środa, 25 lutego 2015

Body of Czeburaszka

**********************************************************

A premiera Ciała Szumowskiej (za które dostała Srebrnego Niedźwiedzia z Berlinie) w polskich kinach dopiero 6 marca. 

Zawsze mnie bardzo śmieszyło określenie cielisty, kojarzyło mi się dosłownie, ale raczej z masą niż z kolorem, to znaczy jako taka mniej więcej arytmetyka: ciało + zwalisty = cielisty, a tymczasem kryje się za nim kolor ultra-subtelny, co za absurd. A teraz myślę sobie, że jest to określenie rasistowskie na dodatek, no bo jeśli cielisty ma oznaczać "mający barwę ciała, bladoróżowy", to to jest w żywe oczy dyskryminacja innych niż biała ras, których cielistość ma zgoła inny odcień. (Przy okazji: sprawdziłam w słowniku i okazuje się, że kiedyś, za górami, za lasami, miało to słowo także 'moje', 'mięsiste' znaczenie: 2. daw. "mający dużo ciała, mięsisty", hehe). Tak czy siak - flakowaty cielisty bawił mnie w pewnym wieku do rozpuku, w całkowitym zresztą przeciwieństwie do cielesnego, który wydawał mi się zawsze fascynująco-bolesny. 

I co jeszcze? Jeszcze czeburaszka. I algorytm. A także pasibrzuch i dziabążek (zdrobnienie od dziabąg), pasikonik, wafel i mastodont. No i wypłosz. 

Więcej nie pamiętam (w tym momencie), te muszą wystarczyć jako body text dla tego posta, który miał być chyba skromnym lajkiem - niecielistym oraz niecielesnym - w odniesieniu do paru wyrazów. Niewymienione przepraszam.



**********************************************************

poniedziałek, 23 lutego 2015

Idzie, Idzie…

**********************************************************

…. i jest! Kolejny dowód na to, że są dziwy na niebie i ziemi, o których się nie śniło postaciom przemądrzałym, ani mądrym nawet w tym przypadku. Nikomu chyba. 

Kiedy byłam na Idzie w zeszłym roku (małe kino, widzów jeszcze mniej), tak około środka seansu, wśród przeraźliwej ciszy, rozległo się nagle niegłośne, ale wyraźne chrapanie, na które zareagował szybko ktoś siedzący obok tego śpioszka. Śpioszkiem była – jak się okazało - starsza pani, która wyrwana nagle z drzemki, wypowiedziała się głośno: Ponury, ponury film… proszę cię, daj mi cukierka. 

Ponury film w holyłudzie to mimo wszystko nie nowina. Ale TAKI ponury film? Sprawdziłam przy okazji, czy Bergman dostał w ogóle jakiegoś Oscara i okazuje się, że tak: za Źródło w 1961. (Potem był nominowany regularnie z każdym prawie kolejnym filmem, ale już bez przesady – więcej nie dostał). 

No w każdym razie - szedł i szedł (a noc była rozległa i odbijała się echem). 

Jezu, jak się cieszę!

**********************************************************

niedziela, 22 lutego 2015

Koronkowym żabotem otarł spoconą twarz

**********************************************************

Ja jak zwykle o literaturze, której trochę było ostatnio w życiu mojem i może czas na małą summę, której potrzeba naszła mnie jakoś nagle i w najmniej odpowiednim momencie, toteż muszę się wziąć niniejszym i uwinąć z nią błyskawicznie (jeśli chcę iść dalej, „aż do końca”). 

Więc kiedy tak skroluję te przeczytane tytuły, polegujące w domu tu i tam, a najczęściej tam (gdzie się znajduje akurat moja nietransparentna osoba), to mi przychodzi do głowy Baron drzewołaz Calvino i to zdanie: „Podobnie jak jego jamnik, tak i Cosimo stanowił jedyny egzemplarz swego gatunku”. Już mówię dlaczego: ponieważ z tego klanu literackiego świetnego (byle czego przecież nie czytam;), w kontekście jednej autorki nie umiem myśleć inaczej niż w kategorii takiej klasy wyjątku. 

