*****************************************************************
- Jak to mówią, do następnego razu – rzekł pan Józek w piątek na pożegnanie, a ja potraktowałam ten tekst sentencjonalnie raczej, niekonkretnie, uznając wprawdzie jego kasandryczno-prowokującą wymowę za całkiem uzasadnioną, gdyż jak ogólnie wiadomo spłuczki, a także inne tego typu wc diwajsy co jakiś czas się sypią, a pan Józek jest hydraulikiem, no ale bez przesady – jednak – żeby pod tym "następnym" mieć od razu na myśli jakąś konkretną datę, co dopiero "następny dzień"! A tymczasem pan Józek-profeta, co przyszło mi do głowy, ale później, operował pojęciem czasu w sposób jednak odmienny od mojego, pragmatyczny, który przystawał ściśle do wykonywanego przez niego zawodu - siekał go mianowicie, to znaczy czas, na przybliżone przedziały powiązane z życiem i śmiercią oporządzanych przez niego przedmiotów, to zaś przekładało się zwykle na bank (jednak!) na określone daty, nawet godziny, w kalendarzu stosowanym powszechnie w ramach UE. Więc pan Józek wiedział po prostu, co mówi i wcale go nie zdziwił mój niedzielny telefon oraz to, że już w poniedziałek musiałam pomykać rączo po pracy na następny toaletowy seans, odpływowy tym razem, z panem Józkiem, nie wykasandrzony przez niego bynajmniej, lecz logicznie wyprognozowany.
Pomykając, myślałam o tym, że mój czasowy rozmach - stąd do wieczności - był jednak dość dziecinny i na pewno z lekka by pana Józka zdegustował. Jak również o tym, że nie zetknąwszy się z Kantem, nie może być pan Józek zwykłym kanciarzem przecież. No chyba nie.
Balansując w neutralnym miejskim tłumie, o uszach oraz nosach sterczących standardowo, a także pomiędzy obcasami wyłażącymi spod kawiarnianych stolików, docieram do łazienki, będąc w nastroju przedsiębiorczym, a nawet awanturniczym, co pan Józek wyczuwa natychmiast i respektuje. Wypowiadam się ekspresyjnie, patrząc panu Józkowi prosto w czoło, na temat takich mniej więcej zagadnień, jak wolność wyboru w życiu, która dotyczy również wyboru hydraulików oraz częstotliwości ich wizyt. Następnie roztaczam przed nim dwie prosto skontrastowane wizje: 1) życie w piekle nagminnie wysiadających dolnopłuków oraz zbyt często puszczających uszczelek, 2) życie w szczelnym, dyskretnym otoczeniu sporadycznie cieknących rur i od święta zatkanych odpływów. Które uważa on sam za bardziej znośne? Pan Józek dokonuje trafnego wyboru. Żegnamy się sympatycznie, bez kasandrzenia, demonstrując sobie wzajemny szacun.
A teraz siedzę i "szukam uśrednionego kosztu tego dnia", jak powiedział wczoraj do klienta pewien konsultant od aplikacji biznesowych. No żartuję! Jeśli czegoś szukam, to na pewno nie jest to uśrednione.
*****************************************************************
środa, 25 lipca 2012
środa, 18 lipca 2012
Weltanschauung
*****************************************************************
Za siedmioma skrzyżowaniami z sygnalizacją świetlną oraz za jednym mostem przerzuconym przez rzekę dość głęboką, żeby dał w niej radę zatonąć średniej wielkości statek (wycieczkowy, raczej kameralny, co się jednak dotąd nie zdarzyło), za szesnastoma mniej więcej przystankami firmy MPK, licząc od nieprzypadkowego zupełnie punktu na planie pewnego miasta w pozacentralnej Polsce (ale bez dostępu do Bałtyku), żyła sobie sfinksowata postać, do złudzenia przypominająca kota. Charakteryzowała się m. in. unikalną kombinacją wdzięku i nonszalancji, niedbałości wręcz wyzywającej, oraz tym, że posiadając szerokie życie wewnętrzne, które pochłaniało bezwzględnie całe teradżule energii, eksploatowała swój zaawansowany mózg spokojnie i z umiarem, co objawiało się na co dzień dłuższymi okresami pozornego bezruchu. Ona sama, to znaczy sfinksowata - co istotne dla tej historii - definiowała się najchętniej poprzez pewną poważną relację, jaka się nawiązała kiedyś, dziwnym trafem, między nią a istotą człekokształtną (jedną taką - to o mnie! to o mnie!), a więc jakby innego gatunku. Była to więź dość szczególna, od początku niebezpiecznie mocna, która rosła i rosła, i rosła, aż któregoś deszczowego wieczoru, gdy człekokształtnej rozsypał się całkiem światopogląd, zamruczała do niej sfinksowata swoją sfinksią mową jakoś tak:
- Nic się nie bój. Mam specjalne właściwości i potrafię zmieniać postać świata, wchłaniać jego immanentny brud i zaklinać. Chodź, to cię nauczę.
Człekokształtna długo skakała z radości. A wszyscy, którzy tam byli, zauważyli to oczywiście, ale nikt nie wiedział, co się stało. Odtąd żyła jasno i dotkliwie (zwłaszcza wtedy - muszę to dodać na wszelki wypadek - gdy zamierała w pozornym bezruchu).
Oto bajka, która wystawia na próbę cierpliwość czytającego. Jeśli chcecie dać mi do zrozumienia, że wam się nie spodobało, dotknijcie po prostu łapą swojego lewego ucha. Tyle.
*****************************************************************
Za siedmioma skrzyżowaniami z sygnalizacją świetlną oraz za jednym mostem przerzuconym przez rzekę dość głęboką, żeby dał w niej radę zatonąć średniej wielkości statek (wycieczkowy, raczej kameralny, co się jednak dotąd nie zdarzyło), za szesnastoma mniej więcej przystankami firmy MPK, licząc od nieprzypadkowego zupełnie punktu na planie pewnego miasta w pozacentralnej Polsce (ale bez dostępu do Bałtyku), żyła sobie sfinksowata postać, do złudzenia przypominająca kota. Charakteryzowała się m. in. unikalną kombinacją wdzięku i nonszalancji, niedbałości wręcz wyzywającej, oraz tym, że posiadając szerokie życie wewnętrzne, które pochłaniało bezwzględnie całe teradżule energii, eksploatowała swój zaawansowany mózg spokojnie i z umiarem, co objawiało się na co dzień dłuższymi okresami pozornego bezruchu. Ona sama, to znaczy sfinksowata - co istotne dla tej historii - definiowała się najchętniej poprzez pewną poważną relację, jaka się nawiązała kiedyś, dziwnym trafem, między nią a istotą człekokształtną (jedną taką - to o mnie! to o mnie!), a więc jakby innego gatunku. Była to więź dość szczególna, od początku niebezpiecznie mocna, która rosła i rosła, i rosła, aż któregoś deszczowego wieczoru, gdy człekokształtnej rozsypał się całkiem światopogląd, zamruczała do niej sfinksowata swoją sfinksią mową jakoś tak:
- Nic się nie bój. Mam specjalne właściwości i potrafię zmieniać postać świata, wchłaniać jego immanentny brud i zaklinać. Chodź, to cię nauczę.
Człekokształtna długo skakała z radości. A wszyscy, którzy tam byli, zauważyli to oczywiście, ale nikt nie wiedział, co się stało. Odtąd żyła jasno i dotkliwie (zwłaszcza wtedy - muszę to dodać na wszelki wypadek - gdy zamierała w pozornym bezruchu).
Oto bajka, która wystawia na próbę cierpliwość czytającego. Jeśli chcecie dać mi do zrozumienia, że wam się nie spodobało, dotknijcie po prostu łapą swojego lewego ucha. Tyle.
Lewe ucho
*****************************************************************
piątek, 6 lipca 2012
Sądzę, że dzisiaj jest piątek
****************************************************************
Sądzę również, że to z powodu nawrotu uczucia niedosytu i głębokiego żalu pod adresem hardej Egzystencji, która nie dała Franzowi Kafce żadnej uczciwej szansy na dokończenie kilku utworów literackich, w tym powieści pt. Zamek - że to z tego powodu przestałam się wysypiać, grzebiąc z dużym przejęciem tu i tam, wertując.
I że to właśnie dlatego, kiedy wreszcie znużona padłam, wprawdzie bez zamiaru zasypiania, ale chyba zasnęłam jednak i w czasie snu się to wszystko rozegrało, choć właściwie to nie był sen, w każdym razie na pewno nie znajdowałam się jeszcze na jego dnie, byłam tylko jakby zanurzona, bo słyszałam wszystko wyraźnie – pojawił się przede mną ten nieprawdopodobny, skandalicznie zdekomponowany osobnik, który miał głowę jakby nadłamaną w karku, przekrzywioną nienaturalnie, a w dłoni, wychodzącej wprost z brzucha, trzymał chusteczkę. Nie rozszlochał się jednak wcale, jak można by oczekiwać (w sumie), lecz kierując wprost na mnie mocny wzrok, udzielił mi darmowej, egzystencjalnej porady, o którą nie zdążyłam nawet prosić: - Po ludzku, arcyludzku musisz do tego podejść – rzekł i zabrzmiało to bardzo dobitnie, nawet surowo. Następnie drugą ręką, prawą, tradycyjnie, o dziwo, umiejscowioną, złapał się za obwisłą czaszkę, która mu wciąż opadała, być może z powodu upału, który panował bezdusznie w tym moim jawo-śnie, a być może z powodu bólu. Wtedy nadjechał z lewej strony wóz wiejski, drabiniasty, jak z germańskiego skansenu żywcem wyjęty, ale bez konia, więc N. (bo był to oczywiście Nietzsche) pochwycił dyszel i zaprzągł się do niego dość sprawnie. Po czym odjechał. A gdy tylko opadł za nim kurz, tak morderczy dla każdego astmatyka, przez te same magiczne drzwiczki do tej samej niewielkiej przestrzeni tego samego, wciąż chyba trwającego, sennego widzenia (mojego), wszedł gwałtownie, lecz zapukawszy uprzednio, pisarz polski Witold Gombrowicz, który jednak tak się ustawił, że patrzyłam na niego pod słońce. Miał na sobie sweter i marynarkę, której nie zamierzał bynajmniej zdejmować pod wpływem gorąca. W dłoniach oczywiście gniótł czapkę. Wszedł ewidentnie po to, żeby przemówić, co też uczynił, na dodatek z wielką swadą. Zrobił się z tego paradoksalnie (to nie on był przecież filozofem) całkiem spójny, pojęciowy wywód na temat jego osobistego stosunku do egzystencjalizmu:
- Jest to jasne, choć w gruncie rzeczy ciemne – zaczął - że poza świadomością istnieje byt. Zawsze to wyczuwałem. I dlatego uważam, że zabrnięcie ludzkiego ducha w egzystencjalizm było nieuniknione. Ale teraz – ciągnął energicznie - egzystencjalizm chce się dobrać do mnie całego. J e s t e m egzystencjalistą (zabrzmiało to, o dziwo, kategorycznie) poprzez sposób odczuwania świata, a także widzenia go, ale opieram się egzystencjalizmowi filozofów, teoretycznemu i systematycznemu, ponieważ świat, który z niego powstaje jest sprzeczny z moim życiem. Gdy mi mówią egzystencjaliści o świadomości, lęku i nicości, wybucham śmiechem nie dlatego, żebym się z nimi nie zgadzał, lecz dlatego, że muszę się z nimi zgodzić. Zgodziłem się i co? I to: nic się nie stało.
