wtorek, 16 lutego 2016

Dla Pat*

**********************************************************

— Onegdaj puszczałeś się pan balonem captif – mówił gość. 
— Tak. 
— Jesteś pan człowiek majętny i znasz się na naukach przyrodniczych. 
— Tak — odparł Wokulski. 
— I była chwila, że chciałeś pan wyskoczyć z galerii...? — pytał Geist. 
Wokulski cofnął się z krzesłem. 
— Niech pana to nie dziwi — mówił gość — Widziałem w życiu około tysiąca przyrodników, a w moim laboratorium miałem czterech samobójców, więc znam się na tych klasach ludzi... 
Prus ze swoim Wokulskim, no i ze swoim żywym, błyskotliwym umysłem, deskryptywnym, nadążającym bez trudu za intensywnym rozwojem w dziedzinie nauki i techniki, jaki cechował jego epokę, skojarzył mi się w kontekście tego, o czym czytam w książce Wymiary życia Juliana Barnesa; książce bardzo skromnej, składającej się z trzech esejów, które tworzą precyzyjną całość. 

„Łączymy z sobą dwa elementy, które nigdy dotąd nie były połączone; i czasem to się sprawdza, a czasem nie”, tak zaczyna Barnes pierwszy i drugi esej. O tym jest ta książka. O tych „nowych aliażach”, o których mówi także Bernard Geist: 
— A co pan sądzisz o chemii związków wodoru?... 
— Że jej nie ma. 
— Owszem, jest — odparł Geist. — Tylko zamiast eterów, tłuszczów, ciał aromatycznych daje nowe aliaże... Nowe aliaże, panie Siuzę, z bardzo ciekawymi własnościami... 
Barnes pisze w swojej książce o pierwszych aeronautach, pierwszych balonomaniakach, którzy w końcu XVIII i w XIX wieku byli jak nowi Argonauci. Wtedy, „zaczynając z lataniem, zaczynało się z Bogiem”. „Wiedzieli, że to niebezpieczne”. Lotów balonem próbowało wówczas wielu, ale tylko Félix Tournachon, zwany Nadarem, wpadł na genialny pomysł, żeby wykonać z góry zdjęcie ziemi. W 1858 roku wzniósł się balonem nad Paryż i zrobił pierwsze na świecie zdjęcie z nieba, co przy ówczesnej technice fotograficznej okazało się piekielnie trudne. Przy okazji, pierwszą osobą, która zapragnęła wykorzystać te fotograficzne możliwości (do wojskowego zwiadu, oczywiście) był nie kto inny, jak Napoleon III, który w roku 1859 ofiarował Nadarowi 50 000 franków za jego usługi podczas nadchodzącej wojny z Austrią. Fotograf odmówił, ponieważ był demokratą i nienawidził Napoleona. Tak czy siak, połączenie aeronautyki i fotografii dało nową jakość. 

„Czasem to się sprawdza, a czasem nie”, pisze Barnes. Szczęścia nie miał, niestety, niejaki Pilâtre de Rozier, francuski nauczyciel chemii i fizyki, który chciał jako pierwszy przelecieć balonem nad kanałem między Francją a Anglią. Skonstruował w tym celu nowy rodzaj aerostatu, na górze wypełniony wodorem (dla zwiększenia siły nośnej), a poniżej gorącym powietrzem (dla poprawy sterowności). Połączył te dwa elementy i 15 czerwca 1785 roku wzbił się w powietrze w Pas-de-Calais. Balon zapalił się jednak i spadł na ziemię. Pilot i pierwszy oficer zginęli. 

Również Barnes łączy w swojej książce dwa nieprzystające do siebie z pozoru elementy: dziedzinę nauki i dziedzinę życia. 

Ostatni, trzeci esej zaczyna się więc tak: 
„Łączymy z sobą dwoje ludzi, którzy nigdy dotąd nie byli połączeni. Czasem przypomina to tę pierwszą próbę sprzężenia balonu na wodór z balonem na ogrzane powietrze: lepsza katastrofa i pożoga czy pożoga i katastrofa? Ale czasem to się sprawdza i powstaje coś nowego, i świat ulega zmianie. Potem, w którymś momencie, wcześniej lub później, z tego czy innego powodu, jedno zostaje drugiemu odjęte. A to, co zostało odjęte, ma wyższą wartość niż suma tego, co było wcześniej. To może być niemożliwe w matematyce; ale jest możliwe w uczuciach”. 
Trzeci esej ma tytuł Utrata głębi i mówi o utracie żony; utracie z powodu jej śmierci. 
Mówi o tym nie wprost cała książka.

