poniedziałek, 11 lipca 2016

oraz smutek Baracka O.

**********************************************************

zdjęcie: fakty.interia.pl  

**********************************************************

niedziela, 10 lipca 2016

Wyjadacze

**********************************************************

Po prostu trzeba się starać, jak mówią poradniki, więc staram się jak mogę nie spaść ze stołka, gdy słyszę to, co słyszę. I że się wymawia jak III Rzeszę prawie III Rzeczpospolitą (Polską). No żeby aż tak?

W tej przykrej sytuacji kilku zaledwie rzeczy jestem pewna, a dokładnie trzech, i w zasadzie też nie na sto procent: że niżej miałam na myśli raczej kota Simona niż Garfielda; i że w polskim radiu korespondenci polscy z zagranicy wykorzystują nagminnie syntezatory mowy, bo to jest niemożliwe, żeby żywy człowiek w taki sposób zapodawał tekst; oraz że – na koniec najważniejsze - nie przeczytam Krivoklata Jacka Dehnela, ponieważ nie mam czasu na pastisze.

Mogę za to wrócić do Bernharda, na doraźny użytek tego tekstu. Na doraźny oraz nieskończony, teraz i na wieki, póki ludzkość się nie zmutuje. No więc taki oto kawałek, z życzeniami miłej reszty dnia:
Polityczna sytuacja w tym momencie pogorszyła się nagle w sposób, który uznać można tylko za przerażający i zabójczy. Wysiłek całych dziesięcioleci zniweczono w ciągu zaledwie kilku tygodni, w ciągu kilku tygodni załamało się na dobrą sprawę chwiejnie przecież od zawsze państwo, tępota, chciwość i obłuda zapanowały znowu jak za najgorszych czasów najgorszego reżimu, a możnowładcy pracowali bez wytchnienia nad eksterminacją ducha. Obserwowana przeze mnie już od wielu lat antyduchowość osiągnęła odrażający szczyt, rządzący nawoływali lud, a raczej masy ludowe do duchobójstwa i podburzali do polowania na głowy i na ducha. W ciągu jednej nocy zapanowała dyktatorska atmosfera, a ja musiałem przez całe tygodnie i miesiące doświadczać na własnej skórze, jak polują na głowę człowieka ducha. Górę brał zaściankowy zmysł obywatelski, zdecydowany uprzątnąć z drogi wszystko, co mu nie odpowiada, czyli przede wszystkim głowę i ducha, a rząd zaczął to znowu wykorzystywać. Masy uzależnione od brzucha i dobytku wystąpiły przeciwko głowie i duchowi. Kto myśli, temu nie można ufać, myślącego trzeba prześladować, znowu zaczęto w najpotworniejszy sposób stosować to stare hasło. Gazety mówiły odrażającym językiem, którym mówiły zawsze, choć w ostatnich dziesięcioleciach przynajmniej tylko półgłosem, ale nagle straciły ku temu powód, chcąc się ludowi przypodobać, zachowywały się niemalże bez wyjątku jak lud, stając się duchobójcami. Marzenia o świecie ducha zdradzono w tych tygodniach i wyrzucono na ludowy śmietnik. Głosy ducha umilkły. Pochowano głowy. Zapanowała czysta brutalność, podłość i nikczemność. 
Thomas Bernhard, TAK., Czytelnik, Warszawa 2015, przekład Monika Muskała

**********************************************************

niedziela, 3 lipca 2016

Przez te okna, panie, Helunia nabrała ciekawości do abecadła

**********************************************************

A gołębie byczą się w trawie, czekając na posiłek, który im w końcu dostarczam w postaci babcinych chlebowych skórek. Dostarczam w pośpiechu. 

