niedziela, 13 grudnia 2015

Jestem za tym, żeby były zmiany na korzyść takich ludzi jak ja

**********************************************************

Dla każdego coś adekwatnego: Ibsen dla Jana Klaty, Jelinek dla Eweliny Marciniak, dla gołębi wszystko, tylko nie suchy chleb, dla babci mięso. Babcia jest osobą niewiarygodnie po prostu mięsożerną. Nie jest mi obce wchłanianie porcji rekomendowanych przez producenta do spożycia dla czterech osób, nie są to jednak na ogół sznycle, sznycle i jeszcze raz sznycle na przemian z dyszkiem cielęcym oraz kurą. Babcia zmienia poglądy w zależności od tego, jaką wrzuci akurat stację w radiu, ale w kwestii mięsa zachowuje zdumiewającą konsekwencję: Wszędzie słyszę, że mięso jest zdrowe, mówi. Okey, odpowiadam, ale nie trzeba od razu jeść całego mamuta, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie musi się biegać za nim po stepie. 

Mówię do babci: Popatrz, Barack Obama gada sobie na forum publicznym z pisarzami o literaturze, z Davidem Attenborough o planetarnej ziemskiej przyrodzie i widać, jaki jest zmęczony, ale robi to, bo obchodzi go coś więcej niż własny układ trawienny zaczynający się gębą i zakończony odbytem. Babcia zgadza się ze mną, ale już za chwilę ma skrupuły, czy aby nie jest ta zgoda zbyt pochopna, no bo czy uchodzi zachwycać się kimś takim, niebiałym innowiercą, nieerupojeczykiem nawet. I wyobrażam sobie, że to na przykład babcia zapuszcza bez pardonu swoje równe pazurki do ucha reportera, obecnego na marszu, który odbył się jak co miesiąc na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, ale tym razem w asyście wojska, wydłubuje mu słuchawkę i szarpie, a następnie grzmoci go parasolką. Wtedy wołam: idę do seraju! (se do raju), co oznacza: zakładam słuchawki! Babcia wie.


**********************************************************

środa, 2 grudnia 2015

Gdy wszystkie koła się kręcą, ale nic nie posuwa się do przodu

**********************************************************

- Oglądałaś sułtana? – babcia pyta mnie o to standardowo, mając na myśli serial, i nie czeka na odpowiedź, tylko zaczyna mi streszczać, a ja powtarzam „no co ty” na potwierdzenie wrażenia, jakie wywiera na mnie wyśrubowany poziom komplikacji pałacowych intryg, no i w ogóle. 

Babci Nasuh Efendi przypomina wujka Józka, a Bali Bey Kazika, przystojniachę z gimnazjum, w którym się babcia kochała, więc jeśli się przypadkiem nie pojawia w babci opowieści żaden z nich, to wtedy pytam babcię: co u Józka? lub: co u Kazika? I niby jest jak w domu. A jednak robi ten serial z babcią coś takiego, że traci ona humor i staje się na chwilę srogą reprezentantką opcji „OST”, bez żadnych wolnych żartów. 

Dla wyjaśnienia kwestii, wykorzystam kawałek, napisany przez Josepha Rotha, w ramach charakterystyki własnej i własnego wydawcy, Gustava Kiepenheuera, w 1930 roku: 
„Zaprzyjaźniliśmy się mimo przeciwności naszych charakterów. Kiepenheuer bowiem jest Westfalczykiem – ja zaś Ostfalczykiem. Ciężko byłoby wyobrazić sobie większe przeciwieństwo. On jest idealistą, ja sceptykiem. On kocha Żydów, ja nie. Jest fanatykiem postępu, ja reakcjonistą. Jego wieczna młodość przy mojej wiecznej starości! Dobiega pięćdziesiątki, podczas gdy ja wkrótce skończę lat dwieście. Gdybym nie był mu bratem, to mógłbym być jego pradziadkiem. Jestem radykałem, a on ma naturę ugodową. Jest uprzejmie nieokreślony, ja dobitny. On sprawiedliwy, ja nie. Ja pesymista, on optymista. Jakieś tajemne więzi muszą nas łączyć, ponieważ bywa, że zgadzamy się we wszystkim”. 
Samotny wizjoner. Joseph Roth we wspomnieniach przyjaciół, esejach krytycznych i artykułach prasowych, Wydawnictwo Austeria, 2013 
 
