niedziela, 29 września 2013

za Tezeuszem w labiryncie podąża ptaszek połykający nić

**********************************************************

Nie tacy wymiękali przy czytaniu Dostojewskiego (niespodzianka! będzie o Dostojewskim). W obu sensach, to znaczy „pozytywnie”, gdy dębieli, stuporzeli i słupieli, a ciarki (w oparach siarki) przetaczały się przez ich ciała w trakcie lektury, oraz „negatywnie”, czyli w taki sposób, że nie dawali rady, odpadali już po pierwszych kawałkach tekstu. Nie będę jednak obstawiać, którzy wymiękający stanowią większą grupę ani jakie są proporcje, ponieważ (znów surprise!) ci ostatni (ci „negatywni”) z powodu braku wspólnoty, jak również z tej przyczyny, że nie mają oni zwykle jakiejś konkretnej ochoty na zgłębianie kwestii, skąd ta niechęć (uff, gość gada, gada, gada - to najczęściej i to za mało) w ogóle mnie nie interesują w tym momencie. Interesują mnie za to wymiękli „pozytywnie” (trzej wybrani); i analogicznie - z powodu pokrewieństwa, korespondencji uczuć, a także dlatego, że tak dobrze się sprawili, zadając sobie trud bezwstydnego nazwania tego, czego doznali (to adekwatne słowo) przy zetknięciu z Dostojewskim.
Oddaję zatem głos zestuporzałym najpiękniej, w alfabetycznej kolejności:

Na „B”:

„Zagłębiłem się w Verlainie i Traklu, przeczytałem też Biesy Dostojewskiego, książki o takiej zachłanności i takiej radykalności, a w ogóle tak grubej książki nie czytałem nigdy przedtem, odurzyła mnie, na jakiś czas roztopiłem się w biesach. Kiedy się pozbierałem, nie chciałem przez pewien czas czytać niczego innego, bo byłem pewien, że przeżyję straszne rozczarowanie, wpadnę w przerażającą otchłań. Tygodniami wzbraniałem się przed jakąkolwiek lekturą. Niesłychaność Biesów przydała mi sił, wskazała drogę, powiedziała, że jestem na właściwej drodze ku wyjściu. Ta szalona i wielka literatura poraziła mnie, abym mógł wyjść stąd jako bohater.”
(Thomas Bernhard) 

Na „C”:

„Wczoraj po raz kolejny przeczytałem piąty rozdział drugiego tomu Braci Karamazow – ten, w którym Iwan zwraca swoją przepustkę do wszechświata, stworzonego przez Boga, i nagle wybuchnąłem niepohamowanym szlochem.
Czytałem już te stronice nieskończoną ilość razy, lecz zamiast uodpornić się na ich moc, staję się wobec nich coraz bardziej bezbronny. Dlaczego? Przecież nie podzielam cokolwiek mściwych poglądów Iwana […] Czemu więc Iwan wbrew mojej woli wyciska mi z oczu łzy? Odpowiedź nie ma nic wspólnego z etyką ani z polityką, tylko z retoryką. W swojej tyradzie przeciwko zapominaniu krzywd Iwan dla własnych celów bezwstydnie gra na uczuciach (gdy mówi o umęczonych dzieciach) i posługuje się karykaturą (okrutnych obszarników). Znacznie większą siłę oddziaływania aniżeli jego (niezbyt treściwe) wywody mają akcenty bólu, osobistej udręki duszy, która nie potrafi znieść okropności tego świata. Tym, co mnie tak porywa, nie jest rozumowanie Iwana, lecz sam jego głos, prowadzony przez Dostojewskiego.
Czy te bolesne tony są prawdziwe? Czy Iwan „naprawdę” doznaje uczuć, do których się przyznaje, i czy zatem czytelnik „naprawdę” podziela jego uczucia? Na to drugie pytanie znajduję niepokojącą odpowiedź. Brzmi ona: tak. Nawet kiedy słuchamy Iwana i zastanawiamy się, czy on sam naprawdę wierzy w to, co mówi, nawet kiedy zadajemy sobie pytanie, czy chcemy powstać i za jego przykładem również zwrócić przepustkę, no i czy to, co czytamy, nie jest zwykłą retoryką, nawet kiedy pytamy, wstrząśnięci, jak Dostojewski, bądź co bądź chrześcijanin, wyznawca Chrystusa, mógł pozwolić Iwanowi wypowiedzieć tak mocne słowa, to w tym całym zawirowaniu mamy jednak czas pomyśleć: „Nareszcie! Oto na moich oczach toczy się bój o to, co najważniejsze! Jeśli komukolwiek (choćby Aloszy) dane będzie pokonać Iwana słowem lub własnym przykładem, to zaiste prawdziwość słów Chrystusowych zostanie potwierdzona!” Myślimy więc: „Chwała wam, Fiodorze Michajłowiczu! Oby wasze imię po wiek wieków rozbrzmiewało w komnatach sławy!”.”
(J. M. Coetzee) 