Jak się spieszę i wpadam w biegochód, pomykając tymi tutaj swoimi opłotkami, malowniczymi zresztą, nie z własnej woli oczywiście, tylko z przymusu, jaki nakłada na mnie wakacyjny rozkład jazdy mpk, to myli mi się często do których psów po drodze cmokam, a do których nie, ponieważ tego nie lubią, i powoduję chaos w okolicznych zagrodach, bo wtedy te, co nie lubią, zaczynają szczekać na to moje debilne cmokanie i po ptakach. Ostatni raz! przysięgam sobie w duchu. 

A póki co dobiegam do środka lokomocji i mam nadzieję poczuć trochę wiatru we włosach, kiedy pojazd ruszy, ale gdzie tam, pozamykane wszystko na sześć spustów, w powietrzu siekiera, i nie próbuj nawet sięgać do okiennego dynksa, nieszczęsny użytkowniku, żeby cokolwiek rozszczelnić, bo zaraz cię przymiażdżą oburzone, karcące spojrzenia. Bolesław Prus wykreował panią Misiewiczową, matkę pięknej pani Stawskiej, na prawdziwą heroinę, każąc jej wypowiedzieć tekst zaiste bohaterski w ustach słowiańskiej mieszczki: Ja się cugów nie boję, a imaginuj sobie pan, że mam w tym wielką przyjemność! 

No więc zamykam oczy i wyobrażam sobie byczą plażę, na której wykonuję seryjne babki z piasku, wypowiadając nad każdą niezawodne zaklęcie: babko, babko zrób mi się, bo jak mi się nie zrobisz, to ci nie dam chleba z masłem. 

Wreszcie wysiadam, unikając zwinnie potrącenia przez jakiś dziki tramwaj, galopujący po szynach z naprzeciwka jakby był co najmniej TGV. 

Potem się przesiadam i nagle zauważam wybałuszone oczy kota Garfielda na szybie, wtedy myślę sobie: no, no, niby ludzie odnoszą się do siebie jak drapieżniki, które trzeba trzymać w państwach-klatkach, a tu proszę, Garfield na szybie Krakowiaka. Ale trudno mi w to uwierzyć jakoś, bo wprawdzie żyjemy w kraju cudownych metafor, ale jednak bez przesady, więc przyglądam się bliżej i wtedy dostrzegam, że to są pawie pióra w liczbie trzy od krakowskiej czapki ułożone w kota Garfielda dużego i kawałek małego, wyglądającego zza dużego. 

Koniec trasy. Docieram do babci, która mówi: oglądałaś mecz? Powiedz, po co oni tak gonią za tą piłką, skoro tamci im ją i tak od razu odbierają? A spoceni wszyscy jak myszy. 


**********************************************************

niedziela, 26 czerwca 2016

Z kota łeb i pazury, z jagnięcia wielkość i sylwetka

**********************************************************

Chodzę wśród ludzi, którzy przywiązują psy do drzew i żałuję, że nie świecą na czerwono. Co bym wtedy zrobiła? Odłowiłabym ich po kolei, a następnie zmodyfikowałabym im mózgi poprzez resocjalizację, a jeśli ta by zawiodła, to nawet chirurgicznie. Skazuję pana/panią na intensywny rozwój przez przeczytanie „wspaniałej powieści o robactwie”, tj. Przemiany Franza Kafki, na początek. Tyle moje niewinne fantazje. A w realu? 

Jak czytam Kafkę, to zawsze czuję się pretensjonalna z tymi swoimi naiwnymi zdziwkami w stylu mała megi o o o o o, że świat jest irracjonalny. To przez tę Kafki „dorosłość”, co tak męczy i denerwuje, bo Kafka się nie bawi nawet przez chwilę. 

Weźmy sobie na przykład taki tekst, jak Mieszaniec, który czytam pierwszy raz, dzięki temu, że PIW zaszalał na swoje 70-lecie (dziękujemy ci, Instytucie!) i wydał tom zbiorowy Franz Kafka. Opowieści i przypowieści, „stanowiący - co należy podkreślić - najobszerniejszy zbiór opowiadań i najróżniejszych notatek ze spuścizny Kafki, jaki ukazał się w Polsce” (Karol Sauerland, Posłowie). 