Mimo że przy okazji Szumu, który jest koronkową robotą, pozwoliłam sobie (no tak, pozwoliłam) na lekką irytację z pozaliterackich przyczyn (i chodziło o końcówkę książki), mając żal, że w bezwyjściowej sytuacji wprawdzie też chwyciła się autorka desperacko przelatującego akurat balonu (jak Cosimo), a następnie pofrunęła (jak Cosimo) w siną dal, to jednak nie skoczyła w ciemną otchłań (jak Cosimo) morza. Poleciała do nieba. Ale mnie w końcu nic do tego. 
"- Wiem, że jeżeli więcej myślę od innych i tych moich myśli im udzielam, a oni przyjmują, to to jest właśnie rządzenie."
Italo Calvino, Baron drzewołaz, w tłum. Barbary Sieroszewskiej akurat (nie Tulli)
Magdalena Tulli rządzi. 


**********************************************************

poniedziałek, 9 lutego 2015

mając tylko jedno oko, Zły nie zauważył, że przy tej odpowiedzi mrugnęli do siebie znacząco

**********************************************************

Czterdzieści pięć plus osiemnaście daje sześćdziesiąt trzy. I to jest pierwszy pożytek z nadużycia w postaci utożsamienia głównego bohatera powieści Przejechał cyrk (Jean, l.18) z jej autorem (Patrick Modiano, ur. 1945) – nabieramy orientacji w czasie, bo to nie jest jasno powiedziane, kiedy dzieje się akcja tej książki. Wiemy gdzie i wiemy, że bohater (i narrator w jednej osobie) wyławia całą zawartość opowiadanej historii z tego, co ma w pamięci, patrzy wstecz. I taką perspektywę - kameralną i retrospektywną - dostajemy. A razem w nią klimat charakterystycznej nostalgii, łagodności:

„Dziś, kiedy usiłuję sobie przypomnieć tamten wieczór, widzę dwie sylwetki z psem idące w górę ulicy.” 

Potem, w miarę czytania, zmienia się sytuacja: dezorientacja w czasie jest już nieaktualna, bo dostajemy raz po raz całkiem wyraźne wskazówki, jak to osadzić w historii bardziej uniwersalnej, przemyca się je dla nas w toku kryminalnej prawie narracji, i może wolelibyśmy nawet ich nie dostać: 
 „Uchyliłem okno. Przez moment panowała zupełna cisza, zapewne taka sama, jak w czasie okupacji, gdy mój ojciec wsłuchiwał się w nią wieczorami, stojąc przy tym samym oknie". 
 „Pewnego wieczoru, w tym samym miejscu i o tej samej porze podczas okupacji, mój ojciec odebrał podobny telefon. Nikt nie odpowiadał. Dzwonił z pewnością taki sam człowiek jak ten, łysiejący szatyn w jasnobrązowym płaszczu należący do służb specjalnych zajmujących się tropieniem ukrywających się Żydów”.
 „Wyobraziłem sobie mężczyznę w jasnobrązowym płaszczu, jak dzwoni do drzwi mieszkania przy boulevard Conti. Przychodzi po nas wczesnym rankiem, tak samo jak przychodził po mojego ojca przed dwudziestoma laty i jak będzie przychodził przez całą wieczność. Ale nigdy nas nie dostanie”.
Patrick Modiano, Przejechał cyrk, PIW 
 Georges Perec mnie zaciekawił. Podobnie Patrick Modiano, mimo Nobla. 


