wtorek, 13 maja 2014

Mi też

**********************************************************

To musiał być duży wysiłek dla Ingi Iwasiów - skonstruować taki Notatnik, nadać mu mocny tytuł, oznajmiający potocznie i wstrząsająco zarazem: „Umarł mi”, zawłaszczający czyjąś śmierć i przez to zawłaszczenie pokazujący najlepiej jej dotkliwość, jakby była naszym zgonem. A więc czyja w końcu jest ta śmierć? Umarł Atlas, no i wszechświat runął, zawaliło się sklepienie wraz z gwiazdami. Wszechświat runął, ale – co najgorsze – okazało się, że nadal trwa. 

Ojciec Ingi Iwasiów umarł nagle. Rozmawiają o tym często obie z matką:

„Nagła śmierć, chociaż może najlepsza dla odchodzącego, wrzuca osieroconych w głęboką studnię żalu, pretensji, niezgody. We wzajemnych pocieszeniach mówimy sobie, że tak jest lepiej. Bez szpitala, aparatury, męki. Mówimy o niezwykłej schludności ojca, który nie zniósłby leżenia na łasce innych. Malujemy scenariusze gorszego odchodzenia, po wylewie, udarze, z częściowo nieczynnym ciałem. Przytaczamy liczne przykłady. Chcemy wiedzieć, że czegoś takiego by nie wytrzymał, jakichś pampersów, odleżyn, karmienia przez rurkę. Ale w głębi duszy godzimy się na każdy zakład z losem, przyjęłybyśmy każde rozwiązanie odsuwające dzień pogrzebu”. 
Inga Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby 


**********************************************************

środa, 30 kwietnia 2014

recycling (albo T.R. rozpięty na wallboardzie)

**********************************************************

Śniło mi się wielkie call center wypełnione po ściany agentami wgapionymi fanatycznie w wielki wallboard, na którym był wyświetlany wyjątkowo nie w słupkach, tylko prozą (why?) strumień słów i dopiero po chwili, której nie można jednak zastąpić słowem „moment”, gdyż trwała raczej dłużej niż krócej, załapałam, że to są wiersze, że agenci czytają poetę i że jest to po prostu poeta zagregowany, czy ocalony nie wiem, ale pamiętam cały tekst: 

// człowiek jest wypadkiem/ przy pracy/ natury/ jest/ błędem// jeśli rodzaj ludzki// wyczesze się/ własnoręcznie/ z fauny i flory// ziemia odzyska/ swój blask i urodę// // Bacon osiągnął transformację/ ukrzyżowanej osoby/ w wiszące mięso/ wstał od stolika i powiedział cicho/ tak oczywiście jesteśmy mięsem/ jesteśmy potencjalną padliną/ kiedy idę do sklepu rzeźniczego/ zawsze myślę jakie to zdumiewające/ że to nie ja wiszę na haku/ to chyba czysty przypadek// // zakatrupiony/ deską/ na śmietniku Pier Paolo/ próbuje z martwych wstać/ czołga się// w stulonych dłoniach niesie/ ludzkie krwawe/ przyrodzenie jak pisklę/ w gnieździe/ przed tron Pana// i ziemia ta niebieska// nieziemsko piękna/ we wszechświecie rana/ karbunkuł w łonie/ drogi mlecznej/ pluje krwią i spermą// // Ten szelest// przesypywanie się życia/ ze świata pełnego rzeczy/ do śmierci// to przeze mnie/ jak przez dziurę/ w rzeczywistości/ przeciska się ten świat/ na tamten świat// domyślam do końca/ ten którego/ szukałem na górze/ czeka na dole// w norze/ przemienienie// // zaraz zaczniemy rozmowę/ słowa zasłonią/ to co się stało/ wcześniej/ poza nami/ bez wyjścia// jeszcze nie wiesz o tym// wyciągasz ręce/ myślisz, że jestem/ w tym miejscu/ gdzie mnie zostawiłaś// stoisz/ nieruchoma niejasna/ prawda dociera powoli/ do twojego serca// oglądasz się/ odchodzisz/ w ślepą ulicę// // dopiero na końcu/ dowiesz się/ co to jest poezja// // 
fragmenty:  
Unde malum?, Francis Bacon, Zakatrupiony, Przesypywanie, nie wypowiedziane, Spóźniona odpowiedź 
Tadeusza Różewicza 