I na „M”:

„Dostojewski tak mnie męczy, jakbym się zamknął w jednym pokoju z szaleńcem, ale takim szaleńcem, który może kiedyś zostanie ogłoszony świętym. Nie mogę się pogodzić z tym, że perspektywą człowieka jest ta organiczna bezkresność, jestem Europejczykiem, ufam raczej miarom i danym kartograficznym.

Opór, jaki czuję wobec jego stylu, topnieje w płomieniu temperatury dzieła niczym ołów w żarze kotła. Dostojewski zmiata wszelki opór: to jest coś więcej niż „literatura”, z tym nie sposób dyskutować. Albo trzeba się do niego przyłączyć, albo uciec. […]

Odcedzić z pospiesznego i niepohamowanego przegadania wszystko, co w Braciach Karamazow jest fatum i treścią, i wyczytać z nich ewangeliczne posłanie, to dla czytelnika męczące zadanie. W końcu jednak dyskutuje się z szaleńcem, ale siła tego szaleńca poruszyła i spustoszyła świat. I jeszcze ciągle pustoszy. Po przeczytaniu dwudziestu pięciu-trzydziestu stron jestem wykończony, zdenerwowanie, jakie wywołuje we mnie jego ton i gadatliwość dygresji, trwa jeszcze długo po odłożeniu książki. I nie sposób się od niego uwolnić! Wydaje mi się najzupełniej możliwe – co może któregoś dnia udokumentuje policja – że Dostojewski zabił człowieka.
(Sándor Márai) 

No i bez komentarza.


**********************************************************

czwartek, 26 września 2013

O Klidasie* (z dedykacją dla pewnego nie-ciernika, który [która] ma dzisiaj swoje święto)

**********************************************************

„Twoją powieść wieczór za wieczorem czytałem, przeczytałem. Uznałem, że już od dawna pragnąłem takiej lektury” – pisał do Kafki Max Brod o powieści, którą czytał w rękopisie i na szczęście dla reszty ludzkości zrobił wszystko, żeby się nią podzielić. Brod też był wielki!

Że Kafka nie był ciernikiem, to wiadomo. Był mega rybą. Ciernik jest z Kierkegaarda, który pisze o egzystencji jako sieci, zarzuconej po to, żeby łowić większe ryby, podczas gdy właśnie cierniki – małe, drobniutkie rybki, wprowadzone jako alegoria zwykłych ludzi, mogą swobodnie przechodzić przez jej oka. „Skoro tylko przychodzi człowiek, który wnosi z sobą coś oryginalnego, tak że nie mówi: Trzeba brać świat, jakim jest (tak mówi ciernik), lecz mówi: Jakikolwiek by ten świat był, pozostanę przy mojej oryginalności, której nie zamierzam zmieniać według upodobania świata; w tej samej chwili, gdy te słowa zostają usłyszane, w całym bycie dokonuje się przemiana”.