**********************************************************

niedziela, 8 lutego 2015

i nie rozdziawiaj tak ust, wyglądasz jak debil *

**********************************************************

- Jak to właściwie było? - spytałem. – To znaczy w czasie wojny. 
- No, prawie tak jak zwykle. Trochę trudniej zdobywało się żywność, ale niewiele się zmieniło. Niemcy byli zwykłymi ludźmi, takimi jak my. Z niektórymi poznaliśmy się bliżej. Wybraliśmy się nawet do nich w odwiedziny po wojnie. 
- Do Niemiec? 
- Tak, tak. A kiedy musieli stąd wyjechać w maju czterdziestego piątego roku, zadzwonili i powiedzieli, że jeśli chcemy, możemy wziąć sobie różne rzeczy, które zostawiają. Oddali nam najlepsze trunki. I radio. I wiele innych rzeczy. 
O tym, że dostawali prezenty od Niemców przed kapitulacją, słyszałem. Ale wtedy Niemcy przychodzili do nich do domu. 
- Zostawili te rzeczy? A gdzie? 
- W takim jednym miejscu, na usypisku kamieni – wyjaśniła babcia. – Zadzwonili i wytłumaczyli nam dokładnie, gdzie mamy szukać. Poszliśmy tam wieczorem i rzeczywiście leżały, tak jak mówili. Byli bardzo życzliwi, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. 
To znaczy, że babcia i dziadek wspinali się po usypisku kamieni w majowy wieczór w czterdziestym piątym, szukając trunków zostawionych przez Niemców?
Karl Ove Knausgård, Moja walka. Księga pierwsza, Wydawnictwo Literackie
Tak pisarz, Karl Ove Knausgård, mierzy się ze świadomością, że jego babcia i dziadek musieli się gramolić gdzieś pod górkę (wprawdzie byli wtedy całkiem młodzi), żeby odebrać frykasy pozostawione dla nich przez wojennych okupantów, którzy kończyli misję. Rzecz dzieje się w Norwegii. Traumy brak. A powieść Moja walka jest o wojnie, ale nie o takiej, i dlatego pojęcie esesman nie pasuje tu w żadnym wymiarze, ani ścisłym, ani metaforycznym, choć postacią centralną opowieści jest syn babci, ojciec Karla Ove, też oprawca, wypełniony śmiechem i pogardą, cumulonimbus gigant, determinujący aurę, w jakiej dorastali jego synowie. „Od wielu lat usiłowałem pisać o ojcu, ale mi to nie wychodziło, z całą pewnością dlatego, że temat był zbyt bliski mojego życia i nie dawał się tak łatwo ująć w inną formę, która jest przecież warunkiem literatury” - pisze Knausgård. 

Więc wymykał się ujęciu trudny temat, nie pozwalał ugryźć się w żaden sposób, aż wreszcie wpadł na pomysł bystry Norweg, wyedukowany Norweg, że wyrzuci z siebie wszystko, literalnie, cały mix, co mu się bełta w głowie, a także w sercu i uczynkach - uzewnętrzni - co przełożyło się wydawniczo na sześć tomów najnowszego dzieła (w Polsce wyszedł pierwszy póki co).
„Nagły wstyd był w moim dzieciństwie jedynym uczuciem, jakie pod względem intensywności mogło się mierzyć ze strachem, oczywiście obok nagłej wściekłości, a wszystkie te trzy emocje łączyło to, że w nich ginąłem".
Karl Ove Knausgård, Moja walka. Księga pierwsza, Wydawnictwo Literackie
Dzieci o rodzicach. Karl Ove Knausgård o ojcu. Magdalena Tulli o matce. Forma Tulli to szczupłość i zwięzłość. Knausgård za to rozwiązuje język, płynie rzeką od dna do powierzchni, wzdłuż i wszerz, najczęściej po przekątnej, ale to nie jest wyprawa w poszukiwaniu straconego czasu. 


___________________________________________________________________
* Karl Ove Knausgård, Moja walka. Księga pierwsza, Wydawnictwo Literackie


**********************************************************

wtorek, 3 lutego 2015

Z przodu stała, jak Bozia dawała* (a raczej: z przodu stał)

**********************************************************

Babci działa na wyobraźnię olej z wątroby rekina reklamowany namolnie. Rekina? dziwi się babcia i widzi oczyma duszy krąg oprawców ze scyzorykami, rzucających się na biedną rybę i wyrzynających ten narząd z jej przepastnego organizmu, a następnie wyduszających z niego olej do słoika po ogórkach konserwowych. 

Może jednak ja to widzę? 

Skoro o zbrodniach mowa i o oprawcach – spóźniłam się niestety lub może Borys Lankosz się pospieszył, w każdym razie postanowiłam przeczytać wreszcie któregoś "Szackiego”, tzn. jeden z kryminałów Zygmunta Miłoszewskiego ze słynnym śledczym w roli głównej, a konkretnie Gniew, czyli ostatni tom z tej serii, no i co? Przez cały czas widziałam Roberta Więckiewicza, mimo że z Ziarna prawdy obejrzałam tylko zwiastun. Wystarczyło. Więc Więckiewicz mi zagarnął postać i nie dowiem się nigdy, niestety, jak wyglądałby mój własny prokurator, sprzed obrazka.