**********************************************************

wtorek, 29 kwietnia 2014

Boromir to nie Słowianin. Tolkienowi wyszło tak przypadkiem.*

**********************************************************

No i to się chyba nie zmieniło. Co wykazał zresztą ostatnio (brawurowo) Ziemowit Szczerek w swojej Tajnej historii Słowian (Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian). W wyborze reportaży, zrobionym przez Mariusza Szczygła, ale nie w tych dwóch najnowszych cegłach, antologii 100/XX (nie stać mnie), tylko w wydanym wcześniej, też przez Czarne (2010), tomie pt. 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła, można przeczytać Zamiast wstępu takie notatki autora:

12.03.90 
Wczoraj Litwa ogłosiła niepodległość. (…) I dziś (!!!) o 5.00 rano przyjechał kolega Litwin, Aurius. Korespondujemy od dwóch lat, wymieniając się płytami, dzięki niemu znam cały radziecki rock. Podałem mu śniadanie na czarnym talerzu. Mówi: "Nie! Talerze w czarnym kolorze!" (…) "Myślałem, że talerze są tylko w kwiatki". 

13.03.90 
Sąsiad pyta, czy ten Ruski, co przyjechał, nie ma wiertarki? "Panie, po co miałby z wiertarką przyjeżdżać, on mi piękny album o sztuce przywiózł". "Ale i wiertarkę mógłby – mówi ten sąsiad. – Bo jakby miał, to ja nieźle zapłacę". 

14.03.90 
Dzwonię do Złotoryi, a mama mówi, że tato mówi, że jak ten Polak z Litwy ma wiertarkę, to… "Mamo, on jest Litwinem" – mówię. "No dobrze, ale jakby miał wiertarkę, to nikomu nie sprzedawaj". "Mamo, my o kinie rozmawiamy, bo są dziś Konfrontacje, taki przegląd, mam bilety do Moskwy, idziemy już na trzeci film…". 
"Tak, ale wiertarkę tato chce…". 
"Rainman…". 
"Jurek… słyszysz, jakaś wiertarka Ejmen… A nie, tata mówi, że ma być radziecka". 
Wychodzimy do kina, a pan Stefan pyta: "A bormaszina u was jest?". 
20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła, Wydawnictwo Czarne, 2010 

________________________________________________________________
* Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

 **********************************************************

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Nic nigdy

**********************************************************

Wyszłam wreszcie, mogłam wyjść na chwilę. A ten mały krupek, czarny piesek, co ma oczy jak Setsuko z Grobowca świetlików, który siedzi często na podwórku (piesek, nie grobowiec), kiedy tamtędy przechodzę, prawie mnie nie poznał. Zawsze staję na rzęsach, żeby go zbajerować, cmokam i się uśmiecham. Dziś podwójnie. Ale myśli mam posępne (lub popieskie, to już jak kto woli).

Doskonale pamiętam, jak czytałam pierwszy raz konkretne wiersze i tom Matka odchodzi też:

   wiem, że te moje żebracze treny pozbawione są "dobrego smaku"…
   i wiem, że z rzeczy świata tego zostanie… co zostanie?!

   Wielki genialny śmieszny Norwid powiedział:

   Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
   Dwie tylko: p o e z j a  i  d o b r o ć … i więcej nic…

   Wielki Don Kichocie! Zostało Nic.
Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi


**********************************************************

sobota, 26 kwietnia 2014

Chętnie noszę bluzy z kapturem i są to bluzy z bawełny

**********************************************************

Nie, żebym coś miała do Andrzeja Franaszka. Chodzi o to, że nie mam NIC. Choć może nie do końca, bo jednak jego ostatni tekst na temat poezji (pt. Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji?) obszedł mnie w sposób ekstremalny - osłupiałam, muszę to przyznać. Dawno nie czytałam nic równie kuriozalnego. Franaszek dawał wprawdzie nie raz próbki swoich literackich gustów (o których się dyskutuje, no i nie), między innymi pisząc kiedyś w podobnym tonie właśnie o Kup kota w worku Różewicza - z taką samą mniej więcej pretensją: to są wiersze? to mają być wiersze? zero ulgi? zero pocieszenia? on tak nie chce, gdyż on chce się wtulić w tomik wierszy, jak w bluzę z kapturem, żeby było ciepło i bezpiecznie. W taki biznes Franaszek by wchodził jako target współczesnych poetów. I to tylko chciałam powiedzieć: że Różewicz nie jest dla Franaszka. Miłosz tak (bardzo dobrze go obsłużył biograficznie, no i spoko, brawo), Herbert tak (aktualnie chyba na biograficznej tapecie F.). Ale od Różewicza ręce z daleka raczej. Myślę, że Franaszek sam to wie. 

