piątek, 26 czerwca 2015

Nie sam chleb żuje człowiek

**********************************************************

Babcia zadaje mi czasem zaskakujące pytania, jak ostatnio: czy umiem modlić się na różańcu? No nie sądzę, niespecjalnie raczej, nie pamiętam, a dlaczego babcia pyta? Bo szukałam wsuwki, babcia na to, i znalazłam przy okazji w filiżance ten różaniec, taki, co mamusia moja jeszcze na nim modliła się, pokazuje mi masywny sznur z ciemnobrązowymi koralikami. 

Babcia ma taki zwyczaj, że wrzuca różne detale typu spinki, zapinki, guziki, koraliki, gwoździki itp. do filiżanek stojących w funkcji dekoracyjnej za szybą starej witrynki, a potem przegrzebuje te swoje skarby w razie nagłej i nietypowej potrzeby, często zresztą ratując sytuację, długo by o tym mówić. 

A pamiętasz w co byłaś ubrana, jak wracaliście w czterdziestym piątym do rodzinnego domu, z którego została de facto jedna ściana? Miałaś buty? Odwdzięczam się tym razem pytaniem za pytanie, ale babcia zbywa mnie jak zwykle UNRRĄ i ogólnikami, nie chce mówić. 

Pokazuję palcem makabryczne powojenne zdjęcie Korsykanki z ogoloną głową, nagiej, zapłakanej, poniżanej rytualnie przez sąsiadów, karzących ją w ten sposób za zadawanie się z niemieckimi żołnierzami, „odzyskujących jej ciało dla Francji”.
„Z dużym zadowoleniem przyglądano się grupie ogolonych kobiet, mających tabliczki na szyjach, które gołymi rękami napełniały w pośpiechu kubły końskim łajnem. Kiedy kubeł był pełny, przewracano go kopniakiem i cały proces zaczynał się od początku. Było jasne, że miejscowe kobiety nadal odgrywają się na dziewczynach, które się oddawały niemieckim żołnierzom.”
W dziesiątkach miasteczek kobiety były zmuszone przechodzić tę ciężką próbę częściowo albo kompletnie nagie.
(cyt. za Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej, Keith Lowe) 
I żebyśmy nie zapomniały kupić truskawek, babcia szarpie mnie lekko za rękaw, trzeba się najeść póki są, słyszysz? Słyszę, i zamykam książkę, nie denerwuj się, nie zapomnimy.

**********************************************************

wtorek, 23 czerwca 2015

Nie ma nic naturalniejszego niż przemoc *

**********************************************************

Przed tronami zwierząt stali pokornie ludzie, oczekując wyroku – widzicie to? bo ja widzę, ale oryginalnie to jest wizja Eliasa Canettiego, który twierdził też, że w historii zdecydowanie za mało mówi się o zwierzętach. 

Zgadzając się z nim w pełni, nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam wreszcie pionierską w tym obszarze książkę Érica Barataya pod mówiącym wszystko tytułem Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii, w której autor podejmuje próbę popatrzenia na historię świata z uprawnionej perspektywy zwierząt, partycypujących w niej w końcu bez wątpienia i wprzęganych na przestrzeni wieków coraz bardziej, coraz beznadziejniej w ludzkie sprawki, ludzkie barbarzyństwa, odzieranych z respektu, używanych do pracy i rozrywki, a także w celach spożywczych, wykorzystywanych w ludzkich wojnach. 

Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiło na mnie jedno z wojennych wspomnień Ryszarda Kapuścińskiego z Buszu po polsku, po przeczytaniu którego John Updike napisał do autora, że dopiero teraz rozumie znaczenie figury konia w Guernice Picassa: 
„Mam siedem lat (…) Jest noc i chce mi się spać, ale nie wolno mi spać, musimy iść, musimy uciekać. (…) Mijamy pobojowiska zasłane porzuconym sprzętem, zbombardowane stacje kolejowe, przewrócone na bok samochody. (…) Wszędzie napotykamy trupy koni. (..) Na każdym kroku martwe konie, to wprost na drodze, to obok w rowie, to gdzieś dalej w polu. Leżą z nogami uniesionymi do góry, kopytami wygrażają światu. Nigdzie nie widzę zabitych ludzi, bo tych grzebią szybko, tylko trupy koni karych, gniadych, srokatych, cisawych, jakby to była wojna nie ludzi, a koni…" 
Świat jako wytwór ludzki zasługuje raczej na potop, a nie na nową historię, czy nie tak? 
„Boże Wszechmogący, ześlij deszcz, potężny deszcz, taki, który jeszcze nigdy nie padał, deszcz jak bombardowanie, deszcz jak nalot. Ześlij deszcz i zatop to miasto. Zrób to szybko, zanim ktokolwiek zdąży zareagować. Zanim włączą się alarmy.” 
To modlitwa bohatera powieści Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka, nienaznaczonego biograficznie żadną wojną w sensie militarnym, naznaczonego za to doświadczeniem przemocy w sensie ludzkim, w tym także ojcowskim, która jawi mu się jako siła panująca nad miastem i światem, sprawcza moc. 

