czwartek, 31 marca 2016

(nie) daj się rozpiścić *

**********************************************************

W 2015 przy dorocznym krojeniu wielkanocnej sałatki jarzynowej klasycznej w hurtowej ilości obejrzałam film pt. Złodzieje rowerów Vittoria De Siki, po raz pierwszy, i zrobił on na mnie duże wrażenie, o wiele większe niż filmy w rodzaju Pasji Gibsona (że dla zwiększenia efektu posłużę się takim grubym, po bandzie przykładem). 

W 2016 w tej samej sytuacji wysłuchałam koncertu, który odbył się równo rok temu, gdy kroiłam przy Złodziejach..., tj. w świąteczną sobotę 2015, w Kopalni Soli w Wieliczce w ramach festiwalu Misteria Paschalia (Marc-Antoine Charpentier i François Couperin: Leçons de ténèbres, wykonawcy: Les Talens Lyriques, dyrygent: Christophe Rousset), więc historia zatoczyła koło, choć z potknięciem fundamentalnym. Tak czy siak, z powodu tego audio, byłam w tym roku dużo bardziej skoncentrowana, żaden obraz mnie nie rozpraszał, tak że pożałowałam nawet własnego uporu, z jakim twierdziłam zawsze, że doskonałość się nie stopniuje (w związku z czym sałatka była "doskonała jak zwykle" - miły cytat). 

A propos doskonałości - miałam takie przeczucie, że dotyczy ona też gołębi. I mówię o przeczuciu z pełną premedytacją, gdyż moja ignorancja w tym temacie nie zna granic. Każe mi w sposób naiwny dziwić się za każdym razem, że gołębie mają takie krwiście czerwone stopy. A tymczasem Karol Darwin poświęcił im w swym dziele O powstawaniu gatunków cały rozdział pt. Rasy gołębi domowych, ich różnorodność i pochodzenie („W szkielecie rozmaitych ras kości twarzy niezmiernie się różnią co do swej długości, szerokości i krzywizny”). 

Są ludzie, którzy dbają o to, żeby gołębie nie tylko karmić, ale także poić. Ja poję kota, któremu codziennie, w sposób zdyscyplinowany zmieniam wodę w misce zgodnie z podstawowymi zasadami higieny, żeby była świeża, a ta mała łajza – jak się okazuje – regularnie podpija sobie z konewki, w której woda (nieświeża) stoi zazwyczaj cały tydzień (żeby się ustała – no bo kwiatki podobno to lubią).

Widzę, jak przestrzeń się kurczy po zapaleniu światła. Więc chociaż mnie ruszają szefowe kancelarii prezydenta oraz premiera, jak te mamusie muminka po błędnej stronie mocy, oczadziałe i wrzucone w tryby władzy wbrew własnej, leniwej naturze, oraz to że szef MSWiA wciągnął nawet Houellebecqa na swoje sztandary (który pięknie mu się podłożył Uległością - pozornie oczywiście, ale kto by się bawił w niuanse), chcę posiedzieć jeszcze chwilę po ciemku. 


_______________________________________________________________________
*Hasło ze spamu: Zgarnij bilet do kina i daj się rozpiścić! (literówka oryginalna)

**********************************************************

czwartek, 24 marca 2016

Uwaga! Podczas zabawy z wędką istnieje niebezpieczeństwo uduszenia!

**********************************************************

„A później wszystko, prawie wszystko, było jak dawniej”. To jest refren godny ballady, stanowiący również zakończenie (nie utożsamiać/nie mylić z wykrętem stosowanym na zakończenie w bajkach oraz komediach romantycznych: „a potem żyli długo i szczęśliwie”), bo tak właśnie jest definiowany utwór literacki Dygot Jakuba Małeckiego – jako „naznaczona wstrząsającą tajemnicą ballada o pięknie i okrucieństwie polskiej prowincji”. 