W ogóle miał do ryb – jako wegetarianin - Kafka stosunek szczególny. Na tyle nietypowy, że krążyły po mieście ekscytujące fabuły, opowiadane przez spłoszone, czasem zdruzgotane koleżanki Franza, o tym, jak to Kafka na przykład, zwiedzając pewnego razu z jedną z nich Akwarium berlińskie, stanął przed oświetlonym szklanym basenem i przemówił do ryb takim tekstem: „Teraz mogę już was oglądać spokojnie, ja was nie zjadam”.

Czynił także na piśmie następujące zwierzenia:

„Wieczorem byłem smutny, ponieważ zjadłem sardele, były dobrze przyrządzone, majonez, kawałki masła, purée ziemniaczane, ale były to sardele. Już od kilku dni miałem apetyt na mięso, to była dobra nauczka. Smutny jak hiena ciągnąłem potem przez las (odrobina kaszlu była charakterystycznym znakiem człowieczeństwa), smutny jak hiena spędziłem noc. Wyobraziłem sobie hienę, jak znajduje zgubioną przez karawanę puszkę sardynek, nadeptuje na tę małą blaszaną trumnę i wyżera zwłoki. Przy czym różni się ona od człowieka jeszcze tym, że nie chce, ale musi (w przeciwnym razie dlaczego byłaby tak smutna i dlaczego miałaby ze smutku zawsze na wpół przymknięte oczy?), my z kolei nie musimy, ale chcemy. Doktor pocieszył mnie rano: po co się smucić? To przecież ja zjadłem sardele, a nie sardele mnie.”

Taki to był Franz Kafka, nazywany czasem Klidasem, który „nie gustował w łatwych uśmiechach i gadaninie”, ale kiedy przychodził do kuchni, guwernantce i kucharce Fanny zawsze było bardzo miło.

*Klidas (czeski slang praski) - kolos milczenia, taką ksywkę miał Kafka w pewnych kręgach.

a to ciernik właśnie
**********************************************************

wtorek, 24 września 2013

Wszyscy idą spać, więc ty też musisz

**********************************************************

Kiedy Orfeusz patrzy na Eurydykę w Hadesie jest wstrząśnięty, widząc ciężkie, martwe ciało – jej i nie jej - jakby cała lekkość uszła z niego z ostatnim oddechem. Eurydyka nie żyje i to martwota śmierci robi takie wrażenie na żywym Orfeuszu, który jednak wierzy w odwracalność. W taką opcję. Jak to widzi Eurydyka?

„Człowiek kurczowo czepia się wiary, że jest gdzieś ktoś wystarczająco w nim zakochany , aby go przytrzymać, nie dać porwać. Lecz ta wiara nie ma podstaw. W ostatecznym rozrachunku każda miłość jest umiarkowana. Nikt z nami nie pójdzie.
Mit Eurydyki opacznie zrozumiano. W istocie mówi on o samotności śmierci. Eurydyka jest w piekle, spowita całunem. Wierzy, że Orfeusz dość mocno ją kocha, aby przyjść jej na ratunek. I on rzeczywiście przychodzi. Lecz jego miłość okazuje się w końcu za słaba. Orfeusz porzuca ukochaną i wraca do własnego życia.
Mit Eurydyki przypomina, że z chwilą śmierci tracimy wszelką zdolność do decydowania o tym, kto będzie nam towarzyszył. Przemożny wir porywa nas ku przeznaczeniu; nie od nas zależy, przy kim spędzimy wieczność.”
(J. M. Coetzee) 

Tak właśnie jest u Miłosza (w Orfeuszu i Eurydyce) – oto finał długiej drogi Orfeusza: 

[...]
Dniało. Ukazały się załomy skał
Pod świetlistym okiem wyjścia z podziemi.
I stało się jak przeczuł. Kiedy odwrócił głowę,
Za nim na ścieżce nie było nikogo.