Żulczyk to nie Smarzowski, choć tworzy konsekwentny i malowniczy obraz miasta złego, a Smarzowskim nie jest, bo dopuszcza jednak do pęknięcia - daje bohatera, który będąc w jakimś sensie Don Kichotem, jest sugestią, że istnieje gdzieś być może inny real. 

Żulczyk stworzył moralitet. Wołając o potop, znalazł sens w napisaniu jeszcze jednej ludzkiej historii.

________________________________________________________
* Jakub Żulczyk, Ślepnąc od świateł, Świat Książki

**********************************************************

czwartek, 11 czerwca 2015

Wąż ogrodowy skręcający się

**********************************************************

Paolo Sorrentino rozbija się już po świecie z nowym filmem, a ja dopiero teraz obejrzałam Wielkie piękno, jego poprzednie dzieło, którym wymiatał w zeszłym roku na festiwalach, czesząc kolejne nagrody, włącznie z Oscarem za najlepszy nieanglojęzyczny film. 

Czy coś mnie zdziwiło? Całkiem sporo. Oprócz tego, że mu te nagrody przyznawano z taką euforią. Sama bym przyznała. Spodziewałam się innego filmu, też z powodu tych ciągłych porównań do Felliniego, którego zostawmy mimo wszystko w pokoju obok, niech oddycha osobnym powietrzem, a Sorrentino osobnym, o spersonalizowanych jednak proporcjach gazów i aerozoli, jak również głębokości oddechu. 

Bo ten film ma taką właściwość, że zachowuje proporcje pomiędzy kiczem a pięknem, ironią i powagą, między komedią i tragedią, idealne do tego, żeby powiedzieć o życiu coś trafnego, coś prawdziwego. Obraz płynie i nagle w paru miejscach łapie taki czysty, mocny ton, trafiający centralnie w samo sedno, gdzie krzyżuje się linia głowy z linią serca. No sorry, homo sapiens, taka prawda - żeby coś powiedzieć prawdziwego o mnie/o tobie trzeba otrzeć się momentami o klimaty jakby wyjęte żywcem z Paolo Coelho. C'est la vie. Kiczowato się prezentujemy na tle wschodów i zachodów słońca, które nie wyznaczają bynajmniej rytmu naszego dnia. 

„Gram w telewizji, w dwóch filmach. No dobra, w jednym papieża, ale w drugim narkomana, który wychodzi na prostą”. Tak też może wyglądać życie. Witaj w kółku adoracji bycia w Wiecznym Mieście (które jest zresztą także wielkim bohaterem tego filmu), w monstrualnym wężu, pląsającym w rytmie „Far l'Amore” po jego ogrodach. Inna opcja (czy aby realna?) to odlecieć stamtąd jak flamingi, w stronę słońca albo w siną dal. 

Warto się dobrze wyspać, żeby odbyć przytomnie tę hybrydową podróż po duchu oraz ciele, a także zdumiewającym ludzkim umyśle. Zaczynając od takich smaczków, jak dialogi między głównym bohaterem a ogarniętą i zdystansowaną Meksykanką w funkcji gosposi („Niech mnie Dzika obudzi o 16.00”, "Dzisiaj pan jest Dziki"), przez grubą ironię, jak ta w scenie z fabryki piękności, u kultowego botoksiarza w randze guru, konwersującego ze swoimi pokornymi wyznawcami i wyznawczyniami: 
- Jak się masz? 
- Doskonale. Właśnie wróciłam z Indii. Przeszłam tam cudowną biegunkę. Wpadnij na przyjęcie rozwodowe. Będą tancerki z variété. 
- Z przyjemnością. Co chcesz w prezencie? 
- Niech się skończy wojna na Bliskim Wschodzie. 
- Zrobię, co w mojej mocy. 

kończąc na skokach w trudne i nieznane. 