To powiedziawszy, pisarz roztopił się, rozpłynął, tak jak wszystko na tym ziemskim globie, jak sam glob, zawieszony w kosmosie, który nie może w związku z tym zapewnić nam gruntu pod nogami.
Po tym wszystkim otwieram wreszcie oczy. I jeśli się nie mylę, patrzą na mnie kotki w niewielkich ilościach (szt. 1).
Po tym wszystkim przecieram mocno oczy. I jeśli się nie mylę, nadal mogę powiedzieć to samo: nie wiem wprawdzie, kim jestem, NIE WIEM, jednak wiem, kiedy mnie deformują. Konstatuję to z ulgą. Uff.
Przypomina mi się anegdota, jak Gombrowicz któregoś dnia wybierał się na pocztę w Tandilu i zaczepiła go Nona (właścicielka domu, gdzie wynajmował pokój). Rozmowa wyglądała następująco:
N. – Drogi panie Witoldo, nic pan nie robi, traci tylko czas z tymi smarkaczami, więc może nadałby mi pan telegram do córki...
W. – Oczywiście, señora… jakiej treści?
N. – Króciutki, Witoldo – podaje zapisaną kartkę – tylko to.
W.G. bierze papier do ręki, czyta i nagle zamiera w bezruchu.
W. – Ale czy… czy muszę to przepisać ?
N. – Nooo, tak… napisze pan: czekamy na ciebie stop mamusia… to do mojej córki, pan rozumie?
W. – (zmieszany) Señora, zrobiłbym to z miłą chęcią, ale jak mogę się podpisać „mamusia”?
****************************************************************
Sądzę również, że to z powodu nawrotu uczucia niedosytu i głębokiego żalu pod adresem hardej Egzystencji, która nie dała Franzowi Kafce żadnej uczciwej szansy na dokończenie kilku utworów literackich, w tym powieści pt. Zamek - że to z tego powodu przestałam się wysypiać, grzebiąc z dużym przejęciem tu i tam, wertując.
I że to właśnie dlatego, kiedy wreszcie znużona padłam, wprawdzie bez zamiaru zasypiania, ale chyba zasnęłam jednak i w czasie snu się to wszystko rozegrało, choć właściwie to nie był sen, w każdym razie na pewno nie znajdowałam się jeszcze na jego dnie, byłam tylko jakby zanurzona, bo słyszałam wszystko wyraźnie – pojawił się przede mną ten nieprawdopodobny, skandalicznie zdekomponowany osobnik, który miał głowę jakby nadłamaną w karku, przekrzywioną nienaturalnie, a w dłoni, wychodzącej wprost z brzucha, trzymał chusteczkę. Nie rozszlochał się jednak wcale, jak można by oczekiwać (w sumie), lecz kierując wprost na mnie mocny wzrok, udzielił mi darmowej, egzystencjalnej porady, o którą nie zdążyłam nawet prosić: - Po ludzku, arcyludzku musisz do tego podejść – rzekł i zabrzmiało to bardzo dobitnie, nawet surowo. Następnie drugą ręką, prawą, tradycyjnie, o dziwo, umiejscowioną, złapał się za obwisłą czaszkę, która mu wciąż opadała, być może z powodu upału, który panował bezdusznie w tym moim jawo-śnie, a być może z powodu bólu. Wtedy nadjechał z lewej strony wóz wiejski, drabiniasty, jak z germańskiego skansenu żywcem wyjęty, ale bez konia, więc N. (bo był to oczywiście Nietzsche) pochwycił dyszel i zaprzągł się do niego dość sprawnie. Po czym odjechał. A gdy tylko opadł za nim kurz, tak morderczy dla każdego astmatyka, przez te same magiczne drzwiczki do tej samej niewielkiej przestrzeni tego samego, wciąż chyba trwającego, sennego widzenia (mojego), wszedł gwałtownie, lecz zapukawszy uprzednio, pisarz polski Witold Gombrowicz, który jednak tak się ustawił, że patrzyłam na niego pod słońce. Miał na sobie sweter i marynarkę, której nie zamierzał bynajmniej zdejmować pod wpływem gorąca. W dłoniach oczywiście gniótł czapkę. Wszedł ewidentnie po to, żeby przemówić, co też uczynił, na dodatek z wielką swadą. Zrobił się z tego paradoksalnie (to nie on był przecież filozofem) całkiem spójny, pojęciowy wywód na temat jego osobistego stosunku do egzystencjalizmu:
- Jest to jasne, choć w gruncie rzeczy ciemne – zaczął - że poza świadomością istnieje byt. Zawsze to wyczuwałem. I dlatego uważam, że zabrnięcie ludzkiego ducha w egzystencjalizm było nieuniknione. Ale teraz – ciągnął energicznie - egzystencjalizm chce się dobrać do mnie całego. J e s t e m egzystencjalistą (zabrzmiało to, o dziwo, kategorycznie) poprzez sposób odczuwania świata, a także widzenia go, ale opieram się egzystencjalizmowi filozofów, teoretycznemu i systematycznemu, ponieważ świat, który z niego powstaje jest sprzeczny z moim życiem. Gdy mi mówią egzystencjaliści o świadomości, lęku i nicości, wybucham śmiechem nie dlatego, żebym się z nimi nie zgadzał, lecz dlatego, że muszę się z nimi zgodzić. Zgodziłem się i co? I to: nic się nie stało.
To powiedziawszy, pisarz roztopił się, rozpłynął, tak jak wszystko na tym ziemskim globie, jak sam glob, zawieszony w kosmosie, który nie może w związku z tym zapewnić nam gruntu pod nogami.
Po tym wszystkim otwieram wreszcie oczy. I jeśli się nie mylę, patrzą na mnie kotki w niewielkich ilościach (szt. 1).
Po tym wszystkim przecieram mocno oczy. I jeśli się nie mylę, nadal mogę powiedzieć to samo: nie wiem wprawdzie, kim jestem, NIE WIEM, jednak wiem, kiedy mnie deformują. Konstatuję to z ulgą. Uff.
Przypomina mi się anegdota, jak Gombrowicz któregoś dnia wybierał się na pocztę w Tandilu i zaczepiła go Nona (właścicielka domu, gdzie wynajmował pokój). Rozmowa wyglądała następująco:
N. – Drogi panie Witoldo, nic pan nie robi, traci tylko czas z tymi smarkaczami, więc może nadałby mi pan telegram do córki...
W. – Oczywiście, señora… jakiej treści?
N. – Króciutki, Witoldo – podaje zapisaną kartkę – tylko to.
W.G. bierze papier do ręki, czyta i nagle zamiera w bezruchu.
W. – Ale czy… czy muszę to przepisać ?
N. – Nooo, tak… napisze pan: czekamy na ciebie stop mamusia… to do mojej córki, pan rozumie?
W. – (zmieszany) Señora, zrobiłbym to z miłą chęcią, ale jak mogę się podpisać „mamusia”?
Witold Gombrowicz z kitkiem
piątek, 15 czerwca 2012
O psie, który nie PSOCI od wczoraj
***********************************************************
Scena 1
Pamiętam, że siedziałam w półcieniu. Pies trącił mnie nosem w twarz. Panowała cisza tak potężna, że zasysała wszystkie okoliczne dźwięki. Podobało mi się. Czekałam. Ptaki przyglądały mi się z góry.
Scena 2
W pewnej chwili trzasnęła gałązka. Nie odwróciłam się. Wiedziałam, że to nie jest moja fabuła, że mnie nie ma w spisie postaci i że nie mogę wykonać żadnego ruchu.
- Bo to przecież nie jest twój pies, prawda? – usłyszałam sopran dramatyczny, należący, jak się domyśliłam, do osoby odpowiedzialnej za całokształt dziejącego się aktu, w tym dialogi. – W każdym razie zabieram go z planu – dorzuciła didaskaliowo i odeszła ta dziwna figura kilka kroków w południowy bok, co zdołałam zarejestrować kątem oka.
Ogarnęło mnie zwątpienie i bezsilność, granicząca z fizyczną słabością. Postanowiłam jednak pokonać to uczucie, włączając się aktywnie w rozgrywającą się akcję poprzez wypowiedzenie jakiegoś efektownego tekstu, który świadczyłby o mojej zadziorności i dowcipie oraz o tym, że mimo wszystko mam coś do powiedzenia w tej sprawie.
- Jeśli chodzi o tego psa, wiedz, że nie jesteś godna wyciągać kleszczy z jego futra, rzepów też nie – powiedziałam to silnym głosem. Zdawało mi się, że jestem pełna słabości i strachu, tymczasem moje ręce zdecydowanym ruchem zasłoniły leżące ciało i spojrzałam śmiało w stronę przybyłej. Przyjrzałam się. Czaszka, piszczele, kosa… Ten odpustowy look przyprawiał o ból brzucha z powodu zniesmaczenia jej brakiem staranności, adorowaniem kiczu. Mimo to jakaś część mnie już wiedziała, że musi się spieszyć. Przeczuwała, że dzieje się coś, czego nie można odłożyć.
- Przyszłam po to, żeby zabrać psa… - powtórzyła, tym razem cicho i z rezygnacją. I przez tę delikatność wydała mi się nagle jakby bliższa. Spostrzegłam, że marszczy brwi. Wyglądało to tak, jakby była zła, ale zrozumiałam, że ma taki wyraz twarzy, kiedy się nad czymś intensywnie zastanawia.
- Nie ma do wyboru innej opcji, wiesz?
- A ty skąd wiesz?
Nie odpowiedziała.
Scena 3
Wzięła moją lewą dłoń i dotknęła nią śpiącego psa, który był cały czujnością. Nie obudził się.
***********************************************************
Scena 1
Pamiętam, że siedziałam w półcieniu. Pies trącił mnie nosem w twarz. Panowała cisza tak potężna, że zasysała wszystkie okoliczne dźwięki. Podobało mi się. Czekałam. Ptaki przyglądały mi się z góry.
Scena 2
W pewnej chwili trzasnęła gałązka. Nie odwróciłam się. Wiedziałam, że to nie jest moja fabuła, że mnie nie ma w spisie postaci i że nie mogę wykonać żadnego ruchu.
- Bo to przecież nie jest twój pies, prawda? – usłyszałam sopran dramatyczny, należący, jak się domyśliłam, do osoby odpowiedzialnej za całokształt dziejącego się aktu, w tym dialogi. – W każdym razie zabieram go z planu – dorzuciła didaskaliowo i odeszła ta dziwna figura kilka kroków w południowy bok, co zdołałam zarejestrować kątem oka.