 zmiana pałacowego wystroju

**********************************************************

poniedziałek, 23 listopada 2015

Opowieści o końcu świata

**********************************************************

Lektura książek w rodzaju Dzikiego kontynentu Keitha Lowe (Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej, wyd. Rebis), pokazujących upadek europejskiej cywilizacji, jaki się dokonał w tamtym czasie za sprawą samych Europejczyków, bez niczyjej pomocy z zewnątrz, sprawia, że powracają kontrowersyjne refleksje, którym trudno się oprzeć w tym kontekście. Takie na przykład, że Kafka zdążył na szczęście umrzeć na gruźlicę odpowiednio wcześnie. Albo że słabo dziwią decyzje o samobójstwie, jakie podjęli kolejno tacy ludzie, jak Ernst Toller, Józef Roth czy Stefan Zweig wobec zalewu faszyzmu i wybuchu faszystowskiej wojny. Józef Roth pisał do Zweiga w lutym 1933, tuż po dojściu Hitlera do władzy: „Zmierzamy do wielkiej katastrofy, (…) udało im się ustanowić rządy barbarzyństwa, (…) panuje piekło, to wszystko prowadzi do nowej wojny”. W maju 1939 już nie żył. 

No właśnie, Józef Roth. Gdy sięgałam po Kafkę pierwszy raz, to pamiętam, że byłam ciekawa, czy faktycznie jest takim gigantem, czy też jest może gigantem przereklamowanym co nieco, jak to bywa częściej raczej niż rzadziej. Okazał się lepszy niż to zdołali wyrazić wszyscy jego entuzjaści razem wzięci, przerósł wyobraźnię. Przypomniało mi się to teraz, gdy zachęcona „reklamą” sięgnęłam właśnie po Rotha, Józefa, nie Philipa, Austriaka, urodzonego ponad dekadę później niż Kafka, ale z podobnego kręgu kulturowego. Zachowując proporcje, warto było. Marsz Radetzky’ego i Hiob (innych powieści nie czytałam) to autentyczny i gęsty crème de la crème literatury. 

„Oblicze jego było gładkie, jak płyta bogatego nagrobka”. Albo: „Wędrowali. Była noc. Domyślali się obecności księżyca poza mlecznymi chmurami”. Albo: „Długo leżeli wyczerpani, bezbronni, milczący – jakby ciężko ranni”. Wszystkie zdania u Rotha mają moc. 

I jeszcze taki fragment: 
Wierzył swoim dzieciom na słowo, że Ameryka jest krajem Pana Boga, New York miastem cudów, a angielski najpiękniejszym językiem, że Amerykanie byli zdrowi, Amerykanki piękne, sport ważny, czas drogocenny, bieda występkiem, bogactwo zasługą, cnota połową powodzenia, wiara w siebie całkowitym powodzeniem. Taniec był higieniczny, jazda na wrotkach była obowiązkiem, dobroczynność wkładem kapitału, anarchizm zbrodnią, strajkujący wrogami ludzkości, podżegacze sprzymierzeńcami diabła, nowoczesne maszyny błogosławieństwem niebios, Edison największym geniuszem. Niedługo ludzie będą fruwać jak ptaki, pływać jak ryby, widzieć przyszłość jak prorocy, będą żyć w wiecznym pokoju i w doskonałej zgodzie budować drapacze nieba aż do gwiazd. Świat będzie piękny – myślał Mendel – szczęśliwy będzie mój wnuk. On wszystkiego doczeka! 
Józef Roth, Hiob, tłum. Józef Wittlin 

Nie tylko antysemityzm. Rasizm w ogóle. I nie sądzę, żeby Józef Roth się zdziwił. 


**********************************************************

poniedziałek, 16 listopada 2015

B dla B*

**********************************************************

Więc wyobrażam sobie, że nie czmycham ze spuszczonym wzrokiem, potykając się przy tym o skrzynkę z przecenionymi jabłkami, tylko mówię panu Tadziu (no wiem, że Tadziowi), co myślę o takiej mowie nienawiści, natomiast pan Tadzio daje mi za to w mordę, na co ja nadstawiam butnie drugi policzek, rozjuszając go tym maksymalnie. Albo taką sytuację, że pan Tadzio rzuca się ze szlochem między skrzynki w rozpaczliwym geście (Jarosława Gowina), no bo jak ja mogę bronić takich bandytów, tak się na mnie zawiódł.