Wszyscy, którzy się urodziliśmy, musimy potem na koniec dokonać tej samej trudnej sztuki, nikt za nas tego nie zrobi. Ale przedtem jest jeszcze życie.


**********************************************************

piątek, 5 czerwca 2015

Bydziesz zarŏski tod *

**********************************************************

Stoję u zegarmistrza, który jest jak wyjęty z klechd domowych albo innych w tym stylu sugestywnych historii, z lupą okularową na opasce opinającej czaszkę obleczoną żółtą skórą, "mistrz zegareczek, suchy człowieczek", parafrazując klasykę, wirtuoz w miniaturze, pomniejszony jeszcze przez nienaturalne wygięcie chorego kręgosłupa.

Stoję u zegarmistrza, bo babcia nie chce słyszeć o kupowaniu baterii do aparatu słuchowego „gdzieś po drodze”. No więc czekam. Przede mną kobieta, powierzywszy mistrzowi swój zegarek, zwraca się teraz do niego ciepłym głosem:

- Pan to zawsze pomoże, coś zaradzi. I tyle kwiatów u pana…

Nie muszę się rozglądać. Ogarniam wszystko wzrokiem bez jednego ruchu gałek ocznych. W miniaturowym zakładzie płożą się, rozrastają, wystrzeliwują w sufit rośliny ciepłolubne, adekwatnie do warunków.

- Ale tej palmie przy panu to coś jest – kontynuuje ona, czuła, ale i czujna, obserwatorka otaczającej rzeczywistości.

- Ano schnie – przyznaje zegarmistrz, nie odrywając lupy od zegarka, przy którym dłubie nadal ze skupieniem. – Faktycznie, coś jej jest. Ziemię może by trzeba wymienić. Jak żona znajdzie chwilę, to się tym zajmie.

- Albo panu coś jest, a nie palmie – pańcia na to nagle z grubej rury, ku mojemu jednak zaskoczeniu, tak że kaszlę nawet nerwowo. – Bo jak choroba w domu, to kwiatki to wyczują, proszę pana, jak nic wyczują. Mój mąż na przykład, proszę pana, to sobie uwielbiał, wie pan, pasjansa postawić. Na okrągło przy stoliku siedział i karty układał, a przy tym stoliku stała palma, wie pan, wielka taka, od zawsze tam stała. Aż tu nagle, proszę pana, nie wiadomo z jakiego powodu, coś tej palmie zaczęło się dziać, liście zaczęły obsychać. Czego myśmy nie robili, proszę pana, żeby ją jakoś ratować, ale nic nie działało, dalej schła. Aż mąż umarł, wtedy nagle, proszę pana, palma prawie z dnia na dzień odżyła, przestała gubić liście, odetchnęła. Bo to mąż był, proszę pana, chory i przez niego właśnie ta palma usychała.

Staram się nie spoglądać w oczy zegarmistrzowi, który na okaz zdrowia nie wygląda, nawet na ćwierć okazu, i mam wielką ochotę kopnąć pańcię delikatnie w kostkę, ale już widzę po oczach, że mogę sobie ją kopać do upojenia raczej, pańcia bowiem idzie jak czołg.

I generuje się klimat trochę taki, jak w Drachu Szczepana Twardocha („I już nie ma Dolores Ebersbach, i nie ma Reinholda Ebersbacha, i nie ma Caroline Ebersbach, a kiedyś byli, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo teraz już ich zupełnie nie ma.”). 

Skoro o Drachu mowa, to dodam przy okazji, że już teraz rozumiem, jakim cudem uniknął autor potencjalnego chaosu, który mógł powstać w głowach czytelników jego powieści pod wpływem metodycznego mieszania w toku narracji różnych płaszczyzn czasowych i biograficznych, ciągłego przeplatania różnych sekwencji zdarzeń, pochodzących z różnych życiorysów, różnych momentów w historii, różnych miejsc, a to wszystko na poziomie akapitów, nawet zdań. Na przestrzeni jednego zdania wykonywany jest czasem skok przez kilka generacji, co jest możliwe dlatego, że narrator powieści – ziemia – jest jak bóg, stoi ponad czasem, „widzi wszystko” i widzi to „wszystko” równocześnie. Jeszcze szerzej niż Jenta u Olgi Tokarczuk, choć tam perspektywa jest z góry, tutaj z dołu. 