I może coś w tym jest, że miał Różewicz pecha z tym Miłoszem i Szymborską na świeczniku zamiast niego (coś jak Norwid z Mickiewiczem i Słowackim), pozgarniali mu co lepsze noble, i nawet jak umarł to jest akurat kanonizacja JPII i śmierć poety wpada niniejszym bezgłośnie w tę czarną dziurę. I nawet ja mam nagłe zlecenie (wielkie) z dedlajnem na poniedziałek i zasuwam jak mrówka robotnica pomimo myśli żałobnych. 


**********************************************************

czwartek, 24 kwietnia 2014

Brzoza za oknem jest zielona*

**********************************************************

Babcia swoje: Po co komu wojna? Ludzie żyją, budują, wszystko mają, tyle bloków, takie piękne śmietniki… (to, co akurat mijamy faktycznie można by nazwać raczej domkiem dla śmieci niż śmietnikiem, więc przez chwilę piszczymy z babcią z zachwytu).

Babcia jest sporo młodsza od Tadeusza Różewicza, ale pamięta dobrze, jak się domy paliły w czasie wojny i jak dobry Niemiec dawał jej żółty ser zapakowany w folię. Co pamięta Różewicz, wiemy.

mam dużo wierszy w szufladzie
mam dużo wierszy na składzie

tak zaczyna się Wyprzedaż w firmie TADZIO ze zbioru Kup kota w worku (2008), po którym mocno się przejechali niektórzy krytycy (nazwiska, zwłaszcza jedno, znane redakcji).

Co innego szuflada szpejów, co innego szuflada wierszy.
Co innego para kalesonów, co innego para filozofów.
Co innego zapalenie znicza (olimpijskiego), co innego zapalenie wątroby.** 
Co innego mieć pensa, co innego mieć bóle.

Poczytajcie Wittgensteina. Albo lepiej - twórcę Kota w worku.

Dzisiaj umarł Tadeusz Różewicz. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że za jego biografię nie zabierze się teraz skrupulatnie Andrzej Franaszek.

__________________________________
* Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi
** Jerzy Pilch, Drugi dziennik

**********************************************************

piątek, 28 marca 2014

Nie tylko dobrze żyją, ale przy tym mają jeszcze odwagę najadać się do woli*

**********************************************************

Wystarczy, że się obrócę hipokampem swoim osobistym lekko choćby w kierunku: na Wschód (europejski Wschód), zresztą w całkiem innej sprawie, i zaraz się potykam o coś, na co moje ciało migdałowate czujne (oraz cały układ limbiczny) reaguje kołataniem. Coś lub kogoś. A jeśli o kogoś, to o postać, której nie dotyczy akurat ten kawałek z projektu Iwana Karamazowa (pt. Wielki Inkwizytor), gdzie jest mowa o milionach istot (ludzkich albo boskich, jak kto chce) stworzonych na szyderstwo (raczej), dołujących w swojej gremialności, które nigdy nie będą w stanie uporać się z własną wolnością, żałosnych buntownikach, którzy nie obrócą się nigdy w olbrzymów ("Człowiek, pozostając wolnym, niczym nie trapi się tak ustawicznie, jak tym, by co prędzej komuś się pokłonić" i koniecznie "temu, co oczywiste", i koniecznie "wszyscy razem" [Bracia Karamazow, Dostojewski].) 

