piątek, 17 stycznia 2014

„Ta-ak. Właściwie bez rewolweru nie należałoby nawet wychodzić”.*

**********************************************************

Jak w tytule. Ale to nie Dziki Zachód i nie Faulkner, tylko Iwan Bunin. I rzecz w tym, że rewolwerów brak. Czym się bronić przed ponurym światem (przedstawionym oraz istniejącym)?

Skaczę po akapitach, mając pełną świadomość, jakim wrednym zabiegiem jest ten random. Łowię perły, ale niekoniecznie umiem je nanizać, zrobić z nich korale. 

Taka bajka na przykład (co powiecie?): 

"Mieszkał kiedyś kowal przy zagłuchłym gościńcu i pewnego razu w nocy przygalopowała do niego pocztyliońska trojka… Konie, całe spienione, chrypią jak lwy, oczy pałające, nozdrza rozpalone, świecą na wylot… Zeskoczył chwacki woźnica – "kuj szybko dyszlowego, tylne podkowy zgubił!" Rozdął kowal miechy, rozpalił narzędzie, chwycił tego dyszlowego na nogę, a noga była ludzka, naga, biała!". 
Iwan Bunin, Koń dyszlowy

No i to: że miłość w śmierć przechodzi i na odwrót, bo tak właśnie jest. Kiedy Mitia umiera z miłości, przypomina mu się śmierć ojca:

"Pamiętał, co czuł, kiedy umarł ojciec dziewięć lat temu. Było to również wiosną. Nazajutrz po tej śmierci nieśmiało, ze zdumieniem i lękiem przeszedłszy przez salon, Mitia wyszedł na ganek, spojrzał na stojące przy drzwiach ogromne wieko trumny, obite złotym brokatem – i nagle poczuł, że jest na świecie śmierć! Była we wszystkim: w świetle słońca, w wiosennej trawie na podwórzu, w niebie, w ogrodzie. Wszedł do ogrodu w jaskrawą od światła lipową aleję, potem w boczne, jeszcze bardziej słoneczne, patrzył na drzewo i na pierwsze białe motyle, słuchał pierwszych, słodko rozśpiewanych ptaków – i nie poznawał niczego: we wszystkim była śmierć. Wszystko było nie takie, jak jeszcze wczoraj, wszystko przeobraziło się jak przed zbliżającym się końcem świata, i żałosny, gorzki stał się urok wiosny". 
Iwan Bunin, Miłość Miti 

Takiego samego "nawiedzenia – tylko całkiem innego rodzaju", kiedy świat znowu się przeobraża, staje się obcy, ale nie wrogi, wręcz przeciwnie, doznaje Mitia także przy wielkiej miłości.

Tylko tyle z Bunina (=aż tyle). Rzucam go, być może niebezpowrotnie. 

* w tytule posta: Iwan Bunin, Dni powszednie


**********************************************************

czwartek, 9 stycznia 2014

oj tam (albo: oświadczenie)

**********************************************************

Wobec hektarów
Książek Nigdy Nie Przeczytanych
Książek Których Równie Dobrze Mogę Nie Czytać
Książek Przeczytanych Jeszcze Zanim Je Otworzyłam Gdyż Należą Do Kategorii Tych Co Zostały Przeczytane Jeszcze Przed Napisaniem
Książek Które Z Pewnością Bym Przeczytała Gdybym Miała Przed Sobą Więcej Niż Jedno Życie Ale Niestety Dni Mi Przeznaczonych Jest Tyle Ile Jest
Książek Które Mam Zamiar Przeczytać Chociaż Przedtem Powinnam Przeczytać Inne
Książek Które Przeczytali Już Wszyscy A Zatem Jest Tak Jakbym Ja Przeczytała Je Także
Książek Które Od Dawna Zamierzam Przeczytać
Książek Które Dotyczą Tego Czym Właśnie Się Zajmuję
Książek Które Chcę Mieć Pod Ręką Na Wszelki Wypadek
Książek Które Rozbudzają We Mnie Ciekawość Niespodziewaną Gwałtowną I Niezbyt Wyraźnie Usprawiedliwioną

spadam sobie. Idę sobie w mgłę (Na Którą Jeszcze Przed Chwilą Patrzyłam Sobie Przez Okno).

(a książkowa wyliczanka za: Jeśli zimową nocą podróżny Italo Calvino)


**********************************************************

poniedziałek, 6 stycznia 2014

B l i ź n i to wynalazek dialektyka

**********************************************************

Gdy w dawnych Chinach kobietą targały gniew lub rozpacz, wstępowała na niewysokie podium, specjalnie w tym celu ustawione na ulicy, i dawała upust swojej wściekłości bądź rozżaleniu. 