A ja widzę również całkiem jasno, choć niekoniecznie w zachwyceniu, że tajemnica tego cudu "orientacji" pomimo splątania tkwi zwyczajnie w prostym powtórzeniu, które jest tu konstrukcyjną zasadą. Nie zadałam sobie wprawdzie trudu policzenia występujących w Drachu oryginalnych (unikalnych) zdań. Ale na pewno jest to pula, którą się w toku powieści wielokrotnie obraca. Prawie każde z wymyślonych tutaj zdań wraca potem co najmniej kilkakrotnie. Tak czy siak, namolna refreniczność lub mantryczność, może tak ktoś woli, cechująca narrację Twardocha, powoduje, że losy bohaterów, że zdarzenia zachodzące w ich biografiach, a także powiązane z nimi miejsca, już mniej więcej od połowy książki znamy na pamięć. O chaosie można pomarzyć.

Cykl nadrzędny i porządkujący też jest jeden, wszechogarniający, znany skądinąd: z prochu powstaliśmy, w proch się obrócimy; to jest prawda, która nie zawodzi w skali mikro ani w skali makro, o czym mówi między innymi poniższy fragment: 
„Ciało Nikodema Gemandera należy do Nikodema Gemandera. Ciało ojca Stanisława Gemandera należy do Stanisława Gemandera, kiedy pochyla sześćdziesięciosiedmioletni grzbiet nad szpadlem, którym zdziera darń dookoła miłorzębu górującego nad jego ogrodem. Ciało miłorzębu należy do miłorzębu. Ciało ojca Stanisława Gemandera, Joachima, należy do mnie, bo w 1951 roku we mnie je złożono wraz z umierającymi z nim bakteriami Clostridium tetani, i Stanisław to widział, ale bardzo starannie zapomniał, a to dalej jest w jego głowie, ciało ojca na szpitalnym łóżku w łuk wygięte. Clostridium tetani w krwi Joachima Gemandera. Ich maleńkie prokariotyczne ciałka rozpuszczają się we mnie tak samo jak wasze. I już się wszystkie rozpuściły, miriady ciałek Clostridium tetani w ciele Joachima Gemandera jak miriady małych białkowych prostopadłościennych wagoników i inne małe ciałka prokariotyczne w nim, więcej w nim tych ciałek niż eukariotycznych komórek samego Gemandera, chociaż gotów jestem przystać na to, że ciałka prokariotów w ciele Joachima Gemandera są ciałem Joachima Gemandera tak samo jak eukariotyczne komórki Joachima Gemandera i ich prokariotyczne mitochondria – czy jak tam wolicie sobie tłumaczyć ten prosty fakt, że jesteście ziemią, z ziemi się rodzicie i do ziemi wracacie, mną jesteście, ze mnie się rodzicie i do mnie wracacie.”
Szczepan Twardoch, Drach, WL 2014

________________________________________________________
* Szczepan Twardoch, Drach, Wydawnictwo Literackie

**********************************************************

poniedziałek, 4 maja 2015

Dołóżmy ludzkości en bloc

**********************************************************

Myślę sobie, że nie jest tak źle, skoro babci się mylą esesmani z esemesami i chichocze, jak sobie przypomni o sąsiedzie, który za okupacji na wieść o tym, że jadą Niemcy, przebrał się błyskawicznie w damskie ciuszki, przekonany, że będą jak zwykle zgarniać mężczyzn, ale przekombinował niestety, bo tym razem, jak się okazało, Niemcy przyjechali po kobiety, które były im pilnie potrzebne do jakichś robót polowych typu wykopki. 

A jednocześnie wiem przecież, że ten babciny chichot nie ma żadnego znaczenia w gruncie rzeczy. Bo nawet jeśli to prawda, że wszystkie nasze wspomnienia stają się jak te laski z różnych dziwnych programów o rozrywkowym profilu - z odcinka na odcinek coraz mniej podobne do siebie w punkcie wyjścia, tak zaawansowanej obróbce stylizacyjnej są poddawane w celu jeszcze intensywniejszego wylaszczenia, i mniejsza o wiarygodność, no więc nawet jeśli z pamięcią jest podobnie, to jednak są obszary, których taka manipulacja się nie ima. Gdzie wyobraźnia wymięka, a narzędzia wypadają z rąk. Dlatego babcia może sobie chichotać do rozpuku, aż do pierwszej czkawki przy tych swoich hardkorowych lapsusach, a ja i tak nie wezmę tego za dobrą monetę. Gdyż posiadam pewien zasób wiedzy i z historii, i z literatury. 

