niedziela, 29 czerwca 2014

Kiedyś smażył pulardy i gotował rosoły…*

**********************************************************

Dzięki babci, z powodu babci przestałam już zadawać różne kretyńskie pytania („a dlaczego masz takie dziwne uszy?” „żeby cię lepiej słyszeć, drogie dziecię, w którym to celu założyłam sobie aparat słuchowy”, „a dlaczego takie dziwne oczy?”, „bo mam zaćmę”, „a dlaczego ciągle rosół?”, „bo ja lubię, dziecko, dobrze zjeść”, itd.) i stałam się bez trudu specjalistką od rosołu właśnie z przypalaną cebulką, jak również od gulaszu z dużą ilością warzyw, a nawet – idąc za ciosem - zaczęłam nadużywać frazy „rany koguta”, ulubionego babcinego wykrzyknika („to listonosz, rany koguta!, a ja goła") bez odrazy i w adekwatnych sytuacjach, przede wszystkim zaś obejrzałam serial pt. Życie Kamila Kuranta (wyprodukowany w Polsce, w 1982 roku), co było dla mnie odkryciem zarówno literackim (proza Uniłowskiego, na podstawie której powstał świetny scenariusz), jak i filmowym, a najbardziej chyba personalnym, ponieważ już po kwadransie pierwszego odcinka stwierdziłam ze zdziwieniem podszytym fascynacją, że chłopiec, grający tytułową postać Kamila w fazie dzieciństwa, radzi sobie ze swoją rolą w sposób, którego nie zawaham się określić jako wybitny, a zapoznanie się z obsadą potwierdziło moje podejrzenia, że to młody Olaf Lubaszenko („Co za ponury dzieciak!”, mówi o nim z odrazą konkubent matki, i ma rację - to w y b i t n i e ponury dzieciak). Przykuł mnie ten Lubaszenko do poręczy babcinego stołka, gdzie sobie tylko przysiadłam i zostałam już do końca filmu, który osacza i wsysa bez 3D, bez cyfrowej rekonstrukcji, a Lubaszenko-Kurant skupia w sobie jak w mocnej soczewce cały dramat i całą banalność ludzkiej doli, człowieczego losu. I to wszystko bez mrugnięcia okiem. 

Okazuje się, że jako chłopiec zagrał jeszcze Olaf Lubaszenko w Młynie nad Lutynią, drugim odcinku trzyczęściowej serii pt. Trzy młyny, a to jest już Iwaszkiewicz. Przed Młynem nad Lutynią był jeszcze Młyn nad Utratą, przy którego czytaniu (no tak, bo mówię o opowiadaniu, na podstawie którego powstał film) przypomniałam sobie, że Iwaszkiewicz tłumaczył przecież Kierkegaarda i że we wstępie do Bojaźni i drżenia oraz Choroby na śmierć, świetnym zresztą, sugeruje, że to potrzeba wytłumaczenia się przed sobą i przed resztą świata z zerwanych zaręczyn z Reginą Olsen stała finalnym asumptem do podjęcia przez Kierkegaarda zasadniczej filozoficznej twórczości. I to w Młynie… akurat słychać. 

Jak się rodzi u Iwaszkiewicza ten niepokój, który jest istotny, który jest początkiem końca?