śmierć Romaina i Roziera
______________________________________________________________________
* dedykacja z książki: Julian Barnes, Wymiary życia, Świat Książki, 2015, przekład z angielskiego Dominika Lewandowska 

**********************************************************

środa, 10 lutego 2016

Agat i szpagat (taki sznurek), czyli hicior i kicior w jednym stały domu, polskim domu

**********************************************************

Oto mama podała Ani flegazmulan. I bratu Ani też. Dzięki temu nie będzie musiała gotować dzisiaj obiadu. Rodzic troszczy się o swoje dzieci, kupując im flegazmulan, a następnie aplikując szczodrze w różnych okolicznościach życiowych od wczesnego dzieciństwa. Bo w dobrej rodzinie nie żałuje się dzieciom flegazmulan. To tyle reklama. No, wiadomo, reklamowy kit, w którym chodzi na wszystkich płaszczyznach o to, żeby kupić (kupić!) jakiś „zmulan”. 

Bo w dobrej rodzinie nie żałuje się dzieciom drogich leków, czasem mdląco słodkich, czasem gorzkich. Gorzkie, ale pomogą, a jak nie pomogą, to w razie czego obuchem można w łeb. Cel uświęca środki. To też kit jest, za który uważam film Moje córki krowy mimo wszystko. Mimo w punkt trafionej obsady, która owocuje aktorstwem bez zarzutu, wręcz soczystym, wyczarowującym toksyczną polską rodzinkę jak z obrazka, gdzie wszyscy są dla siebie wredni i obcesowi, ociekający jadem, w najlepszym zaś wydaniu litują się obłudnie nad krewniakiem, zawsze z obrzydzeniem. Pochwała wredoty? Apoteoza toksyn? Aż tak nie, ale w każdym razie bardzo udana próba ocieplenia ich szpetnego wizerunku. Ja tego nie kupuję. Wszystko spina sugestia, że to jest jednak wartość, ta mendowata rodzina, będąc rodziną właśnie. Jak już nas tak ograbi i tak nas okaleczy, że żadnej bratniej duszy nie potrafimy sobie znaleźć w wielkim świecie, wtedy właśnie do niej będziemy mogli się zwrócić, żeby zapadłą piersią odetchnąć swojskim ściekiem. Jesteśmy groteskowi i to jest immanentne, wpisane w ludzką naturę, ale nie musimy być tak wredni oraz skretyniali, a jeśli jesteśmy, to nie jest takie proste, żeby to unieważnić, nawet śmierć nie ma takiej mocy.

Więc jeśli ktoś ma ochotę na autentyk, a nie na fałszywkę, na prawdziwą gorycz oraz miód, niepodrasowane pieprzem i cukrem pudrem jak w tym filmie, na matki, tatki i dziatki bez posypki i bez sosów żadnych maskujących najprawdziwszy smak, niech się weźmie za czytanie książki Łukasza Orbitowskiego pod tytułem Inna dusza. To jest hit. 


**********************************************************

poniedziałek, 1 lutego 2016

co nas, zjadaczy chleba, w aniołów przerobi

**********************************************************

Jeśli chodzi o zamiar, to miałam wręcz przeciwny, no bo w końcu ile można. Ale gdzie tam. Zżarła mnie ciekawość, pierwszy stopień do piekła w sensie ścisłym, w tym przypadku na pewno. 

Piekło to prężny kombinat, obóz zagłady Auschwitz, którego sprawnym trybikiem, choć już mocno zużytym, jest tytułowy Szaweł, członek Sonderkommando. Chodzi o Syna Szawła, ten film László Nemesa, Węgra, który pokazuje, że trybik takiej „fabryki” może się jednak zaciąć i to - co najważniejsze - zaciąć z takiej przyczyny, z jakiej w żadnym wypadku zaciąć się nie ma prawa. W każdym razie nie „w Auschwitzu”. Nie w takim miejscu. 