Babci o tym donoszę, a ona: słuchaj, mówi, wszystko wszystkim, ale miałabym ochotę bigos zjeść, dasz radę zrobić bigos? Jeśli nie ja, to kto? Dla babci wszystko. Rosoły i pulardy, fasolki po bretońsku, gulasze po węgiersku, bigos też. To kup kilo kapusty. Będzie dużo, za dużo dla ciebie, mówię. Ale to nie szkodzi, ona na to (bo woli jak zwykle mieć na zapas), jakby się zaplątał któryś z tych twoich uchodźców gdzieś w pobliże - lub komuś innemu - się podgrzeje, mamusia mówiła, że gość w dom... dalej to już wiesz.

pierwsze bałwany tej jesieni (też na "b"), październikowe
(był taki moment w październiku, że spadł śnieg) 

 _____________________
 *Bigos dla Babci
 **********************************************************

niedziela, 15 listopada 2015

P jak potato

**********************************************************

Że łopatka może być bez kości i że można przepoić wielbłąda albo pastwić się nad finalistą Konkursu Chopinowskiego w tak wyrafinowany sposób („Nie można powiedzieć, że jest niemuzykalny” – jak o Chorwacie Aloszy A. powiedziała jedna z komentatorek, znawczyni tematu), że można działać w ten sposób – obrzucić otoczenie szambem i ekskrementami, by potem wejść samemu w śnieżnej bieli, to już wiem. 

Niestety, nie wiedziałam, że idąc po ziemniaki w sobotnie przedpołudnie, czyli wczoraj, 14 listopada, poczuję się mniej więcej tak, jakbym trafiła na spóźniony albo wciąż trwający Marsz pod tym znanym hasłem, zrobionym na zasadzie „Pacanów dla pacanów” (coś w tym stylu). A poszłam tam, gdzie zwykle, czyli do pana Tadzia sprzedającego z żoną owoce i warzywa sezonowo. Oboje poczciwi. Stare dobre małżeństwo, wiodące między sobą rozczulające sprzeczki na temat tego, które ziemniaki są najlepsze na placki ziemniaczane albo krupnik. 

Jednak nie tym razem. Z daleka było widać, że coś się u nich dzieje. Mały tłumek, podniesione głosy. Ujrzałam pana Tadzia czerwonego na twarzy, usłyszałam wielki bluzg – na tę uchodźczą hołotę, którą najlepiej by było wystrzelać metodycznie, jak te kaczki, dokładnie tak samo, jak oni w nas strzelają. Drutem kolczastym ich ścisnąć, wypalić po kolei coś na grzbietach, może nawet numer, żeby sami uciekli. Niech się topią. 

Pan Tadzio mną potrząsa, bo chyba oniemiałam, czym może służyć przecież, mimo okoliczności, ziemniaczkami? A ja przecież czuję, że nie mam apetytu na placki ziemniaczane podlane takim sosem, no, nie przełknę tego. Jak możesz, panie Tadziu, mam ochotę powiedzieć, ale mówię, że nie, że dziękuję i że zmieniłam zdanie, rozmyśliłam się, mówię, myśląc przy tym: co teraz? co teraz? Myśląc przy tym: co teraz? co teraz? aż do teraz. 

co jest w środku?

**********************************************************

niedziela, 8 listopada 2015

Słowa według

**********************************************************

Niedzielne przedpołudnie. Żul, rozciągnięty na ławce, husia sobie wózek ze szpejami. Liście w transie, włosy w transie, kłaczki w transie. Halny. 