W dawnych Indiach wierzono, że duch kogoś, kto umarł śmiercią gwałtowną, zwłaszcza jeśli była to kobieta, może porwać lub doprowadzić do obłędu jednego z pozostałych przy życiu członków rodziny. I patrzono z dużą tolerancją na tych, których dotknęło takie zdarzenie, co oznaczało de facto, że większość społeczeństwa mogła bez żadnych obaw eksplikować w razie potrzeby swoje niekonieczne radosne pejzaże wewnętrzne. 

Co robiono w dawnej Europie? Standardowo szykowano w takich przypadkach stos. Co prawda nie od razu. Zaczynano jednak zwykle od egzorcyzmów, które zresztą – jak się okazuje – były wtedy przeprowadzane z chirurgiczną dosłownie precyzją (nie wiem, jak to wygląda teraz). W tekstach średniowiecznych egzorcyzmów można znaleźć detaliczne wyliczenia wszystkich, nawet najmniejszych części ciała, które zły duch powinien grzecznie opuścić. Są to – jak zauważa Cioran - jakieś obłąkańcze traktaty anatomiczne, urzekające swoją precyzją, obfitością szczegółów i nieoczekiwanych momentów. Drobiazgowe zaklęcia: W y j d ź  z  p a z n o k c i! 

I próbuję sobie wyobrazić egzorcystę ponowoczesnego: 
– Z e j d ź  z  p a z n o k c i! – woła do lakieru (albo tipsa), naturalnie w zbożnym celu: żeby nie trzeba było używać zmywacza.


**********************************************************

piątek, 27 grudnia 2013

Psowi nie zrobię krzywdy, kotku nie zrobię krzywdy… a na koniku zarobię

**********************************************************

Zwraca uwagę w Papuszy motyw miłości do koni. "My z koniami od dziecka i przez to konie się lubi jak własne dzieci"(A. Kuźniak, Papusza). Robi wrażenie opowieść, jak głód zmusił Cyganów do zjadania w czasie wojny końskich ciał. "Zgnite, co w błocie nawet trzy tygodnie leżeli. To wtedy było drogocenne mięso". Zjedzenie mięsa konia jest w tradycji cygańskiej magerdo, "największym przekleństwem", hańbi Cygana na zawsze. Gotowali więc to mięso i płakali, bo "Cygan konia lubi do wozu, do lasu pojechać, na wycieczkę, nie do garnka". 

Na szczęście Szero Rom, cygański sędzia, ogłosił potem amnestię ("za te konie, co my je jedli we wojnę", powie Papusza). "Wybaczył. Można było żyć dalej". 

A jednocześnie Cyganie, żeby na koniach zarobić – na tych ważnych, nietykalnych konikach ("Cygan zawsze na koniach zarobi") – bez jakichkolwiek skrupułów, bez oporu choćby najmniejszego, robią rzeczy zupełnie koszmarne: zadają koniom ból, przysparzają im cierpień, krzywdzą, żeby tylko lepiej sprzedać! Podkarmiają niegaszonym wapnem. Gdy kuleje, ranią w drugą nogę - bolą obie, wtedy koń paradoksalnie chodzi równo, oczywiście niezbyt długo. Poją denaturatem (jeśli jest narowisty). I tak dalej. Sporo tych patentów. Co nie brudzą. Najważniejsze, żeby nie zjeść.



**********************************************************

czwartek, 26 grudnia 2013

Zdębiałbyś, gdyby z nieba zszedł wóz, żeby mnie zabrać

**********************************************************

"Protestuję z całym narodem cygańskim na zarządzenie o przymusowym osiedlaniu Cyganów. Protest uzasadniam tym, że ustawa o przymusowym osiedlaniu Cyganów jest dla narodu cygańskiego niehumanitarna. Przymusem osiedleni Cyganie stracili zarobek i stali się nędzarzami. […] Cyganie osiedleni przymusem nie pracują i wszystkie porzucili pracę jako protest, żyją z żebractwa. […] Wrodzony instynkt włóczęgowski oraz tęsknota za wolnością, za taborem, lasem, to wszystko wpływa, że Cyganie załamali się, ogarnęła ich apatia, stali się gnuśni. Niektóre rodziny tak się przejmują, że melancholię gaszą tylko alkoholem. Całe rodziny piją, używają narkotyki, chorują na nostalgię. Tęsknota u nich jest tak silna jak u Indian, co też wyginęli prawie. […] Cyganie zdają sobie sprawę, że w cywilizacji i w socjalizmie nie mogą tak koczować. Nie są wrogami ustroju socjalistycznego, chcą tylko żyć wolni, utrzymać swój folklor, pracować tak, jak lubią, i móc wyjeżdżać za granicę. Nie chcą siedzieć w klatkach i obozach koncentracyjnych – pisał młody Cygan w 1969 roku do KC PZPR w Polsce.”
Angelika Kużniak, Papusza 