A ostatnio - gdyż doładowałam zasób ów ciężką jak ołów książką Mała zagłada Anny Janko, o której już wspominałam w trybie teoretycznym, a która okazała się w praktyce rozpisanym na 250 stron tekstu logicznym i detalicznym sądowym przewodem, oskarżającym ludzkość o to, że jako zbiorowość jest pielęgniarzem wojny najtroskliwszym z troskliwych, dzięki któremu wojna zmienia tylko mundury, ma wyjazdowe sesje w różnych krajach i nie umiera nigdy. Jesteśmy jako gatunek mordercami. 

Więc nie chodzi tylko o Niemców 1939-1945 i nie tylko o Zamojszczyznę, choć o to głównie. Nie bez powodu autorka przy pisaniu Małej zagłady korzystała zarówno z takich tytułów, jak: Sochy dawniej i dziś oraz Zamojszczyzna. Wysiedlenia i deportacje 1939-1945. Obóz w Zwierzyńcu Władysława Sitkowskiego, ale też z opracowań o szerszym spektrum, takich jak: Wiek ludobójstwa Daniela Jonaha Goldhagena, Ludobójstwo w XX wieku Manusa Midlarsky'ego czy Efekt Lucyfera Philipa Zimbardo, jak również z wielu filmów. 
"No tak, ale ulżyjmy na chwilę tym Niemcom. Rosjanie też się dorobili potężnego zbrodniczego archiwum. I Turcy, którzy w 1915 roku doprowadzili do śmierci półtora miliona Ormian, I Chiny Mao Zedonga, i Kambodża Pol Pota – można wskazywać to tu, to tam na krwawej mapie dwudziestego wieku.
Dołóżmy ludzkości en bloc, człowiekowi jako przedstawicielowi gatunku istot morderczych. Widziałam film zrobiony ukrytą kamerą na farmie lisów. Współczesny film, z ostatnich lat. W jednej ze scen pracownicy tej farmy (oprawcy, tu także w sensie dosłownym) z żywego lisa zdejmują skórę. Przez głowę zdejmują, jak sweter z golfem, z żywego lisa. Żywego. To był dwugodzinny film zrobiony w rozmaitych farmach, fermach, ubojniach i rzeźniach w różnych krajach, a ta scena była jedną z mnóstwa podobnych, przekraczających moja wyporność psychiczną. Nigdy nic straszniejszego nie widziałam.
No tak, nie byłam na wojnie. Ale to jest właśnie wojna. Wojna stuletnia, tysiącletnia, jaką człowiek prowadzi z przyrodą, stawiając siebie naprzeciwko, a dokładnie – ponad.”
Anna Janko, Mała zagłada, WL 2014 
Strzeżmy się więc samych siebie.


**********************************************************

wtorek, 21 kwietnia 2015

Wpis, w którym nikt nie dotyka węzła fontazia pod szyją i nie prostuje się

**********************************************************

Jest więc tak: 

Jakub prosi ojca, by pozwolił mu zająć garaż na potrzeby warsztatu. Zygmunt w końcu się zgadza, ale wtedy swój sprzeciw zgłasza Zofia. Tomasz wypytuje Janusza o siostrę. 

To autentyczne streszczenie przeciętnego odcinka przeciętnego polskiego serialu (imiona tylko zmieniłam dla niepoznaki), a jego poziom abstrakcji jest w pełni kompatybilny z tym, co widzimy następnie na ekranie. Ciekawe, czy ktoś ma problem, żeby sobie odpuścić wejście w taką historię. Ktoś go ma? 

A teraz inny autentyk: 

Gascoigne znajduje wspólny język z Francisem Carverem, Sook Yongsheng działa na podstawie fałszywego wrażenia, a Quee Long daje mścicielowi pewną radę. 

Tak wygląda streszczenie przeciętnego rozdziału nowozelandzkiej powieści Wszystko, co lśni, porównywanej do serialu, napisanej przez Eleanor Catton, i jego poziom abstrakcji jest w pełni kompatybilny z tym, co czytamy następnie na permanentnym wdechu, w imię niezawalenia terminu wtajemniczenia w dalsze losy bohaterów książki (który jest zawsze ASAP, czyli JUŻ) zawalając terminy własne. I wiadomo, że mowa tu raczej o jakości klasy Breaking Bad albo True Detective itp., uściślając serialowe analogie. 