Spod kościoła bije łuna od zwartej masy fur, wybłyszczonych i odpicowanych, które oplotły ciasno mury niestarej świątyni. Wokół martwa cisza. Nie ma żywego ducha. Wszyscy w środku. Słuchają zapewne, co miał na myśli autor (tak naprawdę), kiedy pisał w Ewangelii o Samarytaninie (empatycznym), który - jak wiadomo - okazał miłosierdzie i udzielił pomocy potrzebującemu, owszem, ale (z naciskiem na ale) zrobił to roztropnie – nie targał go od razu do własnego domostwa, prywatnego, rodzinnego gniazda, które tak łatwo pokalać, tylko zaniósł do gospody. Tam zostawił, gdzie bogaty karczmarz się nim zajął. Czyż nie tak to było? Więc nie bądźmy frajerami, nie dajmy się omamić podejrzaną ideą spontanicznej miłości do bliźniego precyzyjnie nieokreślonego i tak właśnie postępujmy z uchodźcami, jak zostało jasno powiedziane – nie od razu na ojczyzny łono, do mieszkania, żeby używali naszych intymnych urządzeń, elektrycznych frezarek do stóp naszych i czyszczenia uszu, żeby nam zanieczyszczali urządzenia te albo i psuli, nie wiadomo, co gorsze. 

To chyba nawzajem - niech i wam czynią podobnie.


**********************************************************

czwartek, 5 listopada 2015

Nie włóczcie kinomana

**********************************************************

Ta scena w filmie Intruz, kiedy kobieta w sklepie rzuca się na zabójcę swojej córki, chce go zatłuc, chociaż ten odbył karę i powrócił, jest upiorna, mrozi w żyłach krew. 

Wrażenie grozy nie znika, nie ulatnia się do końca filmu, zapiera dech na równi z intensywną urodą krajobrazu, w jakim toczą się sekwencje zdarzeń, nieprzynoszących przełomu, aż do sceny finałowej, w której matka ofiary powie: „Idź stąd” do tego chłopaka. Do intruza. To jedyny progres. Może najlepiej by było po prostu go odstrzelić, jak psa, z którym tak właśnie postąpił dziadek Johna przy pomocy familijnej dwururki, żeby oszczędzić zwierzakowi dalszych cierpień? Przeklęte pytanie.

Żyją w tych swoich domkach, jak psy w budach, stanowiące stado, dopóki się nie wściekną, póki ich ktoś nie poszczuje. A to ludzie właśnie. 

Żyjemy w swoich domkach, jak psy w budach, stanowiące stado, póki się nie wściekniemy, póki ktoś nas nie poszczuje. To my, ludzie, właśnie?

Więc nie włóczcie kinomana po byle-czym (kiedyś usłyszałam zapowiedź takiego programu w TV, którego chyba już nie ma: Włóczcie kinomana i zdumiałam się naiwnie, a potem załapałam, że prezenter chciał powiedzieć właśnie to: W Uczcie kinomana zobaczą państwo itd., kwestia dykcji, i tak już zostało), ale jeśli się zawleczecie na Intruza Magnusa von Horna, to jest szansa, że może na chwilę oderwiecie się od kontemplacji wielkiego paradoksu łopatki bez kości na przykład (w promocji oczywiście) albo przystojnych zarazków, umierających zbyt młodo w oparach domestosa (też w promocji, ma się rozumieć), od konstatacji fałszywej: Jakie to wszystko proste! dobrniecie trochę zmęczeni do konstatacji prawdziwej - że to wszystko jest potwornie trudne. Na ludzką miarę po prostu, homo sapiens. 


**********************************************************

poniedziałek, 12 października 2015

O bęcwałach, ale nie tylko

**********************************************************

„Nie miałem żadnego pojęcia o zewnętrznym świecie – wiedziałem tylko, że jest wojna i stąd się biorą uchodźcy. Jeden z nich nazywał się Normand i wynajmował pokój u pana nazwiskiem Breton. To pierwszy kawał, jaki zapamiętałem”. 
Georges Perec, W albo wspomnienie z dzieciństwa 
To jest wiedza bazowa – jest wojna, są uchodźcy. Stosunek do uchodźców stał się nagle, chcąc nie chcąc, uniwersalnym papierkiem, pokazującym zawartość human w human. I do tego doszło, że mam ochotę wtykać knebel ludzkim jednostkom, zaczynającym wypowiedź poufnym „szczerze mówiąc...”. Zaczynam bać się tego, co oznajmią za chwilę w monstrualnym bezwstydzie. A wstyd jest. 

„On mówi, że jesteśmy rasistowskim narodem!” – krzyczy do telefonu pani z dziecięcym wózkiem, przebijając się przez wycie wiatru. No, jesteśmy. Jesteśmy pustynią, jak powiedziała niedawno ambasadorka Innego w naszym kraju, Olga Tokarczuk, w trybie przypuszczającym co prawda i nadziejnym, że może nie jest z nami aż tak źle. Bo jeśli Inny to woda, wtedy powstaje pytanie: Jak nawodnić pustynię? obrazujące potęgę zagadnienia. Jest od czego zacząć: niech Jakubowe Księgi zastąpią Sienkiewicza w procesie edukacji, czemu nie?