A Papusza, cygańska poetka, pewnie znowu spoglądała w górę, tak jak wtedy, kiedy ogłaszali wojnę. "Ja patrzyła w niebo, bo dyszel u Cygańskiego wozu składa się z gwiazd trzech, stale jednakowo. Wtedy przebawiło się na pięć. A im więcej się gwiazd u dyszla pokazuje, tym więcej zagłady na Cyganów."


**********************************************************

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Inny rodzaj wolności

**********************************************************

Jesteśmy Pinokiami, w każdym razie często-gęsto. I dobrze wiem, dlaczego to dziwne skojarzenie (z Pinokiem), które mnie jednak naszło przy czytaniu Ciorana (O niedogodności narodzin) i którego niestosowność biorę niniejszym na klatę, czemu nie. 

Chodzi o refreniczność dramatycznego szlochu, jaki się wydobywał z głębi zdrewniałych trzewi tragikomicznego pajacyka, ilekroć się wpakował w kolejną przykrą opresję, z powodu własnej głupoty, oczywiście: 

- Gdybym mógł się urodzić na nowo! – łkał povero, wkurzające poplątanie nienajgorszych intencji i złych skutków, niekończąca się (chyba że wraz z życiem) niedojrzałość. Ten Pinokio! Ci ludzie! My ludzie! 

U Ciorana refren jest taki: 

"Bezustannie przywoływać świat, w którym nic jeszcze nie splamiło się narodzinami; w którym przeczuwaliśmy świadomość, nie pragnąc jej, w którym tarzając się w potencjalności, czerpaliśmy rozkosz z pustej pełni Ja sprzed zaistnienia Ja… 

N i e  z a z n a ć  n a r o d z i n… Na samą myśl o tym – jakież szczęście, jaka wolność, jaka przestrzeń!"
Emil Cioran, O niedogodności narodzin


**********************************************************

piątek, 6 grudnia 2013

Nie ma doznania f a ł s z y w e g o

**********************************************************

- Co pan robi od rana do wieczora? 
- Doznaję siebie.

Ja doznaję obecnie Ciorana, O niedogodności narodzin, skąd pochodzi powyższy dialog. Żartów nie ma. Tako rzecze Cioran, uznawszy autora Zaratustry za stanowczo zbyt n a i w n e g o. I jest w tym przerastaniu mistrza zatrważająco przekonujący. Niech was te tytułowe radosne "narodziny" przypadkiem nie zmylą.

Ale ja chcę o poezji. To, co Cioran o niej pisze jest też "moje":

"Znam jedną tylko, całkowicie zadowalającą wizję poezji; to wizja Emily Dickinson, gdy mówi, że obcując z prawdziwym wierszem, czuje się tak zmrożona, że ma wrażenie, iż nie rozgrzeje jej już żaden ogień".

Jest to też dobry pretekst, żeby oddać jej głos - tej, co mrozi. I tak ostro się to czuje (jak mawiał ordynans Lermontowa, kiedy poeta pytał go, czy "rozumie" wiersze: "Gdybym rozumiał, to nie byłby wiersz"). Zatem teraz sama Dickinson w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka:

[335]

Nie to, że Umieranie boli
Bardziej niż Życie – na pewno
Boli jednak inaczej – to Ból,
Który dzieje się za Drzwiami – na Zewnątrz –

To – Obyczaj Południowy – Ptaka,
Który leci ku cieplejszym Rajom
Jeszcze zanim Mróz ściśnie – gdy my –
To te Ptaki, które – zostają –

Które drżą pod wrotami Zagrody
I czekają na niechętny Okruch –
Póki Śniegi litościwe – Upierzeniu
Nie przemówią wreszcie do rozsądku –



**********************************************************

czwartek, 28 listopada 2013

Buzie na kłódkę albo was pozrywam

**********************************************************

To powiedziała Alicja do rozplotkowanych stokrotek, gdy zaczęły gadać wszystkie naraz, aż w powietrzu zrobiło się gęsto od ich przenikliwych głosików. Oczywiście przymknęły się natychmiast. Nawet w Krainie Czarów stokrotki i heroizm to pojęcia z całkiem innych bajek. W każdym razie na pewno nie z takich, z jakich robią swój doroczny desant zwarte hordy krzywych, niepoczciwych MIKOŁAJÓW o spoconych twarzach, które kojarzą się raczej z czystym fantasy-horrorem. Dydio, Mikołaj oszalał! Rozdaje telefony Nokia Lumia 920 white! Buzie na kłódkę dziadki albo wam brody pozrywam! Biały Króliku, hej! to ja jednak idę z tobą! 