Wszystko, co dobrze wiemy na temat funkcjonowania w hitlerowskim obozie z innych źródeł, rozpoznajemy tutaj bez najmniejszego trudu, choć obraz migocze w nieostrym drugim planie cały czas. Za to na ekranie w planie pierwszym widzimy centralnie twarz głównego bohatera, to jego oczami śledzimy selektywnie przebieg zdarzeń, od początku do końca.

Oczy Gézy Röhriga, obozowego fiksata, wryte bardzo głęboko w oczodoły, odklejone od realu, odbijające mozół chodzenia na dwóch nogach tam, gdzie najbardziej na świecie miałoby się ochotę zejść do czterech, jak wszystkie bydlęta – oczy te dźwigają cały projekt. Géza Röhrig to połowa sukcesu tego filmu. Chyba tylko Artur Rojek byłby tutaj równie wiarygodny. 

Nemes nie szuka sensu w tej swojej opowieści, bo to, co robi Szaweł jest bez sensu, on szuka ratunku. „I oboje [obaj] anieleli po kolei”, film kończy się katharsis. László Nemes dołącza do rozległego grona reżyserów, którzy spróbowali zmierzyć się z tematem Holocaustu. 

„We wojnę dowiesz się niejednego… Nie ma bestii gorszej niż człowiek”*. 
Chodzi o to, żeby tego z człowieka nie wywlekać. 


___________________________________________________________
* Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, Wyd. Czarne, 2014, tłum. Jerzy Czech

**********************************************************

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Społeczeństwo jest zdradliwe

**********************************************************

No więc nie, nie tęsknię za dniami pełnymi słońca. I nie czuję się przygaszona. 

Nawet pomimo czytania wspomnianych już ostatnio Czasów secondhand Swietłany Aleksijewicz, zawierających historie osadzone w kontekście najnowszych dziejów Rosji, wcześniej Związku Radzieckiego, które są historiami trudnymi do zniesienia, ale przede wszystkim ludzkimi. „Różnica między mną a resztą ludzi jest tylko taka, że oni uważają się za przyzwoitych. Człowiek jednak nie zna siebie; gdyby poznał, toby się przestraszył”, mówi jeden z bohaterów, odsiadujący karę dożywocia. I mnie to przestrasza. Bo jeśli wiemy o sobie tyle, ile nas sprawdzono, to ci ludzie zostali sprawdzeni ekstremalnie. W każdym razie większość z nich.

Tym, czego można się chwycić, choć jest to chwyt z gatunku desperackich, jak chwyt tonącego, jest fakt, że non-fiction ma jako twórczość pewną "wadę wrodzoną", o czym mówi w książce reżyserka filmowa, Irina Wasiljewa: zrobi się dokument, a życie toczy się dalej. Bohaterowie nie są wymyśleni, są żywi, nie zależą od woli autora. To autor nie jest wolny, oni tak. Rzecz pozostaje otwarta. 

„Nikt mnie dotąd nie wypytywał o moje życie, dlatego z panią tak się rozgadałam”, mówi jedna z bohaterek. „Dobrzy ludzie przeczytają i popłaczą, a źli… ci najważniejsi… nie przeczytają”, stwierdza druga. „Jest taki dowcip o sowku, czyli sowieckim człowieku: zły jak pies, a milczy jak ryba”, to ktoś inny. 

Ta wielość głosów w Czasach... toczy się w harmonijnym trybie fugi, mimo to myślimy: Dostojewski, wysłuchując po kolei bohaterów, których chciałoby się czasem trochę "ścieśnić", żeby dla własnego dobra nie byli tacy pojemni – żeby jeden człowiek zmieścił w sobie aż tyle? nie ma szans.

Na przykład jedna matka, którą nazywam w myślach Karamazow. Córka mówi o niej: „Była zła. I kochała życie. Taka łasa była na życie”. A gdy dopadła ją w końcu śmiertelna choroba, to wtedy chciała sprzedać Bogu własne dzieci, bo miała nadzieję, że jak mu je odda, może sama zostanie przy życiu. A kiedy umarła, to córka ją umyła i ubrała: "Myłam ją sama i ubierałam, bez żadnych uczuć, jak rzecz. Jak rondel". 

