił głową i oglądał się nie tyle przerażony, ile zdumiony swoim losem. Nagle zasyczał z bólu, a żółte palce tak dziwnie poplątały mu się, że był podobny do człowieka, który załamuje ręce. 
Na ten widok zaszumiało mi w uszach i wydobyłem z kieszeni rewolwer. 
— Odsuńcie się!… — zawołałem na dzieci. 
— Patrzajta! patrzajta!… — wrzasnął dziesięcioletni chłopak w barchanowem odzieniu. — Patrzajta!… pan będzie strzyloł z liwerweru!… 
Stary chłop podniósł rękę do kapelusza, dzieci umilkły, nawet zła baba cofnęła się o kilka kroków. Ja zaś nie potrafię opowiedzieć, jakich uczuć doznawałem w tej chwili. Gniew na barbarzyństwo chłopskie, litość dla pokrzywdzonego ptaka, bohaterska duma… rozpierały mi serce. Nade-wszystko jednak czułem, że jestem człowiekiem sytuacji i że kilkanaście par oczu przypatruje mi się z obawą i podziwem… 
Stanąłem w pozycji, lewą rękę oparłem na plecach, prawą niby żelaznemi kleszczami ująłem broń, podniosłem lufkę do góry, naprowadziłem ją na rzucającego się ptaka i — zwolna zacząłem przyciskać cyngiel… „Skończą się twoje cierpienia, biedaku…“ pomyślałem. A wtem… 
— Paf!… — zawołał chłopak w barchanach. 
— Żeby cię kolka sparła!… — mruknąłem, czując, że w chwili strzału rewolwer uchylił mi się w bok i kula poszła między kwitnące jabłonie. Gdyby tylko poszła!… Ale ona jeszcze zostawiła wyraźną rysę na wierzbie o pół łokcia od jastrzębia. 
— Usunęło się przed wielmożnym panem drzewo!… — rzekł stary chłop, przypatrując mi się z dobrodusznym uśmiechem. 
Chciałem strzelić drugi raz, ale tymczasem chłop z zawiniętemi rękawami zawołał: 
— Kiedy ma bestja ginąć, niech ginie z mojej ręki… Masz! … 
I rzucił w jastrzębia kamieniem z taką siłą, że prawie zmiażdżył ptaka, z którego została kupa zakrwawionych piór i drgający ogon. 
Ponieważ wypadało coś powiedzieć, więc zwróciwszy się do złej baby, rzekłem: 
— A na drugi raz nie przykuwajcie żywych ptaków, bo w Warszawie jest opieka nad zwierzętami i mogłaby was zaskarżyć do sądu… 
Bolesław Prus, Ze wspomnień cyklisty w: Pisma, tom XXIV, Gebethner i Wolff, Warszawa, 1935

**********************************************************

poniedziałek, 20 lutego 2017

O rzezimieszkach

**********************************************************

Dziś będzie o realu, czyli rzeczywistości niewirtualnej, ale jednak takiej, która wymaga dodatkowych przymiotników. Jeśli uznać, że jest to przestrzeń w jakiś sposób zorganizowana, w jakiej coś się rozgrywa, coś się dzieje, to żeby ją opisać, wyobraźmy sobie matrioszkę, taką rosyjską zabawkę, która składa się z drewnianych, wydrążonych w środku lalek, włożonych jedna w drugą. Największa to jest Wszechświat, potem Układ Słoneczny, potem Ziemia, potem kontynenty i tak dalej aż do skali mikro. Za najmniejsze w tym układzie uznajmy pojedyncze gospodarstwo domowe. 