A kryminał jest rasowy. Szacki ludzki (Homo sum et nihil humanum…).

No i jeszcze te nazwiska, hehe, dobierane z wyraźną lubością, doskonale wykorzystane: Jan Paweł Bierut, Ludwik Frankenstein (Collegium Anatomicum oczywiście), Myślimir Szcząchor, Alicja Jagiełło, Teresa Zemsta, Edmund Falk, Tadeusz Smaczek, nie mówiąc o samym głównym Teo/Teddym, czyli Teodorze. Teodorze-prokuratorze. Szackim. 

a to nie Robert Więckiewicz, tylko autor
___________________________________________________________________
* Zygmunt Młoszewski,Gniew

 **********************************************************

sobota, 31 stycznia 2015

Homo patiens

**********************************************************

Anna Janko prowokuje celnie, stosując w Małej zagładzie, opowiadającej o masakrze dokonanej przez Niemców w 1943 roku we wsi Sochy na Zamojszczyźnie, chwyt z „olimpiadą prześladowań”, znany skądinąd, kiedy mówi do swojej matki, która przeżyła cudem ów armagedon jako 9-letnia dziewczynka, że nie miała tak najgorzej, bo doświadczyła „tylko” zabijania i podpalania, bez znęcania się, maltretowania, bez gwałcenia, ot, wybito na jej oczach metodycznie wszystkich ludzi, których dobrze znała, plus rodziców, plus spalono wszystkie domy. 

Ulegając tej prowokacji i stosując powyższy ranking, mamy podstawy przypuszczać, że czegoś jeszcze gorszego doświadczyła w tym samym czasie matka innej pisarki, Magdaleny Tulli, jako małoletnia więźniarka kilku obozów koncentracyjnych. Oraz także, że czegoś bardzo złego (gdzie to umieścić w tej skali?) doświadczyła w związku z traumą matki również sama Magdalena Tulli, choć matka urodziła ją przecież ładnych parę lat po tym wojennym koszmarze, o czym możemy przeczytać w powieści Szum. 

Nie mam zbyt wielkiej ochoty ustawiać się w pozycji „historycznej” w kontekście obu książek (Anny Janko jeszcze nie czytałam), a tym bardziej wchodzić w takie tryby, które wymuszą myślenie w zbiorowych kategoriach „posttraumowych” lub tzw. „traumy drugiego pokolenia”, pojęć, robiących ostatnio dużą karierę, które oby nie skończyły jak „Holocaust”. Nie da się jednak ukryć, że obie te pisarki pokolenie posttraumowe reprezentują. 

„Żadne zwierzę nie jest stworzone do znoszenia upokorzeń” – to mądre spostrzeżenie lisa, przyjaciela głównej bohaterki Szumu Magdaleny Tulli, który jest szczery i bezpretensjonalny („Ja bym się do niej nie zbliżał’, radzi swej przyjaciółce w kontekście wroga, „siedziałbym w krzakach, póki sobie nie pójdzie”), ale tylko do momentu, kiedy staje się "sędzią najniższym", wtedy zaczyna mówić językiem terapeuty, słusznym („To wszystko rodzina”) i już trudniej mu uwierzyć. Taki ma kierunek ta książka. Szum mnie trochę rozczarował. 


**********************************************************

czwartek, 29 stycznia 2015

Kto im dał skrzydła

**********************************************************

- Gołębie się ucieszą – mówi babcia jak zwykle, wręczając mi torebkę wypełnioną suchym chlebem, a ja się gryzę w język, żeby się nie podzielić swym wrednym sceptycyzmem w kwestii atrakcyjności tego posiłku, jak również wydolności emocjonalnej naszych skrzydlatych braci oraz sióstr (w skojarzenia się nie wtrącam, jeśli komuś zaraz po „skrzydlate” wchodzą gładko na ten przykład „świnie”, jego sprawa). 