Będąc a m b a s a d o r e m, człowiek się upodabnia, przymuszony kontraktem albo nie, do tego, co akurat z większą lub mniejszą przyjemnością reprezentuje. I tak: Olga Tokarczyk wchodzi w skórę Innego, Szczepan Twardoch w skórę Mercedesa, a Joanna Koroniewska w ciuszki Barbie. To na przykład. Zwykłym śmiertelnikom pozostaje prosta radość, jakiej dostarczyć może tych parę kombinacji o logiczno-hipotetycznym charakterze, dopuszczalnych w tym kontekście – co by było, gdyby Szczepan Twardoch wybrał sobie jednak ambasadorowanie Barbie, a Joanna Koroniewska Innemu? No cóż, w takim wypadku Oldze Tokarczuk bez wątpienia ostałby się ino Mercedes. Tylko kto by wtedy dostał Nike?


**********************************************************

czwartek, 1 października 2015

Kawał historii

**********************************************************

Mówiłaś, że nie czytasz książek o miłości, babcia uśmiecha się chytrze. Bo nie czytam, a co? A to? Babcia wskazuje palcem na wystający z torby, porzuconej przeze mnie w przedpokoju, dowód na moją nędzną hipokryzję: JAK PRZESTAŁEM KOCHAĆ DESIGN, czarno na białym się szczerzy tytuł wydrukowany wielkimi literami na okładce, widoczny gołym okiem, nawet bez użycia okularów. 

Babcia zdenerwowana: coś przytrafiło się złego Sulejmanowi na wojnie, ale nie wie co i czy żyje. Bo zadzwoniła akurat ta moja koleżanka, wiesz która, ta od radia, no i odcinek się skończył, i nic nie wiem. Patrzę do Wikipedii i uspokajam babcię, że Sulejman Wspaniały dożył siedemdziesiątki, nawet z hakiem, a skoro w jej serialu całkiem niedawno przecież zginął pasza Ibrahim, to jesteśmy aktualnie gdzieś około 1536 roku, zaś sułtan historycznie zginął dopiero w 1566, tak że jeszcze ho ho i ho ho, kawał historii przed nami. Babci jednak to nie uspokaja. Dajże spokój, historia historią, a film filmem, mówi do mnie krótko jak do dziecka. 

Ubieramy adidasy. Wychodzimy? Jeszcze torebeczka. Babcia przekłada przez głowę czerwoną kosmetyczkę, którą sobie przerobiła na torbetkę (dorobiła pasek) i teraz chodzi z nią wszędzie, jak Mamusia Muminka. Ma tam wszystko. 

O nie, znowu blok pomazali ci wandale, babcia spogląda z bólem na koślawe kulfony postawione na czyściutkiej ścianie: JUDE GANG. Co za głupki, sekunduję babci z pełnym i autentycznym zaangażowaniem. Ale wiesz chyba dlaczego tak piszą tu akurat? Chyba jednak nie wiem. Bo tu cały Rynek przesiedlili tuż po wojnie, a w Rynku, wiadomo, wszystko przecież było żydowskie. A gołębiom wysypałaś? No to chodź, pójdziemy do kasztanów, popatrzymy sobie jak spadają, odpoczniemy. 

**********************************************************

niedziela, 13 września 2015

ości i izmy

**********************************************************

Seter irlandzki faluje rozpędzony na wietrze, jak ciśnięty z impetem kasztan, kluczy pomiędzy dziatwą, która wyległa akurat z pobliskiego szkolnego budynku, rycząc i zapodając sobie wzajemnie zakupione uprzednio fajki. Chodnik zapluty, dziadki przepędzone, że pociągnę dalej tę parafrazę klasyki rodzimego tekściarstwa w wykonaniu Kuby Sienkiewicza. To już wrzesień. A nad nim niebo w kolorze własnym, czyli blue. 