Jeśli o nie zresztą chodzi jako o przestrzeń własną, mimo że zagrzebaną pod górami lalek-matek, z wydzieloną pulą tlenu, najciaśniejszą i najbliższą ciału jak koszula, moją, indywidualną, to mogę ją opisać bardzo krótko i esencjonalnie, wyłuskując jej aktualną dominantę, którą jest bez wątpienia kwitnące w jej obrębie cwaniactwo w żywe oczy, na potęgę (dokładnie od chwili, gdy pojawiła się w jej granicach pewna kocia siuśmajtka-rzezimieszka o łotrzykowskim wnętrzu) oraz cecha druga: niewystępowanie, tj. BRAK kaznodziejstwa, które tu NIE kwitnie w najmniejszym stopniu nawet (i to też od chwili, kiedy wyszło, że czasownik „kazać” ani w znaczeniu polecić [komuś, żeby coś zrobił], ani w znaczeniu dawnym: wygłosić kazanie nie ma tu zastosowania ani sensu). 

Inaczej jest z matrioszką, w której siedzę, będąc gospodarstwem, która mnie pochłania, i to o nią zasadniczo chodzi. O jej opis, o jej uproszczoną z konieczności, lecz dającą trafny obraz mimo to, charakterystykę. Nosi ona nazwę: państwo Polska, które tkwi z kolei w Europie i tak dalej, i którego plagą, bo trudno to definiować neutralnie, stało się ostatnimi czasy k a z n o d z i e j s t w o w najgorszym wydaniu, na najwyższym szczeblu państwowym, kaznodziejstwo horrendalne, na niespotykaną dotąd skalę, co jest aż fascynujące, ponieważ urzędnicy najwyżsi rangą w państwie posługują się aktualnie już wyłącznie, już zawsze i wszędzie językiem kiepskich kazań. Oczywiście, w formie hybrydowej, jednak z rażącą przewagą tego drugiego z dwóch znaczeń, jakie podaje słownik języka polskiego PWN (kazanie: 1. przemówienie wygłaszane przez duchownego do wiernych w czasie nabożeństwa; też: napisany tekst tego przemówienia 2. długie i nudne moralizowanie). Nie da się tego strawić. Największą kością w gardle pozostaje nadal hipokryzja.

Więc nie mają ci państwowi wygłaszacze kiepskich kazań żadnych szans na gromadzenie takich tłumów, jak John Donne na przykład, nie tylko poeta, ale też genialny kaznodzieja, na którego słuchanie schodziła się w katedrze św. Pawła, a nawet zjeżdżała, masa obywateli, cały ówczesny (XVII wiek) Londyn, i który mówił ludziom, że żyją na huśtawce, i to nie między ziemią a niebem, lecz pomiędzy życiem i śmiercią. I szanował swoich słuchaczy – zakładał nieustająco, że zwraca się do ludzi myślących i ciekawych świata. Nie wspominał nic o tym, że trzeba żyć w okopach, w separacji od reszty i z paralizatorem pod ręką. 

Kazanie to nie dialog. Kazanie to monolog z założenia, więc jeśli tak się składa, że nie ma czego słuchać, pozostaje tylko głuche nic. 

Jak tu gadać? Kiedy Angela Merkel przyjechała do Polski, kierowała się logiką odpowiedzialności trochę szerszej niż narodowa i nie jechała na pewno słuchać kazań. Przyjęła mężną postawę, o której pisze Kafka (proroczo jak zawsze!), ale wyszło na to, że chcąc desperacko wspiąć się w górę, na szczyty dialogu, trafiła na ambonę, co zresztą szybko sama zauważyła i dała sobie spokój – po co leźć na ambonę, skoro jest to platforma antydialogowa z natury. Merkel myślała zatem Kafką i okazało się, że naiwnie:
„Jeżeli zatem nie znajdziesz tu nic na korytarzach, otwórz drzwi, ale jeśli za drzwiami nic nie znajdziesz, nie ma nieszczęścia, wejdź na nowe schody. Dopóki nie przestaniesz wchodzić, dopóty nie kończą się stopnie, pod twoimi wspinającymi się nogami wciąż rosną w górę”. 
Franz Kafka, Obrońcy, tłum. Roman Karst w: Franz Kafka, Opowieści i przypowieści, PIW 2016
A propos ambony – za chwilę będzie w kinach Pokot Agnieszki Holland, film, z którym kaznodzieje będą mieli zapewne wielki problem, co pokazała już reakcja jednego z nich, aktualnego korespondenta polskiego TVP w Niemczech. Znowu chce się i śmiać, i płakać.