Ogarnęło mnie zwątpienie i bezsilność, granicząca z fizyczną słabością. Postanowiłam jednak pokonać to uczucie, włączając się aktywnie w rozgrywającą się akcję poprzez wypowiedzenie jakiegoś efektownego tekstu, który świadczyłby o mojej zadziorności i dowcipie oraz o tym, że mimo wszystko mam coś do powiedzenia w tej sprawie.
- Jeśli chodzi o tego psa, wiedz, że nie jesteś godna wyciągać kleszczy z jego futra, rzepów też nie – powiedziałam to silnym głosem. Zdawało mi się, że jestem pełna słabości i strachu, tymczasem moje ręce zdecydowanym ruchem zasłoniły leżące ciało i spojrzałam śmiało w stronę przybyłej. Przyjrzałam się. Czaszka, piszczele, kosa… Ten odpustowy look przyprawiał o ból brzucha z powodu zniesmaczenia jej brakiem staranności, adorowaniem kiczu. Mimo to jakaś część mnie już wiedziała, że musi się spieszyć. Przeczuwała, że dzieje się coś, czego nie można odłożyć.
- Przyszłam po to, żeby zabrać psa… - powtórzyła, tym razem cicho i z rezygnacją. I przez tę delikatność wydała mi się nagle jakby bliższa. Spostrzegłam, że marszczy brwi. Wyglądało to tak, jakby była zła, ale zrozumiałam, że ma taki wyraz twarzy, kiedy się nad czymś intensywnie zastanawia.
- Nie ma do wyboru innej opcji, wiesz?
- A ty skąd wiesz?
Nie odpowiedziała.
Scena 3
Wzięła moją lewą dłoń i dotknęła nią śpiącego psa, który był cały czujnością. Nie obudził się.
***********************************************************
czwartek, 31 maja 2012
Opisanie świata – dzień następny
*********************************************************
Następny dzień był piękny i groźny. Powiał wiatr, więc wołała do niego, żeby jej nie dotykał, nie smagał, tylko raczej oplótł ją szczelnie, bezczelnie. Słońce to się ukazywało, to znikało z pola widzenia. I opisany kiedyś tak zarąbiście przez Marco Polo świat, po raz kolejny zaparł jej dech w klatce piersiowej (kształtnej). Do tego stopnia, że miała ochotę powiedzieć mu parę rzeczy.
- Proszę pana – zaczęła, starając się mówić bez egzaltacji, co przychodziło jej z trudem z powodu nagłego poruszenia - po pierwsze, daję słowo, że zrobię kopię aktualnego stanu swojej świadomości, tego, co myślę i czuję w tym momencie na pański temat, żeby tego nigdy nie utracić. Po drugie, po błyskawicznym namyśle (czy to nie jest przypadkiem oksymoron?), obiecuję urządzić imprezę dla pańskiej świty, wydać przyjęcie regularne ze specjalnymi zaproszeniami, na których będzie napisane: dla VIPów - Świty Świata. Będziemy pląsać i patrzeć na siebie przez całą noc. Po trzecie, pokażę panu wszystkie moje ulubione offowe i nieoffowe filmy (same najlepsze) nakręcone przez myślących podobnie, których wielu łaskocze stopami pański twardy, ale czujący grunt. Po czwarte, dedykuję panu swój dzisiejszy sen (z góry sorry, jeśli przyśnią mi się, na przykład, jętki jednodniówki w różowych spodenkach).
Reszta chyba po następnym dniu, który będzie (ze mną czy beze mnie).
*********************************************************
Następny dzień był piękny i groźny. Powiał wiatr, więc wołała do niego, żeby jej nie dotykał, nie smagał, tylko raczej oplótł ją szczelnie, bezczelnie. Słońce to się ukazywało, to znikało z pola widzenia. I opisany kiedyś tak zarąbiście przez Marco Polo świat, po raz kolejny zaparł jej dech w klatce piersiowej (kształtnej). Do tego stopnia, że miała ochotę powiedzieć mu parę rzeczy.
- Proszę pana – zaczęła, starając się mówić bez egzaltacji, co przychodziło jej z trudem z powodu nagłego poruszenia - po pierwsze, daję słowo, że zrobię kopię aktualnego stanu swojej świadomości, tego, co myślę i czuję w tym momencie na pański temat, żeby tego nigdy nie utracić. Po drugie, po błyskawicznym namyśle (czy to nie jest przypadkiem oksymoron?), obiecuję urządzić imprezę dla pańskiej świty, wydać przyjęcie regularne ze specjalnymi zaproszeniami, na których będzie napisane: dla VIPów - Świty Świata. Będziemy pląsać i patrzeć na siebie przez całą noc. Po trzecie, pokażę panu wszystkie moje ulubione offowe i nieoffowe filmy (same najlepsze) nakręcone przez myślących podobnie, których wielu łaskocze stopami pański twardy, ale czujący grunt. Po czwarte, dedykuję panu swój dzisiejszy sen (z góry sorry, jeśli przyśnią mi się, na przykład, jętki jednodniówki w różowych spodenkach).
Reszta chyba po następnym dniu, który będzie (ze mną czy beze mnie).
*********************************************************
poniedziałek, 28 maja 2012
Canis lupus familiaris?
*********************************************************
Wieżę oblepiały akurat bure chmurki, obfite, podtuczone, rozdęte jak bezy kremem. I przypomniała sobie, że patrzyła już kiedyś na to miasto stamtąd właśnie, czyli z samej góry, zimową porą, i że skojarzyło się jej ono wtedy z wielkim dmuchawcem, przerzedzonym miejscami, spod którego białego puchu wyzierała wielka rupieciarnia, wyspy skarbów. Miasto-lamus zanurzone w porozpruwanym, dziadowskim mniszku.
Wierzyła prostodusznie, że w strzelistych przestrzeniach ludzkie mózgi pracują inaczej, "transcendentniej". Choćby z takiego powodu, że odbierają swobodniej kosmiczne fale. Nie miała tylko pewności, jak dużo jest wyjątków od tej jasnej i oczywistej reguły. Co by było, gdybyśmy zamieszkali wszyscy w gotyckich apartamentach, przypominających świątynie? Jedno wydawało się ewidentne – że specyficzna akustyka gotyckich wnętrz determinowałaby zarządzanie przez ludzi własnym głosem. Nieludzkie ryki i wrzaski (w ludzkim stuprocentowo wydaniu) niosłyby zagrożenie dożywotnią głuchotą z powodu potężnego pogłosu, co mogłoby stać się hamulcem, wpływającym bardzo pozytywnie na codzienne międzyludzkie relacje.
- Zamknij się wreszcie, siedź cicho! – weźmy taki zabójczy ryk (międzyludzki), osobliwe wołanie o ciszę, którego doświadczyła przed chwilą całym mózgiem, usłyszała je mimo woli, przechodząc obok rozjuszonej, ryczącej postaci (do latorośli chyba), na szczęście na tzw. wolnym powietrzu. Taki ryk wykonany nieopatrznie w postulowanej wyżej gotyckiej kwaterze mógłby słuchacza nawet zabić. Prawdopodobnie.
- Jak do psa! - ktoś powiedział na to.
To było jeszcze gorsze. Czuła wstręt do takich wrednych zestawień, w których porównanie do psa miało być uwłaczające, oznaczać degradację, odzierać z tzw. ludzkiej godności. Traktować kogoś jak psa to odmawiać mu miejsca w ludzkiej wspólnocie (wspólnocie, hehe, dobre sobie!), gardzić nim.
"Jak pies" (czyli niegodnie) umiera Józef K. w Procesie. Również w psa wciela się Kafka wtedy, kiedy chce zilustrować swoje nieprzystawanie do ludzkiego, "socjalnego" świata (mam na myśli Dociekania psa). I wcale nie dlatego, że psy są ciekawskie, węszące i dociekliwe. Przede wszystkim z tego powodu, że w żydowskiej tradycji pies ma konotacje negatywne, jest postrzegany jako zwierzak, który włóczy się, plącze poza stadem, wtyka wszędzie swój wścibski nos, jest żałosny.
Czy Kafka był socjopatą? I dlaczego śmieszy mnie to pytanie?
W każdym razie na pewno lubił psy. W Dociekaniach… pies jest filozofem.
*********************************************************
Wieżę oblepiały akurat bure chmurki, obfite, podtuczone, rozdęte jak bezy kremem. I przypomniała sobie, że patrzyła już kiedyś na to miasto stamtąd właśnie, czyli z samej góry, zimową porą, i że skojarzyło się jej ono wtedy z wielkim dmuchawcem, przerzedzonym miejscami, spod którego białego puchu wyzierała wielka rupieciarnia, wyspy skarbów. Miasto-lamus zanurzone w porozpruwanym, dziadowskim mniszku.
Wierzyła prostodusznie, że w strzelistych przestrzeniach ludzkie mózgi pracują inaczej, "transcendentniej". Choćby z takiego powodu, że odbierają swobodniej kosmiczne fale. Nie miała tylko pewności, jak dużo jest wyjątków od tej jasnej i oczywistej reguły. Co by było, gdybyśmy zamieszkali wszyscy w gotyckich apartamentach, przypominających świątynie? Jedno wydawało się ewidentne – że specyficzna akustyka gotyckich wnętrz determinowałaby zarządzanie przez ludzi własnym głosem. Nieludzkie ryki i wrzaski (w ludzkim stuprocentowo wydaniu) niosłyby zagrożenie dożywotnią głuchotą z powodu potężnego pogłosu, co mogłoby stać się hamulcem, wpływającym bardzo pozytywnie na codzienne międzyludzkie relacje.
- Zamknij się wreszcie, siedź cicho! – weźmy taki zabójczy ryk (międzyludzki), osobliwe wołanie o ciszę, którego doświadczyła przed chwilą całym mózgiem, usłyszała je mimo woli, przechodząc obok rozjuszonej, ryczącej postaci (do latorośli chyba), na szczęście na tzw. wolnym powietrzu. Taki ryk wykonany nieopatrznie w postulowanej wyżej gotyckiej kwaterze mógłby słuchacza nawet zabić. Prawdopodobnie.
- Jak do psa! - ktoś powiedział na to.
To było jeszcze gorsze. Czuła wstręt do takich wrednych zestawień, w których porównanie do psa miało być uwłaczające, oznaczać degradację, odzierać z tzw. ludzkiej godności. Traktować kogoś jak psa to odmawiać mu miejsca w ludzkiej wspólnocie (wspólnocie, hehe, dobre sobie!), gardzić nim.
"Jak pies" (czyli niegodnie) umiera Józef K. w Procesie. Również w psa wciela się Kafka wtedy, kiedy chce zilustrować swoje nieprzystawanie do ludzkiego, "socjalnego" świata (mam na myśli Dociekania psa). I wcale nie dlatego, że psy są ciekawskie, węszące i dociekliwe. Przede wszystkim z tego powodu, że w żydowskiej tradycji pies ma konotacje negatywne, jest postrzegany jako zwierzak, który włóczy się, plącze poza stadem, wtyka wszędzie swój wścibski nos, jest żałosny.