"Burza przeszła lekka i krótka, odświeżając tylko powietrze i obmywając liście jabłoni. Przyroda cała odetchnęła głęboko — i po odejściu chmury zajęła się swoimi sprawami ze zdwojoną energią. Ptaki śpiewały wysoko i cisza odeszła. Julek stanął w salonie, znowu z angielskim słowem w ustach:
It was the schooner Hesperus
That sailed the wintry sea...
Patrzył na ogród omyty z kurzu i na pobite róże i kampanule, które podnosiły głowy, w miarę jak wysychały. Zapach bił z otwartego okna. Zarazem w szczęśliwym jego i spokojnym umyśle, w duszy, która Boga posiadła, począł się rodzić pewien zupełnie nieokreślony, ale niedobry niepokój. Nie było w tym nic ważnego ani nic złego, drobne uczucie niewygody, nic więcej. Wzmogło się ono po doskonałym obiedzie, który po powrocie „sklecił naprędce" pan Kletkie. Nawet wydało mu się ono tak zewnętrzne, że przypisał je po prostu przejedzeniu się naleśnikami z gotowanym kremem, który pan Kletkie tak znakomicie przyrządzał. Dla ułatwienia więc funkcyj trawienia poszedł na łąki, do koszących siano. Chciał pomóc robotnikom, ale z kosą „nie miał łatwości", wziął więc grabie i poszedł do bab, które rozrzucały przemoczone nieco burzliwą ulewą kopki. Dopiero teraz uświadomił sobie, że rzeczka, która tymi łąkami przepływała, to Utrata i że łąki tarnickie stanowią dalszy ciąg krzywiźniańskich, które odległym łukiem, omijając suche miejsca Sulistrzyc, ciągną się aż do młynów". 
Jarosław Iwaszkiewicz, Młyn nad Utratą 

A we młynie mieszkała (nomen omen) pani Łowiecka. 


_______________________________________
* Jarosław Iwaszkiewicz, Młyn nad Utratą

**********************************************************

wtorek, 13 maja 2014

Mi też

**********************************************************

To musiał być duży wysiłek dla Ingi Iwasiów - skonstruować taki Notatnik, nadać mu mocny tytuł, oznajmiający potocznie i wstrząsająco zarazem: „Umarł mi”, zawłaszczający czyjąś śmierć i przez to zawłaszczenie pokazujący najlepiej jej dotkliwość, jakby była naszym zgonem. A więc czyja w końcu jest ta śmierć? Umarł Atlas, no i wszechświat runął, zawaliło się sklepienie wraz z gwiazdami. Wszechświat runął, ale – co najgorsze – okazało się, że nadal trwa. 

Ojciec Ingi Iwasiów umarł nagle. Rozmawiają o tym często obie z matką:

„Nagła śmierć, chociaż może najlepsza dla odchodzącego, wrzuca osieroconych w głęboką studnię żalu, pretensji, niezgody. We wzajemnych pocieszeniach mówimy sobie, że tak jest lepiej. Bez szpitala, aparatury, męki. Mówimy o niezwykłej schludności ojca, który nie zniósłby leżenia na łasce innych. Malujemy scenariusze gorszego odchodzenia, po wylewie, udarze, z częściowo nieczynnym ciałem. Przytaczamy liczne przykłady. Chcemy wiedzieć, że czegoś takiego by nie wytrzymał, jakichś pampersów, odleżyn, karmienia przez rurkę. Ale w głębi duszy godzimy się na każdy zakład z losem, przyjęłybyśmy każde rozwiązanie odsuwające dzień pogrzebu”. 
Inga Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby 


**********************************************************

środa, 30 kwietnia 2014

recycling (albo T.R. rozpięty na wallboardzie)

**********************************************************

Śniło mi się wielkie call center wypełnione po ściany agentami wgapionymi fanatycznie w wielki wallboard, na którym był wyświetlany wyjątkowo nie w słupkach, tylko prozą (why?) strumień słów i dopiero po chwili, której nie można jednak zastąpić słowem „moment”, gdyż trwała raczej dłużej niż krócej, załapałam, że to są wiersze, że agenci czytają poetę i że jest to po prostu poeta zagregowany, czy ocalony nie wiem, ale pamiętam cały tekst: 