**********************************************************

poniedziałek, 6 lutego 2017

Aż tu nagle…

**********************************************************

…słyszę głuche: Klap! coś niegłośno plaska o podłogę, lekko raczej, choć całkiem wyraźnie, widzę, leży deus ex machina w innym miejscu niż była przed chwilą. I skąd spadła? Oraz: jak ożyła? Była martwa i nagle powstała, wykonując efektowny ruch? Patrzę na nią: Kto dodał jej skrzydeł? I kim ona w gruncie rzeczy jest? Że z najwyższej półki, to już widzę. I że miękka. I nieciężka raczej. Innych danych brak, jest za daleko.

Super, biorę!, pomyślałam sobie, biorę w ciemno tę, co sama spadła! Koniec z tymi nieogarnialnymi meandrami ruskich stanów ducha i umysłów na nie-do-zdzierżenia momentami poziomach absorpcji, niemożliwych i prawdziwych w jednym, nie przy grypie!, bo jeszcze mi skoczą parametry chorobowe w górę, temperatura na przykład, eksploduję marnie, więc może jednak co nieco samozachowawczego instynktu wypadałoby z siebie wydusić. 

Idę zatem, żeby ją zobaczyć i przygarnąć. Jestem całkiem blisko, coraz bliżej. I ciekawość rośnie. Już podnoszę i już ją odwracam i… ogarnia mnie jedna z najszczerszych i najbardziej autentycznych głupawek, jakie mi się przytrafiły w całym życiu, pusty śmiech. A potem wielki szacun dla obrotu rzeczy (albo losu), który zdobył się na taką wysublimowaną ironię. 

Na podłodze bowiem leży Cypkin. Lato w Baden. Skrzydlata bestyja, o której zapomniałam już na dobre. Na złe chyba też, skoro nawet nie pomyślałam o niej przy grypie. No to masz, sierotko, wszystko w jednym: dwa, trzy, cztery, całą kosmiczną mnogość, zwróciłam się do siebie, też z ironią. 

Chcecie wiedzieć, co było dalej? Proszę bardzo. Jak rzecze poeta: „Cóż było mówić? Paweł ani pisnął, wrócił do siebie i czapkę nacisnął”. Zachowałam się tak samo. Nacisnęłam kaptur szlafroka i zaczęło się. 

Bo to znowu Rosja, znowu trans i znowu Dostojewski, znowu otchłań, a jednak w całkiem innej, wbijającej w łóżko odsłonie. To była niezbyt długa, ale ekstremalnie intensywna jazda. Balans na fali zdań, toczących się lawiną, bez oddechów w postaci kropek, co tam zresztą kropki, średników też u Cypkina jak na lekarstwo. Lepiej niż u Bernharda, moc ta sama, ale przez kondensację inny smak. No i chaps! Połknęłam. Ogarnęłam Cypkinem trzy posiłki: bo śniadanie, potem jeszcze obiad i kolację. Jak skończyłam, to poczułam się wreszcie obżarta. Jak komarzyca. 

Gość, to znaczy autor, Leonid Cypkin, lekarz z zawodu (wykonywał go przez całe życie) oczywiście Bernharda nie znał, nie znał nikogo, nigdy nie wyjechał z Rosji, pisał do szuflady, z obsesją na punkcie rosyjskiej literatury, a szczególnie Dostojewskiego. 