Co mogę powiedzieć, po przeczytaniu tej książki, o człowieku? Raczej do człowieka: Bądź odważny – najgorsze jeszcze przed tobą. Ale zapach słońca też.

_______________________________________________________________________________ Wszystkie cytaty pochodzą z: Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, Wydawnictwo Czarne 2014, tłum. Jerzy Czech 


**********************************************************

niedziela, 17 stycznia 2016

Dżyngis-chan zepsuł nam geny… I pańszczyzna…*

**********************************************************

„Bierzta garnki i idzieć trzeba za dom, powylewać pomyje. Już ci szybko buty nakładać, do roboty iść, a nie wgapiać się w komputer jak w święty obraz”. 
To nie jest wbrew pozorom wyimek z Konopnickiej ani z Chłopów Władysława Reymonta (na co wskazuje jasno zastosowane w tekście słowo „komputer”), ani tym bardziej z prozy Andrzeja Muszyńskiego lub na przykład Wioletty Grzegorzewskiej. Z Mrożka zresztą też zupełnie nie. 

Cytat pochodzi otóż z całkiem innego źródła - z opowiadania, w którym rzecz dzieje się współcześnie, pod znamiennym tytułem Renata ucieka z kraju i jest jego autorką Sylwia Chutnik. A sam tekst stanowi część tomu o nazwie NieObcy, wydanego niedawno przez Stowarzyszenie Przyjaciół Polskiej Akcji Humanitarnej, w którego podtytule jest taka informacja: „21 opowiadań, żeby się nie bać. Polscy pisarze dla Uchodźców”. Chwalebna akcja. 

Chłopi to proza gigant, jazda obowiązkowa, ale gdyby ktoś miał problem z jej odbyciem, gdyby wolał jednak obywatelski haracz mniejszego nieco kalibru, niech się w ciemno chwyci za Miłosierdzie gminy i niechaj zaliczy chociaż to. Też chwalebna sprawa.

Ja zamierzam zaliczyć Andrzeja Muszyńskiego, ściślej mówiąc jego Podkrzywdzie, zachęcona Miedzą, tj. poprzednią książką, stanowiącą świetny zbiorek opowiadań. A Podkrzywdzie to już powieść. 

Jak tylko się uporam z Czasami secondhand aktualnej noblistki, Swietłany Aleksijewicz, gdzie jedna z narratorek, Jelena Jurjewna, też wspomina dzieciństwo, ale jest to opowieść bardzo trudna. „Jestem ateistką. Ale mam do Boga wiele pytań…”, mówi i jest to miara jej bezradności wobec życia. Życia w takich, a nie innych realiach, życia kiedyś i życia teraz. Życia w ogóle.

NieObcy 
________________________________________________________________
* Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, Wyd. Czarne 2014, tłum. Jerzy Czech 

**********************************************************

środa, 6 stycznia 2016

Czemuś mnie

**********************************************************

Kiedy poseł Ryszard Czarnecki mówi „w zgodzie”, to ja słyszę „w zygocie” i staje się to nawet symboliczne. A poza tym włos mi się jeży, jak słyszę takie życzenia o charakterze powszechnym wypowiadane nagminnie na okoliczność Świąt i rozpoczęcia się nowego roku: „Żebyście spełniali odważnie swoje marzenia, jakiekolwiek by one nie były”. Może jednak nie wszystkie, dodaję wtedy w duchu, tych co bardziej krwiożerczych raczej nie. 

I po Świętach. Trzeba zdjąć kropidło z pawlacza, mówi babcia, bo Świąt konsekwencją jest wizyta pasterzy naszych dusz. „Prosimy o przygotowanie stołu nakrytego białym obrusem, na którym prosimy żeby znajdował się Krzyż, zapalone świece, woda święcona i kropidło oraz Pismo święte. Prosimy także aby na czas „kolędy” zamknąć w odrębnym pomieszczeniu psy i koty oraz wyłączyć odbiorniki radiowe i telewizyjne [gdyż zwierzęta nie mają dusz, podobnie jak odbiorniki]. Z Bożym błogosławieństwem Duszpasterze” 

Żeby wspiąć się na pawlacz, muszę odłożyć na chwilę Amosa Oza, „Judasza”, w którym akurat teraz Gerszom Wald mówi do Szmuela: 
„Pański Jezus był marzycielem, może nawet największym z marzycieli, którzy chodzili po ziemi. Ale jego uczniowie już nie. Byli żądni władzy, aż w końcu, do czego żądza władzy zawsze prowadzi, zaczęli przelewać krew”. 
Amos Oz, Judasz, Dom Wydawniczy REBIS, 2015 tłum. Leszek Kwiatkowski 
Aha, do sałatki były ziemniaki tajfun zakupione u pana Tadzia. 