Skąd się bierze ta radość czytania pompowana przez Wszystko, co lśni w stanie czystym wprost do naszych czaszek oraz serc? Jest taki meta-dialog rozpisany na dwie postaci w tej powieści (jedna z nich to „postać planetarna”), które - spotkawszy się przypadkowo, mając przed sobą długi marsz i idąc w tym samym kierunku - postanawiają iść razem, a po wstępnych gadkach-szmatkach jedna mówi do drugiej tak: 
- A może poopowiadamy o sobie? Dzięki temu droga wyda nam się trochę krótsza.
- O sobie? To znaczy o naszym życiu?
- Tak… Ale możesz mi też opowiadać historie zasłyszane albo co tylko chcesz.
- Dobrze – odpowiedział nieco sztywno Moody. – Chcesz być pierwszy czy to ja mam zacząć?
- Ty bądź pierwszy – zdecydował Paddy Ryan. - Podaruj nam jakąś opowieść i zacznij ją snuć, żebyśmy zapomnieli o zmęczonych nogach i o tym, że idziemy.
Moody milczał przez chwilę, zastanawiając się, jak powinien rozpocząć.
- Próbuję się zdecydować, czy mówić całą prawdę, czy tylko prawdę – odrzekł po chwili. - Obawiam się bowiem, że w mojej opowieści nie uda mi się zawrzeć ich obu.
- Ejże… Prawdy nie potrzeba nam wcale – rzekł Paddy Ryan. – Czy ktoś coś mówił o prawdzie? W tym kraju jesteś wolny Walterze Moody. Możesz mi opowiadać takie banialuki, jakie tylko chcesz, a jeśli uda ci się je dociągnąć do rozstaju dróg w Kumara, to uznam, że wysłuchałem wspaniałej opowieści.
Eleanor Catton, Wszystko, co lśni, WL 2014 

Nie pamiętam, kiedy był ten rozstaj.


**********************************************************

piątek, 10 kwietnia 2015

Widziałam wiele mórz*

**********************************************************

„Przyrodnik najpierw charczy, potem długo i boleśnie odchrząkuje, a mnie przypomina się Czarodziejska góra, byłby niezłym pacjentem i mógłby dostarczyć muzycznego podkładu. Niech się pan tak nie opiera, powiedziałby mu okrutny doktor w odpowiednim czasie, chociaż kto wie, może Przyrodnik z Nuwara Eliya przechytrzyłby kostuchę miksturą z arambelli i lokalnych ziół”.
Joanna Bator, Wyspa Łza, Wydawnictwo Znak 

Przeczytałam wreszcie Wyspę Łzę, ale nie bardzo mam ochotę silić się na komentarz. Dlatego wybrałam ten fragment, w którym Joanna Bator odnosi się akurat do Czarodziejskiej góry Tomasza Manna (w książce jest mnóstwo odwołań do najlepszej literatury) i robi to właśnie w sposób, który jest reprezentatywny dla jej książki – mianowicie psując cały efekt, wypłukując przywołany obraz z jego oryginalnej mocy. 

„Niech się pan tak nie opiera”?? „Powiedziałby”?? „Okrutny doktor”?? Smak tej sceny jest również w języku. „Niech się pan z łaski swojej tak nie stawia!” - taką frazę mam w głowie w tym miejscu (za tłumaczem Czarodziejskiej góry, Józefem Kramsztykiem), która za każdym razem wykręca mi nadgarstki jak osice. Behrens wrzasnął tak wtedy, gdy jego podopieczny w decydującym momencie zawalczył dramatycznie i za żadne skarby nie chciał umrzeć, zbłaźnił się w tej ostatniej chwili, zrobił scenę. Wtedy Behrens ryknął, co ryknął, chory ucichł i umarł spokojnie. 

Może to nielogiczne, a jednak melancholia nie kojarzy mi się z rozlazłością. Ze skupieniem raczej. A ten tekst się rozłazi. I rozłazi w przykry sposób. Więc jak dla mnie jest tu jakiś fałsz, który bardzo dobrze pokazuje ta zamiana: „stawiania się” w „opór”, a Behrensa w „okrutnego doktora”. 

Przy okazji - „zarzut okrucieństwa jest zarzutem dość sentymentalnym”. To też z Czarodziejskiej góry.