Intensywność tego tekstu zaskoczyła mnie, teleportując bez pardonu w obszary niby już znane, zbadane, niby spacyfikowane, ale Cypkin jedzie po nich całkiem odrębnie i naprawdę bez trzymanki. Coetzee napisał kiedyś taką fantazję pt. Mistrz z Petersburga, doskonałą, a ta Cypkina rzecz jest trochę podobna i wręcz przeciwna jednocześnie, ponieważ nie jest fantazją i zarazem w jakimś sensie nią jest. Cypkin poszedł w inną stronę. Ta książka to wiedza i fakty, ale przefiltrowane przede wszystkim przez unikalną wrażliwość jej autora, przez jego los własny, los Dostojewskiego, przez rosyjską literaturę i historię. 

Cypkin jeździ śladami pisarza, a gdy dociera po raz kolejny (i ostatni) do Petersburga (za jego życia Leningradu), atakuje się setką pytań zasadniczych: „czego właściwie tu szukałem? – dlaczego tak mnie pociągało i wabiło życie tego człowieka, gardzącego mną (świadomie, zapalczywie, jak lubił się wyrażać) i mnie podobnymi? – dlaczego przyszedłem tutaj pod osłoną nocy i skradałem się jak złodziej po tej pustej i bezludnej, przysypanej śniegiem ulicy? - dlaczego, zwiedzając jego mieszkanie-muzeum przy Kuzniecznej lub jakieś inne miejsca z nim związane, stałem zawsze jakoś z boku albo z tyłu, jakbym trafił tu przypadkiem, jakby mnie to wszystko nie bardzo interesowało?” 

Skąd motyw pogardy? Leonid Cypkin urodził się w 1926 r. w Mińsku w rodzinie żydowskiej (umarł w 1982, sto jeden lat po Dostojewskim). Dostojewski jest znany ze swojego bezmyślnego, programowego antysemityzmu, w ramach którego nie wysilał się zresztą nawet na jakieś wyjątkowe, pogłębione teorie – operował oklepanymi antysemickimi argumentami i mitami, żywotnymi zresztą do dziś. Cypkin ma w małym palcu wszystko, co Dostojewski napisał, także Dziennik pisarza (1877/78) i zawarty w nim artykuł zatytułowany Kwestia żydowska: „czytałem z bijącym sercem, mając nadzieję, że znajdę w tych rozważaniach, tak podobnych do tego, co mówi każdy czarnoseciniec, jakiś promyk światlejszej myśli, choćby jakiś zwrot w inną stronę, jakąś próbę nowego spojrzenia – Żydom wolno tylko wyznawać swoją wiarę, więcej nic – wydawało mi się niezwykle dziwne, że człowiek tak wrażliwy w swoich powieściach na cierpienie innych, tak gorliwie biorący w obronę skrzywdzonych i poniżonych, tak gorąco i zapamiętale głoszący prawo do życia każdego drania, opiewający każdy listeczek i najmniejsze źdźbło trawy – że taki człowiek nie znalazł ani jednego słowa na obronę lub usprawiedliwienie ludzi prześladowanych od paru tysięcy lat – czy naprawdę był tak ślepy?, a może zaślepiony nienawiścią? - Żydów nawet nie nazywał narodem, używał określenia plemię, jakby to byli jacyś dzicy z Wysp Polinezyjskich – a do tego plemienia należę ja” (Leonid Cypkin, Lato w Baden, Zeszyty Literackie 2015, tłumaczenie Robert Papieski)

Paradoksalnie Dostojewski ma najwięcej chyba badaczy z tego „plemienia” właśnie. Cypkin nad tym też się zastanawia. Sam jest partycypantem tego syndromu. I jak wszystkich partycypantów, choć jego może szczególnie, cechuje go wielka miłość do trudnego szamana z Petersburga, który działał często tak, że „robiło się z tego jakieś jurodstwo” i który mieszkał w kamienicach zawsze narożnych i zawsze „milczących najciszej, ciemnych najciemniej”. Świadczy o tym ta wyjątkowa książka. 

A grypa wróciła do mnie i tak. 