**********************************************************

niedziela, 13 grudnia 2015

Jestem za tym, żeby były zmiany na korzyść takich ludzi jak ja

**********************************************************

Dla każdego coś adekwatnego: Ibsen dla Jana Klaty, Jelinek dla Eweliny Marciniak, dla gołębi wszystko, tylko nie suchy chleb, dla babci mięso. Babcia jest osobą niewiarygodnie po prostu mięsożerną. Nie jest mi obce wchłanianie porcji rekomendowanych przez producenta do spożycia dla czterech osób, nie są to jednak na ogół sznycle, sznycle i jeszcze raz sznycle na przemian z dyszkiem cielęcym oraz kurą. Babcia zmienia poglądy w zależności od tego, jaką wrzuci akurat stację w radiu, ale w kwestii mięsa zachowuje zdumiewającą konsekwencję: Wszędzie słyszę, że mięso jest zdrowe, mówi. Okey, odpowiadam, ale nie trzeba od razu jeść całego mamuta, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie musi się biegać za nim po stepie. 

Mówię do babci: Popatrz, Barack Obama gada sobie na forum publicznym z pisarzami o literaturze, z Davidem Attenborough o planetarnej ziemskiej przyrodzie i widać, jaki jest zmęczony, ale robi to, bo obchodzi go coś więcej niż własny układ trawienny zaczynający się gębą i zakończony odbytem. Babcia zgadza się ze mną, ale już za chwilę ma skrupuły, czy aby nie jest ta zgoda zbyt pochopna, no bo czy uchodzi zachwycać się kimś takim, niebiałym innowiercą, nieerupojeczykiem nawet. I wyobrażam sobie, że to na przykład babcia zapuszcza bez pardonu swoje równe pazurki do ucha reportera, obecnego na marszu, który odbył się jak co miesiąc na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, ale tym razem w asyście wojska, wydłubuje mu słuchawkę i szarpie, a następnie grzmoci go parasolką. Wtedy wołam: idę do seraju! (se do raju), co oznacza: zakładam słuchawki! Babcia wie.


**********************************************************

środa, 2 grudnia 2015

Gdy wszystkie koła się kręcą, ale nic nie posuwa się do przodu

**********************************************************

- Oglądałaś sułtana? – babcia pyta mnie o to standardowo, mając na myśli serial, i nie czeka na odpowiedź, tylko zaczyna mi streszczać, a ja powtarzam „no co ty” na potwierdzenie wrażenia, jakie wywiera na mnie wyśrubowany poziom komplikacji pałacowych intryg, no i w ogóle. 

Babci Nasuh Efendi przypomina wujka Józka, a Bali Bey Kazika, przystojniachę z gimnazjum, w którym się babcia kochała, więc jeśli się przypadkiem nie pojawia w babci opowieści żaden z nich, to wtedy pytam babcię: co u Józka? lub: co u Kazika? I niby jest jak w domu. A jednak robi ten serial z babcią coś takiego, że traci ona humor i staje się na chwilę srogą reprezentantką opcji „OST”, bez żadnych wolnych żartów. 