Słońce. I niebo, a na nim obłoki.
Teraz dopiero krzyczało w nim: Eurydyko!
Jak będę żyć bez ciebie, pocieszycielko!
Ale pachniały zioła, trwał nisko brzęk pszczół.
I zasnął, z policzkiem na rozgrzanej ziemi.
 
[Cz. Miłosz, Orfeusz i Eurydyka]

Tylko u Kafki jest inaczej - udręczony, oddzielony od bliskich bohater kładzie twarz na zdjęciu nieobecnych. Czuje na policzku jego przyjemny chłód. Dopiero wtedy zasypia.



**********************************************************

poniedziałek, 23 września 2013

świat zamknięty

**********************************************************

Główna myśl Rilkego: jeśli chcemy doświadczać świata w sposób niezapośredniczony, musimy bazować na empatii ze zwierzętami („To, co jest na zewnątrz, poznajemy jedynie z oblicza zwierzęcia; bo już małe dziecko odwracamy i zmuszamy, by wstecz widziało formę [Gestaltung], nie otwarte [das Offne], które w wizji zwierzęcia jest tak głębokie” - fragment Elegii ósmej w dosłownym tłumaczeniu J.M. Coetzee’ego, polski przekład.)

I w przekładzie Adama Pomorskiego:
 […]
Stworzenie widzi wszystkimi oczyma
otwarty świat. Jedynie nasze oczy,
jak wywrócone, są stworzeniu niby
sidła stawiane u wolnego wyjścia.
Co j e s t na zewnątrz, wiemy tylko z twarzy
zwierzęcej; już na dziecku wymuszamy,
że swym na opak wywróconym okiem
widzi ukształtowanie, nie otwartość
świata, w zwierzęcym tak głęboką wzroku.
[…]
 Elegia ósma [w: Elegie duińskie]

Der Panther

**********************************************************

wtorek, 17 września 2013

Matematyka

**********************************************************

W stosunku do gołębi, co sobie umościły gniazdo na akacji za oknem, tuż przy szybie, tuż pod moim nosem, pod nieobecność Dumy, która nigdy by do tego nie dopuściła, żywię cały wachlarz uczuć. Ale nie tykam ich oczywiście.

Gniazdo vis-à-vis głównego okna

**********************************************************

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

poza tym niech was nie razi moje piękne ubranie, jestem zupełnie biedny

**********************************************************

Chyba wiem, co bym wymyśliła, gdybym dostała zlecenie na dostarczenie haseł na coś w rodzaju manify o socjologicznym charakterze i o takim mniej więcej temacie: „Więc dowiedzmy się, jak żyją ludzie”. Byłaby to najpewniej seria pytań trochę ekscentrycznych i retorycznych raczej, z pozoru aspołecznych, na przykład w takim stylu: Czy dumni żyją dumniej? Dotknięci dotkliwiej? Nieoswajalni w klatkach? Pretensjonalni jak? A stoicy ruchliwie (wzruszanie ramionami to w końcu ruch-wymiatacz o gigantycznej mocy, może siać zniszczenie, nawet śmierć, w promieniu nieobliczalnym). Ale nie mam takiego zlecenia. 
Dlatego mając chwilę, zrobię tablicę własną, do miejscowego zastosowania - tu i teraz - o autentycznie aspołecznym charakterze i na inny ekscentryczny auto-temat: Ani dekapitacja, ani kontynuacja. Duma mi nie pozwala. Czyli pat. I to będzie tablica rzetelnie OSTRZEGAWCZA o mniej więcej  następującej treści:

NIEOSWAJALNE, UWAGA!
TEREN DEKONSTRUKCJI. I WYKOPY. ORAZ NISKI STROP. NA DODATEK U GÓRY PRACUJĄ. PLUS ZAGROŻENIE WYBUCHEM. CYKOROM I OPORTUNISTOM MOŻE POURYWAĆ PALCE. ZAKAZ WRZUCANIA NIEDOPAŁKÓW DO KOSZA Z PAPIEREM. 