Babcia zasypia potem z kategorycznym poczuciem dobrze wypełnionego moralnego imperatywu, a ja od kiedy obejrzałam Ghost Doga Jima Jarmuscha (ze sto razy), mam dla gołębi respekt całkiem innego rodzaju niż w stosunku do reszty ptaków (co nie znaczy wcale, że większy, tylko inny, napędzany siłą Jarmuschowego obrazu, a zwłaszcza paru scen), więc już od dawna jestem o wiele bardziej powściągliwa w wyrażaniu okołogołębich ekscytacji, włącznie z sytuacjami o charakterze ekstremalnym, jak okizdranie na Plantach wyjściowej marynarki. Niech im świeci. 



**********************************************************

niedziela, 25 stycznia 2015

Świat jest dziwny… Co ty powiesz? *

**********************************************************

Wszystko wskazuje na to - życie na to wskazuje i do tego prowadzi umiejętność przytomnej oceny rzeczywistości, tj. realizm - że tak musi przebiegać prawidłowy proces rozwoju świadomości na poziomie społecznym, jak to zaszło w przypadku filozofki Agaty Bielik-Robson: od idealistycznej wiary w demokrację deliberatywną do pełnej rezygnacji nadziei na ratunek w topornym liberalizmie rodem z Thomasa Hobbesa, w którym jako gatunek wypadamy raczej dość ponuro. Agata Bielik-Robson pisze o tym akurat w kontekście niedawnego zamachu na redakcję „Charlie Hebdo”. 

Ale o tym jest też w pewnym sensie cała książka Baracka Obamy (Dreams from My Father. A story of Race and Inheritance), który wchodzi na tę samą ścieżkę – nieuchronną ścieżkę wątpliwości - zwłaszcza wtedy, kiedy jako działacz społeczny zaczyna na każdym kroku zderzać się z twardymi realiami. I nie tylko realiami zresztą, bo z duchami (przeszłości) też. 

Od ludzi, których określa jako żyjących w świecie jakby żywcem wyjętym właśnie "z filozoficznych pism Thomasa Hobbesa, gdzie brak zaufania jest oczywistością, zaś lojalność dotyczy przede wszystkim rodziny, a w dalszym ciągu sięga meczetu oraz czarnej społeczności i ani kroku dalej”*, dostaje permanentnie zajadłe lekcje: 

„- Ja ci powiem, że jedną rzecz w białych podziwiam – ciągnął Rafiq. – Oni wiedzą kim są. Popatrz na takich Włochów. Jak tu przyjechali, mieli gdzieś amerykański sztandar i całą resztę. Od razu założyli mafię, żeby zatroszczyć się o własne interesy. Irlandczycy przejęli ratusz i poznajdowali posadki dla swoich. To samo Żydzi… chcesz mi może powiedzieć, że ich bardziej obchodzi jakiś czarny chłopak z naszej dzielnicy niż właśni krewni w Izraelu? Gówno prawda. To są więzy krwi, Barack, każdy troszczy się o swoich. Kropka. Tylko czarni są tacy głupi, żeby się troszczyć o własnych wrogów”.*

Coraz bardziej trudne i bolesne staje się dla niego własne credo:

„- Jako czarni mamy prawo mówić naszemu krajowi, co jest z nim nie tak – mówiłem samemu sobie i tym czarnym znajomym, którzy chcieli mnie słuchać – nie tracąc zarazem wiary w jego zdolność do zmiany”.*

Ciekawe, jaki jest w tej chwili stan umysłu Baracka Obamy.

zaokienna demokracja deliberatywna w wydaniu kruczym
___________________________________________________________________
* Barack Obama, Dreams from My Father. A story of Race and Inheritance
 
**********************************************************

czwartek, 22 stycznia 2015

State of the Union is strong

**********************************************************

Jest jeszcze taka zaskakująca implikacja lektury Amerykaany, że teraz siedzę i czytam w każdej wolnej minucie Odziedziczone marzenia Baracka Obamy (ang. Dreams from My Father. A story of Race and Inheritance), książkę napisaną przez niego jeszcze zanim stał się postacią powszechnie znaną. Czasem lepiej późno niż wcale. Moja szczera pro-Obamowa orientacja, mając charakter raczej generalny (demokrata, typ intelektualisty, pierwszy Afroamerykanin w takich progach itp.) i naiwny, a także intuicyjny (ujmujący bystrzak) zyskała dodatkowy wymiar, dla idei oczywiście, bo wiadomo, że na nic konkretnego się to nie przełoży przecież. 