Kiedy Alicja spadała "w dół, w dół, w dół", żeby znaleźć się w Krainie Czarów (o czym nie miała pojęcia, wskakując do króliczej nory), zastanawiała się nad różnymi rzeczami. Naturalnie przede wszystkim nad tym, dokąd doleci: czy już zbliża się do środka ziemi? czy przeleci ją może na wylot? Próbowała nawet przećwiczyć w trakcie lotu grzeczne dygnięcie, którym mogłaby powitać ewentualnych mieszkańców drugiego końca planety, chodzących bez wątpienia do góry nogami, gdyby tam właśnie doleciała. Rozmyślała też nad różnymi kwestiami o prawdziwie naukowym charakterze, posługując się w tym myśleniu takimi pojęciami, jak Szerokość oraz Długość geograficzna, które robiły na niej samej duże wrażenie. 

A kiedy Ikar leciał "w dół, w dół, w dół", mając jasne pojęcie dokąd zmierza (raczej tak), nie daje nam się info, o czym myślał. "Runął jak rażony gromem", tak się kwituje zazwyczaj t e n jego śmiały lot, co jest wyraźną sugestią, że nie zdołał biedak najwyraźniej pomyśleć nic sensownego w trakcie tego swojego spadania. Mówi nam się za to, o czym dumał, lecąc w górę.

Wybieram opcję Alicji - to chyba oczywiste. I całkiem jak Alicja mam nieodparte poczucie, że jest to bez wątpienia znakomity i jasny plan, bardzo łatwy do urzeczywistnienia, ma tylko jedną wadę: nie mam najmniejszego pojęcia, jak się do tego zabrać. 

 I love Mikołaj Kopernik

**********************************************************

wtorek, 26 listopada 2013

Jak Radharani

**********************************************************

"Co za sytuacja – skomentował wujek Potty. - Żołnierze są wegetarianami, a mnisi [w Tybecie] obżerają się mięsem. (…) A zresztą Budda zmarł przez swoją słabość do wieprzowiny". 
Brzemię rzeczy utraconych, Kiran Desai 

Ta historia dzieje się w Indiach i ma w tle demona - Kanczendzongę (choć nie tylko ją geograficznie, ją = górę). Miejsce jest newralgiczne – styk Indii i Nepalu, i bardziej o to chodzi niż o egzotyczne okoliczności przyrody. Czas też jest specyficzny: era postkolonialna, lata 80. XX wieku, kiedy w Indiach własnej tożsamości szuka nawet okoliczne wojsko, stając się coraz wyraźniej armią prawdziwie indyjską, odchodząc zdecydowanie od brytyjskiego modelu, manifestując swój narodowy charakter na wszelkie możliwe sposoby. Nawet w doborze kolorów: przemalowuje się Kluby dla wojska na przykład na różowo ("Cóż, pewnie mają już dość koloru błota na wszystkim" – to komentarz jednej z bohaterek). Wciela się w życie z powagą "program upiększania armii". A z kuchni wojskowych kantyn coraz częściej nadchodzą plotki o szerzącym się wśród żołnierzy i oficerów wegetarianizmie, a nawet abstynencji, co z kolei budzi niepokój w niektórych lokalnych osobistościach, znowu - żeńskich ("Żeby zabijać, trzeba być mięsożercą, trzeba jeść ryby przynajmniej, w przeciwnym razie stajesz się ofiarą. Jak obronią Indie przed Chińczykami tak blisko za górami w Nathu-La?" – jęczą niektóre z nich, widząc zdyszanych żołnierzy, których patykowate nogi wystają z komicznie szerokich szortów). Jednak komizm miesza się tu ze zgrozą. 