________________________________________________________
* Joanna Bator, Wyspa Łza, Wydawnictwo Znak

**********************************************************

czwartek, 2 kwietnia 2015

Kotków też chyba jeszcze nie ma

**********************************************************

Pączków nie ma jeszcze na drzewach ani faworków, kiełbasy też zresztą na gałęziach nie uświadczysz, a szkoda, bo nie musiałabym wtedy zadawać się przymilnie z tymi znieczulonymi sado-maso z mięsnego (sado-masarkami), stwardniałymi i oczadziałymi od tego permanentnego nurzania się w oparach poćwiartowanych cieląt, przetworzonych i puszczających soki, do których mnie babcia posyła. 

Baranieję na tę ich biegłość w zwierzęcej anatomii. I już jestem gotowa na rzeź.


**********************************************************

poniedziałek, 30 marca 2015

Serce nie sługa

**********************************************************

To się działo w pewnym dzikim kraju dawno temu, jeszcze zanim się urodziłam: 

Rozpoznanie: stenosis mitralis. Klatkę piersiową otwarto w sposób typowy. Po blokadzie ujścia przeponowego otwarto worek osierdziowy. Założono szew kapciuchowy i klem Satyńskiego na uszko lewe. Nacięto ścianę boczną uszka i wprowadzono palec wskazujący do przedsionka lewego. 
Ujście żylne przepuszcza palec wskazujący, zrośnięte jest w obrębie spoidła przedniego. Palcem nie udało się rozwarstwić zastawki, wobec tego wprowadzono gilotynę i przecięto spoidło przednie, tak że ujście lewe stało się drożne na 2 i pół palca. Uszko zaopatrzono podwójną warstwą szwów. Klatkę piersiową zamknięto w sposób typowy. 

Półtora roku później (nadal mnie nie ma): 

Chory, który w styczniu ubiegłego roku poddany został commissurotomii z powodu zwężenia lewego ujścia żylnego zgłosił się do Kliniki w celu kontrolnego przebadania. Stwierdzono wyrównanie krążenia, znaczną dalszą poprawę stanu chorego – czego wyrazem jest choćby duże zmniejszenie się sylwetki serca w obrazie radiologicznym. Chory zostaje wypisany z Kliniki dla dalszego leczenia sanatoryjnego. Występujące u chorego napady częstoskurczu ponadkomorowego nie stanowią przeciwwskazania do takiego leczenia, a cofają się po zastosowaniu pronestylu. 

A to już dobrze pamiętam: 

Rozpoznanie: Vitium cordis mitrale. Fibrillatio atriorum. Anaemia sideropenica. 
Stosowane leczenie: wykonano wszczepienie sztucznej zastawki serca typu Sorin Nr 29 w pozycję mitralną z powodu restenozy lewego ujścia żylnego. 
Przebieg pooperacyjny powikłany niedokrwistością niedobarwliwą wymagającą substytucji żelazem. Dalsza rehabilitacja wewnątrzszpitalna bez powikłań. 

I nius z wczoraj:

Obejrzałam film Bogowie (wreszcie), z podskórnym oporem (strachem!) przed, z dużym przejęciem w trakcie, na koniec - z wielką ulgą. Nic tu nie jest przereklamowane: ani film, ani Kot, ani scenariusz. Wielki szacun.


**********************************************************

piątek, 27 marca 2015

Jaka to Wielkanoc, jak się przynajmniej karpia nie utłucze?*

**********************************************************

Na seansie były trzy osoby, jedna wyszła po 30 minutach mniej więcej i uważam, że dużo straciła. Bo ten film, definiowany jako demokratyczna składanka krótkich nowel, jednak ewoluuje i narasta, żeby w finale dosłownie rzucić się człowiekowi do gardła, i nie chodzi tylko o użycie Salve Regina Pergolesiego w końcówce, ale o całokształt, który betonuje odbiorcę de facto na sztywno w kinowym fotelu, utrudniając i tak już niełatwe podniesienie się z tego wszystkiego, z czym się zderzył w trakcie seansu. Dziwny jest ten film i dotkliwy, i rozstanie z nim też jest dotkliwe. Jeśli ktoś nie załapał jeszcze - mam na myśli filmowe Sąsiady Grzegorza Królikiewicza (przy okazji – producentem filmu jest Łukasz Barczyk) 

A Sąsiady Adriana Markowskiego, na podstawie których powstał film, to łakomy literacki kąsek, tłusty żer dla niepospolitej wyobraźni. Jak się zabrać za takie pokłady realizmu i surrealizmu, i jak wniknąć w taki stan umysłu, będący odzwierciedleniem absurdalności świata, w którym budzimy się co rano albo nie? Królikiewicz wiedział, co wybiera.