Czy Kafka był socjopatą? I dlaczego śmieszy mnie to pytanie?
W każdym razie na pewno lubił psy. W Dociekaniach… pies jest filozofem.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
spektakl oczyszczający (w masce)
*********************************************************
Nigdy nie używa się ich ani też nie manipuluje się nimi bezkarnie. Są przedmiotami wykorzystywanymi podczas ceremonii rytualnych.
Na ogół nie modyfikują osobowości nosiciela, co może oznaczać, że ja ludzkie jest niezmienne i nie ulega ich przypadkowym przejawom. Z drugiej strony, przemiana zachodząca w aktorze dostosowującym się do roli, jego identyfikacja z maską, którą zakłada, to właściwy cel przedstawienia.
Maski z cykliczną regularnością ożywiają mity, które mają pretensje do wyjaśnienia pochodzenia naszych codziennych obyczajów. Maski pełnią funkcję społeczną - obrzędy z maskami "są kosmogoniami w działaniu, regenerującymi czas i przestrzeń: w ten sposób dążą one do uchronienia człowieka i wartości, jakie zostały mu powierzone, od nieuniknionej degradacji, której ulega wszystko w czasie historycznym. Ale są to również prawdziwe spektakle oczyszczające, w czasie których człowiek uświadamia sobie swoje miejsce w świecie oraz widzi życie i śmierć wpisane w zbiorowy dramat, nadający im właściwy sens".
Od kiedy sprzątam w masce z powodu lekkiej, niezbadanej dotąd alergii (roztocza?), czuję w pełni balast tej roli.
*********************************************************
Nigdy nie używa się ich ani też nie manipuluje się nimi bezkarnie. Są przedmiotami wykorzystywanymi podczas ceremonii rytualnych.
Na ogół nie modyfikują osobowości nosiciela, co może oznaczać, że ja ludzkie jest niezmienne i nie ulega ich przypadkowym przejawom. Z drugiej strony, przemiana zachodząca w aktorze dostosowującym się do roli, jego identyfikacja z maską, którą zakłada, to właściwy cel przedstawienia.
Maski z cykliczną regularnością ożywiają mity, które mają pretensje do wyjaśnienia pochodzenia naszych codziennych obyczajów. Maski pełnią funkcję społeczną - obrzędy z maskami "są kosmogoniami w działaniu, regenerującymi czas i przestrzeń: w ten sposób dążą one do uchronienia człowieka i wartości, jakie zostały mu powierzone, od nieuniknionej degradacji, której ulega wszystko w czasie historycznym. Ale są to również prawdziwe spektakle oczyszczające, w czasie których człowiek uświadamia sobie swoje miejsce w świecie oraz widzi życie i śmierć wpisane w zbiorowy dramat, nadający im właściwy sens".
Od kiedy sprzątam w masce z powodu lekkiej, niezbadanej dotąd alergii (roztocza?), czuję w pełni balast tej roli.
*********************************************************
wtorek, 17 kwietnia 2012
Duma i przerażenie
*********************************************************
Urodzona po ludzku i nazwana, bez wątpienia czysta gatunkowo (z obojga rodziców homo sapiens, także ileś pokoleń wstecz), jakimś pokrętnym trafem zrobiła krok do przodu jako gatunek, wykonała ewolucyjny skok, koci ruch. Lub raczej ruch w stronę kota. Tam, gdzie zawsze oscylował jej fenotyp. Jedyną sensowną. Jej kocio-ludzki kontur lewitował teraz swobodnie nad sylwetkami przygruntowych antropoidów.
Niektórzy widzieli w tym konsekwencję.
- W zasadzie jesteś lwem, lwicą dokładnie – mówili.
- W zasadzie jest to tylko niedorzeczna umowa, astrologiczna bzdura – odpowiadała.
Ale musiała przyznać, że było coś na rzeczy. Patronat kotowatych nad tą jej ewolucją wyczuwalnie wisiał w powietrzu. Co prawda w restrykcyjnie selektywnym wymiarze (zbyt mocno czuła paradoks, dotyczący wielu ludzkich jednostek - że będąc konsumentami tzw. kultury wysokiej, bywali jednocześnie entuzjastami flaków, nerek, tatara i surowych jaj, jak również innych podrobów, więc od kocich nawyków żywieniowych trzymała swoje procesy ewolucyjne z daleka).
Jednak w ostatnich tygodniach trochę się pozmieniało. Coraz częściej pytano, dlaczego jest zgaszona, mając chyba na myśli mrok, brak światła w oczach, utrudniający kontakt. Odpowiadała "nie jestem", ale była.
Patrzyła więc na kotkę, która pachniała po myciu świeżym praniem. I niby taka mądraska, a z profilu wyglądała często jak głuptas, miś puchatek, rozczulająco komicznie. Patrzyła na nią di culto, con amore, coraz częściej jednak czując strach.
Zaczęło się od srebrnej kuli, która pojawiała się od jakiegoś czasu w jej snach. Rozbłyskała bez uprzedzenia na zamglonym, śnionym horyzoncie i zaczynała rosnąć. Stawała się coraz większa, coraz szczelniej wypełniała przestrzeń, aż osiągała wymiary na tyle monstrualne, że zanosiło się na katastrofę. Jako postać rozumna, lecz bezbronna, odwracała się wtedy gwałtownie (nie odwracaj się!) i nagle przestawała widzieć cokolwiek. Oślepiała ją czerń zupełna, ściana czerni, która wyrastała przed nią gwałtownie, pochłaniając całkowicie wszelkie światło. Była to w gruncie rzeczy całkiem przepastna otchłań, w którą wchodziła na oślep, mimo strachu, z braku lepszej alternatywy. Szła absurdalnie szybko, ale nie biegła. "Jak długo jeszcze?" myślała. Wreszcie w oddali pojawiał się słaby prześwit, ledwo widoczny, ale dający nadzieję na zmianę otoczenia. Po chwili docierała do większej przestrzeni, oświetlonej żółtawym, dusznym światłem. Wtedy uświadamiała sobie nagle, że nie ma kotki. Zaczynała szukać jej rozpaczliwie. Aż dochodziła do widmowego podwórza, po którym plątało się mnóstwo kotów, wyglądających dokładnie tak samo, jak jej własny. Łapała jednego z nich, który wydawał jej się Dumą (to imię jej kotki). Zauważała jednak, że kot ma na pyszczku jakąś potworną wklęsłość zamiast nosa, nie ma nosa, tylko zagłębienie, więc wypuszczała go i szukała dalej. Trafiała wreszcie na Dumę, która, o zgrozo!, miała na oku jakąś metalową obręcz, jakby narzędzie tortur. Zdecydowanym ruchem odrywała obręcz od jej oka. Zostawała ranka. Mała, czerwona plamka, co do której nie miała pojęcia, czy jest poważną raną, czy nie.
Budziła się zwykle w tym momencie.
Wiedziała, że nie zdoła wypłukać porannym prysznicem tego snu.

*********************************************************
Urodzona po ludzku i nazwana, bez wątpienia czysta gatunkowo (z obojga rodziców homo sapiens, także ileś pokoleń wstecz), jakimś pokrętnym trafem zrobiła krok do przodu jako gatunek, wykonała ewolucyjny skok, koci ruch. Lub raczej ruch w stronę kota. Tam, gdzie zawsze oscylował jej fenotyp. Jedyną sensowną. Jej kocio-ludzki kontur lewitował teraz swobodnie nad sylwetkami przygruntowych antropoidów.
Niektórzy widzieli w tym konsekwencję.
- W zasadzie jesteś lwem, lwicą dokładnie – mówili.
- W zasadzie jest to tylko niedorzeczna umowa, astrologiczna bzdura – odpowiadała.
Ale musiała przyznać, że było coś na rzeczy. Patronat kotowatych nad tą jej ewolucją wyczuwalnie wisiał w powietrzu. Co prawda w restrykcyjnie selektywnym wymiarze (zbyt mocno czuła paradoks, dotyczący wielu ludzkich jednostek - że będąc konsumentami tzw. kultury wysokiej, bywali jednocześnie entuzjastami flaków, nerek, tatara i surowych jaj, jak również innych podrobów, więc od kocich nawyków żywieniowych trzymała swoje procesy ewolucyjne z daleka).
Jednak w ostatnich tygodniach trochę się pozmieniało. Coraz częściej pytano, dlaczego jest zgaszona, mając chyba na myśli mrok, brak światła w oczach, utrudniający kontakt. Odpowiadała "nie jestem", ale była.
Patrzyła więc na kotkę, która pachniała po myciu świeżym praniem. I niby taka mądraska, a z profilu wyglądała często jak głuptas, miś puchatek, rozczulająco komicznie. Patrzyła na nią di culto, con amore, coraz częściej jednak czując strach.
Zaczęło się od srebrnej kuli, która pojawiała się od jakiegoś czasu w jej snach. Rozbłyskała bez uprzedzenia na zamglonym, śnionym horyzoncie i zaczynała rosnąć. Stawała się coraz większa, coraz szczelniej wypełniała przestrzeń, aż osiągała wymiary na tyle monstrualne, że zanosiło się na katastrofę. Jako postać rozumna, lecz bezbronna, odwracała się wtedy gwałtownie (nie odwracaj się!) i nagle przestawała widzieć cokolwiek. Oślepiała ją czerń zupełna, ściana czerni, która wyrastała przed nią gwałtownie, pochłaniając całkowicie wszelkie światło. Była to w gruncie rzeczy całkiem przepastna otchłań, w którą wchodziła na oślep, mimo strachu, z braku lepszej alternatywy. Szła absurdalnie szybko, ale nie biegła. "Jak długo jeszcze?" myślała. Wreszcie w oddali pojawiał się słaby prześwit, ledwo widoczny, ale dający nadzieję na zmianę otoczenia. Po chwili docierała do większej przestrzeni, oświetlonej żółtawym, dusznym światłem. Wtedy uświadamiała sobie nagle, że nie ma kotki. Zaczynała szukać jej rozpaczliwie. Aż dochodziła do widmowego podwórza, po którym plątało się mnóstwo kotów, wyglądających dokładnie tak samo, jak jej własny. Łapała jednego z nich, który wydawał jej się Dumą (to imię jej kotki). Zauważała jednak, że kot ma na pyszczku jakąś potworną wklęsłość zamiast nosa, nie ma nosa, tylko zagłębienie, więc wypuszczała go i szukała dalej. Trafiała wreszcie na Dumę, która, o zgrozo!, miała na oku jakąś metalową obręcz, jakby narzędzie tortur. Zdecydowanym ruchem odrywała obręcz od jej oka. Zostawała ranka. Mała, czerwona plamka, co do której nie miała pojęcia, czy jest poważną raną, czy nie.
Budziła się zwykle w tym momencie.
Wiedziała, że nie zdoła wypłukać porannym prysznicem tego snu.