„Uległość – oto dziecka największa ozdoba”, hehe. No i znowu klasyk, choć tym razem dosłownie i nie z głowy, lecz z Kalendarza Literackiego, z którego zerwałam akurat hurtem kilka kartek, a ten Molier pod 10 września się przyczaił tak jednowersowo, niepozornie. Że Świętoszek i że to Marianna bardzo chce być grzeczną i posłuszną córką ojca, to już wyguglałam. Lecz nie może. Czemu? Kto ciekawy, niech nos wsadzi do kawy albo TU. 

Uległość ma w tytule najnowsza powieść Houellebecqa, która wyjdzie po polsku lada chwila, a której premiera we Francji zawsze już będzie kojarzona z zamachem na „Charlie Hebdo”. Tak to wyszło, a skoro już wyszło, to nie wejdzie z powrotem, one-way trip. 

Houellebecq naczytał się Tołstoja w swoim czasie, co słychać trochę chropawo w Cząstkach elementarnych („widać, słychać i czuć”, że przywołam klasyka po raz kolejny), jednak naprawdę do spodu wywróciło go dopiero samo życie. Późno, ale tym lepiej dla niego. Umarli mu rodzice oraz pies. Potem powiedział w wywiadzie dla Paris Review: 

„Mój ateizm nie przeżył tych wszystkich śmierci, z którymi musiałem się zmierzyć w krótkim czasie. Może, wbrew temu, co myślałem, nigdy właściwie nie byłem ateistą. Bo w świetle tego, co wiem, ponownie zadaję sobie pytania o stwórcę świata. Odpowiedzi nie znam, ale nie wiem też, czy jestem ateistą. I to jest drugi powód, dla którego napisałem tę książkę”. 

Jego organizm, by przetrwać, wygenerował gotowość do fundamentalnego kompromisu. I co dalej? Dalej (to jest wariant optymistyczny) zobaczymy. 


*********************************************************

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Nieaktywnych skreślamy z listy

**********************************************************

„W Lasach Kozłowieckich na Lubelszczyźnie przez 30 godzin walczyło ze sobą ponad 200 ochotników z Ligi Akademickiej i FIA. Korzystali z systemu geolokalizacji, łączności dalekiego zasięgu i lekkich pojazdów wojskowych. W rękach mieli pneumatyczne repliki broni przekazane przez MON. Bez amunicji. Podzieleni byli na dwie grupy – pierwsza symulowała obronę szlaków komunikacyjnych, a druga partyzanckie paraliżowanie dostaw dla wroga na front”. 

To nie jest cytat z Siódemki Ziemowita Szczerka, tylko z dzisiejszej Wyborczej, jakby ktoś miał wątpliwości. 

Najogólniej rzecz ujmując, chodzi o to, że w Polsce rosną ostatnio w siłę oraz liczbę jak grzyby po deszczu, którego nie ma akurat ani kropli, niestety, paramilitarne organizacje. Aktualnie urosły one do ok. 30. tys. członków. W tej sytuacji MON, żeby je jakoś ogarnąć, ująć jakoś tę drobnicę w karby systemu, coby lepiej funkcjonowała i rzeczywiście był z tego samozwańczego pospolitego ruszenia jakiś pożytek, powołał do życia ciało o nazwie Federacja Organizacji Proobronnych celem zrzeszenia tychże. No i wtedy się zaczęło, jak to w Polszcze. Jeśli jakiś dziwak myśli może naiwnie, że w tej sprawie – no bo w jakiej innej? - musi wszystkim chodzić o to samo (o bezpieczeństwo państwa i jego obywateli na przykład?), to się myli. 

Do Federacji weszła organizacja FIA (Fideles et Instructi Armis), której prezes ma taką właściwość, że wypowiada zdania z prędkością karabinu (nomen omen) maszynowego oraz zażywa tabakę, zapijając ją czarną kawą. Ale już ObronaNarodowa.pl. ostro skrytykowała pomysł MON i odmówiła akcesu. – To łopata zamiast karabinu – powiedział prezes tejże, o którego cechach osobowych nic mi, niestety, nie wiadomo. W październiku członkowie ON.pl mają zamiar zorganizować w Siedlcach własne ćwiczenia paramilitarne. 

I tak dalej. 

W tej sytuacji, chlebożerco nieuzbrojony, cywilny, trzymaj się tego, co pewne. Zapewniamy, że twoja składka nie wzrośnie, nawet jeśli nie umrzesz od razu. 


**********************************************************