Piękno i okrucieństwo ma w sobie także prowincja z tomu Białystok. Biała siła, czarna pamięć Marcina Kąckiego, z tym że bardziej to drugie, siłą rzeczy, bo książka Kąckiego jest non-fiction (to zbiór reportaży). O ile u Małeckiego bohaterowie biorą swoje demony na klatę, doświadczając przy tym epifanii, które pozwalają im potem pięknie dojrzeć (choć w bolesnym trybie), tak u Kąckiego przeciwnie. 

Jeśli chodzi o historię, to Götz Aly, niemiecki historyk i dziennikarz, pisze takie prace, jak ostatnia na przykład, pt. Obciążeni (o „eutanazji” w nazistowskich Niemczech), które pokazują, co się dzieje, kiedy społeczeństwo „traci instynkt moralny” i jak przerażająco łatwo może do tego dojść. U nas w sekcji "historia" najnowszym osiągnięciem jest film Historia Roja, rzecz dziecinna. 

Już jakoś rano dzisiaj zrobiło mi się niedobrze i mdli mnie tak w zasadzie do tej pory. Ale nie z powodu diety obfitującej w śledzie oraz wyroby cukiernicze, tylko od momentu, gdy przeczytałam o tym, jak na zamachy w Brukseli zareagowała polska premier („Powiem bardzo wyraźnie: nie widzę możliwości, aby w tej chwili do Polski przyjechali imigranci”). Mdli mnie z obrzydzenia.  


 **********************************************************

środa, 16 marca 2016

Różne style a saproksylofile (które też są ważne)

**********************************************************

Nie wiem, jak się przekłada masowe pożeranie czekoladowych zająców (opcja z kokardą w promocji), kurcząt i baranów przez społeczeństwo na jego własną jakość jako zbiorowości, na którą składa się również jego (tj. społeczeństwa) stosunek do przyrody, czyli do otaczającego świata, w jakim jest zanurzone ciałem, a być może także duchem. 

Za to wiem, na co się przekłada język łamany w sposób jakoś taki mniej więcej: zdecydowałem się polecić wszcząć… żeby móc być zdolnym (się przeciwstawić fali itd.). Nie da się tego słuchać bez różnorakich uszczerbków na szeroko pojętym organizmie. 

I wiem także, na co się przekłada język, który jest rodzajem miłosnego dyskursu, z czułym zastosowaniem takich pojęć, jak: włostek, sóweczka, włochatka, trójpalczasty dzięcioł, zagłębek, ponurek albo rozmiazg kolweński. I tak dalej. Wiedza, nadzieja, Wajrak. Oraz miłość. 

Z przyrodniczej materii jeszcze to: 

„Zbieraliśmy zioła, takie jak: skrzyp, podbiał, liście brzozy, sporysz i inne, suszyliśmy je, a potem Niemiec siedział przy wadze i ważył, bo każdy uczeń miał obowiązek oddać odpowiednią ilość ziół”. 

 dzięcioł trójpalczasty

**********************************************************

piątek, 11 marca 2016

moja północ, południe i zachód, i wschód

**********************************************************

Często w godzinach szczytu, kiedy ścisk jest tak duży, że ludzie stoją spłaszczeni, dociśnięci do wejścia korpusami jak sardynki w puszce, tramwaj nie może ruszyć, a wtedy się rozlega komunikat motorniczego: - Proszę odsunąć się od drzwi. 

OK, już się odsuwam, panie odźwierny, myślę, nie mogąc się opędzić od skojarzenia z Kafką, a ściślej mówiąc z historią, jaką kapelan więzienny raczy oskarżonego Józefa K. w Procesie. Odźwierny stoi przed prawem i nie chce wpuścić do środka (mówi, że teraz nie może) przybyłego z prowincji mężczyzny, ten postanawia czekać, odźwierny daje mu stołek i wskazuje, żeby usiadł obok drzwi, więc mężczyzna siada i siedzi tak kolejne dni i lata, próbując wiele razy uzyskać od odźwiernego pozwolenie na wejście, nudzi go prośbami, aż wreszcie dziecinnieje, głuchnie, traci wzrok, starzeje się, a gdy odźwierny dostrzega, że z mężczyzną już koniec, wtedy się pochyla i wrzeszczy mu do ucha: Idę, a wejście zamykam. 