Zdumiało go światło dnia, gdy wyszedł na ulicę – myślał, że już od dawna jest noc – ojcowie rodzin z żonami wracali z kościoła lub spacerowali, prowadząc dzieci za rękę, ulicą jechały powozy i karety, czarny kot przebiegł mu drogę, wiedziony nawykiem zatrzymał się, ale zauważył, że to był bonończyk, gorzej już być nie mogło 

 **********************************************************

poniedziałek, 30 stycznia 2017

PIERWSZA WIEDŹMA: Gdzie byłaś, siostro? DRUGA WIEDŹMA: Rzucałam zarazę na świnie.*

**********************************************************

Może lepsze bywa wrogiem dobrego, ale gorsze przeciwnikiem złego raczej nie jest, nawet na pewno nie. Jest złego sprzymierzeńcem, już choćby z tego powodu, że ociepla jego wredny wizerunek, tworząc jeszcze wredniejsze tło. Co z tym złem? Gdzie ono się czai? Przetnij wpół Skowronka - znajdziesz Śpiew, Przetnij wpół Filozofa - znajdziesz Myśl, Przetnij neonazistę - znajdziesz zło (lecz czy uczynisz w ten sposób dobro?) 

Póki co, chodzi tylko o to, że dopadła mnie zdradziecko grypa („Nie skrzecz, ropucho! Idę!”* zawołała, słysząc moją chrypkę) i przemiędliła tradycyjnie, to znaczy z fazy pierwszej pamiętam raczej tylko grzmoty oraz błyskawice, zgniłą mgłę, za to w fazie drugiej zamęt ucichł i choć bitwa wciąż szalała, zobaczyłam w końcu wrzosowisko, na którym mogłam wreszcie wyłożyć się w pozycji minimalnie bardziej komfortowej, a przez to zachęcającej do konsumpcji nie tylko imbiru i kiszonych ogórków, ale też zaległego (podobnie jak ja sama) i uzdrawiającego czytelnictwa. Lecz od czego zacząć?

Może od tego, co chodzi za mną o krok, tak mniej więcej, z tyłu, ostatnio intensywniej, odkąd ją nieładnie porzuciłam, ale czuję, że ciągle tam jest? Mam na myśli św. Idiotę Cezarego Wodzińskiego. No i owszem, fajnie by było, ale (tak! jest jakieś ale!) jest to książka raczej z gatunku takich „do przetworzenia”, a nie do niewinnego przeczytania. Typ, który trzeba obsłużyć „zgodnie z instrukcją Nietzschego”, jak mówił sam Wodziński. „Trzeba wykonać najpierw trudną, ciężko strawną robotę, niczym wół lub krowa - ba! trzeba ją stale wykonywać – żeby pozwolić sobie na skrzydlatą lekko-myślność. Najlepiej być skrzydlatą krową…”** A druga faza grypy to nie jest dobry moment na takie ekscesy.

Mówi o tym (to znaczy o tej krowie) Cezary Wodziński w miejscu całkiem innym niż św. Idiota, w całkiem innym tomie pt. Między anegdotą a doświadczeniem, który w końcu zaczęłam przeglądać, wymiękając wobec Idioty, decydując się na kompromis, wcale nie zgniły zresztą, tylko mądry. 

Otóż zasada tej książki polega na tym mniej więcej, że czworo ciekawych ludzi wypytuje Wodzińskiego o jego doświadczenia w roli filozofa na przestrzeni dorosłego życia, a on próbuje je objąć w różnych konstrukcjach słownych, które raz po raz przybierają formę anegdoty w sensie ścisłym. I tak, nawiązując do św. Idioty, natknęłam się tam na historię o tym, jak Zbigniew Podgórzec (wybitny znawca Dostojewskiego) dał się nabrać na apokryficzny figiel zastosowany w tej książce przez Wodzińskiego, to znaczy na rzekomo autentyczny, nieznany nikomu list Fiodora Dostojewskiego, który autor umieścił tam w funkcji wstępu. Po wydaniu św. Idioty Podgórzec zadzwonił do Wodzińskiego wzburzony, że ten nie dał mu kopii nieznanego nikomu listu. Jaki z niego przyjaciel? Chodzi tu o rzekomą odpowiedź Dostojewskiego na list początkującego literata, w którym ten zadeklarował zamiar napisania książki „o ruskim świętym szaleńcu” („Co za pomysł! Zuchwała idea i całkowicie nieodpowiedzialna!”). Wiele osób dało się nabrać na ten żart, ale łatwo zrozumieć, że pomyłka Podgórca, jednego z największych w Polsce znawców Dostojewskiego, była dla Wodzińskiego jako autora listu wyrazem najwyższego uznania. 