*********************************************************
poniedziałek, 5 marca 2012
Wzrok w chwili patrzenia
*********************************************************
Na tym polega spojrzenie, że się osiada wzrokiem, koczuje jak nomada, tak długo, żeby skopiować obraz, skorelować go z dźwiękiem oraz sensem, tj. znaczeniem. Potem można interpretować całość (jeśli chcemy i jeśli jest co).
Ale jest jeszcze inna opcja.
Był wprawdzie środek dnia i trudno nazwać ciszą to, co emitowało miasto o tej porze, w ramach swojego normalnego funkcjonowania. Nie był to jednak także jakiś specjalny ferwor, megazgiełk. Raczej zwykłe odgłosy rutynowych reakcji, zachodzących na co dzień pomiędzy cząsteczkami. Materii i powietrza. Synestezyjne bodźce, odbierane zwykle podprogowo. W każdym razie przez większość z nas. Szum.
Tło było monotonne, co usypiało czujność. Ale też, z drugiej strony, wyczulało na potencjalne dysonanse. Przy zachowaniu minimum gotowości, spostrzegawczości i jeszcze słuchu muzycznego, pożądanego jednak, miało się duże szanse na szybkie wychwycenie opcjonalnego kontrastu. Który nie musiał być fałszem. To chyba jasne. Chociaż mógł.
Teoretyzowała, bawiąc się w powiązania. Konstruując relacje, konstelacje paralogiczne, bazujące na dyletanckich ciągach znaczeń, miksowanych w dowolnym szyku: dźwięk-obraz-frazotwory. Wszelkie. Nieistniejące zwłaszcza.
Do czasu.
Puk, puk. To był dysonans. Autopsja niezabawna. Przyszła jednak. I stała teraz w jej bezprogowych drzwiach.
W zaskakującej postaci kolektywnego wokalu. Chórku zintegrowanego, na paręnaście głosów, należących – jak się okazało - do człekokształtnych stworków, zakapturzonych na czerwono, z twarzami zakrytymi przez siwobrode zarosty. Wydzierających się gromko tuż przy gołej, zmarzniętej podłodze. Pomachujących banderą z demaskującym hasłem: "Kompatybilne z tradycją®". Zwracających się bezpośrednio do niej w trakcie szoł, jako do indywidualnego adresata:
My jesteśmy krasnoludki (oj tak, tak 2x), pożeramy niezabudki (oj tak, tak 2x), udka kurze oraz krówki (oj tak, tak2x), a czasem egzemplarz ludzki (oj tak, tak 2x).
(wydzierały się krzepko)
Mamy też trochę śmieszną, trapezoidalną konstrukcję (oj tak, tak 2x), lekko rozchwiane proporcje. Oczywiście z humanoidalnej perspektywy. Posługujemy się również uproszczonym obrazem rzeczywistości (oj tak, tak 2x). W związku z czym mamy kłopot z interpretacją bardziej złożonych zjawisk oraz zdarzeń, zachodzących wokół nas, jak również nieszablonowych ludzkich zachowań. Animalnych też zresztą (okazuje się, że niektóre zwierzęce zachowania są na tyle wyrafinowane, że przerastają nasze rozpoznawcze możliwości, co nie jest chyba zresztą aż tak zaskakujące).
Musisz pamiętać o tym, że wystawiasz się permanentnie na nasz schematyczny i ograniczony, a przy tym mocno wartościujący ogląd (oj tak, tak 2x). Pod wpływem którego możesz raz na zawsze zostać sklasyfikowana, przypisana do jakiejś pojmowalnej dla nas kategorii. Jako istoty uwikłane w stereotypy, których potencjał intelektualno-emocjonalny jest ściśle zdeterminowany przez narzucone z góry wyobrażenia o świecie, ludziach i ich wzajemnych relacjach, tak właśnie radzimy sobie z jednostkami niepokornymi, niemieszczącymi się w granicach naszych zdolności percepcyjnych – poprzez wtłoczenie ich w ramy naszych limitowanych wyobrażeń, okiełznanie, dostosowanie do naszego poziomu wrażliwości.
Ewentualnie tykamy się ich, jak pies jeża.
Nie jesteśmy naturami obdarzonymi lekkością ducha (oj tak, tak 2x), która gwarantuje dożywotnio pozbawione nudy życie wewnętrzne. I nie posiadamy umiejętności rzeczywistego odczuwania całego własnego potencjału oraz potencjału otaczającego nas świata. Mamy za to zakodowane silne poczucie etapowości, fazowości naszego życia, zdeterminowanego biologią.
Co mówisz? Że nie szkodzi? Że można mieć większego pecha w życiu? Trafić na przykład na jakąś masakryczną fazę w rozwoju ludzkości, typu wojna? Lub w okres fascynacji jakąś upiorną, opresyjną, pseudonaukową metodą „uzdrawiania” niepokornych głów, na przykład lobotomią? Że przeraża cię łatwość, z jaką grzebano ludziom fizycznie w czaszkach? I nie napawa cię dumą ani podziwem, ani też optymizmem fakt, że potraficie, jako ludzie, przetrwać wszystko? Lepiej radząc sobie w ciemnościach niż kanałowe szczury? Na co nie chcesz i nie zamierzasz nawet patrzeć?
Co do patrzenia – jeszcze tak sobie radzimy z naszym sformatowaniem, że uciekamy wzrokiem. Zawsze w bok. Jeśli ktoś idzie ciągle prosto, stwarza nam problem. Jak ty teraz.
Oj tak, tak (2x)
*********************************************************
Na tym polega spojrzenie, że się osiada wzrokiem, koczuje jak nomada, tak długo, żeby skopiować obraz, skorelować go z dźwiękiem oraz sensem, tj. znaczeniem. Potem można interpretować całość (jeśli chcemy i jeśli jest co).
Ale jest jeszcze inna opcja.
Był wprawdzie środek dnia i trudno nazwać ciszą to, co emitowało miasto o tej porze, w ramach swojego normalnego funkcjonowania. Nie był to jednak także jakiś specjalny ferwor, megazgiełk. Raczej zwykłe odgłosy rutynowych reakcji, zachodzących na co dzień pomiędzy cząsteczkami. Materii i powietrza. Synestezyjne bodźce, odbierane zwykle podprogowo. W każdym razie przez większość z nas. Szum.
Tło było monotonne, co usypiało czujność. Ale też, z drugiej strony, wyczulało na potencjalne dysonanse. Przy zachowaniu minimum gotowości, spostrzegawczości i jeszcze słuchu muzycznego, pożądanego jednak, miało się duże szanse na szybkie wychwycenie opcjonalnego kontrastu. Który nie musiał być fałszem. To chyba jasne. Chociaż mógł.
Teoretyzowała, bawiąc się w powiązania. Konstruując relacje, konstelacje paralogiczne, bazujące na dyletanckich ciągach znaczeń, miksowanych w dowolnym szyku: dźwięk-obraz-frazotwory. Wszelkie. Nieistniejące zwłaszcza.
Do czasu.
Puk, puk. To był dysonans. Autopsja niezabawna. Przyszła jednak. I stała teraz w jej bezprogowych drzwiach.
W zaskakującej postaci kolektywnego wokalu. Chórku zintegrowanego, na paręnaście głosów, należących – jak się okazało - do człekokształtnych stworków, zakapturzonych na czerwono, z twarzami zakrytymi przez siwobrode zarosty. Wydzierających się gromko tuż przy gołej, zmarzniętej podłodze. Pomachujących banderą z demaskującym hasłem: "Kompatybilne z tradycją®". Zwracających się bezpośrednio do niej w trakcie szoł, jako do indywidualnego adresata:
My jesteśmy krasnoludki (oj tak, tak 2x), pożeramy niezabudki (oj tak, tak 2x), udka kurze oraz krówki (oj tak, tak2x), a czasem egzemplarz ludzki (oj tak, tak 2x).
(wydzierały się krzepko)
Mamy też trochę śmieszną, trapezoidalną konstrukcję (oj tak, tak 2x), lekko rozchwiane proporcje. Oczywiście z humanoidalnej perspektywy. Posługujemy się również uproszczonym obrazem rzeczywistości (oj tak, tak 2x). W związku z czym mamy kłopot z interpretacją bardziej złożonych zjawisk oraz zdarzeń, zachodzących wokół nas, jak również nieszablonowych ludzkich zachowań. Animalnych też zresztą (okazuje się, że niektóre zwierzęce zachowania są na tyle wyrafinowane, że przerastają nasze rozpoznawcze możliwości, co nie jest chyba zresztą aż tak zaskakujące).
Musisz pamiętać o tym, że wystawiasz się permanentnie na nasz schematyczny i ograniczony, a przy tym mocno wartościujący ogląd (oj tak, tak 2x). Pod wpływem którego możesz raz na zawsze zostać sklasyfikowana, przypisana do jakiejś pojmowalnej dla nas kategorii. Jako istoty uwikłane w stereotypy, których potencjał intelektualno-emocjonalny jest ściśle zdeterminowany przez narzucone z góry wyobrażenia o świecie, ludziach i ich wzajemnych relacjach, tak właśnie radzimy sobie z jednostkami niepokornymi, niemieszczącymi się w granicach naszych zdolności percepcyjnych – poprzez wtłoczenie ich w ramy naszych limitowanych wyobrażeń, okiełznanie, dostosowanie do naszego poziomu wrażliwości.
Ewentualnie tykamy się ich, jak pies jeża.
Nie jesteśmy naturami obdarzonymi lekkością ducha (oj tak, tak 2x), która gwarantuje dożywotnio pozbawione nudy życie wewnętrzne. I nie posiadamy umiejętności rzeczywistego odczuwania całego własnego potencjału oraz potencjału otaczającego nas świata. Mamy za to zakodowane silne poczucie etapowości, fazowości naszego życia, zdeterminowanego biologią.
Co mówisz? Że nie szkodzi? Że można mieć większego pecha w życiu? Trafić na przykład na jakąś masakryczną fazę w rozwoju ludzkości, typu wojna? Lub w okres fascynacji jakąś upiorną, opresyjną, pseudonaukową metodą „uzdrawiania” niepokornych głów, na przykład lobotomią? Że przeraża cię łatwość, z jaką grzebano ludziom fizycznie w czaszkach? I nie napawa cię dumą ani podziwem, ani też optymizmem fakt, że potraficie, jako ludzie, przetrwać wszystko? Lepiej radząc sobie w ciemnościach niż kanałowe szczury? Na co nie chcesz i nie zamierzasz nawet patrzeć?
Co do patrzenia – jeszcze tak sobie radzimy z naszym sformatowaniem, że uciekamy wzrokiem. Zawsze w bok. Jeśli ktoś idzie ciągle prosto, stwarza nam problem. Jak ty teraz.
Oj tak, tak (2x)
*********************************************************
niedziela, 26 lutego 2012
konteksty + asocjacje (= sur + realizm)
*********************************************************
- A dlaczego masz takie małe, wolno bijące serce? - zapytał Czerwony Berecik.