Więc Mieszaniec zaczyna się tak (niezawodnie po kafkowsku): 
Mam osobliwe zwierzę, na wpół kociaka, na wpół jagnię. Jest to spadek odziedziczony po moim ojcu. Ale rozwinęło się ono dopiero teraz, za moich czasów, wcześniej było o wiele bardziej barankiem niż kociakiem. (…) 
Żeby dojść do (niezawodnie kafkowskiego) zakończenia: 
Być może nóż rzeźnika byłby dla niego wybawieniem, ale jako mojemu spadkowi zmuszony jestem mu tego odmówić. Toteż musi czekać, aż oddech sam w nim zgaśnie, choć czasami patrzy na mnie jakby rozumnymi oczami człowieka, wzywającego do rozumnego działania. 
Franz Kafka, Mieszaniec, przekład Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska w: Franz Kafka, Opowieści i przypowieści, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016 
Doskonała lektura na wakacje! 


**********************************************************

sobota, 18 czerwca 2016

Tak jakby można było posklejać rozbitą w salonie chińską wazę

**********************************************************

Pan Tadzio ma już syndrom sezonu truskawkowego. Mówię: kilo ziemniaków, a on gna do truskawek, więc łapię go za rękaw. Bo to, panie, sfiksować już można z tymi truskawkami, żali się.

Pan Tadzio ma mylący wygląd filozofa, który bierze udział w jakimś chytrym projekcie typu „Mamy cię” albo coś w tym stylu, i kupując u niego owoce i warzywa, zawsze mam takie z lekka męczące poczucie, że mi kogoś namolnie przypomina, nie mam tylko pojęcia kogo. Niestety, w poniedziałek dotarła do mnie wiadomość, że zmarł Cezary Wodziński, autentyczny filozof, a potem kupowałam te ziemniaki u pana Tadzia, truskawki zresztą tez, i wtedy mnie olśniło, że pan Tadzio przypomina mi bez dwóch zdań właśnie jego. 

Św. Idiota stoi nieprzeczytany w całości, z ciągłym zamiarem powrotu do miejsca, w którym przerwałam. No i Szestow - to ze wstępów Wodzińskiego, wstępów tłumacza, którym był, dowiedziałam się wszystkiego, czego trzeba, o Szestowie. 

A doraźnie przypomniał mi się Fiodorow, o którym też usłyszałam po raz pierwszy via Wodziński (w Trans, Dostojewski, Rosja, czyli o filozofowaniu siekierą), jego kozacka, po bandzie „Antyapokalipsa”, eschatologia o charakterze stricte inżynieryjnym, czyli projekt metodycznego, powszechnego wskrzeszenia wszystkich umarłych w sensie ścisłym, cielesnym, osobowym. Fiodorow uważał, że „byłoby rzeczą dziwną, gdyby nauka fizjologii i histologii poprzestawała wyłącznie na krojeniu ciał i nie mogła zająć się odrodzeniem”. Nauczymy się wskrzeszać naszych przodków, sami też zostaniemy wskrzeszeni. „Wiedza będzie się doskonaliła z każdym nowym przypadkiem wskrzeszenia”. 

Więc załóżmy, jak pisze Wodziński, że zadanie wykonano, wektor czasu został odwrócony i wskrzeszono cały ludzki ród. „Nieśmiertelność stała się faktem. Śmierci nie ma. Co teraz robić? Prorok, jak wiemy, nie zadaje żadnych pytań”.

Jasne, w przeciwieństwie do filozofa.

Aha, a tytułową wazę stłukł oczywiście książę Myszkin w salonie Jepanczynów.


**********************************************************

niedziela, 12 czerwca 2016

Smutek Grzegorza S.

**********************************************************

No więc kupiłam ziemię, całe 5 l w worku, i wracałam do domu z tym workiem oraz ze zdrapką, niezdrapaną, której przyjęcia wraz z ziemią nie śmiałam odmówić kobiecie sprzedającej w osiedlowej kwiaciarni.