Czytam o poliglocie Poliwanowie - takie oto krótkie CV: 
"Eugeniusz Dmitriewicz Poliwanow, przeczytawszy w młodości Braci Karamazow, założył się z kolegami w gimnazjum, że położy rękę pod jadący pociąg i nie cofnie jej. Pociąg odciął mu lewą rękę. To przywróciło mu rozum [czy ja wiem?]. Zaczął studiować. Najpierw studiował język koreański, potem chiński, następnie nauczył się języków filipińskich, poznał wszystkie języki tureckie, a pozostałą ręką wpisywał do wszelkich ankiet, że jest zupełnym ignorantem w zakresie języka butukudskiego. A Butukudowie – to plemię w Południowej Afryce, które przebija sobie pałeczką dolną wargę. Jeśli jest wam potrzebny butukudski, to proszę się zwrócić do mnie za trzy miesiące – wypełniał dalej ankietę”. 
W. Szkłowski, Słowa uwalniają ściśniętą duszę (Rzecz o OPOJAZ-ie), tłum. D. Ulicka 

No i tak, do tego momentu wszyscy siedzieli grzecznie przy swoich stolikach.

Przy okazji - to, co u Dostojewskiego pozostało mimo wszystko otwarte, Bernhard zamknął w swoim stylu, bezdyskusyjnie: 
"Człowiek nie lubi wolności, wszystko inne to kłamstwo, nie wie, co począć z wolnością, ledwie ją uzyskuje, już zajmuje się otwieraniem komód z ubraniami i bielizną, porządkowaniem starych papierów, dokumentów, listów, idzie do ogrodu, okopuje go albo biegnie całkiem bez sensu i celu w byle jakim kierunku, bez względu na pogodę, i nazywa to spacerem. A tam, gdzie są dzieci, wychowuje się je dla osławionego zabicia czasu, drażniąc je, łając i policzkując, żeby powodowały chaos, który w istocie rzeczy jest ocaleniem. I nie ma nic śmieszniejszego niż sport, to najulubieńsze alibi dla absolutnej bezmyślności poszczególnych ludzi". 


_________________________
* Márai o Austriakach, Dziennik

**********************************************************

środa, 26 marca 2014

To przywilej i zaszczyt tę ucztę przyjemną
spożyć z Białą, z Czerwoną Królową i ze mną!

**********************************************************

Na wypadek gdybyście wyskakiwali np. na jakąś imprezkę:
(aha, pora wrzucenia na bloga [przed obiadem] jest przypadkowa!)

"Spóźniłaś się na zupę i rybę – przemówiła Czerwona Królowa. - Podawać pieczeń!" I służba postawiła przed Alicją udziec barani, na który spojrzała z obawą, bo nigdy jeszcze nie kazano jej kroić pieczeni. 

"Wyglądasz na onieśmieloną: pozwól, że cię zapoznam z tym baranim udźcem!" rzekła Czerwona Królowa. "Alicja – Udziec. Udziec – Alicja." Na to barani udziec wstał na półmisku i z lekka się skłonił Alicji, która odwzajemniła ukłon, nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy przestraszyć. 

"Czy można paniom ukroić po kawałku?" zaproponowała Alicja, biorąc nóż i widelec i przenosząc spojrzenie z jednej Królowej na drugą. 

"W żadnym wypadku! – stanowczo rzekła Czerwona Królowa. – Co to za wychowanie, krajać kogoś, komu się było przedstawionym. Proszę to zabrać!" I lokaje wynieśli pieczeń, wnosząc zamiast niej wielki budyń świąteczny ze śliwkami. 

"Budyniowi proszę mnie nie przedstawiać – zapowiedziała z pośpiechem Alicja – bo w ogóle nie będzie co jeść. Panie pozwolą?"

Ale Czerwona Królowa tylko spojrzała na nią posępnie i warknęła: "Budyń – Alicja. Alicja – Budyń. Proszę to zabrać!" I lokaje go wynieśli tak prędko, że Alicja nie zdążyła się Budyniowi nawet odkłonić. 

Nie widziała jednak powodu, żeby tylko Czerwona Królowa miała się tu przez cały czas rządzić – więc zawołała na próbę: "Służba! Przynieść z powrotem budyń!" i już znów się zjawił, jak na czarodziejskie zaklęcie. Był tak ogromny, że jednak poczuła się trochę onieśmielona, jak przedtem w obliczu udźca: jednakże z wielkim wysiłkiem przemogła swą nieśmiałość i odkroiwszy kawałek podała go Czerwonej Królowej. 

"Cóż to za bezczelność! – rzekł Budyń. – Ciekawe, jak by ci się podobało, gdybym ja ukroił kawałek z ciebie, ty kreaturo!"