// człowiek jest wypadkiem/ przy pracy/ natury/ jest/ błędem// jeśli rodzaj ludzki// wyczesze się/ własnoręcznie/ z fauny i flory// ziemia odzyska/ swój blask i urodę// // Bacon osiągnął transformację/ ukrzyżowanej osoby/ w wiszące mięso/ wstał od stolika i powiedział cicho/ tak oczywiście jesteśmy mięsem/ jesteśmy potencjalną padliną/ kiedy idę do sklepu rzeźniczego/ zawsze myślę jakie to zdumiewające/ że to nie ja wiszę na haku/ to chyba czysty przypadek// // zakatrupiony/ deską/ na śmietniku Pier Paolo/ próbuje z martwych wstać/ czołga się// w stulonych dłoniach niesie/ ludzkie krwawe/ przyrodzenie jak pisklę/ w gnieździe/ przed tron Pana// i ziemia ta niebieska// nieziemsko piękna/ we wszechświecie rana/ karbunkuł w łonie/ drogi mlecznej/ pluje krwią i spermą// // Ten szelest// przesypywanie się życia/ ze świata pełnego rzeczy/ do śmierci// to przeze mnie/ jak przez dziurę/ w rzeczywistości/ przeciska się ten świat/ na tamten świat// domyślam do końca/ ten którego/ szukałem na górze/ czeka na dole// w norze/ przemienienie// // zaraz zaczniemy rozmowę/ słowa zasłonią/ to co się stało/ wcześniej/ poza nami/ bez wyjścia// jeszcze nie wiesz o tym// wyciągasz ręce/ myślisz, że jestem/ w tym miejscu/ gdzie mnie zostawiłaś// stoisz/ nieruchoma niejasna/ prawda dociera powoli/ do twojego serca// oglądasz się/ odchodzisz/ w ślepą ulicę// // dopiero na końcu/ dowiesz się/ co to jest poezja// // 
fragmenty:  
Unde malum?, Francis Bacon, Zakatrupiony, Przesypywanie, nie wypowiedziane, Spóźniona odpowiedź 
Tadeusza Różewicza 


**********************************************************

wtorek, 29 kwietnia 2014

Boromir to nie Słowianin. Tolkienowi wyszło tak przypadkiem.*

**********************************************************

No i to się chyba nie zmieniło. Co wykazał zresztą ostatnio (brawurowo) Ziemowit Szczerek w swojej Tajnej historii Słowian (Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian). W wyborze reportaży, zrobionym przez Mariusza Szczygła, ale nie w tych dwóch najnowszych cegłach, antologii 100/XX (nie stać mnie), tylko w wydanym wcześniej, też przez Czarne (2010), tomie pt. 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła, można przeczytać Zamiast wstępu takie notatki autora:

12.03.90 
Wczoraj Litwa ogłosiła niepodległość. (…) I dziś (!!!) o 5.00 rano przyjechał kolega Litwin, Aurius. Korespondujemy od dwóch lat, wymieniając się płytami, dzięki niemu znam cały radziecki rock. Podałem mu śniadanie na czarnym talerzu. Mówi: "Nie! Talerze w czarnym kolorze!" (…) "Myślałem, że talerze są tylko w kwiatki". 

13.03.90 
Sąsiad pyta, czy ten Ruski, co przyjechał, nie ma wiertarki? "Panie, po co miałby z wiertarką przyjeżdżać, on mi piękny album o sztuce przywiózł". "Ale i wiertarkę mógłby – mówi ten sąsiad. – Bo jakby miał, to ja nieźle zapłacę". 

14.03.90 
Dzwonię do Złotoryi, a mama mówi, że tato mówi, że jak ten Polak z Litwy ma wiertarkę, to… "Mamo, on jest Litwinem" – mówię. "No dobrze, ale jakby miał wiertarkę, to nikomu nie sprzedawaj". "Mamo, my o kinie rozmawiamy, bo są dziś Konfrontacje, taki przegląd, mam bilety do Moskwy, idziemy już na trzeci film…". 
"Tak, ale wiertarkę tato chce…". 
"Rainman…". 
"Jurek… słyszysz, jakaś wiertarka Ejmen… A nie, tata mówi, że ma być radziecka". 
Wychodzimy do kina, a pan Stefan pyta: "A bormaszina u was jest?". 
20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła, Wydawnictwo Czarne, 2010 