Dla wyjaśnienia kwestii, wykorzystam kawałek, napisany przez Josepha Rotha, w ramach charakterystyki własnej i własnego wydawcy, Gustava Kiepenheuera, w 1930 roku: 
„Zaprzyjaźniliśmy się mimo przeciwności naszych charakterów. Kiepenheuer bowiem jest Westfalczykiem – ja zaś Ostfalczykiem. Ciężko byłoby wyobrazić sobie większe przeciwieństwo. On jest idealistą, ja sceptykiem. On kocha Żydów, ja nie. Jest fanatykiem postępu, ja reakcjonistą. Jego wieczna młodość przy mojej wiecznej starości! Dobiega pięćdziesiątki, podczas gdy ja wkrótce skończę lat dwieście. Gdybym nie był mu bratem, to mógłbym być jego pradziadkiem. Jestem radykałem, a on ma naturę ugodową. Jest uprzejmie nieokreślony, ja dobitny. On sprawiedliwy, ja nie. Ja pesymista, on optymista. Jakieś tajemne więzi muszą nas łączyć, ponieważ bywa, że zgadzamy się we wszystkim”. 
Samotny wizjoner. Joseph Roth we wspomnieniach przyjaciół, esejach krytycznych i artykułach prasowych, Wydawnictwo Austeria, 2013 
 
 zmiana pałacowego wystroju

**********************************************************

poniedziałek, 23 listopada 2015

Opowieści o końcu świata

**********************************************************

Lektura książek w rodzaju Dzikiego kontynentu Keitha Lowe (Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej, wyd. Rebis), pokazujących upadek europejskiej cywilizacji, jaki się dokonał w tamtym czasie za sprawą samych Europejczyków, bez niczyjej pomocy z zewnątrz, sprawia, że powracają kontrowersyjne refleksje, którym trudno się oprzeć w tym kontekście. Takie na przykład, że Kafka zdążył na szczęście umrzeć na gruźlicę odpowiednio wcześnie. Albo że słabo dziwią decyzje o samobójstwie, jakie podjęli kolejno tacy ludzie, jak Ernst Toller, Józef Roth czy Stefan Zweig wobec zalewu faszyzmu i wybuchu faszystowskiej wojny. Józef Roth pisał do Zweiga w lutym 1933, tuż po dojściu Hitlera do władzy: „Zmierzamy do wielkiej katastrofy, (…) udało im się ustanowić rządy barbarzyństwa, (…) panuje piekło, to wszystko prowadzi do nowej wojny”. W maju 1939 już nie żył. 

No właśnie, Józef Roth. Gdy sięgałam po Kafkę pierwszy raz, to pamiętam, że byłam ciekawa, czy faktycznie jest takim gigantem, czy też jest może gigantem przereklamowanym co nieco, jak to bywa częściej raczej niż rzadziej. Okazał się lepszy niż to zdołali wyrazić wszyscy jego entuzjaści razem wzięci, przerósł wyobraźnię. Przypomniało mi się to teraz, gdy zachęcona „reklamą” sięgnęłam właśnie po Rotha, Józefa, nie Philipa, Austriaka, urodzonego ponad dekadę później niż Kafka, ale z podobnego kręgu kulturowego. Zachowując proporcje, warto było. Marsz Radetzky’ego i Hiob (innych powieści nie czytałam) to autentyczny i gęsty crème de la crème literatury. 

„Oblicze jego było gładkie, jak płyta bogatego nagrobka”. Albo: „Wędrowali. Była noc. Domyślali się obecności księżyca poza mlecznymi chmurami”. Albo: „Długo leżeli wyczerpani, bezbronni, milczący – jakby ciężko ranni”. Wszystkie zdania u Rotha mają moc. 

I jeszcze taki fragment: 
Wierzył swoim dzieciom na słowo, że Ameryka jest krajem Pana Boga, New York miastem cudów, a angielski najpiękniejszym językiem, że Amerykanie byli zdrowi, Amerykanki piękne, sport ważny, czas drogocenny, bieda występkiem, bogactwo zasługą, cnota połową powodzenia, wiara w siebie całkowitym powodzeniem. Taniec był higieniczny, jazda na wrotkach była obowiązkiem, dobroczynność wkładem kapitału, anarchizm zbrodnią, strajkujący wrogami ludzkości, podżegacze sprzymierzeńcami diabła, nowoczesne maszyny błogosławieństwem niebios, Edison największym geniuszem. Niedługo ludzie będą fruwać jak ptaki, pływać jak ryby, widzieć przyszłość jak prorocy, będą żyć w wiecznym pokoju i w doskonałej zgodzie budować drapacze nieba aż do gwiazd. Świat będzie piękny – myślał Mendel – szczęśliwy będzie mój wnuk. On wszystkiego doczeka! 
Józef Roth, Hiob, tłum. Józef Wittlin 

Nie tylko antysemityzm. Rasizm w ogóle. I nie sądzę, żeby Józef Roth się zdziwił. 