Czytam zapis z 8 marca 2014: 
„Obudziłam się z zawrotami głowy. (…) Nie wiem dlaczego przypomniał mi się wiersz z dzieciństwa Dziad i baba Kraszewskiego, bez przerwy powtarzałam zapamiętane fragmenty”. 

Zatrważająca bajka, której nie znałam wcześniej. Znałam taką: 

ścierpły mi nogi 
obudziłem się 
z długiego 
niewygodnego snu 

w świecie czystym 

świetle 
nowo narodzonym 
w Betlejem a może 
w innym „podłym” mieście 

gdzie nikt nie mordował 
dzieci 
ani kotów 
ani żydów ani palestyńczyków 
ani wody ani drzew 
ani powietrza 

nie było przeszłości 
ani przyszłości 

trzymałem za ręce 
tatę i mamę 
czyli Pana Boga 

i było mi tak dobrze 
jakby 
mnie nie było 
                  BAJKA, Tadeusz Różewicz 

**********************************************************

wtorek, 16 lutego 2016

Dla Pat*

**********************************************************

— Onegdaj puszczałeś się pan balonem captif – mówił gość. 
— Tak. 
— Jesteś pan człowiek majętny i znasz się na naukach przyrodniczych. 
— Tak — odparł Wokulski. 
— I była chwila, że chciałeś pan wyskoczyć z galerii...? — pytał Geist. 
Wokulski cofnął się z krzesłem. 
— Niech pana to nie dziwi — mówił gość — Widziałem w życiu około tysiąca przyrodników, a w moim laboratorium miałem czterech samobójców, więc znam się na tych klasach ludzi... 
Prus ze swoim Wokulskim, no i ze swoim żywym, błyskotliwym umysłem, deskryptywnym, nadążającym bez trudu za intensywnym rozwojem w dziedzinie nauki i techniki, jaki cechował jego epokę, skojarzył mi się w kontekście tego, o czym czytam w książce Wymiary życia Juliana Barnesa; książce bardzo skromnej, składającej się z trzech esejów, które tworzą precyzyjną całość. 

„Łączymy z sobą dwa elementy, które nigdy dotąd nie były połączone; i czasem to się sprawdza, a czasem nie”, tak zaczyna Barnes pierwszy i drugi esej. O tym jest ta książka. O tych „nowych aliażach”, o których mówi także Bernard Geist: 
— A co pan sądzisz o chemii związków wodoru?... 
— Że jej nie ma. 
— Owszem, jest — odparł Geist. — Tylko zamiast eterów, tłuszczów, ciał aromatycznych daje nowe aliaże... Nowe aliaże, panie Siuzę, z bardzo ciekawymi własnościami... 
Barnes pisze w swojej książce o pierwszych aeronautach, pierwszych balonomaniakach, którzy w końcu XVIII i w XIX wieku byli jak nowi Argonauci. Wtedy, „zaczynając z lataniem, zaczynało się z Bogiem”. „Wiedzieli, że to niebezpieczne”. Lotów balonem próbowało wówczas wielu, ale tylko Félix Tournachon, zwany Nadarem, wpadł na genialny pomysł, żeby wykonać z góry zdjęcie ziemi. W 1858 roku wzniósł się balonem nad Paryż i zrobił pierwsze na świecie zdjęcie z nieba, co przy ówczesnej technice fotograficznej okazało się piekielnie trudne. Przy okazji, pierwszą osobą, która zapragnęła wykorzystać te fotograficzne możliwości (do wojskowego zwiadu, oczywiście) był nie kto inny, jak Napoleon III, który w roku 1859 ofiarował Nadarowi 50 000 franków za jego usługi podczas nadchodzącej wojny z Austrią. Fotograf odmówił, ponieważ był demokratą i nienawidził Napoleona. Tak czy siak, połączenie aeronautyki i fotografii dało nową jakość. 