BEZWZGLĘDNY BRAK GWARANCJI BEZPIECZNYCH ZAKUPÓW! 

coś w tym stylu

**********************************************************

piątek, 29 marca 2013

Jadis in progress

*****************************************************************

Kocham Aslana, jest w porzo, ale nie mogę udawać, że przewrotność Białej Czarownicy nie zrobiła dziś na mnie wrażenia. Kurczę, szacun. Postarała się, trzeba przyznać, w ciągu godziny zaledwie przepoczwarzając jamniki z drepczących w nurkujące, nie wydziwiając przy tym, korzystając z tradycyjnych środków.
Biało wszędzie, miękko wszędzie, zmartwychwstania dziś nie będzie (ani jutro, ani… itd.).
Moje ponure podejrzenie potwierdza kategorycznie bezdyskusyjna wyrocznia, jaką jest wszechobecna pani na tutejszych włościach, dozorczyni, której donośny głos słyszę, zbiegając po schodach, z dołu klatki: - To jest kara boska. K a r a b o s k a. Po co nam koniec świata, jak mamy… - tu się zawiesza - … wieczną zimę! – podrzucam jej frazę, nadbiegając efektownie w tym momencie. – No właśnie… - chyba ją zadowolił taki wariant. 
To tyle. Day in progress. 
Aha, a pan Zając dał mi dzisiaj jajka w stosownym pojemniczku, nie w papierowej torebce, i nawiązaliśmy przy tej okazji kontakt wzrokowy. Na podstawie tego doświadczenia, zaczynam nabierać podejrzeń, że pan Zając ma poczucie humoru.


*****************************************************************

wtorek, 26 marca 2013

nie-śmiesz-nie

*****************************************************************

Gdy tylko usłyszałam: - Jak to nie śmiesz? Nie? Ale dlaczego? - jakoś od razu straciłam ochotę na tę rozmowę, brnięcie w nią.
- Wiem, że nie-śmiesz-nie, tyle wiem – pomyślałam i powiedziałam: - Bo nie – tonem błahym, lekceważącym, przerzucając lekkość swojego ciała w pionie, którą czułam, na lewą nogę, zaś ciężar tej rozmowy, który też odczuwałam, starając się przerzucić na stronę drugą w tym dialogu, niepokrewną, bo dlaczego bym miała właściwie brać go na siebie, skoro to nie była moja rozmowa, lecz wymuszona.
- A co z tym twoim śmiesznym weekendowym wyjazdem? – chciałam odwrócić ogonem, wszystko jedno co, byle nie kota, i nie do końca mi się to udało, gdyż właśnie w tym momencie włączył się do dialogu pan od kärchera, który przyszedł do sąsiadki z naprzeciwka wyczyścić dywan, i ona wymyśliła, że u mnie też by może wyczyścił przy okazji, ten w dużym pokoju, bo sąsiadkę mam taką, że widzi dużo więcej niż ja sama, i nie tylko na podłodze. - Jest w domu jakiś kotek? – tak rezolutnie zapytał pan od kärchera w tym momencie, rozejrzawszy się i dostrzegłszy w bród kocich bibelotów pałętających się wszędzie w funkcji dekoracyjnej, które tu pozostały, w przeciwieństwie do kotka. – Był – odpowiedziałam krótko, żeby głos nie zdążył mi się podłamać. Pan od kärchera okazał się wrażliwy i od razu zrozumiał, że kotek nie żyje. Więc wziął się do roboty, a ja chodziłam trochę za nim, ale wyszło na to, że zupełnie niepotrzebnie, bo był niesamowicie zaradny i samodzielny, o nic nie pytał, wszystko namierzał sobie sam - prąd, łazienkę, wodę itd. A ja mogłam bez przeszkód przerzucać co tam miałam w znajomej szufladce, która otworzyła mi się tymczasem w mózgu, czując jak mi rośnie w gardle gula. Gdyby gula była szklana, wszyscy mogliby zobaczyć, że w jej skład wchodzi między innymi rekonstrukcja tego wieczoru, kiedy zawiozłam Dumę do weta de facto na zarżnięcie, tyle że o tym wtedy nie wiedziałam. Gdybym wiedziała, to po pierwsze nigdy bym jej tam nie zostawiła samej, bez siebie, tylko bym z nią została. Kiedy się wie później, że wszystko, co się działo, było ostatnie, nie można nijak pojąć, że się było takim naiwnym idiotą, takim ślepcem, że się tego nie rozumiało. Teraz widzę już tylko we własnym mózgu świadome oczy Dumy, które patrzą na mnie, jak czmycham, tak jak się czmycha przed dziećmi, gdy się je zostawia pod opieką kogoś obcego, bo po prostu nie ma się innego wyjścia. Robi się to dla ich dobra. Teraz bym tego nie zrobiła. Na gulę składało się również myślenie o tym, jak bardzo byłam sfrustrowana długo przed Dumy śmiercią, sfrustrowana inaczej, nie w swoim stylu, tylko w jakiś taki skarlały, odstręczający sposób i zupełnie to było do mnie niepodobne, i że kotek być może to wyczuwał i może przez to ten rak tak szybko się rozwinął, bo tak mi wet powiedział, że to wszystko musiało się rozwinąć błyskawicznie i zajęło praktycznie od razu wszystkie organy, tak było agresywne. Więc jak sobie pomyślę, że z powodu mojej niemocy, z powodu grzebania nadziei, a także w telefonie, potem musiałam pogrzebać Dumę, to po prostu nie mogę tego znieść.
No, nieśmiesznie raczej. Raczej nie. 