Surrealizm służy w tym filmie paradoksalnie do tego, żeby prawdziwiej, jaskrawiej pokazać ludzką kondycję, hardkorowe oswajanie świata gołymi rękami. Ktoś cię kopie? Ty też będziesz kopał. Proste? Raczej niepojęte. Wszystko jest niepojęte. Bo tak jest.

______________________________________________
* Adrian Markowski, Sąsiady (opowiadanie Wesołych Świąt!)

**********************************************************

czwartek, 26 marca 2015

Warszawa jest miastem spokojnym i wygodnym*

**********************************************************

Jeśli chodzi o daty, to Anka Broniewska miałaby teraz dokładnie tyle lat, co babcia, gdyby nie zasnęła w mieszkaniu na Koszykowej przy zapalonym gazie, mając prawie 25 lat, a było to 1 września 1954, w środę. 

Że była to właśnie środa, obliczyłam, korzystając z tzw. kalendarza stuletniego, opartego na algorytmie Zellera, ale to wyjątkowo, bo na co dzień używam raczej takiego normalnego i raczej w komórce, co nie przeszkadza mi jednak odprawiać rytuału coporannego, ręcznego wyszarpywania kartki z kalendarza ściennego, zrywanego, który był do tej pory najczęściej kalendarzem o profilu „domowym”, np. kulinarnym lub zdrowotnym, aż do teraz, aż to tego roku, kiedy stał się nagle dla odmiany dizajnerskim z lekka Kalendarzem Literackim, otrzymanym w prezencie, który ma całkiem fajną szatę graficzną, ale poza tym został chyba pomyślany jako sposób na codzienne zdziwko (czyli zdziwienie naiwne) zrywającego. 

Poczynając od małego szoku, kiedy człowiek z czasem konstatuje, że ta obiecana literackość ma polegać zasadniczo na tym, że na odwrocie kartki znajduje się kawałek jakiejś (no właśnie: jakiej?) poezji albo prozy, absurdalnie wyrwany z kontekstu, dobrany w trybie random i pochodzący głównie z XVIII lub XIX wieku, kończąc zaś na zdumieniu większego kalibru: że jest to świetny kalendarz dla jakichś błędnych dziwaków, poszukiwaczy Graala lub tym podobnych, poruszających się zasadniczo poza rzeczywistością, której jednym z wymiarów jest czas - kalendarz nie anonsuje bowiem żadnych wydarzeń w roku typu święta lub inne eventy, nie są tu oznaczone ani Boże Narodzenie, ani Wielkanoc, ani Święto Trzeciego Maja, słowem: próżnia. 

Mamy za to wspomniane fragmenty klasycznej literatury, groteskowo wycięte z całości, śmiesznie krótkie, pewnie w trosce o to, żeby nikt nie dostał zadyszki przy czytaniu, pochodzące z różnych utworów, a w zasadzie różnych autorów, ponieważ konsekwentnie nie podaje się tutaj tytułów konkretnych tekstów, z jakich zostały wyrwane te cytaty. Daje to często-gęsto mocno komiczny efekt, bo kiedy czytam na przykład: 
Mówię panu, że ten człowiek wzbogacił mi duszę!
Joseph Conrad 
to wyobrażam sobie, że to sam Joseph Conrad, nie bohater, to powiedział (lub nawet wykrzyczał) i już sobie chichoczę na dzień dobry. 

Jednak jest kalendarz z definicji „spisem dni całego roku, z podziałem na tygodnie i miesiące; też: notesem, broszurą lub plakatem zawierającym taki spis”, więc nie wymagajmy wodotrysków.
Wymagajmy dat – do tego zmierzam. 
Dziś jest dziś. W Kalendarzu Literackim na odwrocie pod dzisiejszą datą wzruszająca apostrofa do ptaszyny, jaskółeczki-polki, wędrowniczki: 
Jaskółeczko z kraju,
Co tam słychać, ptaszę?
Czy tam kują w gaju
Kosy i pałasze?
              Teofil Lenartowicz 
I co widzę? 
Dziś jest poniedziałek. 
Jutro piątek. 
A co w poniedziałek? 

Nie wybiegam. 
Poczekajmy do niedzieli.

________________________________________________________
* Bolesław Prus, Kalendarz Literacki 5.VIII.2015

**********************************************************