Moja wściekła ciekawość tej książki wzięła się dokładnie stąd (chciałam sprawdzić, czy to jednak nie przesada, a teraz podpisuję się, kurczę, pod ostatnim akapitem poniższego kawałka zasadniczo bez modyfikacji, sama nie wyraziłabym tego lepiej):

[dla jasności: miejsce akcji - USA, bohaterka – Nigeryjka Ifemelu i Amerykanim Blaine, czas – prezydencka kampania wyborcza, która zakończyła się w 2008 zwycięstwem Baracka Obamy; rozpadający się związek Ifemelu i Blaine’a spaja jeszcze na chwilę przed końcem wspólna namiętność: Obama] 
  „Z początku, chociaż chciałaby, żeby Ameryka wybrała czarnego człowieka na swojego prezydenta, uważała to za niemożliwe i nie wyobrażała sobie Obamy w roli prezydenta Stanów Zjednoczonych; wydawał się jej zbyt delikatny, zbyt chudy, był człowiekiem, którego pokona byle powiew wiatru. Hillary Clinton była mocniejsza. Ifemelu lubiła oglądać Clinton w telewizji, w kwadratowych spodniumach, z maską determinacji, skrywaną urodą, bo tylko w ten sposób mogła przekonać świat, że się nadaje. Ifemelu ją lubiła. Życzyła jej zwycięstwa, powodzenia, aż do dnia, w którym wzięła książkę Baracka Obamy Odziedziczone marzenia, którą Blaine właśnie skończył czytać i zostawił na półce, z pozaginanymi kilkoma kartkami. Ifemelu wspominała później chwilę, kiedy zdecydowała się ją przeczytać. Żeby zobaczyć. (…) 
  Przeczytanie Odziedziczonych marzeń zajęło jej półtora dnia. Ifemelu wciągnął i poruszył człowiek, którego poznała na stronach książki, intrygujący i inteligentny, dobry człowiek, całkowicie, beznadziejnie, ujmująco ludzki. Przypomniało się jej określenie, którego używał Obinze, mówiąc o ludziach, których lubił: obi ocha – „czyste serce”. Uwierzyła w Baracka Obamę. Kiedy Blaine wrócił do domu, usiadła przy stole jadalnym i patrząc, jak sieka w kuchni świeżą bazylię, odezwała się
- Gdyby tylko człowiek, który napisał tę książkę, mógł zostać prezydentem Ameryki”. 
Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykaana, Zysk i S-ka, 2014


**********************************************************

wtorek, 20 stycznia 2015

Czarni nie cierpieli tak jak Żydzi albo olimpiada prześladowań

**********************************************************

Tak powiedział profesor Hunk (czarny) do innego profesora, Żyda, który przyjechał do Ameryki z jednego z europejskich krajów, gdzie „większość ludzi wypija szklankę antysemityzmu na śniadanie”, kiedy ten wdał się w licytację, kto miał gorzej: „Daj spokój, przecież to nie olimpiada prześladowań”. Rozmawiali o prawach obywatelskich.

O "olimpiadzie prześladowań" mówią mądrzy amerykańscy liberałowie, kiedy chcą, żeby człowiekowi zrobiło się głupio i żeby się zamknął. A jednak Ifemelu, bohaterka powieści pt. Amerykaana, Nigeryjka, która o tym, że jest czarna dowiedziała się, gdy zamieszkała w USA, nie ma nawet cienia wątpliwości: olimpiada prześladowań TRWA. A prezydent Barack Obama jest tylko światełkiem w tunelu. 

Na początek taki „drobiazg”: włosy. Walka z afro, przymus prostowania wielkiego, skręconego halo na głowie przy pomocy hardkorowych preparatów i hardkorowych temperatur, za co płacą strupami na czaszce, bólem. Czarne Amerykanki i nie-Amerykanki chcą wyglądać profesjonalnie, starając się o pracę („poważną”, którą i tak dostają tylko w przypadku protekcji białych), czyli najlepiej z włosami prostymi, a jeśli z kręconymi, to kręconymi jak u białych, w luźne skręty, ewentualnie w spiralki, ale nigdy w afro.  