- Żebym nie został wykorzystany przez ludzi jako dawca organów – odpowiedział Prosiaczek. – Ponieważ taki proceder może doprowadzić w efekcie do degeneracji rodziny świniowatych. A nawet do jej mentalnego unicestwienia. Oczywiście - dodał - tylko w przypadku, gdyby zaczęto uskuteczniać takie praktyki poza labami, na skalę produkcyjną. Co zaczyna być jednak dla nas realnym zagrożeniem.
- A dlaczego masz taką dużą duszę? – pytał dalej Czerwony Berecik.
- Bo jestem Przewodnikiem Duchowym Prosiąt na Europę Centralną oraz Wschodnią – odpowiedział Prosiaczek. – A ponieważ duszę definiujemy póki co jako organ wirtualny, niepodlegający przeszczepom, więc mogę ją rozwijać bez obaw.
- Aha. A dlaczego nie masz…
Intensywne, psychodeliczne dźwięki wypełniły znienacka całą dostępną przestrzeń, narastając natrętnie, aż do poziomu bólu, i zagłuszając skutecznie trzecią Berecikową kwestię. Nie usłyszała pytania, ale stopniowo ogarnęła sytuację. Sobota rano. Pobudka. Ponura eskalacja budzikowych akordów, przerwana przez nią w końcu, sprawiła, że Prosiaczek powrócił do chrumkania, zamiast się wypowiadać w jakimś fajnym języku, i wszyscy mieli w nosie jego duszę. "Oto po raz kolejny – mógłby powiedzieć spiker, opisujący zdarzenie (gdyby je opisywał jakiś spiker) – doszło tego poranka do brutalnego ataku, bezwzględnego wtargnięcia do mieszkania przy ulicy X agresywnej rzeczywistości równoległej, wyposażonej w narzędzia tak perfidne i bezlitosne, jak alarmy, wyrywające gwałtownie ze snu przyzwoitych, niekaranych obywateli. Do tej wątpliwej kolekcji kontrowersyjnych urządzeń, charakteryzujących agresora, można by jeszcze dorzucić, oprócz wrednych budzików, klaustrofobiczne windy (nudne i ślamazarne), odrapane pociągi (z upaćkanymi szybami) oraz spieniacze do mleka przy ekspresach do kawy (wydające z siebie przy spienianiu przeraźliwy, nieprawdopodobny zupełnie kwik, przy którym wrzask Nazguli jest jak kwilenie niemowląt, a zarzynane prosię po prostu milczy). Żeby dopełnić obraz - w tym równoległym matrixie przysługują jednostkom nie tylko różne przedmioty, ale też pewne abstrakcje, nazywane prawami oraz obowiązkami." Zwłaszcza w kontekście tych ostatnich, poczuła teraz jasno, że niespecjalnie ma wybór ani realne szanse na pomyślne kontynuowanie przysłuchiwania się interesującemu dialogowi pomiędzy Czerwonym Berecikiem a Prosiaczkiem. Która to konwersacja – co do tego nie miała wątpliwości – stanowiła senne pokłosie natknięcia się na niusa, mało już odkrywczego, odświeżanego regularnie co jakiś czas, o tożsamości - NIEMAL - ludzkiego i świńskiego DNA. Na tym zresztą właśnie, czy NIEMAL robi tu wielką różnicę (czy też nie) polega cały problem. Oczywiście w kontekście coraz bardziej palącej z medycznej perspektywy, następującej kwestii: skąd brać bezproblemowo organy do przeszczepów, tak żeby transplantacje mogły być zabiegami robionymi bez przeszkód, jeśli zajdzie potrzeba? Wizja potencjalnego chodzenia po tym świecie z sercem unicestwionej w celu wykonania przeszczepu świni w środku zadziałała jej zapewne na wyobraźnię. Stąd ten sen.
Wstając, potknęła się nieomalże o własną grzywkę, co ostatecznie zmobilizowało ją do działania. Postanowiła z tym skończyć, nie odkładając tym razem. Energicznie sięgnęła po telefon.
- Dzień dobry – przedstawiła się. – Czy mogłabym umówić się na ścięcie? Najchętniej dzisiaj.
Z dziecinną satysfakcją użyła słowa ścięcie oraz specjalnej bezkontekstowej formuły. Haha. Nie ma to, jak o sobotnim poranku zaklepać sobie profesjonalną egzekucję. Oczywiście była to jej cicha i jednostronna radość, gdyż zadane w ten sposób pytanie, osadzone w jasnym kontekście grzywki oraz pani Beatki, znajdującej się po drugiej stronie i niemającej bynajmniej idiotycznych skojarzeń z rewolucją francuską, Marią Antoniną itd. - aktu ucięcia grzywki z aktem ucięcia głowy - brzmiało zupełnie naturalnie. I równie naturalnie okazało się także, że jeśli ma nastąpić ta szybka egzekucja właśnie dzisiaj (tak! tak! koniecznie tak!), to najlepiej niestety już za chwilę, bez tak zwanej (cudownej) zwłoki, gdyż z powodu szeregu klientek potem może być z tym duży kłopot.
- Będę za jakieś dwadzieścia minut! – zawołała do telefonu, ponieważ pasowało jej to w stu procentach. Wyjąwszy oczywiście nieprzyjemną konieczność błyskawicznego zebrania się do wyjścia. Biegając tak po domu, w totalnym zakręceniu, ubierając się w locie oraz czesząc, unikała starannie spojrzenia prosto w oczy zdegustowanej kitce, która do pewnego momentu usiłowała jeszcze nawiązać z nią choćby namiastkę kontaktu na intelektualnej płaszczyźnie, żeby nabrać jakiej takiej pewności, że jako odpowiedzialny dostawca royala jej powszedniego itp. nie oszalała jednak na poważnie. Że zachowała, wbrew pozorom, zasadniczą przytomność umysłu, gwarantującą im obu byt. W końcu skapitulowała. Pobiegła tylko do misek. Sprawdziła, czy są pełne. I czy kuweta czysta. Gosposia taka. Była to jednak oznaka najwyższego kociego zniesmaczenia - że trzeba sprawdzać personel, czy nie zapomniał aby o swym elementarzu. Eh.
Kiedy wybiegła z domu, wiatr bawił się, jak kotek, chmurnymi gałgankami, rozsianymi po niebie. Podbiegał i hamował, naskakiwał komicznie, chował się, atakował. Z pasją i entuzjazmem, tak że zagłuszył całkiem nadjeżdżający tramwaj, który wyłonił się nagle zza jej pleców. Krótka chwila wahania i przystąpiła ambitnie do nierównego wyścigu z tą cwaną górą plastiku, skombinowaną z żelastwem, wyposażoną niezgorzej w przeróżne urządzenia, chroniące biedny pojazd przed potencjalnym wtargnięciem niepożądanego pasażera. Dobiegającego na przykład nieestetycznie, spóźnialskiego (fe, pasażerze, fe! spóźniać się jest nieładnie, oj, nieładnie). Ding-dong i tramwaj ruszył. Ona – akuku! – w środku. Stoi, łapiąc zaparty oddech. Zmelanżowana para, kobieta i mężczyzna, zionący alkoholem, odgarniają plecaczki, przesuwają skwapliwie i uprzejmie, żeby przepuścić ją w głąb.
- Dziękuję, zaraz wysiadam – sapie grzecznie.
Oboje kaszlą, chrypią, odchrząkują bez przerwy. Może jeszcze nie żule, ale na równi pochyłej. Ewidentnie. Na gościa to naprawdę żal patrzeć.
– Masz coś do picia? – chrypi.
– Mam – kobieta grzebie przez chwilę w plecaku, wyciąga jakiś pomarańczowy napój i podaje swojemu towarzyszowi. – Uważaj, bo zimne – mówi z trudem. - Pij powoli, żebyś się nie przeziębił.
No i pięknie. Ta czuła troska o temperaturę napoju w kontekście tak namacalnie nieciekawej kondycji tego kolesia, jak również wobec faktu, że najprawdopodobniej całkiem niedawno jeszcze spożywał on napoje jednak o lata świetlne groźniejsze dla ludzkiego organizmu, życia nawet, sądząc na oko, powoduje, że uśmiecha się, wysiadając.
Teraz zaczyna się spieszyć. „Ty jesteś pan Tik-Tak. Wiem, wiem, to ty tu rządzisz.” Tak będzie do wieczora.
Wracając wygłodzona, grzebała za batonem w swojej dużej torebce. Za księżycem po niebie grzebała wzrokiem także. Najpierw znalazła baton. Co do księżyca, stwierdziła, że wygląda jakby miał dreszcze, bo zawinął się prawie szczelnie w co tam zdołał znaleźć w okolicy. Ledwo go było widać. Opuchnięty jak beczka. Czy to jego chusteczka spadła nagle, muskając jej głowę?
*********************************************************
- A dlaczego masz takie małe, wolno bijące serce? - zapytał Czerwony Berecik.
- Żebym nie został wykorzystany przez ludzi jako dawca organów – odpowiedział Prosiaczek. – Ponieważ taki proceder może doprowadzić w efekcie do degeneracji rodziny świniowatych. A nawet do jej mentalnego unicestwienia. Oczywiście - dodał - tylko w przypadku, gdyby zaczęto uskuteczniać takie praktyki poza labami, na skalę produkcyjną. Co zaczyna być jednak dla nas realnym zagrożeniem.
- A dlaczego masz taką dużą duszę? – pytał dalej Czerwony Berecik.
- Bo jestem Przewodnikiem Duchowym Prosiąt na Europę Centralną oraz Wschodnią – odpowiedział Prosiaczek. – A ponieważ duszę definiujemy póki co jako organ wirtualny, niepodlegający przeszczepom, więc mogę ją rozwijać bez obaw.