________________________________________________________________
* Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

 **********************************************************

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Nic nigdy

**********************************************************

Wyszłam wreszcie, mogłam wyjść na chwilę. A ten mały krupek, czarny piesek, co ma oczy jak Setsuko z Grobowca świetlików, który siedzi często na podwórku (piesek, nie grobowiec), kiedy tamtędy przechodzę, prawie mnie nie poznał. Zawsze staję na rzęsach, żeby go zbajerować, cmokam i się uśmiecham. Dziś podwójnie. Ale myśli mam posępne (lub popieskie, to już jak kto woli).

Doskonale pamiętam, jak czytałam pierwszy raz konkretne wiersze i tom Matka odchodzi też:

   wiem, że te moje żebracze treny pozbawione są "dobrego smaku"…
   i wiem, że z rzeczy świata tego zostanie… co zostanie?!

   Wielki genialny śmieszny Norwid powiedział:

   Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
   Dwie tylko: p o e z j a  i  d o b r o ć … i więcej nic…

   Wielki Don Kichocie! Zostało Nic.
Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi


**********************************************************

sobota, 26 kwietnia 2014

Chętnie noszę bluzy z kapturem i są to bluzy z bawełny

**********************************************************

Nie, żebym coś miała do Andrzeja Franaszka. Chodzi o to, że nie mam NIC. Choć może nie do końca, bo jednak jego ostatni tekst na temat poezji (pt. Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji?) obszedł mnie w sposób ekstremalny - osłupiałam, muszę to przyznać. Dawno nie czytałam nic równie kuriozalnego. Franaszek dawał wprawdzie nie raz próbki swoich literackich gustów (o których się dyskutuje, no i nie), między innymi pisząc kiedyś w podobnym tonie właśnie o Kup kota w worku Różewicza - z taką samą mniej więcej pretensją: to są wiersze? to mają być wiersze? zero ulgi? zero pocieszenia? on tak nie chce, gdyż on chce się wtulić w tomik wierszy, jak w bluzę z kapturem, żeby było ciepło i bezpiecznie. W taki biznes Franaszek by wchodził jako target współczesnych poetów. I to tylko chciałam powiedzieć: że Różewicz nie jest dla Franaszka. Miłosz tak (bardzo dobrze go obsłużył biograficznie, no i spoko, brawo), Herbert tak (aktualnie chyba na biograficznej tapecie F.). Ale od Różewicza ręce z daleka raczej. Myślę, że Franaszek sam to wie. 

I może coś w tym jest, że miał Różewicz pecha z tym Miłoszem i Szymborską na świeczniku zamiast niego (coś jak Norwid z Mickiewiczem i Słowackim), pozgarniali mu co lepsze noble, i nawet jak umarł to jest akurat kanonizacja JPII i śmierć poety wpada niniejszym bezgłośnie w tę czarną dziurę. I nawet ja mam nagłe zlecenie (wielkie) z dedlajnem na poniedziałek i zasuwam jak mrówka robotnica pomimo myśli żałobnych. 


**********************************************************

czwartek, 24 kwietnia 2014

Brzoza za oknem jest zielona*

**********************************************************

Babcia swoje: Po co komu wojna? Ludzie żyją, budują, wszystko mają, tyle bloków, takie piękne śmietniki… (to, co akurat mijamy faktycznie można by nazwać raczej domkiem dla śmieci niż śmietnikiem, więc przez chwilę piszczymy z babcią z zachwytu).

Babcia jest sporo młodsza od Tadeusza Różewicza, ale pamięta dobrze, jak się domy paliły w czasie wojny i jak dobry Niemiec dawał jej żółty ser zapakowany w folię. Co pamięta Różewicz, wiemy.

mam dużo wierszy w szufladzie
mam dużo wierszy na składzie

tak zaczyna się Wyprzedaż w firmie TADZIO ze zbioru Kup kota w worku (2008), po którym mocno się przejechali niektórzy krytycy (nazwiska, zwłaszcza jedno, znane redakcji).