W tych Indiach gada się też o Dostojewskim: 

"Sai podsłuchała tymczasem, jak Noni rozmawia z bibliotekarką o Zbrodni i karze: 
- Z jednej strony czułam podziw dla tego, jak to zostało napisane, a z drugiej zdumiewały mnie – opowiadała Noni – te chrześcijańskie pojęcia, takie jak wyznanie winy i przebaczenie… ciężar zbrodni przerzuca się na ofiarę! Skoro nie można cofnąć tego, co się stało, to dlaczego można zniwelować grzech? 
Wydawało się, że cały system tak naprawdę sprzyja grzesznikowi, a nie człowiekowi prawemu. Można oto zrobić coś złego, a potem powiedzieć, że się tego żałuje, i w ten sposób, zabawiwszy się czyimś kosztem, uzyskać taki sam status jak osoba, która w niczym nie zawiniła, która nie tylko padła ofiarą występku, ale i musiała doświadczyć trudu przebaczenia, bez żadnych dodatkowych premii. I oczywiście wtedy, wiedząc o takim zabezpieczeniu, można poczuć, że wolno nam grzeszyć do woli: żałuję, żałuję, och, jak bardzo żałuję. Słowa można wypuszczać jak pierzaste ptaki do lotu. 
Bibliotekarka, szwagierka lekarki, do której chodzili wszyscy w Kalimpangu, rzekła: 
- My, hindusi, mamy lepszy system. Dostajemy to, na co zasłużyliśmy, i nie można uciec przed naszymi uczynkami. I przynajmniej nasi bogowie wyglądają jak bogowie, no nie? Jak Radharani. Nie jak ten Budda albo Jezus – żebracze typy”. 
Brzemię rzeczy utraconych, Kiran Desai 

Tytułowe „rzeczy utracone” paradoksalnie ciążą najbardziej, choć przecież ich nie ma. 

Radharani

**********************************************************

poniedziałek, 18 listopada 2013

Jezus nie opłakiwał siostry, zapomniał o niej

**********************************************************

To prawda, że Ewelina Kawka znała tylko jeden obcy język. Ten, co wszyscy. I była to jej cecha niespecyficzna zupełnie, jak prawo jazdy kategorii B, niekaralność lub stosunek do kopania studni w Sudanie albo zwierząt. 

Czaszkę miała zawiniętą w turban, przyczajone w okularach oczy, skórę białą - tak Ewelinę Kawkę mógłby opisać świadek, gdyby tworzył portret pamięciowy. Ewelina nie miała dotąd portretu. Miała dość. Dlatego chciała zniknąć. 

Był październik. Ciepłe popołudnie, idealne na przechadzkę w parku. Wokół orgia - złoto, miedź, malachit, lekki ruch i perfekcyjne oświetlenie. O jezu. A propos Jezu. Ewelina Kawka, zwana Ewką na podwórku, w domu i na fejsie, miała duży respekt dla postaci Jezusa Chrystusa. Wstrząsnął nią akt bestialstwa, jakim było publiczne zarżnięcie tego człowieka poprzez nieogarnialne w żaden znany jej sposób przytwierdzenie młotkiem do krzyża jego kończyn górnych i dolnych. Przeszła w dziecięcej gorączce przez fazę fascynacji procedurą komunii - pierwszej, potem ostatniej. Jezus jednak pozostawał dla niej bratem, sporo starszym, uwikłanym w swoje sprawy, bratem-chwatem zmarłym w młodym wieku. Modlić się do braciaka? Jakoś nie. Nie zwracała się do niego nigdy jak do Boga.

Uderzyło ją to teraz, właśnie tu. Jej organizm, dziś trzydziestoletni, który znała i któremu nie ufała, aberrował (który to już raz?), reagując nieprzewidywalnie na to nagłe i bez znaczenia w zasadzie odkrycie. Wygenerował jęk i nie minęła chwila, gdy Ewka załapała, że się modli do boskiego syna, czyli brata według tej kościelnej genealogii z dzieciństwa. Zanim się obejrzała, szeptała, zaklinała: - Bracie w znikaniu, help mi! - łkała prawie. - Pomóż mi, starszy bracie, zapętlić się w tym parczku, nie wyjść z niego, żeby tak zostało. Bezwyjściowo, bez cywilizacji. Z florą tylko i wyłącznie z fauną, z grzebaniem w liściach jesiennych, głaskaniem kotów nie moich, bo jak umrą, to na szczęście nie mnie. Pomóż mi, bracie w znikaniu, starszy o całe trzy lata, zapętlić się w tym parczku, nie wyjść z niego. 

Wypowiadając te słowa, zapamiętała się trochę, lecz mimo to poczuła nagły ból w prawym boku. Zatoczyła się, w ostatniej chwili unikając bardziej dotkliwych obrażeń. Dwie programowe chodziary, spacerowiczki z kijkami, rozpędzone centralnie i rytmiczne jak lokomotywy parowe (para na parę) omal jej nie zmiażdżyły, nacierając w sportowym amoku. Jedz zdrowo, żyj sportowo. Ślepe, czy co? Właśnie – co? Nie ma rąk ani nóg, tylko cztery rogi i jest to chusteczka higieniczna wielokrotnego użytku. Ej, chyba nie będziesz się mazać z tego powodu, że jakieś gruboskórne babole nie raczyły cię zauważyć? Ich aroganckie GPS-y mają w dupie takie przeszkody jak ty, takie korki w postaci istot żywych, lecz o mizernych gabarytach. I bez kijków. Po cholerę toto żyje? 