Głos miał zawiesisty i ciągnący się: Alicja nie znalazła na to odpowiedzi, tylko siedziała, wytrzeszczając oczy i nie mogąc odzyskać tchu. 

"Powiedz coś – rzekła Czerwona Królowa – przecież to niepoważne, żeby w konwersacji odzywał się tylko budyń."
Lewis Carroll, Po drugiej stronie lustra 
przełożył Robert Stiller


**********************************************************

poniedziałek, 24 marca 2014

Zakaz trybowania, podrywania, klasowania i w ogóle rozbioru

**********************************************************

Więc chromolimy z babcią ZAKAZ KARMIENIA GOŁĘBI, tabliczkę-samowolkę, ordynarną amatorszczyznę z powyłamywanymi nogami w literach A (niektórych). Nie po to babcia gromadzi skórki, które odkrawa od kromek, robiąc sobie kanapki na śniadanie, i nie po to je tnie ofiarnie na kawałki, a następnie odkłada do papierowych torebek, żeby je później zmarnować, nie wysypując ptaszkom, ptaszętom, kiedy idziemy na spacer - sroczkom, kawkom, a TAKŻE gołębiom, których karmienia nie życzy sobie autor tabliczkowego performensu, na widok którego babcia stuka się wymownie w czoło. Wymieniamy znaczące spojrzenia, po czym kucam i odwracam torebkę do góry dnem. Słychać frrrr (wtedy babcia recytuje wierszyk o sroczce, co warzyła kaszkę, sparzyła sobie ogonek i ogólnie narozrabiała). Sroczki fruną, my dzielnie stoimy, pełniąc wartę, żeby jakieś smutasy nie pozazdrościły ptaszkom imprezki. 

Babcia płacze, jak sobie przypomni o Mariusie, zdrowej dwuletniej żyrafie, którą ubito z rozmysłem, dokładnie w taki sposób, jak się ubija w rzeźni zwierzęta „przemysłowe”, tyle że publicznie, na oczach gapiów, licznych rodzin z radosnymi pociechami (kolejny performens), a następnie poćwiartowano jej ciało, też publicznie, żeby je potem rozparcelować w funkcji posiłku pomiędzy pozostałe zwierzęta w kopenhaskim zoo. Co za real! 

[Uwaga - dam pracę: 
Zoo zatrudni specjalistów-rzeźników do rozbioru (trybowanie, klasowanie) i uboju (ozory, podroby, jelita, podrywanie sadła). Wymagana umiejętność posługiwania się nożem. Atrakcyjne warunki zatrudnienia!] 

Babcia szlocha, jak sobie przypomni o słonicy, którą skazano na śmierć przez powieszenie (za pomocą dźwigu) i wykonano wyrok, ale dopiero za drugim razem, bo za pierwszym urwała się lina i słonica upadła z wysoka, łamiąc sobie wszystkie cztery nogi. To był wyrok za zabicie przez nią pomocnika tresera, który myślał dokładnie tak samo, jak ludzie, odwiedzający dawno temu pierwsze w Europie ogrody zoologiczne – że zwierzęta są po to w zoo (albo w cyrku), żeby można było je obrażać jak niewolników. 

Babcia w ogóle więcej płacze, od kiedy ją potrącił jeden palant w wielkiej srebrnej furze, która się ledwo mieściła na osiedlowej uliczce. 



**********************************************************

wtorek, 18 marca 2014

Niech i tym razem nic u nas nie upolują*

**********************************************************

Jeśli chodzi o Ukrainę, w skali mikro problem jest taki, że babcia zaczęła gromadzić żywność na wypadek wojny. Lodówka w funkcji piwniczki sprawdza się całkiem nieźle. Kilka dni bez kontaktu oko w oko (moje i jej) i babcia ma w szufladach zasoby jak dla armii (zbawienia raczej), nikt nie powie, że bez szału: góry marchwi, karpaty pietruszki, seler, imbir, kapuściane głowy (dwie), które wytaczam od razu, zwarte jak kule armatnie (babci broń), a następnie siekam w pacyfistycznym uniesieniu, tłumacząc babci żarliwie, że jest to słuszna destrukcja, akt wyzwolenia, twórczy, wskutek którego powstanie potrawka antywojenna, czyli jarska, niesplamiona niczyją krwią. 
 - Może nie będzie tak źle! – przekrzykuję skwierczący olej. 