- Aha. A dlaczego nie masz…
Intensywne, psychodeliczne dźwięki wypełniły znienacka całą dostępną przestrzeń, narastając natrętnie, aż do poziomu bólu, i zagłuszając skutecznie trzecią Berecikową kwestię. Nie usłyszała pytania, ale stopniowo ogarnęła sytuację. Sobota rano. Pobudka. Ponura eskalacja budzikowych akordów, przerwana przez nią w końcu, sprawiła, że Prosiaczek powrócił do chrumkania, zamiast się wypowiadać w jakimś fajnym języku, i wszyscy mieli w nosie jego duszę. "Oto po raz kolejny – mógłby powiedzieć spiker, opisujący zdarzenie (gdyby je opisywał jakiś spiker) – doszło tego poranka do brutalnego ataku, bezwzględnego wtargnięcia do mieszkania przy ulicy X agresywnej rzeczywistości równoległej, wyposażonej w narzędzia tak perfidne i bezlitosne, jak alarmy, wyrywające gwałtownie ze snu przyzwoitych, niekaranych obywateli. Do tej wątpliwej kolekcji kontrowersyjnych urządzeń, charakteryzujących agresora, można by jeszcze dorzucić, oprócz wrednych budzików, klaustrofobiczne windy (nudne i ślamazarne), odrapane pociągi (z upaćkanymi szybami) oraz spieniacze do mleka przy ekspresach do kawy (wydające z siebie przy spienianiu przeraźliwy, nieprawdopodobny zupełnie kwik, przy którym wrzask Nazguli jest jak kwilenie niemowląt, a zarzynane prosię po prostu milczy). Żeby dopełnić obraz - w tym równoległym matrixie przysługują jednostkom nie tylko różne przedmioty, ale też pewne abstrakcje, nazywane prawami oraz obowiązkami." Zwłaszcza w kontekście tych ostatnich, poczuła teraz jasno, że niespecjalnie ma wybór ani realne szanse na pomyślne kontynuowanie przysłuchiwania się interesującemu dialogowi pomiędzy Czerwonym Berecikiem a Prosiaczkiem. Która to konwersacja – co do tego nie miała wątpliwości – stanowiła senne pokłosie natknięcia się na niusa, mało już odkrywczego, odświeżanego regularnie co jakiś czas, o tożsamości - NIEMAL - ludzkiego i świńskiego DNA. Na tym zresztą właśnie, czy NIEMAL robi tu wielką różnicę (czy też nie) polega cały problem. Oczywiście w kontekście coraz bardziej palącej z medycznej perspektywy, następującej kwestii: skąd brać bezproblemowo organy do przeszczepów, tak żeby transplantacje mogły być zabiegami robionymi bez przeszkód, jeśli zajdzie potrzeba? Wizja potencjalnego chodzenia po tym świecie z sercem unicestwionej w celu wykonania przeszczepu świni w środku zadziałała jej zapewne na wyobraźnię. Stąd ten sen.
Wstając, potknęła się nieomalże o własną grzywkę, co ostatecznie zmobilizowało ją do działania. Postanowiła z tym skończyć, nie odkładając tym razem. Energicznie sięgnęła po telefon.
- Dzień dobry – przedstawiła się. – Czy mogłabym umówić się na ścięcie? Najchętniej dzisiaj.
Z dziecinną satysfakcją użyła słowa ścięcie oraz specjalnej bezkontekstowej formuły. Haha. Nie ma to, jak o sobotnim poranku zaklepać sobie profesjonalną egzekucję. Oczywiście była to jej cicha i jednostronna radość, gdyż zadane w ten sposób pytanie, osadzone w jasnym kontekście grzywki oraz pani Beatki, znajdującej się po drugiej stronie i niemającej bynajmniej idiotycznych skojarzeń z rewolucją francuską, Marią Antoniną itd. - aktu ucięcia grzywki z aktem ucięcia głowy - brzmiało zupełnie naturalnie. I równie naturalnie okazało się także, że jeśli ma nastąpić ta szybka egzekucja właśnie dzisiaj (tak! tak! koniecznie tak!), to najlepiej niestety już za chwilę, bez tak zwanej (cudownej) zwłoki, gdyż z powodu szeregu klientek potem może być z tym duży kłopot.
- Będę za jakieś dwadzieścia minut! – zawołała do telefonu, ponieważ pasowało jej to w stu procentach. Wyjąwszy oczywiście nieprzyjemną konieczność błyskawicznego zebrania się do wyjścia. Biegając tak po domu, w totalnym zakręceniu, ubierając się w locie oraz czesząc, unikała starannie spojrzenia prosto w oczy zdegustowanej kitce, która do pewnego momentu usiłowała jeszcze nawiązać z nią choćby namiastkę kontaktu na intelektualnej płaszczyźnie, żeby nabrać jakiej takiej pewności, że jako odpowiedzialny dostawca royala jej powszedniego itp. nie oszalała jednak na poważnie. Że zachowała, wbrew pozorom, zasadniczą przytomność umysłu, gwarantującą im obu byt. W końcu skapitulowała. Pobiegła tylko do misek. Sprawdziła, czy są pełne. I czy kuweta czysta. Gosposia taka. Była to jednak oznaka najwyższego kociego zniesmaczenia - że trzeba sprawdzać personel, czy nie zapomniał aby o swym elementarzu. Eh.
Kiedy wybiegła z domu, wiatr bawił się, jak kotek, chmurnymi gałgankami, rozsianymi po niebie. Podbiegał i hamował, naskakiwał komicznie, chował się, atakował. Z pasją i entuzjazmem, tak że zagłuszył całkiem nadjeżdżający tramwaj, który wyłonił się nagle zza jej pleców. Krótka chwila wahania i przystąpiła ambitnie do nierównego wyścigu z tą cwaną górą plastiku, skombinowaną z żelastwem, wyposażoną niezgorzej w przeróżne urządzenia, chroniące biedny pojazd przed potencjalnym wtargnięciem niepożądanego pasażera. Dobiegającego na przykład nieestetycznie, spóźnialskiego (fe, pasażerze, fe! spóźniać się jest nieładnie, oj, nieładnie). Ding-dong i tramwaj ruszył. Ona – akuku! – w środku. Stoi, łapiąc zaparty oddech. Zmelanżowana para, kobieta i mężczyzna, zionący alkoholem, odgarniają plecaczki, przesuwają skwapliwie i uprzejmie, żeby przepuścić ją w głąb.
- Dziękuję, zaraz wysiadam – sapie grzecznie.
Oboje kaszlą, chrypią, odchrząkują bez przerwy. Może jeszcze nie żule, ale na równi pochyłej. Ewidentnie. Na gościa to naprawdę żal patrzeć.
– Masz coś do picia? – chrypi.
– Mam – kobieta grzebie przez chwilę w plecaku, wyciąga jakiś pomarańczowy napój i podaje swojemu towarzyszowi. – Uważaj, bo zimne – mówi z trudem. - Pij powoli, żebyś się nie przeziębił.
No i pięknie. Ta czuła troska o temperaturę napoju w kontekście tak namacalnie nieciekawej kondycji tego kolesia, jak również wobec faktu, że najprawdopodobniej całkiem niedawno jeszcze spożywał on napoje jednak o lata świetlne groźniejsze dla ludzkiego organizmu, życia nawet, sądząc na oko, powoduje, że uśmiecha się, wysiadając.
Teraz zaczyna się spieszyć. „Ty jesteś pan Tik-Tak. Wiem, wiem, to ty tu rządzisz.” Tak będzie do wieczora.
Wracając wygłodzona, grzebała za batonem w swojej dużej torebce. Za księżycem po niebie grzebała wzrokiem także. Najpierw znalazła baton. Co do księżyca, stwierdziła, że wygląda jakby miał dreszcze, bo zawinął się prawie szczelnie w co tam zdołał znaleźć w okolicy. Ledwo go było widać. Opuchnięty jak beczka. Czy to jego chusteczka spadła nagle, muskając jej głowę?
*********************************************************
niedziela, 19 lutego 2012
Józef i jego bracia
*********************************************************
Latem łatwo było go znaleźć. W dni robocze, weekendy i święta przesiadywał na schodkach betonowego bunkra. W którym po drugiej stronie, na przeciwległym końcu, działał obecnie aktywnie lokalny zakład fryzjerski. Właściwie „salon urody”. Oklejony zawsze do wypęku odręcznymi ogłoszeniami na temat wielkich obniżek, pakietów i promocji. Wyposażony ostatnio w duży, ruchomy neon. Przez który gnały krzykliwie różne ciekawe hasła. O woskowaniu uszu. O przedłużaniu włosów, nosów, paznokci oraz rzęs, literalnie bez granic, a także przyjemności z powodu posiadania większej ilości tego, czego matka natura, w swej niedoskonałości, nie potrafiła w klientach wygenerować sama. I ambitniejsze teksty leciały także czasem, o literackim zacięciu. Wiosna idzie, ale szał, nadaj swej fryzurze kształt. Takie na przykład.
Tam właśnie siedział latem. Codziennie. Już od świtu. W funkcji darmowej przestrogi dla okolicznych mieszkańców: tak się zabagnisz, brachu, tak się zapuścisz, siostro, jeśli ci się wydaje, że obejdziesz się bez nas, urodologów oddanych. Jeśli wydaje ci się, że nie jesteśmy esencją twojego tu żywota, w układzie planetarnym nazywanym Słonecznym. Nie bądź frajerem, zajrzyj!
Antyreklamą żywą beztroskiej abnegacji, ewentualnie reklamą, zależy od odbiorcy, był ten gość niewątpliwie. Razem z ptakami chyba wstawał w te letnie dni. W każdym razie zawsze już siedział, kiedy zjawiała się rano na przystanku. Kończył dzień też klasycznie, jak nasi pradziadowie albo Bogumił Niechcic - tuż po zachodzie słońca, gdy zaczynało szarzeć. Zamykał swój teatrzyk. Odczyniwszy uprzednio malowniczy rytuał przygotowania do startu stóp swoich bez skarpetek, pozostających w spoczynku przez cały długi dzień. Zaczynał je rozcierać. Kolejno - lewą, prawą. Ugniatać, podszczypywać. Na koniec wsuwał na nie ekscentryczne końcówki. Idealny rekwizyt na jego małej scenie, choć w życiu, jako buty, raczej nie do przyjęcia. Parafrazując poetkę. A jednak szedł w nich w real i jakoś dawał radę człapać w tym kuriozalnym, powiązanym gordyjsko i bardzo amatorsko letnim obuwiu swoim. Kulejąc wprawdzie trochę, ale naprawdę lekko. Cały w ogóle dizajn miał bardzo osobliwy. Generalnie na tyle, że gdyby rzecz się działa w ubiegłym wieku może, w tym szalonym dwudziestym, w mniejszym trochę miasteczku, ganiałaby na pewno wokół tego odmieńca gromadka zajawionych osiedlowych dzieciaków. Tyle że rzecz się działa w czasie i miejscu takim, gdzie każdy jednak sobie, pomijając bliźniego, wypaśną rzepkę skrobał oraz dziecku swojemu, zakupioną za niemałą kasę. Więc chodził bez żadnej asysty.
Tymczasem przyszła zima. Któregoś dnia, przechodząc obok gromadki pod sklepem, usłyszała przypadkiem rozmowę żeńsko-żeńską, mniej więcej takiej treści:
- Ten Zbyszko z Bunkra, wiesz który, to gdzie się znowu zaszył? Odśnieżyłby mi, jak w zeszłym roku, za trochę sera i kiełbasy, to go wcięło na amen.
- Pojęcia nie mam. Nie wiem.
No właśnie, gdzie ten koleś? Wiedziała, że zimuje gdzieś w okolicznych blokach. Nie emigruje donikąd. Z rzadka wprawdzie, ale przewijał się czasem tu i tam. Niekiedy zresztą, o zgrozo, na schodkach tradycyjnie posiadując wiadomych na tym mrozie. Gdzie sypia, gdy jest zima, i w ogóle, co robi, o tym nie miała pojęcia. Teraz, na tego niusa, usłyszanego przypadkiem, że gościa nikt nie widział już od jakiegoś czasu, poczuła się tak sobie z tą niewiedzą.