- Proszę się nie obawiać, gdyż piesek jest łagodny – usłyszała w tej samej chwili. I to z całą pewnością właśnie do niej, Ewki Kawki, skierowany był ten tekst. Uff, więc jednak dysponuje taką ilością materii, że ktoś ją widzi bez lupy. Żul i pies, który rozszczekał się wielkim głosem, bynajmniej nie łagodnie, więc Ewelina powie: - Daje znać, że jest czujny – i żulowi spodoba się bardzo taka interpretacja zdarzeń. 

Skąd to wiem? 

- Usiądź, zmasakrowana Ewelino – nie mówię tego głośno, ale Ewka łapie o co mi chodzi w lot, i już się zatrzymuje, widząc ławkę. Potem siada.
 – Twoje powieki – mówię - robią się bardzo ciężkie, coraz cięższe. Zanim policzę do pięciu, opadną.

Zasypiając, przypomniała sobie, jak kładł rękę na czubku jej głowy. Obejmował czaszkę wielką dłonią. Czuła ciepło korony opuszek, zatopionych w świeżo umytych włosach. 

Zaczęła nosić turban i ciemne okulary, od kiedy zrozumiała, że tamta była pierwsza, że de facto żyła z bigamistą. Potem pojawiły się te sny, których ponure akcje działy się zwykle w dusznych, źle oświetlonych kaplicach, gdzie przy kawałku ołtarza w czarnej, seksownej woalce stała tamta - on obok, po prawej - i skandowała dźwięcznie: 
- I ślubuję ci miłość bardziej po grób niż inne. 
Organów zwykle nie było, tylko w rogu kaplicy lokals jakiś na długiej drabinie, artysta-samouk: – Tu jebniemy aniołka – mruczał pod nosem skupiony, zanurzając brudny pędzel w kuble z wodą. Potem ktoś intonował żwawą, popową piosenkę z refrenem: Cięż-ko umie-rać, w rytm którego wszyscy zaczynali się zgodnie kiwać. 

Budziła się i robiło jej się mdło. Nabierała pewności, że choćby bardzo chciała, zapomnieć tych słów nie zdoła nigdy. 

Tamtej jesieni, choć widywali się codziennie, zaczęła zauważać pewne symptomy rozjazdu pomiędzy zamiarami a tym, co osiągali tu i teraz, w rzeczywistym życiu. Pachniało to ironią. Patrzyła w jego twarz. Nie było na niej widać, że coś go dręczy, nurtuje. A jednak słowo „winda” zaczęło się pojawiać w jej myślach coraz częściej. Nienawidziła wind za ich klaustrofobiczność, perwersyjne zniewalanie pasażerów. Myśląc winda, widziała pułapkę. I przeczuwała niechętnie, że zbliża się godzina prawdy. Miała wtedy ochotę rozpłakać się jak dziecko. 

Godzina prawdy przyszła w niedzielne przedpołudnie, rozciągając się fizycznie w nieskończoność. Przepadł, zniknął. I jak kamień w wodę. Po tygodniu zaczęła się bać, że już nigdy go nie zobaczy. 

 - Kim pani jest dla pacjenta? – to usłyszała najpierw, po ponad sześciu miesiącach, zanim mogła go zobaczyć. Przypominał kabel od odkurzacza wsysany automatycznie w czeluść wypasionego brzucha urządzenia, które jest nadrzędne. Ktoś położył palec na guziku, zablokował i nie było zmiłuj. Kabel znikał. 

- Kim pani jest dla pacjenta? – przypomniała sobie pytanie. Więc kim jest? Teraz wie, kim nie jest: ratowniczką ani zbawicielką, darującą życie i beztroskę. Leżeć plackiem, szeptać: "powiedz tylko słowo" i powtarzać: "uzdrowione będzie ciało jego" też nie mogła, nie potrafiła. 

To była rola jej życia – rola śmiecia skamlącego o litość. I może gdyby zagrała ją wybitniej, wytrzymała te udręki i cierpienia w lepszym stylu, byłoby jej dane przeżyć zwrot ku lepszemu. Jasne.

- Śpisz? Wstań. 
- Nie śpię, palą mnie policzki. Nie patrz na mnie. 
- Mówię ci, wstań. 