Co innego szuflada szpejów, co innego szuflada wierszy.
Co innego para kalesonów, co innego para filozofów.
Co innego zapalenie znicza (olimpijskiego), co innego zapalenie wątroby.** 
Co innego mieć pensa, co innego mieć bóle.

Poczytajcie Wittgensteina. Albo lepiej - twórcę Kota w worku.

Dzisiaj umarł Tadeusz Różewicz. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że za jego biografię nie zabierze się teraz skrupulatnie Andrzej Franaszek.

__________________________________
* Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi
** Jerzy Pilch, Drugi dziennik

**********************************************************

piątek, 28 marca 2014

Nie tylko dobrze żyją, ale przy tym mają jeszcze odwagę najadać się do woli*

**********************************************************

Wystarczy, że się obrócę hipokampem swoim osobistym lekko choćby w kierunku: na Wschód (europejski Wschód), zresztą w całkiem innej sprawie, i zaraz się potykam o coś, na co moje ciało migdałowate czujne (oraz cały układ limbiczny) reaguje kołataniem. Coś lub kogoś. A jeśli o kogoś, to o postać, której nie dotyczy akurat ten kawałek z projektu Iwana Karamazowa (pt. Wielki Inkwizytor), gdzie jest mowa o milionach istot (ludzkich albo boskich, jak kto chce) stworzonych na szyderstwo (raczej), dołujących w swojej gremialności, które nigdy nie będą w stanie uporać się z własną wolnością, żałosnych buntownikach, którzy nie obrócą się nigdy w olbrzymów ("Człowiek, pozostając wolnym, niczym nie trapi się tak ustawicznie, jak tym, by co prędzej komuś się pokłonić" i koniecznie "temu, co oczywiste", i koniecznie "wszyscy razem" [Bracia Karamazow, Dostojewski].) 

Czytam o poliglocie Poliwanowie - takie oto krótkie CV: 
"Eugeniusz Dmitriewicz Poliwanow, przeczytawszy w młodości Braci Karamazow, założył się z kolegami w gimnazjum, że położy rękę pod jadący pociąg i nie cofnie jej. Pociąg odciął mu lewą rękę. To przywróciło mu rozum [czy ja wiem?]. Zaczął studiować. Najpierw studiował język koreański, potem chiński, następnie nauczył się języków filipińskich, poznał wszystkie języki tureckie, a pozostałą ręką wpisywał do wszelkich ankiet, że jest zupełnym ignorantem w zakresie języka butukudskiego. A Butukudowie – to plemię w Południowej Afryce, które przebija sobie pałeczką dolną wargę. Jeśli jest wam potrzebny butukudski, to proszę się zwrócić do mnie za trzy miesiące – wypełniał dalej ankietę”. 
W. Szkłowski, Słowa uwalniają ściśniętą duszę (Rzecz o OPOJAZ-ie), tłum. D. Ulicka 

No i tak, do tego momentu wszyscy siedzieli grzecznie przy swoich stolikach.

Przy okazji - to, co u Dostojewskiego pozostało mimo wszystko otwarte, Bernhard zamknął w swoim stylu, bezdyskusyjnie: 
"Człowiek nie lubi wolności, wszystko inne to kłamstwo, nie wie, co począć z wolnością, ledwie ją uzyskuje, już zajmuje się otwieraniem komód z ubraniami i bielizną, porządkowaniem starych papierów, dokumentów, listów, idzie do ogrodu, okopuje go albo biegnie całkiem bez sensu i celu w byle jakim kierunku, bez względu na pogodę, i nazywa to spacerem. A tam, gdzie są dzieci, wychowuje się je dla osławionego zabicia czasu, drażniąc je, łając i policzkując, żeby powodowały chaos, który w istocie rzeczy jest ocaleniem. I nie ma nic śmieszniejszego niż sport, to najulubieńsze alibi dla absolutnej bezmyślności poszczególnych ludzi". 