Potem poprawiam długo frotkę na srebrnej kitce. 

I zostawiam na babci stole otwartego Andruchowycza: 
„W listach z Ukrainy Karl-Joseph Zumbrunnen pisał: Wszystko, czego sobie życzymy, o czym myślimy i czego się spodziewamy, z pewnością nam się przydarzy. Sęk w tym, że zawsze za późno i zawsze jakoś inaczej. Tak więc, gdy stajemy z tym twarzą w twarz, nawet tego nie rozpoznajemy. Dlatego przeważnie boimy się przyszłości, boimy się podróży, dzieci, boimy się zmian. Nie umiem stawić temu czoła, ale ze wszystkich sił udaję, że się opieram. Niedawno znów zaczęto tu na dłuższy czas wyłączać światło”. 
Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów 



_______________________
* Hryhorij Czubaj

**********************************************************

poniedziałek, 10 marca 2014

„Tak, mam w sobie coś kobiecego… To dlatego, że moja matka była kobietą”.*

**********************************************************

I w tym sensie Rudnicki ma rację, pisząc "baba, nie chłop" o Kafce (w najnowszych Książkach, Magazynie do czytania oraz tu: Kafka udaje kota), a ja mogę przejąć pałeczkę, oceniając tak Rudnickiego: baba, nie chłop Rudnicki, ponieważ pisząc o Kafce (o  ż y c i u, nie o książkach, kto by czytał!) nie oparł się pokusie popadania w protekcjonalny tryb. Pokusa gigantyczna, fakt, i trzeba charakteru, żeby jej jednak nie ulec, kiedy się człowiek oczyta natrętnych, obsesyjnych listów Franza do Felicji Bauer, praktycznej Felicji, która okazała się adresatką nietrafioną wręcz fenomenalnie, wymagała prostej obsługi, a tymczasem trafił jej się mega wirtuoz, unikat w skali globu. 

W rezultacie, dzięki tej słabości (a słabości są domeną bab, czyż nie?) autora artykułu, zasadniczo bardzo męskiego rodzaju (aha, tytuł tekstu: Zakochany Kafka), jego czytanie idzie nam jak po maśle, jak po oleju wchłoniętym przez wonny popcorn, i śledzimy z satysfakcją, akapit po akapicie, gryząc przy tym z chichotu paznokcie, kolejne awantury, a także wybryki "n a s z e g o nieszczęsnego bohatera", "n a s z e g o zawodowego narzeczonego". "Krętacz z tego n a s z e g o Kafki!" Oj, tam, no i co wielkiego, wybaczamy mu naprawdę szczerze tę niezaprzeczalną groteskowość, gdyż potrafimy być wielkoduszni. 

Listy do Felicji są bez wątpienia traumatycznym doświadczeniem czytelniczym, czego nie można powiedzieć o innych listach Kafki, na czele z tym o myszach, za który Niemieckie Archiwum Literatury zapłaciło taką wielką kasę (96 tys. Euro), co mnie nie dziwi wcale. Myszy spod ogona ten list nie wypadł, jest doskonałym tekstem, przezabawnym (ale po kafkowsku), o wiele zabawniejszym niż wszelkie streszczenia: 

"To, co czuję wobec myszy, to oczywisty strach – pisze Kafka z hardkorowej wioski, bez zmywarki, bez odkurzacza. - Zbadanie, skąd on pochodzi, jest sprawą psychoanalityka, a ja nim nie jestem. Ma to pewnie (jak też strach przed robactwem) związek z nieoczekiwanym, nieproszonym, nieuniknionym, w pewnym sensie niemym, zawziętym, skrycie umyślnym pojawianiem się tych zwierząt, z uczuciem, że po stokroć przekopały mury wokół i czyhają tam, że zarówno poprzez należącą do nich nocną porę, jak i przez drobne rozmiary są nam tak dalekie, a przez to jeszcze mniej uchwytne. Szczególnie małość stanowi ważną część składową tego strachu, wyobrażenie na przykład, że mogłoby istnieć zwierzę, które wyglądałoby dokładnie tak jak świnia, a zatem samo w sobie pocieszne, ale byłoby małe jak szczur i wychodziło, być może sapiąc, przez dziury w podłodze – to wyobrażenie straszliwe". 