„Czasem to się sprawdza, a czasem nie”, pisze Barnes. Szczęścia nie miał, niestety, niejaki Pilâtre de Rozier, francuski nauczyciel chemii i fizyki, który chciał jako pierwszy przelecieć balonem nad kanałem między Francją a Anglią. Skonstruował w tym celu nowy rodzaj aerostatu, na górze wypełniony wodorem (dla zwiększenia siły nośnej), a poniżej gorącym powietrzem (dla poprawy sterowności). Połączył te dwa elementy i 15 czerwca 1785 roku wzbił się w powietrze w Pas-de-Calais. Balon zapalił się jednak i spadł na ziemię. Pilot i pierwszy oficer zginęli. 

Również Barnes łączy w swojej książce dwa nieprzystające do siebie z pozoru elementy: dziedzinę nauki i dziedzinę życia. 

Ostatni, trzeci esej zaczyna się więc tak: 
„Łączymy z sobą dwoje ludzi, którzy nigdy dotąd nie byli połączeni. Czasem przypomina to tę pierwszą próbę sprzężenia balonu na wodór z balonem na ogrzane powietrze: lepsza katastrofa i pożoga czy pożoga i katastrofa? Ale czasem to się sprawdza i powstaje coś nowego, i świat ulega zmianie. Potem, w którymś momencie, wcześniej lub później, z tego czy innego powodu, jedno zostaje drugiemu odjęte. A to, co zostało odjęte, ma wyższą wartość niż suma tego, co było wcześniej. To może być niemożliwe w matematyce; ale jest możliwe w uczuciach”. 
Trzeci esej ma tytuł Utrata głębi i mówi o utracie żony; utracie z powodu jej śmierci. 
Mówi o tym nie wprost cała książka.

śmierć Romaina i Roziera
______________________________________________________________________
* dedykacja z książki: Julian Barnes, Wymiary życia, Świat Książki, 2015, przekład z angielskiego Dominika Lewandowska 

**********************************************************

środa, 10 lutego 2016

Agat i szpagat (taki sznurek), czyli hicior i kicior w jednym stały domu, polskim domu

**********************************************************

Oto mama podała Ani flegazmulan. I bratu Ani też. Dzięki temu nie będzie musiała gotować dzisiaj obiadu. Rodzic troszczy się o swoje dzieci, kupując im flegazmulan, a następnie aplikując szczodrze w różnych okolicznościach życiowych od wczesnego dzieciństwa. Bo w dobrej rodzinie nie żałuje się dzieciom flegazmulan. To tyle reklama. No, wiadomo, reklamowy kit, w którym chodzi na wszystkich płaszczyznach o to, żeby kupić (kupić!) jakiś „zmulan”. 

Bo w dobrej rodzinie nie żałuje się dzieciom drogich leków, czasem mdląco słodkich, czasem gorzkich. Gorzkie, ale pomogą, a jak nie pomogą, to w razie czego obuchem można w łeb. Cel uświęca środki. To też kit jest, za który uważam film Moje córki krowy mimo wszystko. Mimo w punkt trafionej obsady, która owocuje aktorstwem bez zarzutu, wręcz soczystym, wyczarowującym toksyczną polską rodzinkę jak z obrazka, gdzie wszyscy są dla siebie wredni i obcesowi, ociekający jadem, w najlepszym zaś wydaniu litują się obłudnie nad krewniakiem, zawsze z obrzydzeniem. Pochwała wredoty? Apoteoza toksyn? Aż tak nie, ale w każdym razie bardzo udana próba ocieplenia ich szpetnego wizerunku. Ja tego nie kupuję. Wszystko spina sugestia, że to jest jednak wartość, ta mendowata rodzina, będąc rodziną właśnie. Jak już nas tak ograbi i tak nas okaleczy, że żadnej bratniej duszy nie potrafimy sobie znaleźć w wielkim świecie, wtedy właśnie do niej będziemy mogli się zwrócić, żeby zapadłą piersią odetchnąć swojskim ściekiem. Jesteśmy groteskowi i to jest immanentne, wpisane w ludzką naturę, ale nie musimy być tak wredni oraz skretyniali, a jeśli jesteśmy, to nie jest takie proste, żeby to unieważnić, nawet śmierć nie ma takiej mocy.