*****************************************************************

wtorek, 19 marca 2013

Jestem, więc myślę, czyli egzystencjalna pułapka

*****************************************************************

Kto? Gdzie? Kiedy? a także: Co robił?
Nie, nie ja. Nie tutaj. Nie teraz. Nic. Nic jednoznacznego. No niestety.

Kto? Gdzie? Kiedy? a także: Co robił?
Ja tym razem. Tutaj. Teraz też. Doświadczam namacalnie, że nie mogę zatrzymać procesu namnażania, produkowania myśli, choćbym chciała. Że myślenie jest automatyzmem. Konstytuuje istnienie. To porażka. Myślę, myśląc, że: nie, nie chcę myśleć! Wściekam się po raz setny. I kaleczę bestialsko myśli-rojenia. Własne. Drogocenne. My precious. Myśląc, udaję się jak zwykle do mini-warzywniaka pana Zająca. W warzywniaku pana Zająca jest zawsze kolejka, dziwnym trafem, i to jest fascynujące. Z kim ma konszachty pan Zając, że jakimś cudem potrafi na powierzchni tak mikroskopijnej ogarnąć swymi ściankami aż tylu trójwymiarowych dorosłych? Czekających w ciszy i pokorze, w jakimś podniosłym skupieniu oraz celebrze na dotarcie do ołtarza z wagą, gdzie króluje cierpiętnicze nieco oblicze pana Zająca. Sam pan Zając jest mimem totalnym. Krząta się precyzyjnie, choć powłóczyście raczej. Nieenergicznie bynajmniej. To by było jednak niestosowne. I to wszystko w absolutnej ciszy. Gdy niefortunnie upuszczam sześć jajek na podłogę, pan Zając sięga w milczeniu po następną papierową torbę. Pakuje nowe sześć, bez cienia demonstracji, bez westchnienia choćby najlżejszego. Automatycznie wymyślam (jestem=myślę) tytuł dla tej topowej pantomimy pana Zająca: Melancholia, uświadamiając sobie przy tym, że w zasadzie tak samo mogłyby się nazywać wszystkie jego poprzednie performance, wystarczyłoby dla odróżnienia dodać numer (M2, M3, M4...). Jakie myśli, ale także ile, produkuje ciężki melancholik?