A teraz dalszy ciąg:
„Nie mówcie: „Mamy dość mówienia o rasie” albo: „Jedyną rasą jest rasa ludzka”. Amerykańscy czarni też mają dość mówienia o rasie. Woleliby, żeby to rasistowskie gówno nigdy się nie zdarzyło. Ale złe rzeczy się zdarzają. (…) Nie mówcie, że wasz dziadek był meksykaninem, więc nie możecie być rasistami. Nie opowiadajcie o cierpieniach waszych irlandzkich pradziadków. Oczywiście zaznali wiele złego od Ameryki. Podobnie jak Włosi. I ludzie z Europy Wschodniej. Ale była hierarchia. Sto lat temu ludzie z białych grup etnicznych nienawidzili tego, że się ich nienawidzi, ale mogli to jakoś znieść, bo przynajmniej czarni stali jeszcze niżej od nich na drabinie społecznej. Nie opowiadajcie, że wasz dziadek był chłopem pańszczyźnianym w Rosji, kiedy na świecie panowało niewolnictwo, ponieważ w tej chwili liczy się, że jesteście Amerykanami, a to znaczy, że jako Amerykanów dotyczy was wszystko, amerykańskie aktywa i amerykańskie długi, a Jim Crow jest jednym wielkim długiem. Nie mówcie, że to jest jak antysemityzm. Nie jest. W nienawiści do Żydów jest też prawdopodobieństwo zazdrości – są tacy mądrzy, ci Żydzi, wszystko kontrolują, ci Żydzi – i nie da się ukryć, że w zawiści jest element, co prawda powściągliwego, ale jednak szacunku. W nienawiści do czarnych Amerykanów nie ma miejsca na zawiść – są tacy leniwi, ci czarni, są tacy nieinteligentni, ci czarni. 
Nie mówcie: „Och, rasizm się skończył, niewolnictwo było dawno temu”. Mówimy o problemach z lat sześćdziesiątych. Kiedy spotkacie starszego amerykańskiego czarnego z Alabamy, zapewne pamięta, jak musiał schodzić z chodnika, kiedy mijał białego. Kiedyś kupiłam na eBayu sukienkę w sklepie Vintage, zrobioną w 1960 roku, w doskonały stanie i często ją noszę. Kiedy nosiła ją pierwotna właścicielka, czarni Amerykanie nie mogli głosować, ponieważ byli czarni. (Może nawet ta pierwotna właścicielka była jedną z tych kobiet ze słynnych fotografii w sepii, która stała w tłumie przed szkołą i krzyczała „małpy” do czarnych dzieci, bo nie chciała, żeby chodziły do szkoły z jej białymi dziećmi. Gdzie teraz są te kobiety? Czy śpią spokojnie? Czy myślą o tym, jak kiedyś krzyczały „małpy”?). Wreszcie nie przybierajcie tonu: „Bądźmy uczciwi” i nie mówcie: „Ale czarni też są rasistami”. Ponieważ oczywiście wszyscy mamy swoje uprzedzenia (nawet ja nie znoszę niektórych swoich krewnych, pazernych, samolubnych ludzi), ale rasizm to władza jednej grupy, a w Ameryce tę władzę mają biali. Dlaczego? Cóż, białych nie traktuje się jak gówno w środowiskach wyższej klasy Afroamerykanów; białym banki nie odmawiają kredytów i hipotek tylko dlatego, że są biali, a czarni sędziowie nie dają wyższych wyroków białym przestępcom za to samo przestępstwo popełnione przez czarnego, a policjanci nie zatrzymują białego tylko dlatego, że siedzi za kierownicą, czarne firmy nie postanawiają kogoś nie zatrudnić dlatego, że nosi białe nazwisko, czarni nauczyciele nie mówią białym dzieciom, że nie są dość bystre, żeby mogły być lekarzami, czarni politycy nie chwytają się różnych sztuczek, żeby zmniejszyć ilość białych głosów, manipulując granicami okręgów wyborczych, agencje reklamowe nie mówią, że nie wolno zatrudniać białych modelek do reklamowania eleganckich produktów, bo są uważane za „nieinspirujące” albo „niemainstreamowe”.”
Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykaana, Zysk i S-ka, 2014 


**********************************************************