Idzie Grześ przez wieś… Całkiem à propos zresztą, ponieważ idąc myślałam o smutku dziennikarza Grzegorza Sroczyńskiego, empatycznego nad wyraz, który łączony w mediach w komentatorskie pary z innymi kolegami, nieempatycznymi zgoła, o poglądach wręcz przeciwnych, potrafi jednak zachować niezwykłą wstrzemięźliwość w słowach, a także w mowie ciała. 

Szłam, a szlachetny smutek Grzegorza Sroczyńskiego unosił się nade mną. Worek trochę mi ciążył, a świat wydawał mi się, całkiem jak Jarosławowi Iwaszkiewiczowi, piękny, ale totalnie niewytłumaczalny. Świat, w którym ludzie, o sorry, chciałam powiedzieć: Polki i Polacy, masowo kupują świeży drób w nelsonie założonym przy pomocy własnej (drobiu) szyi, w którym Kempa śpiewa jak Szpak (no, prawie), a "godność wszystkich Polaków", zdefiniowana na nowo w takim właśnie języku egzaltowanym, dziewiętnastowiecznym (kiedy Polski nie było, jak wiadomo, na mapie Europy), jest brutalnie szargana przez skarlałą, nie-polską resztę świata ("technokratyczne opinie biurokratów brukselskich nie będą nam dyktować" definicji naszej godności). 

A ja zadaję sobie takie samo pytanie, jakie zadawał sobie w zupełnie innym świecie całkiem inny osobnik, ale tego samego jak by nie patrzeć gatunku, Julian Barnes, i było to pytanie osobiste: 
Czego wyczekujesz, czego szukasz? Czasu, kiedy życie przestanie być operą i przeobrazi się na powrót w prozę realistyczną? 
Póki co zdrapię tę zdrapkę. 


**********************************************************

niedziela, 5 czerwca 2016

A trzecie zamknienie to siwe kamienie, pod którymi muszę spać

**********************************************************

„Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii, ponieważ w moim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom.” 
Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 
Wziąwszy pod uwagę, że pisze to człowiek, który przeżył dwie wojny światowe oraz wiele indywidualnych śmierci osób bliskich, najbliższych, kochanych, także psów, jak również innych dramatycznych zdarzeń, możemy sobie powiedzieć, że wiemy, o czym tu mowa. W pewnym sensie, do pewnego stopnia, coś takiego może powiedzieć o sobie każdy z nas. Co innego perspektywa osób trzecich. To jest intymna sprawa ta intensywność przeżyć, więc nie jest tak, że każdy może pisać o każdym. To znaczy może i może, ale na pewno efekty wizyt słonia lub dzika albo nawet człowieka, ale nieodpowiedniego, w takim składzie porcelany, jakim jest czyjeś życie, mnie naprawdę nie interesują. 

Więc nie czytam biografii. Nie chce mi się, szkoda mi czasu. Interesują mnie raczej przetwory (albo wytwory) ludzkich mózgów, ludzkiej wyobraźni. I ciekawi mnie Iwaszkiewicz. Jak podjąć próbę pisania o kimś, kto myślał o sobie w taki sposób? Kto pozostawił Dzienniki, tony listów, potężny dorobek?