No więc tak sobie gmerałam i gmerałam wybiórczo pośród tych akapitów lżejszego i cięższego kalibru, ciągle mając poczucie (zgubne, bo to się presja nazywa), że należałoby jednak wykorzystać ten czas choroby na cały gwizdek, a nie tylko na pół, wciąż dręczyło mnie pytanie: ale co? ale co? co wybrać, żebym widziała, że dobre oraz na miarę sytuacji (patrz 2-gi i 3-ci akapit)? 

św. Idiota odpadł, a tym bardziej odpadli „nowi” Bracia Karamazow, na których tłumaczenie także Cezary Wodziński się zamachnął (lecz choćbym zjadła tysiąc kotletów, i dołożyła tysiąc krokietów, to nie udźwignę – ciężar jest). 

No i tak malkontencąc, czyli męcząc kota brakiem zerojedynkowych intencji, mitrężyłam czas i mitrężyłam, mitrężyłam oraz mitrężyłam. 

Aż tu nagle… 

cdn. 

__________________________________________________________________________
*  William Shakespeare, Makbet, Znak, Kraków 2003, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka  
**Cezary Wodziński, Między anegdotą a doświadczeniem, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2007

**********************************************************

niedziela, 22 stycznia 2017

Inni mają kamery pracujące pod wodą

**********************************************************

Filmują i fotografują mnie, bo jako smok morski zostałem uznany za relikt prymitywnego gatunku, zagrożonego rychłym wyginięciem; w ten sposób ja, który sam byłem niegdyś Artystą, zostałem obiektem zainteresowania ludzi sztuki. Ja, którego rolą było kiedyś pomagać przy klasyfikacji zbiorów przyrodniczych, sam stałem się jej przedmiotem. Moje małe przezroczyste płetwy trzepoczą niczym skrzydełka wróżki – przyglądam się tym ludziom, a oni mnie, zachwyceni moim przecudownym ubarwieniem i spokojnymi ruchami, i myślę. 
Richard Flanagan, Księga Ryb Williama Goulda, Wydawnictwo Literackie 2016, przekład Maciej Świerkocki 
O czym myśli William Buelow Gould, zmartwychwstały jako morski smok? Myślę o tym, oglądając filmik z rubinowym smokiem w roli głównej, nowo odkrytym okazem (Phyllopteryx dewysea), którego obraz nagrały nie tak dawno kamery naukowców z San Diego u wybrzeży Australii, dając tym samym dowód, że rubinowy smok morski autentycznie występuje w przyrodzie.

O czym myśli, unosząc się w wodzie, frunąc w morzu, pikując na dno, przedzierając się przez roztańczone wodorosty? 

Że chciał stworzyć arkę, tworząc Księgę? Muszę przyznać, że tęsknię za ludzką mową, chciałbym odzyskać umiejętność posługiwania się nią choćby na kilka chwil, by móc wyjaśnić, że kiedyś chciałem żyć jako eksplodująca tęcza kolorów, srogie słońce rozpadające się na kawałki w delikatnym deszczu, musiałem jednak zadowolić się robieniem brudnych znaków na tanim brystolu. Chciałbym powiedzieć, że kiedyś pragnąłem wzbić się i wstrząsnąć niebiosami, zanurzyć się w morzu i poruszyć ziemię, poznać piękno i cudowność tego świata, które, z czego zdaję sobie dzisiaj sprawę, są równie bezkresne jak ich przeciwieństwa. I chciałem, aby inni poznawali je ze mną, ale nic z tego mi się nie udało.