_________________________
* Márai o Austriakach, Dziennik

**********************************************************

środa, 26 marca 2014

To przywilej i zaszczyt tę ucztę przyjemną
spożyć z Białą, z Czerwoną Królową i ze mną!

**********************************************************

Na wypadek gdybyście wyskakiwali np. na jakąś imprezkę:
(aha, pora wrzucenia na bloga [przed obiadem] jest przypadkowa!)

"Spóźniłaś się na zupę i rybę – przemówiła Czerwona Królowa. - Podawać pieczeń!" I służba postawiła przed Alicją udziec barani, na który spojrzała z obawą, bo nigdy jeszcze nie kazano jej kroić pieczeni. 

"Wyglądasz na onieśmieloną: pozwól, że cię zapoznam z tym baranim udźcem!" rzekła Czerwona Królowa. "Alicja – Udziec. Udziec – Alicja." Na to barani udziec wstał na półmisku i z lekka się skłonił Alicji, która odwzajemniła ukłon, nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy przestraszyć. 

"Czy można paniom ukroić po kawałku?" zaproponowała Alicja, biorąc nóż i widelec i przenosząc spojrzenie z jednej Królowej na drugą. 

"W żadnym wypadku! – stanowczo rzekła Czerwona Królowa. – Co to za wychowanie, krajać kogoś, komu się było przedstawionym. Proszę to zabrać!" I lokaje wynieśli pieczeń, wnosząc zamiast niej wielki budyń świąteczny ze śliwkami. 

"Budyniowi proszę mnie nie przedstawiać – zapowiedziała z pośpiechem Alicja – bo w ogóle nie będzie co jeść. Panie pozwolą?"

Ale Czerwona Królowa tylko spojrzała na nią posępnie i warknęła: "Budyń – Alicja. Alicja – Budyń. Proszę to zabrać!" I lokaje go wynieśli tak prędko, że Alicja nie zdążyła się Budyniowi nawet odkłonić. 

Nie widziała jednak powodu, żeby tylko Czerwona Królowa miała się tu przez cały czas rządzić – więc zawołała na próbę: "Służba! Przynieść z powrotem budyń!" i już znów się zjawił, jak na czarodziejskie zaklęcie. Był tak ogromny, że jednak poczuła się trochę onieśmielona, jak przedtem w obliczu udźca: jednakże z wielkim wysiłkiem przemogła swą nieśmiałość i odkroiwszy kawałek podała go Czerwonej Królowej. 

"Cóż to za bezczelność! – rzekł Budyń. – Ciekawe, jak by ci się podobało, gdybym ja ukroił kawałek z ciebie, ty kreaturo!"

Głos miał zawiesisty i ciągnący się: Alicja nie znalazła na to odpowiedzi, tylko siedziała, wytrzeszczając oczy i nie mogąc odzyskać tchu. 

"Powiedz coś – rzekła Czerwona Królowa – przecież to niepoważne, żeby w konwersacji odzywał się tylko budyń."
Lewis Carroll, Po drugiej stronie lustra 
przełożył Robert Stiller


**********************************************************

poniedziałek, 24 marca 2014

Zakaz trybowania, podrywania, klasowania i w ogóle rozbioru

**********************************************************

Więc chromolimy z babcią ZAKAZ KARMIENIA GOŁĘBI, tabliczkę-samowolkę, ordynarną amatorszczyznę z powyłamywanymi nogami w literach A (niektórych). Nie po to babcia gromadzi skórki, które odkrawa od kromek, robiąc sobie kanapki na śniadanie, i nie po to je tnie ofiarnie na kawałki, a następnie odkłada do papierowych torebek, żeby je później zmarnować, nie wysypując ptaszkom, ptaszętom, kiedy idziemy na spacer - sroczkom, kawkom, a TAKŻE gołębiom, których karmienia nie życzy sobie autor tabliczkowego performensu, na widok którego babcia stuka się wymownie w czoło. Wymieniamy znaczące spojrzenia, po czym kucam i odwracam torebkę do góry dnem. Słychać frrrr (wtedy babcia recytuje wierszyk o sroczce, co warzyła kaszkę, sparzyła sobie ogonek i ogólnie narozrabiała). Sroczki fruną, my dzielnie stoimy, pełniąc wartę, żeby jakieś smutasy nie pozazdrościły ptaszkom imprezki. 