Więc jeśli ktoś ma ochotę na autentyk, a nie na fałszywkę, na prawdziwą gorycz oraz miód, niepodrasowane pieprzem i cukrem pudrem jak w tym filmie, na matki, tatki i dziatki bez posypki i bez sosów żadnych maskujących najprawdziwszy smak, niech się weźmie za czytanie książki Łukasza Orbitowskiego pod tytułem Inna dusza. To jest hit. 


**********************************************************

poniedziałek, 1 lutego 2016

co nas, zjadaczy chleba, w aniołów przerobi

**********************************************************

Jeśli chodzi o zamiar, to miałam wręcz przeciwny, no bo w końcu ile można. Ale gdzie tam. Zżarła mnie ciekawość, pierwszy stopień do piekła w sensie ścisłym, w tym przypadku na pewno. 

Piekło to prężny kombinat, obóz zagłady Auschwitz, którego sprawnym trybikiem, choć już mocno zużytym, jest tytułowy Szaweł, członek Sonderkommando. Chodzi o Syna Szawła, ten film László Nemesa, Węgra, który pokazuje, że trybik takiej „fabryki” może się jednak zaciąć i to - co najważniejsze - zaciąć z takiej przyczyny, z jakiej w żadnym wypadku zaciąć się nie ma prawa. W każdym razie nie „w Auschwitzu”. Nie w takim miejscu. 

Wszystko, co dobrze wiemy na temat funkcjonowania w hitlerowskim obozie z innych źródeł, rozpoznajemy tutaj bez najmniejszego trudu, choć obraz migocze w nieostrym drugim planie cały czas. Za to na ekranie w planie pierwszym widzimy centralnie twarz głównego bohatera, to jego oczami śledzimy selektywnie przebieg zdarzeń, od początku do końca.

Oczy Gézy Röhriga, obozowego fiksata, wryte bardzo głęboko w oczodoły, odklejone od realu, odbijające mozół chodzenia na dwóch nogach tam, gdzie najbardziej na świecie miałoby się ochotę zejść do czterech, jak wszystkie bydlęta – oczy te dźwigają cały projekt. Géza Röhrig to połowa sukcesu tego filmu. Chyba tylko Artur Rojek byłby tutaj równie wiarygodny. 

Nemes nie szuka sensu w tej swojej opowieści, bo to, co robi Szaweł jest bez sensu, on szuka ratunku. „I oboje [obaj] anieleli po kolei”, film kończy się katharsis. László Nemes dołącza do rozległego grona reżyserów, którzy spróbowali zmierzyć się z tematem Holocaustu. 

„We wojnę dowiesz się niejednego… Nie ma bestii gorszej niż człowiek”*. 
Chodzi o to, żeby tego z człowieka nie wywlekać. 


___________________________________________________________
* Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, Wyd. Czarne, 2014, tłum. Jerzy Czech

**********************************************************

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Społeczeństwo jest zdradliwe

**********************************************************

No więc nie, nie tęsknię za dniami pełnymi słońca. I nie czuję się przygaszona. 

Nawet pomimo czytania wspomnianych już ostatnio Czasów secondhand Swietłany Aleksijewicz, zawierających historie osadzone w kontekście najnowszych dziejów Rosji, wcześniej Związku Radzieckiego, które są historiami trudnymi do zniesienia, ale przede wszystkim ludzkimi. „Różnica między mną a resztą ludzi jest tylko taka, że oni uważają się za przyzwoitych. Człowiek jednak nie zna siebie; gdyby poznał, toby się przestraszył”, mówi jeden z bohaterów, odsiadujący karę dożywocia. I mnie to przestrasza. Bo jeśli wiemy o sobie tyle, ile nas sprawdzono, to ci ludzie zostali sprawdzeni ekstremalnie. W każdym razie większość z nich.

Tym, czego można się chwycić, choć jest to chwyt z gatunku desperackich, jak chwyt tonącego, jest fakt, że non-fiction ma jako twórczość pewną "wadę wrodzoną", o czym mówi w książce reżyserka filmowa, Irina Wasiljewa: zrobi się dokument, a życie toczy się dalej. Bohaterowie nie są wymyśleni, są żywi, nie zależą od woli autora. To autor nie jest wolny, oni tak. Rzecz pozostaje otwarta. 