No więc nie czytam biografii, a jednak do Stawiska chętnie weszłam. Wirtualnie, póki co. Poszłam do tego składu wielkich i małych Rzeczy w ciemno za autorką nie-biografii Anną Król, nie oczekując już wiele, bo autentycznym przeżyciem, prawdziwym zanurzeniem w głąb, w dyskretne oraz czułe obcowanie z przedmiotami, wypełniającymi kiedyś świat pisarza, a przez to z człowiekiem, okazało się dla mnie czytanie napisanej przez nią książki pt. Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie. Porcelana ocalała, zadziałała, zaskoczyła w nowym świetle.
1979 
Wczoraj audiencja u E.G. trwała całe trzy kwadranse. Ale tak samo jak w kwadransowej audiencji u papieża uderzył mnie fakt, jak bardzo zwyczajni są ludzie, którym Bóg „powierzył honor Polaków”.*
Może warto przypomnieć ten cytat w sytuacji, gdy odpalam telewizję i widzę taką scenę: oto jakiś dziennikarz cwałuje z mikrofonem rączo wokół idącego chodnikiem prezesa Rzeplińskiego, zarzucając go tysiącem pytań absurdalnych, obskakuje go i naskakuje, niczym tancerz mecenasa Kraykowskiego u Gombrowicza. Myślałam, że to kabaret, a to były akurat Wiadomości. 

Tym bardziej zachwyca świetna, subtelna robota Anny Król. 

______________________________________________________________________________
Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, cyt. za: Anna Król, Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie, Wilk&Król Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2015 

**********************************************************

niedziela, 17 kwietnia 2016

Prawdy szaleńców

**********************************************************

Więc obleźliśmy całą planetę, jak przystało na takie gatunki, jakimi właśnie jesteśmy - niewybredne, kosmopolityczne. Uaktywniamy się zwykle w temperaturze powyżej 10°C, podejmując wyzwania typu ‘stalowe pośladki’ z dziedziny aerobiku lub ‘stalowe szczękoczułki’ z kategorii ‘szukam żywiciela’. My i kleszcze. Uwaga, uwaga! Ludzie z wielkimi stopami oraz kleszcze! 

Od kiedy zobaczyłam na filmie Mikrokosmos wiele, wiele lat temu, jak różne takie żuczki z niewiarygodnym mozołem przedzierają się przez istny busz, jaki stanowi dla nich średnio wysoka trawa, przestałam się dziwić, że biedronki wylegają tak masowo na chodniki, ładując się wprost pod walce ludzkich stóp. Mkną po autostradzie, czasem ginąc. 

To na marginesie. A teraz mainstreamowe dla tego tekstu pytanie, które brzmi następująco: Jakie ma w takim momencie erupcji wielkiej mocy prawo głosu organizm bez skłonności do tycia i życia? Zasadnicze. Może polecieć tekstem choćby takim: 

„Moje uszanowanie, panie wykałaczkowy, panie pożeraczu nieboszczyków, panie spocona lokomotywo i pożeraczu kałuży krwi. Życzę panu wesołego rozkładu!”.* 

To są słowa jednego z pacjentów zakładu psychiatrycznego w Stadrodzie, skierowane do ordynatora Gerharda Kloosa w 1941 roku i przez niego odnotowane, a następnie zamieszczone w artykule pt. Über den Witz der Schizophrenen (O śmieszności schizofreników). Gerhard Kloos uczestniczył aktywnie w Akcji T4, krzątał się przy niej bardzo sprawnie, nie zaprzestając przy tym naukowych obserwacji. 

_____________________________________________________________________
* Götz Aly, Obciążeni. „Eutanazja” w nazistowskich Niemczech, Wydawnictwo Czarne, 2015

**********************************************************

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

O szkodliwości gatunków

**********************************************************

Jeśli chodzi o poległych, czyli takich, co zginęli w walce, to inskrypcje na ich grobach mogą stać się cennym wskaźnikiem dla potomnych. 