Zobaczyła go dwa dni później. Jak kuśtyka charakterystycznie, rozkołysany zdecydowanie bardziej niż latem. Podeszła, szukając jego oczu w czeluściach ogromnego kaptura, nasuniętego na twarz. Chciała mu to powiedzieć – że jest poszukiwany do odśnieżenia za kasę, albo za ser i kiełbasę. Miała lekkiego cykora, bo nie gadała z nim nigdy i nie miała pojęcia, czy to jest dobry pomysł. Przed oczami stanęły jej nagle wszystkie harde jednostki, z jakimi się zetknęła sympatycznie w ostatnim czasie. W tym jeden hydraulik, który na pół tramwaju ryczał do telefonu: - To sam se rób, debilu, bo nikt za żadną kasę czegoś tak kretyńskiego ci nie zrobi, idioto jeden! Oraz koleżka-goliat, który w dłoniach-olbrzymkach, wielkich jak bochny chleba z dziadkowych opowieści, trzymał z finezją książkę i przewracał z mozołem, w miarę czytania, kartki. Bardzo misternie to robił. Wbrew swym bokserskim gabarytom. I jeszcze „Kordian gratis” z newslettera z teatru jej się przypomniał. Ale to nie całkiem a propos.
Zareagował od razu, kiedy mu powiedziała o kobiecie i o odśnieżaniu:
- Wiem która to. Pójdę do niej. Może być ser i kiełbasa. Gołębi otępiałych nie będę przecież zjadał. Chociaż się pchają do gara, durne takie. A ty mi powiesz coś jeszcze? Nie? No to ja ci powiem. Kojarzysz tego sukinkota, Józefa K.? Wiesz gdzie on teraz mieszka? Jaki ma aktualnie adres zameldowania? To ci powiem. Tu się zagnieździł, robak – stuknął się dramatycznie kościstym palcem w skroń, aż poszło głuche echo. Wyszło na to, że mieszka ten Józef w jego czaszce. – Deszyfrację akurat robię tego popapranego germańca. Spać mi nie daje w nocy. Dlaczego ten półgłówek, to znaczy Kafka Józef, nie czuje żadnej winy? Zawartość winy w gościu wynosi równe zero. Nic wam, mówi, nie jestem winien. Nie aktem woli własnej, lecz aktem woli cudzej wbiłem się na ten świat. Nie prosiłem się tutaj. Więc niby z jakiej racji miałbym się teraz kajać? Wy żeście mi wcisnęli fałszywy bilet wstępu. Niby za free. A teraz, hehe, jakie zabawne, przychodzicie tu nagle z prostym przekazem takim: „cios jeden mały nożem będzie cię to kosztować, a wcześniej w łeb kamieniem. Jak już się zadomowisz. Taki drobiazg”. To jest jakaś parodia transakcji. A o Rilkem poecie słyszała?
Wtedy dopiero zobaczył osłupienie w jej oczach. Nerwowe w śniegu grzebanie raz jedną stopą, raz drugą. W sumie najchętniej chyba zapadłaby się na chwilę pod rozmrożoną glebę. Z nieogarnionej żenady. Że z serem i kiełbasą biegła tutaj do niego, a on kuśtykał mocniej nie za przyczyną głodu oraz z braku higieny. Tylko z powodu melancholii. Która go osaczała, właziła mu w kieszenie, obciążała, jak balast balon, żeby sobie nie fruwał zbyt beztrosko.
- Mieszkam nigdzie, trochę jak on – uprzedził jej pytanie. – Ale nie martw się, zatrzymam cię jeszcze nie raz.
*********************************************************
Latem łatwo było go znaleźć. W dni robocze, weekendy i święta przesiadywał na schodkach betonowego bunkra. W którym po drugiej stronie, na przeciwległym końcu, działał obecnie aktywnie lokalny zakład fryzjerski. Właściwie „salon urody”. Oklejony zawsze do wypęku odręcznymi ogłoszeniami na temat wielkich obniżek, pakietów i promocji. Wyposażony ostatnio w duży, ruchomy neon. Przez który gnały krzykliwie różne ciekawe hasła. O woskowaniu uszu. O przedłużaniu włosów, nosów, paznokci oraz rzęs, literalnie bez granic, a także przyjemności z powodu posiadania większej ilości tego, czego matka natura, w swej niedoskonałości, nie potrafiła w klientach wygenerować sama. I ambitniejsze teksty leciały także czasem, o literackim zacięciu. Wiosna idzie, ale szał, nadaj swej fryzurze kształt. Takie na przykład.
Tam właśnie siedział latem. Codziennie. Już od świtu. W funkcji darmowej przestrogi dla okolicznych mieszkańców: tak się zabagnisz, brachu, tak się zapuścisz, siostro, jeśli ci się wydaje, że obejdziesz się bez nas, urodologów oddanych. Jeśli wydaje ci się, że nie jesteśmy esencją twojego tu żywota, w układzie planetarnym nazywanym Słonecznym. Nie bądź frajerem, zajrzyj!
Antyreklamą żywą beztroskiej abnegacji, ewentualnie reklamą, zależy od odbiorcy, był ten gość niewątpliwie. Razem z ptakami chyba wstawał w te letnie dni. W każdym razie zawsze już siedział, kiedy zjawiała się rano na przystanku. Kończył dzień też klasycznie, jak nasi pradziadowie albo Bogumił Niechcic - tuż po zachodzie słońca, gdy zaczynało szarzeć. Zamykał swój teatrzyk. Odczyniwszy uprzednio malowniczy rytuał przygotowania do startu stóp swoich bez skarpetek, pozostających w spoczynku przez cały długi dzień. Zaczynał je rozcierać. Kolejno - lewą, prawą. Ugniatać, podszczypywać. Na koniec wsuwał na nie ekscentryczne końcówki. Idealny rekwizyt na jego małej scenie, choć w życiu, jako buty, raczej nie do przyjęcia. Parafrazując poetkę. A jednak szedł w nich w real i jakoś dawał radę człapać w tym kuriozalnym, powiązanym gordyjsko i bardzo amatorsko letnim obuwiu swoim. Kulejąc wprawdzie trochę, ale naprawdę lekko. Cały w ogóle dizajn miał bardzo osobliwy. Generalnie na tyle, że gdyby rzecz się działa w ubiegłym wieku może, w tym szalonym dwudziestym, w mniejszym trochę miasteczku, ganiałaby na pewno wokół tego odmieńca gromadka zajawionych osiedlowych dzieciaków. Tyle że rzecz się działa w czasie i miejscu takim, gdzie każdy jednak sobie, pomijając bliźniego, wypaśną rzepkę skrobał oraz dziecku swojemu, zakupioną za niemałą kasę. Więc chodził bez żadnej asysty.
Tymczasem przyszła zima. Któregoś dnia, przechodząc obok gromadki pod sklepem, usłyszała przypadkiem rozmowę żeńsko-żeńską, mniej więcej takiej treści:
- Ten Zbyszko z Bunkra, wiesz który, to gdzie się znowu zaszył? Odśnieżyłby mi, jak w zeszłym roku, za trochę sera i kiełbasy, to go wcięło na amen.
- Pojęcia nie mam. Nie wiem.
No właśnie, gdzie ten koleś? Wiedziała, że zimuje gdzieś w okolicznych blokach. Nie emigruje donikąd. Z rzadka wprawdzie, ale przewijał się czasem tu i tam. Niekiedy zresztą, o zgrozo, na schodkach tradycyjnie posiadując wiadomych na tym mrozie. Gdzie sypia, gdy jest zima, i w ogóle, co robi, o tym nie miała pojęcia. Teraz, na tego niusa, usłyszanego przypadkiem, że gościa nikt nie widział już od jakiegoś czasu, poczuła się tak sobie z tą niewiedzą.
Zobaczyła go dwa dni później. Jak kuśtyka charakterystycznie, rozkołysany zdecydowanie bardziej niż latem. Podeszła, szukając jego oczu w czeluściach ogromnego kaptura, nasuniętego na twarz. Chciała mu to powiedzieć – że jest poszukiwany do odśnieżenia za kasę, albo za ser i kiełbasę. Miała lekkiego cykora, bo nie gadała z nim nigdy i nie miała pojęcia, czy to jest dobry pomysł. Przed oczami stanęły jej nagle wszystkie harde jednostki, z jakimi się zetknęła sympatycznie w ostatnim czasie. W tym jeden hydraulik, który na pół tramwaju ryczał do telefonu: - To sam se rób, debilu, bo nikt za żadną kasę czegoś tak kretyńskiego ci nie zrobi, idioto jeden! Oraz koleżka-goliat, który w dłoniach-olbrzymkach, wielkich jak bochny chleba z dziadkowych opowieści, trzymał z finezją książkę i przewracał z mozołem, w miarę czytania, kartki. Bardzo misternie to robił. Wbrew swym bokserskim gabarytom. I jeszcze „Kordian gratis” z newslettera z teatru jej się przypomniał. Ale to nie całkiem a propos.
Zareagował od razu, kiedy mu powiedziała o kobiecie i o odśnieżaniu:
- Wiem która to. Pójdę do niej. Może być ser i kiełbasa. Gołębi otępiałych nie będę przecież zjadał. Chociaż się pchają do gara, durne takie. A ty mi powiesz coś jeszcze? Nie? No to ja ci powiem. Kojarzysz tego sukinkota, Józefa K.? Wiesz gdzie on teraz mieszka? Jaki ma aktualnie adres zameldowania? To ci powiem. Tu się zagnieździł, robak – stuknął się dramatycznie kościstym palcem w skroń, aż poszło głuche echo. Wyszło na to, że mieszka ten Józef w jego czaszce. – Deszyfrację akurat robię tego popapranego germańca. Spać mi nie daje w nocy. Dlaczego ten półgłówek, to znaczy Kafka Józef, nie czuje żadnej winy? Zawartość winy w gościu wynosi równe zero. Nic wam, mówi, nie jestem winien. Nie aktem woli własnej, lecz aktem woli cudzej wbiłem się na ten świat. Nie prosiłem się tutaj. Więc niby z jakiej racji miałbym się teraz kajać? Wy żeście mi wcisnęli fałszywy bilet wstępu. Niby za free. A teraz, hehe, jakie zabawne, przychodzicie tu nagle z prostym przekazem takim: „cios jeden mały nożem będzie cię to kosztować, a wcześniej w łeb kamieniem. Jak już się zadomowisz. Taki drobiazg”. To jest jakaś parodia transakcji. A o Rilkem poecie słyszała?
Wtedy dopiero zobaczył osłupienie w jej oczach. Nerwowe w śniegu grzebanie raz jedną stopą, raz drugą. W sumie najchętniej chyba zapadłaby się na chwilę pod rozmrożoną glebę. Z nieogarnionej żenady. Że z serem i kiełbasą biegła tutaj do niego, a on kuśtykał mocniej nie za przyczyną głodu oraz z braku higieny. Tylko z powodu melancholii. Która go osaczała, właziła mu w kieszenie, obciążała, jak balast balon, żeby sobie nie fruwał zbyt beztrosko.
- Mieszkam nigdzie, trochę jak on – uprzedził jej pytanie. – Ale nie martw się, zatrzymam cię jeszcze nie raz.
*********************************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)