melancholia

*****************************************************************

czwartek, 14 marca 2013

I nie opuszczam cię w myślach

*****************************************************************

Śniło mi się, że wchodzę do domu, a tam walają się wszędzie butelki po soku marchwiowym, którego przecież nie piję raczej wcale. - Jesteś – słyszę. "Więc jest"– myślę sobie. – "Jakim cudem? W dodatku przemówił." – Jestem – mówię. I wiem, że tym razem to nie może się tak głupio skończyć. Kiedy schylam się, żeby zdjąć buty, czuję znajomy wzrok. - Nie mogłam tam wytrzymać z niepokoju i obrzydzenia – mówię, podnosząc oczy. – Wiem – ma jak zwykle ciepły głos. - To jeszcze musisz wiedzieć, czego bym chciała teraz, w tym momencie – oświadczam nagle i w sposób zupełnie nieoczekiwany, ku swojemu największemu zawstydzeniu, wybucham, wygłaszając prowokacyjnie tekst egzaltowany mocno, chociaż szczery (w tym momencie), zbyt poetycki w formie, blednąc przy tym: - Że bym się chciała obudzić bez wychodzenia ze snu. Nie mieć oczu i nóg, i ręce jak z waty. Niechwytne palce i nietrzeszczące kości. Nie pasować do ubrania – mówię. – Nie szkodzi – odpowiada i dotyka ciepłą ręką mojego policzka. 

materiał  na sok marchwiowy, którego nie pijam raczej wcale
 
*****************************************************************

wtorek, 12 marca 2013

Byłem marzycielem, to fakt, ale apetyt miałem niezgorszy

*****************************************************************

Wiercąc się na krzesełku, przy zapalonej lampie, oświetlającej miękko cały pokój, czytam niby, ale częściej szukam. Bo na ogół ciągle czegoś nie wiem. Sprawdzam. Sztyblet? No tak. Rodzaj buta, «krótki, męski, z wszytymi po bokach cholewki kawałkami gumy». A cholewka? Co? «Krótka cholewa». Bardzo śmieszne. Wolę się upewnić. Że cholewa to jest ta « część buta, która okrywa łydkę». To się wie. Więc w tych sztybletach chodził i arendował wyszynk. No to czad. I tak w nieskończoność, et cetera. Nie dla wilka zagroda. Nie dla wszystkich czytanie Pism Bolesława Prusa w stanie czystym, tomu czwartego, wydanych świetnym nakładem Gebethnera i Wolffa w 1935 roku (bez przypisów). Wiercąc się na krzesełku, stwierdzam w pewnym momencie, że się odbijam w ścianie poprzez cień, który wydaje mi się jednak jakiś dziwny. Jakby garbaty. Wrzucam z rozpędu garb. I co się okazuje - jest on definiowany bardzo ładnie, jako «naturalna wypukłość na grzbiecie», ale tylko w przypadku zwierząt (zastrzeżenie «u zwierząt» jest naprawdę kategoryczne). Już u ludzi jest anomalią, czymś nad miarę, zbędnym naddatkiem, «silnym, tworzącym wypukłość skrzywieniem kręgosłupa». Albo - w znaczeniu przenośnym - «tym, co stanowi dla kogoś obciążenie». Więc mój garb w znaczeniu niedosłownym, moje poczucie winy, że nie potrafię ocalać tych, których kocham, od śmierci, które jest absurdalne i co z tego?, jest realny tak bardzo, że rzuca cień na ścianę. Ruchomy cień. Czyli lipa.

 
 sztyblety nieruchome, bez cienia

*****************************************************************