Kiedy historyk Götz Aly badał, dlaczego latem 1941 Hitler z Goebbelsem, którzy spotkali się w Wilczym Szańcu, by omówić „szereg kwestii politycznych i propagandowych”, postanowili wstrzymać czasowo Akcję T4 (uśmiercania osób chorych psychicznie na terenie Niemiec jako „darmozjadów”), motywując to chęcią utrzymania „spokoju w kraju” i ograniczenia do minimum ciężarów wojny, „także tych psychologicznej natury”, „w stosunku do szerokich mas”, okazało się, że popularność Führera w Niemczech oraz wiara w jego mądrość znacznie w tym czasie osłabły, stąd ta nagła troska. A stwierdzono to m. in. dzięki analizie nekrologów poległych wówczas żołnierzy:
„Policzyliśmy, jak często rodziny używały tradycyjnej formuły Poległ za naród i ojczyznę, a jak często jej nazistowskiego odpowiednika: Poległ za Führera, naród i ojczyznę. W gazecie NSDAP Frankfurter Volksblatt od czerwca do września 1941 roku tylko pięćdziesiąt procent rodzin poległych oddawało w nekrologach cześć Führerowi – wcześniej było ich dziewięćdziesiąt procent. W niezależnej od partii Frankfurter Zeitung odsetek nekrologów ze wzmianką o Führerze wynosił początkowo czterdzieści procent, a w trzecim i czwartym kwartale roku spadł do dwudziestu procent” 
Götz Aly, Obciążeni. "Eutanazja" w nazistowskich Niemczech, Wydawnictwo Czarne, 2015 

Naród? Ojczyzna? Führer? Wszyscy wiemy, że oni zginęli w niewiarygodnym horrorze, jakim była II wojna, jednym z wielu, choć jednak wyjątkowym, jaki homo sapiens zaserwował temu swojemu najlepszemu ze światów. Wiemy? 

Gottfried Wilhelm Leibniz  

**********************************************************

niedziela, 3 kwietnia 2016

No więc pada i jesteśmy dorośli *

**********************************************************

Wiosna, wiosna, nowe, nowe, świeże, świeże, ale chyba bez przesady, żeby do tego stopnia. Patrzę na dwa bassety i coś mi się nie zgadza, pańcia wprawdzie niby jest ta sama, ale też jakby nie do końca taka sama. 

To nie jest takie proste dla postronnego laika odróżnić w słabym świetle nastającego zmroku dostojnego basseta dziadka od równie dostojnego basseta wnuka, a dokładnie dwa bassety, które widuję czasem, zawsze w tym samym miejscu. Po chwili nie mam już wątpliwości. Ale mówię „dzień dobry” jak zwykle, z tym że w wariancie „dobry wieczór” dość przytomnie, i nie mówię nic więcej, bo co w takiej sytuacji można powiedzieć. Idę dalej. 

„Kochana E., jesteśmy zdrowi, w ogródku wszystko rośnie, ale kiedy Ty przyjedziesz, nie będzie już porzeczek i agrestu, i kalarepek, będą za to pomidory i ogórki, no i kwiatki”. 

W tym zdaniu magię widzę prawdopodobnie tylko ja i musiałabym ten ogródek przefiltrować, ogacić słowami tak, żeby autentycznie podzielić się nim z kimś, kto nie ma zielonego (nomen omen) pojęcia, jak ten real wygląda z mojej pierwszoosobowej perspektywy. 

Wiosna to taka zarąbista pora roku. Więc cieszę się, że akurat teraz jak ślepej kurze ziarno trafiła mi się dawka mega, no niebagatelna, około 240 tysięcy znaków (ze spacjami) poezji żywej, jaką okazała się w gruncie rzeczy pewna „współczesna powieść zza krańca czasów, gór, rzek i pustyni”. Czyli Podkrzywdzie Andrzeja Muszyńskiego. 

Nie da się cięgiem przeczytać 240 tysięcy znaków (ze spacjami) wierszy, trzeba to robić z przerwami, księga za księgą, a i tak jest człowiek wyżęty. Więc kto nie lubi łatwizny, niech się chwyta, a kto lubi, niech sobie poczyta hasła w panoramicznych krzyżówkach. 