Ewelina podniosła się z ławki, płosząc przy tym wielkiego gawrona, który przegarniał metodycznie zwały opadłych liści i co rusz wyławiał z tej rzeki coś interesującego. Obmacała zluzowany turban, poprawiła ramiączka topu. Spojrzała na smartfona, który był dla niej wszystkim od chwili, kiedy wypadła z głównej roli. Teraz musi wykonać zamach życia. Trzy, dwa, raz. Poszybował łukiem w drugi koniec zarośli. Fajny gadżet. 

Jakoś się nie zdziwiła, gdy zarejestrowała, że ktoś przemknął pomiędzy drzewami. Ruszyła w tamtą stronę z niedorzecznym wrażeniem, że otacza ją ciasny krąg spojrzeń. Znów publika? Będzie oceniana? Że niby nie ma wyboru co, ale może wybrać jak? Doprawdy wielkie halo. Przywilej desperatów. Jej zapał się ulotnił i oparła się o cienką brzozę, po której gnały mrówki, jak zawsze oszołomki, profanki jedne, i nie miała wątpliwości, że zaraz by ją zżarły, zanim by się zdążyła zebrać w sobie i odkleić od tego białego pnia. Nagle zdała sobie sprawę, że czeka podświadomie, ma naiwną nadzieję, że się zjawi. I że gdyby przyszedł, sprawiłby jej niemożliwą radość, ale sposób, w jaki się pożegnali, spowodował, że zawstydziła się tych myśli. Uwłaczały szarym komórkom. 

- Co ty tu robisz, dziewczynko? Ewelino, Ewko, Ewelinko, dziecko drogie, siedzisz na gołej ziemi. 
- Ziemia jest ciepła, babciu, bo ma w brzuszku miliony trupów. 

Zobaczyła pomarszczoną twarz, zawieszoną na niepewnej szyi. To nie babcia. Pochylała się nad nią starsza kobieta: 
– Co się stało? Jak mogę ci pomóc? 
- Już w porządku, bardzo pani dziękuję. 

Podniosła się na dowód, że jest dobrze, ale kobieta czekała i Ewelina musiała ruszyć z miejsca, odejść parę kroków, żeby się od niej uwolnić. Osobliwa starsza pani - w seledynowych szpilkach na kozacko wysokim obcasie i z ręcznikiem przerzuconym przez plecy, jakby wracała z plaży, z kąpieliska albo z odkrytego basenu, gdyby nie te szpilki zamiast klapków. Mniejsza z tym, bo właśnie odpuściła. Pewnym krokiem poszła w swoją stronę. 

Ewelina rozejrzała się dokoła. Gdzieś ty jest? Czy zdajesz sobie sprawę, że wystarczy jedno twoje słowo, żebym zmieniła zamiar? 
- To jest nie do pomyślenia, Ewelino. 
- Czyżby? Może chodzi tylko o to, że jesteś obojętny/obojętna, zimny/zimna jak kurczę w galarecie, że nie chce ci się szukać innego rozwiązania, zwłaszcza tego, co upadło i gdzieś leży. Więc nie wiem, co chcesz wiedzieć. Jak się czuję? Czuję się naiwnie. Że zawiodłam. Że waliłam głową w mur. Jak idiotka. 

Ewelina zbladła. Jest kretynką. Gada z ciszą, jest na czacie z chmarą glist. 
Była światem, prywatnym kosmosem, teraz znika z giełdy z dnia na dzień. 
- Nie odważysz się – usłyszała jeszcze. I na tym się skończyła jej perspektywa. 

* 
Młoda kobieta z plecakiem, w troskliwym towarzystwie ruchliwego pasterza, owczarka berneńskiego, mega stróża, w słoneczne przedpołudnie wydaje nagle okrzyk, który przecina powietrze namacalnie, poruszając drzewa. Pies, pogodny zazwyczaj, dostaje teraz szału, szarpie się i ujada, jak w szczytowej fazie wścieklizny. Naskakuje i zaraz się cofa. Kobieta zgięta w pół wymiotuje i charczy. Chce za wszelką cenę się odwrócić, cofnąć wszystko, ale jest za późno. 

Napotkany przez nią w parku śmieszny kopiec nie okazał się pałacem mrówek. To było inne robactwo, które łapczywie, z chciwością załaziło leżącemu ciału do ust, do gardła, oczu. Chciało dostać się do samego środka, zeżreć duszę. 

Więc to już? Kasujemy konto: 
Ewelina Kawka, lat trzydzieści, prawo jazdy kategorii B, biegły English, miłośniczka kotów. Ukarana. Wykonała wyrok. Login failed. 