**********************************************************

poniedziałek, 16 listopada 2015

B dla B*

**********************************************************

Więc wyobrażam sobie, że nie czmycham ze spuszczonym wzrokiem, potykając się przy tym o skrzynkę z przecenionymi jabłkami, tylko mówię panu Tadziu (no wiem, że Tadziowi), co myślę o takiej mowie nienawiści, natomiast pan Tadzio daje mi za to w mordę, na co ja nadstawiam butnie drugi policzek, rozjuszając go tym maksymalnie. Albo taką sytuację, że pan Tadzio rzuca się ze szlochem między skrzynki w rozpaczliwym geście (Jarosława Gowina), no bo jak ja mogę bronić takich bandytów, tak się na mnie zawiódł.

Babci o tym donoszę, a ona: słuchaj, mówi, wszystko wszystkim, ale miałabym ochotę bigos zjeść, dasz radę zrobić bigos? Jeśli nie ja, to kto? Dla babci wszystko. Rosoły i pulardy, fasolki po bretońsku, gulasze po węgiersku, bigos też. To kup kilo kapusty. Będzie dużo, za dużo dla ciebie, mówię. Ale to nie szkodzi, ona na to (bo woli jak zwykle mieć na zapas), jakby się zaplątał któryś z tych twoich uchodźców gdzieś w pobliże - lub komuś innemu - się podgrzeje, mamusia mówiła, że gość w dom... dalej to już wiesz.

pierwsze bałwany tej jesieni (też na "b"), październikowe
(był taki moment w październiku, że spadł śnieg) 

 _____________________
 *Bigos dla Babci
 **********************************************************

niedziela, 15 listopada 2015

P jak potato

**********************************************************

Że łopatka może być bez kości i że można przepoić wielbłąda albo pastwić się nad finalistą Konkursu Chopinowskiego w tak wyrafinowany sposób („Nie można powiedzieć, że jest niemuzykalny” – jak o Chorwacie Aloszy A. powiedziała jedna z komentatorek, znawczyni tematu), że można działać w ten sposób – obrzucić otoczenie szambem i ekskrementami, by potem wejść samemu w śnieżnej bieli, to już wiem. 

Niestety, nie wiedziałam, że idąc po ziemniaki w sobotnie przedpołudnie, czyli wczoraj, 14 listopada, poczuję się mniej więcej tak, jakbym trafiła na spóźniony albo wciąż trwający Marsz pod tym znanym hasłem, zrobionym na zasadzie „Pacanów dla pacanów” (coś w tym stylu). A poszłam tam, gdzie zwykle, czyli do pana Tadzia sprzedającego z żoną owoce i warzywa sezonowo. Oboje poczciwi. Stare dobre małżeństwo, wiodące między sobą rozczulające sprzeczki na temat tego, które ziemniaki są najlepsze na placki ziemniaczane albo krupnik. 

Jednak nie tym razem. Z daleka było widać, że coś się u nich dzieje. Mały tłumek, podniesione głosy. Ujrzałam pana Tadzia czerwonego na twarzy, usłyszałam wielki bluzg – na tę uchodźczą hołotę, którą najlepiej by było wystrzelać metodycznie, jak te kaczki, dokładnie tak samo, jak oni w nas strzelają. Drutem kolczastym ich ścisnąć, wypalić po kolei coś na grzbietach, może nawet numer, żeby sami uciekli. Niech się topią. 

Pan Tadzio mną potrząsa, bo chyba oniemiałam, czym może służyć przecież, mimo okoliczności, ziemniaczkami? A ja przecież czuję, że nie mam apetytu na placki ziemniaczane podlane takim sosem, no, nie przełknę tego. Jak możesz, panie Tadziu, mam ochotę powiedzieć, ale mówię, że nie, że dziękuję i że zmieniłam zdanie, rozmyśliłam się, mówię, myśląc przy tym: co teraz? co teraz? Myśląc przy tym: co teraz? co teraz? aż do teraz. 

co jest w środku?

**********************************************************