Myślę o tych wszystkich księgach świata, które chciałyby coś wytłumaczyć. I że coś się jednak udało.  

Ale kiedy znikną wszystkie ryby, to czyj radosny skok i plusk zdoła nam powiedzieć, skąd biorą się kręgi na wodzie?  

**********************************************************

niedziela, 15 stycznia 2017

Metamorfozy

**********************************************************

Żeby nawet największe głazy dały radę dziś przybrać taki kształt!

**********************************************************

niedziela, 1 stycznia 2017

Uwaga, drastyczne

**********************************************************

Trzeba było odlecieć na Południe.*

____________________________________________________________________________
* To za Emily Dickinson, która przesłała swojemu bratu i jego rodzinie następujący liścik: „W załączeniu przesyłam Ptaki, które nie odlatują na Południe”, dołączając do listu kurczaki.

**********************************************************

piątek, 30 grudnia 2016

Na stos, na stos

**********************************************************

No więc ostrzegam wszystkich oszołomów o mózgach wyjałowionych, okrojonych, okaleczonych, z wypłukanymi znacząco ośrodkami empatycznymi i skłonnością do zachowań agresywnych, debilów niemogących się powstrzymać przed generowaniem łomotu, fajerwercznego huku na własną (też debilną) rękę, strzelania na odlew gdzie popadnie i z czego popadnie, a także wystrzeliwania wszystkiego, co się nawinie, w górę, pod pretekstem wyrażenia czegokolwiek innego (np. euforii z okazji zakończenia/rozpoczęcia roku) niż esencja własnej głupoty. 

Ostrzegam lojalnie - będę wam życzyć szczerze, żeby wam ktoś podrażnił prądem te obszary w mózgach, które są odpowiedzialne za psychozy i halucynacje, a do tyłków, żeby wam powsadzał po petardzie i żeby odpalił, i żebyście gonili jak ogłupiałe zwierzaki, ze zjeżonym pseudoowłosieniem na pseudoczłekokształtnych czaszkach, budząc ogólny niesmak w najlepszym wypadku, zaś w najgorszym reakcję wskazującą na nieprzepartą ochotę zgromadzonej przez ten huk widowni na mały, lecz skuteczny linczyk, cichy i nieodwracalny samosądzik. Naślę na was Obamę normalnie.


**********************************************************

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Słońce jak zwykle wzeszło

**********************************************************

Choć Przyroda nie jest już wcale staroświecka ani purytańska. 

"Atmosferycznie rzecz biorąc było to najpiękniejsze Boże Narodzenie jakie pamiętam –
Kury podeszły do Drzwi razem ze Świętym Mikołajem, a Koty myły się na świeżym Powietrzu, nie odmrażając sobie przy tym Języczków – a sam Święty Mikołaj – ów uroczy starszy Pan, był jeszcze bardziej szarmancki niż zazwyczaj – Goście, którzy weszli przez Komin, to nowa konsternacja, ale wszyscy byli tak obładowani Prezentami, i zachowywali się tak miło – tylko jakiś Gbur mógłby ich odprawić – A co za radość panowała w Stodole – Maggie dała Kurom czek na Kartofelki, Koty dostały po Złoconej Kosteczce – a obydwa Konie nowe Koce prosto z Bostonu – "
Emily Dickinson, List do świata, przekład Danuta Piestrzyńska, Wyd. ZNAK Kraków 

I skarpety :) 

A wystrojona jodła swingowała bez zmrużenia lamp: Jesteś tutaj, musisz być tutaj.