**********************************************************

piątek, 8 listopada 2013

Tablica wstydu zwana listą bestsellerów

**********************************************************

"Szwajcarzy się boją. Są bogaci, więc się boją. Ja też się boję, ale inaczej. Oni boją się utraty swego trybu życia, niezmierzonych bogactw i chomiczego dobrobytu. Ja boję się tylko tego, że może nastąpić chwila, w której coś silniejszego od mojej świadomości porwie mnie niczym wir i pociągnie ku przepaści".   
(Sándor Márai, Dziennik)

Nawet jeśli tak było (Márai zrobił ten zapis w 1946 roku, tuż po zakończeniu II wojny światowej, a więc w czasie dość szczególnym), chcę powiedzieć, że po kompletnej lekturze Dziennika (skończyłam czytać wreszcie) ma się całkiem inny obraz autora. Nie myśli się o nim w taki sposób – jak o osobie zmagającej się z samym sobą, balansującej nad przepaścią (egzystencjalną, jakąkolwiek).

Czuję się wyedukowana po tej lekturze. Jaki temat zapodaje Dziennik? Oldskulowy, najogólniej taki: "Co to jest erudycja, drodzy odbiorcy?" – i jest to lekcja miażdżąco wręcz interesująca, ponieważ książka oddaje do dyspozycji usera niesamowite pokłady posortowanych danych dotyczących kultury, sztuki i w ogóle tzw. łacińskiej cywilizacji. Skrzy się dwudziestowiecznie od błyskotliwych komentarzy, trafnych obserwacji, pogłębionych analiz i interpretacji różnych zjawisk, celnych puent. 

A jednak pozostałam z wrażeniem "poprawności".

Jedyne momenty w Dzienniku, kiedy Márai wypada ze swojej roli doctusa - w którą wciela się na ogół idealnie - gdy porzuca atrakcyjną w odbiorze szlachetną ironię na rzecz mniej estetycznego "szaleństwa", "wściekłości i odrazy", kiedy złorzeczy jak Hiob, gdy nachodzi go wizja "całkowitego absurdu" i ma myśli takiego rodzaju, jakich bał się u "tych wariatów-Rosjan" – że Bóg jest (jeśli jest) "ohydną tarantulą" i że najlepsze, co można zrobić, to odmówić życia "na takich obraźliwych warunkach", jakie podyktowano człowiekowi - są to te momenty, kiedy umiera jego żona, syn, pies. Trudno, żeby było inaczej, chcę zaznaczyć, że tego nie przemilczał. 

Na koniec (grande finale) próbka stylu, w jakim pisany jest Dziennik - trzy w miarę reprezentatywne kawałki: 
*
"W nocy podczas czytania nasuwa mi się frywolne pytanie: jak wyglądał naprawdę Paryż, w którym Pascal opisał swoje zmagania w Myślach? We francuskiej czytelni znajduję coś o vie quotidienne (życie codzienne). W czasach Ludwika XIII na półtora miliona mieszkańców funkcjonowało w Paryżu zaledwie trzydzieści studzien. Skutkiem tego wszyscy byli brudni. Nie istniała kanalizacja, wszelkie brudy kloaczne spływały po kamieniach wąskich uliczek. Wybredni, należący do "lepszego towarzystwa" ludzie poruszali się wyłącznie konno, powozem lub w palankinie, bo brudy sięgały do kostek. Król podobno kąpał się czasami – zawsze był dziwakiem. Pascal, jak wszyscy wykształceni ludzie tamtej epoki, rozmyślał i pisał w tak śmierdzącej rzeczywistości. Geniusz jest zawsze silniejszy niż brud, który go otacza". 
*
"Młodzi amerykańscy pisarze z zachłannością, bez zahamowań rozbierają swoich bohaterów w powieściach, nieustannie rozprawiają o najbardziej intymnych sprawach cielesnych, seksualnych. Gdy ktoś pyta ich o refleksję myślową, krytyczną, oburzają się jak nudyści, którzy uważają za niemoralne, że ktoś w gatkach czy biustonoszu wkracza tam, gdzie oni – pisarze i ich bohaterowie – są goli jak niemowlęta". 
*
"Poziom umysłowy i moralny cywilizacji jeszcze nigdy nie znajdował się tak nisko jak w naszych czasach. Wystarczy stanąć przed budką z gazetami i popatrzeć na kolorowe okładki czasopism, wystarczy wcisnąć włącznik telewizora, usiąść w kinie, spojrzeć na ten pręgierz, na tablicę wstydu zwaną lista bestsellerów".

Aha: powiedzenie, że "u Verdiego nawet konie śpiewają", jak również porównanie Zygfryda Wagnera, wysłuchanego w lipcowym upale, do kilkugodzinnej nasiadówki w Niagarze – to też z Dziennika Máraiego. 


**********************************************************