„Nikt mnie dotąd nie wypytywał o moje życie, dlatego z panią tak się rozgadałam”, mówi jedna z bohaterek. „Dobrzy ludzie przeczytają i popłaczą, a źli… ci najważniejsi… nie przeczytają”, stwierdza druga. „Jest taki dowcip o sowku, czyli sowieckim człowieku: zły jak pies, a milczy jak ryba”, to ktoś inny. 

Ta wielość głosów w Czasach... toczy się w harmonijnym trybie fugi, mimo to myślimy: Dostojewski, wysłuchując po kolei bohaterów, których chciałoby się czasem trochę "ścieśnić", żeby dla własnego dobra nie byli tacy pojemni – żeby jeden człowiek zmieścił w sobie aż tyle? nie ma szans.

Na przykład jedna matka, którą nazywam w myślach Karamazow. Córka mówi o niej: „Była zła. I kochała życie. Taka łasa była na życie”. A gdy dopadła ją w końcu śmiertelna choroba, to wtedy chciała sprzedać Bogu własne dzieci, bo miała nadzieję, że jak mu je odda, może sama zostanie przy życiu. A kiedy umarła, to córka ją umyła i ubrała: "Myłam ją sama i ubierałam, bez żadnych uczuć, jak rzecz. Jak rondel". 

Co mogę powiedzieć, po przeczytaniu tej książki, o człowieku? Raczej do człowieka: Bądź odważny – najgorsze jeszcze przed tobą. Ale zapach słońca też.

_______________________________________________________________________________ Wszystkie cytaty pochodzą z: Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, Wydawnictwo Czarne 2014, tłum. Jerzy Czech 


**********************************************************

niedziela, 17 stycznia 2016

Dżyngis-chan zepsuł nam geny… I pańszczyzna…*

**********************************************************

„Bierzta garnki i idzieć trzeba za dom, powylewać pomyje. Już ci szybko buty nakładać, do roboty iść, a nie wgapiać się w komputer jak w święty obraz”. 
To nie jest wbrew pozorom wyimek z Konopnickiej ani z Chłopów Władysława Reymonta (na co wskazuje jasno zastosowane w tekście słowo „komputer”), ani tym bardziej z prozy Andrzeja Muszyńskiego lub na przykład Wioletty Grzegorzewskiej. Z Mrożka zresztą też zupełnie nie. 

Cytat pochodzi otóż z całkiem innego źródła - z opowiadania, w którym rzecz dzieje się współcześnie, pod znamiennym tytułem Renata ucieka z kraju i jest jego autorką Sylwia Chutnik. A sam tekst stanowi część tomu o nazwie NieObcy, wydanego niedawno przez Stowarzyszenie Przyjaciół Polskiej Akcji Humanitarnej, w którego podtytule jest taka informacja: „21 opowiadań, żeby się nie bać. Polscy pisarze dla Uchodźców”. Chwalebna akcja. 

Chłopi to proza gigant, jazda obowiązkowa, ale gdyby ktoś miał problem z jej odbyciem, gdyby wolał jednak obywatelski haracz mniejszego nieco kalibru, niech się w ciemno chwyci za Miłosierdzie gminy i niechaj zaliczy chociaż to. Też chwalebna sprawa.

Ja zamierzam zaliczyć Andrzeja Muszyńskiego, ściślej mówiąc jego Podkrzywdzie, zachęcona Miedzą, tj. poprzednią książką, stanowiącą świetny zbiorek opowiadań. A Podkrzywdzie to już powieść. 

Jak tylko się uporam z Czasami secondhand aktualnej noblistki, Swietłany Aleksijewicz, gdzie jedna z narratorek, Jelena Jurjewna, też wspomina dzieciństwo, ale jest to opowieść bardzo trudna. „Jestem ateistką. Ale mam do Boga wiele pytań…”, mówi i jest to miara jej bezradności wobec życia. Życia w takich, a nie innych realiach, życia kiedyś i życia teraz. Życia w ogóle.