 wystrojona jodła

**********************************************************

środa, 7 grudnia 2016

why

**********************************************************

Ta, co pisała list do świata, który nie pisał do niej:
23 (74)
Jest przygnębiający poranek, Susie – wieje wiatr i pada deszcz; „na każde życie musi napadać jakiś deszcz”, a ja już sama nie wiem, który bardziej pada, czy ten na zewnątrz czy ten wewnątrz – Och Susie, przytuliłabym się do Twego ciepłego serduszka i nigdy już nie słyszała, jak dmie wicher albo jak huczy burza (…)  – d r o ż s z a już być nie możesz, bo kocham Cię już teraz tak, że mi prawie serce pęka –
27 (94)
Jest we mnie tylko jedna myśl, a jest to myśl o Tobie. Żebyśmy Ty i ja, trzymając się za ręce, jak to c z y n i m y w naszych sercach, mogły wędrować po lasach i polach jak w dzieciństwie 
(…)
Susie, przebacz mi Kochanie, to wszystko, co tu mówię – wypełniasz mi serce, tylko Ty jesteś w moich myślach, ale kiedy usiłuję powiedzieć Ci coś, co nie jest przeznaczone dla świata, słowa mnie zawodzą. Gdybyś tu była – Och, gdybyś tu była, moja Susie, nie musiałybyśmy wcale rozmawiać, nasze oczy szeptałyby zamiast nas, a mocno trzymając się za ręce, wcale nie potrzebowałybyśmy słów
Emily Dickinson, List do świata, przekład Danuta Piestrzyńska, Wyd. ZNAK Kraków
Znak nie wydał co prawda po raz drugi "Listu do świata" (zbioru listów Emily Dickinson, które przez długie lata były dla niej jedyną formą kontaktowania się ze światem), ale wydał po raz drugi jej "Wiersze wybrane" w przekładzie Stanisława Barańczaka. Zawsze w porę.

1368
Osłupiałe „dlaczego”
To cała mowa Miłości –
Najpotężniejsze serce
Druzgocą te trzy zgłoski.
Emily Dickinson, Wiersze wybrane, Wydawnictwo ZNAK Kraków, przekład Stanisław Barańczak 


**********************************************************

środa, 30 listopada 2016

Karczuś śliczny

**********************************************************

Pieski też już zaczęły chodzić zasunięte pod brodę w mniej lub bardziej gustownych spencerkach różnych generacji, głównie najnowszej jednak. Mijam czerwony płaszczyk, z którego z przodu wystaje godnie rezolutna główka, żywy ogonek z tyłu, jego wyniosłość yorkuś (york malutki) w okrojonej okazałości. Terrier-hipster (ściśle mówiąc Border Terrier) w szydełkowej kamizelce siedzący luźno przed sklepem jak Lew Tołstoj przed Jasną Polaną. Oraz sznaucer, nominalnie chyba średni, choć w tym przypadku przedni przede wszystkim, odpicowany starannie, w idealnie skrojonej kurteczce, dobrze ostrzyżony, przypomina Thomasa Manna. 

Babci się szynki zachciało, Nomen Omen, jak o niej mówię, bo tak się właśnie nazywa oficjalnie: Szynka Babuni. Czekam chwilę w ogonku, a pani przede mną waha się, że może karczku by wzięła wieprzowego, tylko czy aby ładny… - Karczuś śliczny! – cmoka sprzedająca. 

Wracam, a babcia robi mi wykład taki mniej więcej: 

Wracając do tematu, kiedyś (w stanie wojennym) to Polacy udawali uchodźców (przecież ja ich znałam, jacy oni prześladowani!), wyjeżdżali do Niemiec, tam udawali prześladowanych i dostawali pomoc, pełno takich było, całe rodziny ściągali, a potem się tam urządzali, zbierali na przykład to, co Niemcy wystawiali przed domami do zabrania, wywozili, a tu matka takiego „uchodźcy” handlowała na placu, bo to wszystko przecież prawie nowe było, te rzeczy niemieckie. No to teraz Polacy tak samo myślą o uchodźcach, że to są rzekomi uchodźcy, że tylko o to im chodzi, żeby pasożytować na cudzy koszt. Sądzą po sobie. 


**********************************************************