Babcia płacze, jak sobie przypomni o Mariusie, zdrowej dwuletniej żyrafie, którą ubito z rozmysłem, dokładnie w taki sposób, jak się ubija w rzeźni zwierzęta „przemysłowe”, tyle że publicznie, na oczach gapiów, licznych rodzin z radosnymi pociechami (kolejny performens), a następnie poćwiartowano jej ciało, też publicznie, żeby je potem rozparcelować w funkcji posiłku pomiędzy pozostałe zwierzęta w kopenhaskim zoo. Co za real! 

[Uwaga - dam pracę: 
Zoo zatrudni specjalistów-rzeźników do rozbioru (trybowanie, klasowanie) i uboju (ozory, podroby, jelita, podrywanie sadła). Wymagana umiejętność posługiwania się nożem. Atrakcyjne warunki zatrudnienia!] 

Babcia szlocha, jak sobie przypomni o słonicy, którą skazano na śmierć przez powieszenie (za pomocą dźwigu) i wykonano wyrok, ale dopiero za drugim razem, bo za pierwszym urwała się lina i słonica upadła z wysoka, łamiąc sobie wszystkie cztery nogi. To był wyrok za zabicie przez nią pomocnika tresera, który myślał dokładnie tak samo, jak ludzie, odwiedzający dawno temu pierwsze w Europie ogrody zoologiczne – że zwierzęta są po to w zoo (albo w cyrku), żeby można było je obrażać jak niewolników. 

Babcia w ogóle więcej płacze, od kiedy ją potrącił jeden palant w wielkiej srebrnej furze, która się ledwo mieściła na osiedlowej uliczce. 



**********************************************************

wtorek, 18 marca 2014

Niech i tym razem nic u nas nie upolują*

**********************************************************

Jeśli chodzi o Ukrainę, w skali mikro problem jest taki, że babcia zaczęła gromadzić żywność na wypadek wojny. Lodówka w funkcji piwniczki sprawdza się całkiem nieźle. Kilka dni bez kontaktu oko w oko (moje i jej) i babcia ma w szufladach zasoby jak dla armii (zbawienia raczej), nikt nie powie, że bez szału: góry marchwi, karpaty pietruszki, seler, imbir, kapuściane głowy (dwie), które wytaczam od razu, zwarte jak kule armatnie (babci broń), a następnie siekam w pacyfistycznym uniesieniu, tłumacząc babci żarliwie, że jest to słuszna destrukcja, akt wyzwolenia, twórczy, wskutek którego powstanie potrawka antywojenna, czyli jarska, niesplamiona niczyją krwią. 
 - Może nie będzie tak źle! – przekrzykuję skwierczący olej. 

Potem poprawiam długo frotkę na srebrnej kitce. 

I zostawiam na babci stole otwartego Andruchowycza: 
„W listach z Ukrainy Karl-Joseph Zumbrunnen pisał: Wszystko, czego sobie życzymy, o czym myślimy i czego się spodziewamy, z pewnością nam się przydarzy. Sęk w tym, że zawsze za późno i zawsze jakoś inaczej. Tak więc, gdy stajemy z tym twarzą w twarz, nawet tego nie rozpoznajemy. Dlatego przeważnie boimy się przyszłości, boimy się podróży, dzieci, boimy się zmian. Nie umiem stawić temu czoła, ale ze wszystkich sił udaję, że się opieram. Niedawno znów zaczęto tu na dłuższy czas wyłączać światło”. 
Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów 



_______________________
* Hryhorij Czubaj

**********************************************************