NieObcy 
________________________________________________________________
* Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, Wyd. Czarne 2014, tłum. Jerzy Czech 

**********************************************************

środa, 6 stycznia 2016

Czemuś mnie

**********************************************************

Kiedy poseł Ryszard Czarnecki mówi „w zgodzie”, to ja słyszę „w zygocie” i staje się to nawet symboliczne. A poza tym włos mi się jeży, jak słyszę takie życzenia o charakterze powszechnym wypowiadane nagminnie na okoliczność Świąt i rozpoczęcia się nowego roku: „Żebyście spełniali odważnie swoje marzenia, jakiekolwiek by one nie były”. Może jednak nie wszystkie, dodaję wtedy w duchu, tych co bardziej krwiożerczych raczej nie. 

I po Świętach. Trzeba zdjąć kropidło z pawlacza, mówi babcia, bo Świąt konsekwencją jest wizyta pasterzy naszych dusz. „Prosimy o przygotowanie stołu nakrytego białym obrusem, na którym prosimy żeby znajdował się Krzyż, zapalone świece, woda święcona i kropidło oraz Pismo święte. Prosimy także aby na czas „kolędy” zamknąć w odrębnym pomieszczeniu psy i koty oraz wyłączyć odbiorniki radiowe i telewizyjne [gdyż zwierzęta nie mają dusz, podobnie jak odbiorniki]. Z Bożym błogosławieństwem Duszpasterze” 

Żeby wspiąć się na pawlacz, muszę odłożyć na chwilę Amosa Oza, „Judasza”, w którym akurat teraz Gerszom Wald mówi do Szmuela: 
„Pański Jezus był marzycielem, może nawet największym z marzycieli, którzy chodzili po ziemi. Ale jego uczniowie już nie. Byli żądni władzy, aż w końcu, do czego żądza władzy zawsze prowadzi, zaczęli przelewać krew”. 
Amos Oz, Judasz, Dom Wydawniczy REBIS, 2015 tłum. Leszek Kwiatkowski 
Aha, do sałatki były ziemniaki tajfun zakupione u pana Tadzia. 


**********************************************************

niedziela, 13 grudnia 2015

Jestem za tym, żeby były zmiany na korzyść takich ludzi jak ja

**********************************************************

Dla każdego coś adekwatnego: Ibsen dla Jana Klaty, Jelinek dla Eweliny Marciniak, dla gołębi wszystko, tylko nie suchy chleb, dla babci mięso. Babcia jest osobą niewiarygodnie po prostu mięsożerną. Nie jest mi obce wchłanianie porcji rekomendowanych przez producenta do spożycia dla czterech osób, nie są to jednak na ogół sznycle, sznycle i jeszcze raz sznycle na przemian z dyszkiem cielęcym oraz kurą. Babcia zmienia poglądy w zależności od tego, jaką wrzuci akurat stację w radiu, ale w kwestii mięsa zachowuje zdumiewającą konsekwencję: Wszędzie słyszę, że mięso jest zdrowe, mówi. Okey, odpowiadam, ale nie trzeba od razu jeść całego mamuta, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie musi się biegać za nim po stepie. 

Mówię do babci: Popatrz, Barack Obama gada sobie na forum publicznym z pisarzami o literaturze, z Davidem Attenborough o planetarnej ziemskiej przyrodzie i widać, jaki jest zmęczony, ale robi to, bo obchodzi go coś więcej niż własny układ trawienny zaczynający się gębą i zakończony odbytem. Babcia zgadza się ze mną, ale już za chwilę ma skrupuły, czy aby nie jest ta zgoda zbyt pochopna, no bo czy uchodzi zachwycać się kimś takim, niebiałym innowiercą, nieerupojeczykiem nawet. I wyobrażam sobie, że to na przykład babcia zapuszcza bez pardonu swoje równe pazurki do ucha reportera, obecnego na marszu, który odbył się jak co miesiąc na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, ale tym razem w asyście wojska, wydłubuje mu słuchawkę i szarpie, a następnie grzmoci go parasolką. Wtedy wołam: idę do seraju! (se do raju), co oznacza: zakładam słuchawki! Babcia wie.


**********************************************************