O kocie (z którym Kafka szybko zawarł gentleman agreement, bazującą na obopólnym szacunie) jest także dużo - dzięki niemu nie popada w obłęd, zyskuje pewność, że myszy nie są fantazją ("wieczorem kot przychodzi do mnie chudy, a rano wynoszony jest gruby"). 

O kozach pisze równie dowcipnie: 

"Mam się całkiem nieźle między wszystkimi tymi zwierzętami. Dziś po południu karmiłem kozy. Na moim miejscu stoi kilka krzewów, których smakowite liście są dla kóz za wysoko i dlatego obniżam kozom gałęzie. A więc te kozy – to z zewnątrz doskonałe typy żydowskie, głównie lekarze, ale przecież są też podobieństwa do adwokatów, Żydów polskich i sporadycznie także żydowskich dziewcząt. Zwłaszcza dr Mühlstein, lekarz, który się mną zajmuje, jest wśród nich często reprezentowany. Konsylium składające się z trzech żydowskich lekarzy, które dziś nakarmiłem, było ze mnie tak zadowolone, że wieczorem ledwo zechciało dać się zapędzić do dojenia. Tak to spokojnie kończą się ich i moje dni". 

Jeśli chodzi o kobiety – dwie były chyba z jego bajki, Milena Jesenska i Dora Diamant. 

Gdy okazało się, że dla przewiezienia Franza z sanatorium do kliniki w Wiedniu (gdzie stwierdzono stadium terminalne, gruźlicę krtani) dysponowano tylko otwartym autem, a na zewnątrz lało i wiało, Dora Diamant przez całą drogę stała wyprostowana w samochodzie, starając się osłonić sobą Kafkę przed pluchą. 

A Milena Jesenska (niesamowita postać) w liście do Maxa Broda tak pisała o Franku (nazywała Kafkę z czeska, Frankiem): 

"Zapewne, sprawa tak się przedstawia, że my wszyscy na pozór jesteśmy zdolni do życia, ponieważ zdarzało nam się szukać ucieczki w kłamstwie, w ślepocie, w entuzjazmie, w optymizmie, w jakimś przeświadczeniu, w pesymizmie czy czym tam jeszcze. On zaś nigdy nie szukał ucieczki w jakimś bezpiecznym azylu, w żadnym azylu. Jest absolutnie niezdolny do kłamstwa, podobnie jak nie potrafi się upić. Pozbawiony jest wszelkiego schronienia, wszelkiego przytuliska. Dlatego jest narażony na wszystko, przed czym jesteśmy chronieni. Jest jak nagi wśród odzianych. (…) Jego asceza jest absolutnie nie heroiczna – przez to jednak tym większa i wyższa. Każdy heroizm jest kłamstwem i tchórzostwem. Nie jest to człowiek, który konstruuje swą ascezę jako środek do celu, jest to człowiek, który przez swoje przerażające jasnowidztwo, przez swą czystość i niezdolność do kompromisu skazany jest na ascezę. 
(…) 
To, co się kładzie na karb nienormalności Franka, jest właśnie jego walorem. Kobiety, które spotkał, były zwykłymi kobietami, nie umiały żyć inaczej jak kobiety właśnie. Sądzę raczej, że to my wszyscy, cały świat i wszyscy ludzie, jesteśmy chorzy, on zaś jest jedynym człowiekiem zdrowym, który właściwie wszystko ujmuje i właściwie odczuwa, i jedynym człowiekiem czystym. Wiem, że broni się on nie przed ż y c i e m, ale przed tą f o r m ą  ż y c i a. Gdybym umiała zdobyć się na to, żeby pozostać z nim, mógłby żyć ze mną szczęśliwie. Ale z tego wszystkiego zdaję sobie sprawę dopiero dzisiaj. Wtedy byłam zwykłą kobietą, taką jak wszystkie kobiety na świecie, małą zmysłową samiczką. I z tego zrodził się jego lęk. Był słuszny”. 

_______________________________
*„Biseksualne tło histerii… Takie zdania Freud, sławny wiedeński psychiatra, wyciągał na zawołanie z kieszeni kamizelki. Karinthy (pisarz węgierski), który nie był freudystą, formułował to precyzyjniej: Tak, mam w sobie coś kobiecego… To dlatego, że moja matka była kobietą”. 
 Sándor Márai, Dziennik

**********************************************************