Wybieram taki fragment - tak wygląda proza "postschulzowska": 
„Preludium do dramatu była nagła i niespodziewana metamorfoza lata. Po upojnych zielonych dniach nastała niewysłowiona duchota, gigantyczna osmoza gazu i cieczy, powracająca na ziemię co rano, potęgowana pod parnikiem nieba, w ścisku wydętych ku ziemi pęcherzy chmur. Żyliśmy w monstrualnej szklarni, w której na naszych skórach dojrzewały bycze pieprze i narośla. Rzędy wspartej na tykach fasoli przypominały nocą zamaskowany hufiec, chore na megalomanię cukinie stłamsiły arbuzy. Babka siedziała z mokrą szmatką i nie była w stanie nic ugotować. Pot spływał z jej mięsistego ciała, napełniając izbę odorem kwasu, na jej popękanych wargach osiadała sól”. 
Andrzej Muszyński, Podkrzywdzie, Wydawnictwo Literackie, 2015 

_______________________________________________________________________
* Andrzej Muszyński, Podkrzywdzie, Wydawnictwo Literackie, 2015

**********************************************************

czwartek, 31 marca 2016

(nie) daj się rozpiścić *

**********************************************************

W 2015 przy dorocznym krojeniu wielkanocnej sałatki jarzynowej klasycznej w hurtowej ilości obejrzałam film pt. Złodzieje rowerów Vittoria De Siki, po raz pierwszy, i zrobił on na mnie duże wrażenie, o wiele większe niż filmy w rodzaju Pasji Gibsona (że dla zwiększenia efektu posłużę się takim grubym, po bandzie przykładem). 

W 2016 w tej samej sytuacji wysłuchałam koncertu, który odbył się równo rok temu, gdy kroiłam przy Złodziejach..., tj. w świąteczną sobotę 2015, w Kopalni Soli w Wieliczce w ramach festiwalu Misteria Paschalia (Marc-Antoine Charpentier i François Couperin: Leçons de ténèbres, wykonawcy: Les Talens Lyriques, dyrygent: Christophe Rousset), więc historia zatoczyła koło, choć z potknięciem fundamentalnym. Tak czy siak, z powodu tego audio, byłam w tym roku dużo bardziej skoncentrowana, żaden obraz mnie nie rozpraszał, tak że pożałowałam nawet własnego uporu, z jakim twierdziłam zawsze, że doskonałość się nie stopniuje (w związku z czym sałatka była "doskonała jak zwykle" - miły cytat). 

A propos doskonałości - miałam takie przeczucie, że dotyczy ona też gołębi. I mówię o przeczuciu z pełną premedytacją, gdyż moja ignorancja w tym temacie nie zna granic. Każe mi w sposób naiwny dziwić się za każdym razem, że gołębie mają takie krwiście czerwone stopy. A tymczasem Karol Darwin poświęcił im w swym dziele O powstawaniu gatunków cały rozdział pt. Rasy gołębi domowych, ich różnorodność i pochodzenie („W szkielecie rozmaitych ras kości twarzy niezmiernie się różnią co do swej długości, szerokości i krzywizny”). 

Są ludzie, którzy dbają o to, żeby gołębie nie tylko karmić, ale także poić. Ja poję kota, któremu codziennie, w sposób zdyscyplinowany zmieniam wodę w misce zgodnie z podstawowymi zasadami higieny, żeby była świeża, a ta mała łajza – jak się okazuje – regularnie podpija sobie z konewki, w której woda (nieświeża) stoi zazwyczaj cały tydzień (żeby się ustała – no bo kwiatki podobno to lubią).

Widzę, jak przestrzeń się kurczy po zapaleniu światła. Więc chociaż mnie ruszają szefowe kancelarii prezydenta oraz premiera, jak te mamusie muminka po błędnej stronie mocy, oczadziałe i wrzucone w tryby władzy wbrew własnej, leniwej naturze, oraz to że szef MSWiA wciągnął nawet Houellebecqa na swoje sztandary (który pięknie mu się podłożył Uległością - pozornie oczywiście, ale kto by się bawił w niuanse), chcę posiedzieć jeszcze chwilę po ciemku. 


_______________________________________________________________________
*Hasło ze spamu: Zgarnij bilet do kina i daj się rozpiścić! (literówka oryginalna)

**********************************************************