*********************************************************
Na tym polega spojrzenie, że się osiada wzrokiem, koczuje jak nomada, tak długo, żeby skopiować obraz, skorelować go z dźwiękiem oraz sensem, tj. znaczeniem. Potem można interpretować całość (jeśli chcemy i jeśli jest co).
Ale jest jeszcze inna opcja.
Był wprawdzie środek dnia i trudno nazwać ciszą to, co emitowało miasto o tej porze, w ramach swojego normalnego funkcjonowania. Nie był to jednak także jakiś specjalny ferwor, megazgiełk. Raczej zwykłe odgłosy rutynowych reakcji, zachodzących na co dzień pomiędzy cząsteczkami. Materii i powietrza. Synestezyjne bodźce, odbierane zwykle podprogowo. W każdym razie przez większość z nas. Szum.
Tło było monotonne, co usypiało czujność. Ale też, z drugiej strony, wyczulało na potencjalne dysonanse. Przy zachowaniu minimum gotowości, spostrzegawczości i jeszcze słuchu muzycznego, pożądanego jednak, miało się duże szanse na szybkie wychwycenie opcjonalnego kontrastu. Który nie musiał być fałszem. To chyba jasne. Chociaż mógł.
Teoretyzowała, bawiąc się w powiązania. Konstruując relacje, konstelacje paralogiczne, bazujące na dyletanckich ciągach znaczeń, miksowanych w dowolnym szyku: dźwięk-obraz-frazotwory. Wszelkie. Nieistniejące zwłaszcza.
Do czasu.
Puk, puk. To był dysonans. Autopsja niezabawna. Przyszła jednak. I stała teraz w jej bezprogowych drzwiach.
W zaskakującej postaci kolektywnego wokalu. Chórku zintegrowanego, na paręnaście głosów, należących – jak się okazało - do człekokształtnych stworków, zakapturzonych na czerwono, z twarzami zakrytymi przez siwobrode zarosty. Wydzierających się gromko tuż przy gołej, zmarzniętej podłodze. Pomachujących banderą z demaskującym hasłem: "Kompatybilne z tradycją®". Zwracających się bezpośrednio do niej w trakcie szoł, jako do indywidualnego adresata:
My jesteśmy krasnoludki (oj tak, tak 2x), pożeramy niezabudki (oj tak, tak 2x), udka kurze oraz krówki (oj tak, tak2x), a czasem egzemplarz ludzki (oj tak, tak 2x).
(wydzierały się krzepko)
Mamy też trochę śmieszną, trapezoidalną konstrukcję (oj tak, tak 2x), lekko rozchwiane proporcje. Oczywiście z humanoidalnej perspektywy. Posługujemy się również uproszczonym obrazem rzeczywistości (oj tak, tak 2x). W związku z czym mamy kłopot z interpretacją bardziej złożonych zjawisk oraz zdarzeń, zachodzących wokół nas, jak również nieszablonowych ludzkich zachowań. Animalnych też zresztą (okazuje się, że niektóre zwierzęce zachowania są na tyle wyrafinowane, że przerastają nasze rozpoznawcze możliwości, co nie jest chyba zresztą aż tak zaskakujące).
Musisz pamiętać o tym, że wystawiasz się permanentnie na nasz schematyczny i ograniczony, a przy tym mocno wartościujący ogląd (oj tak, tak 2x). Pod wpływem którego możesz raz na zawsze zostać sklasyfikowana, przypisana do jakiejś pojmowalnej dla nas kategorii. Jako istoty uwikłane w stereotypy, których potencjał intelektualno-emocjonalny jest ściśle zdeterminowany przez narzucone z góry wyobrażenia o świecie, ludziach i ich wzajemnych relacjach, tak właśnie radzimy sobie z jednostkami niepokornymi, niemieszczącymi się w granicach naszych zdolności percepcyjnych – poprzez wtłoczenie ich w ramy naszych limitowanych wyobrażeń, okiełznanie, dostosowanie do naszego poziomu wrażliwości.
Ewentualnie tykamy się ich, jak pies jeża.
Nie jesteśmy naturami obdarzonymi lekkością ducha (oj tak, tak 2x), która gwarantuje dożywotnio pozbawione nudy życie wewnętrzne. I nie posiadamy umiejętności rzeczywistego odczuwania całego własnego potencjału oraz potencjału otaczającego nas świata. Mamy za to zakodowane silne poczucie etapowości, fazowości naszego życia, zdeterminowanego biologią.
Co mówisz? Że nie szkodzi? Że można mieć większego pecha w życiu? Trafić na przykład na jakąś masakryczną fazę w rozwoju ludzkości, typu wojna? Lub w okres fascynacji jakąś upiorną, opresyjną, pseudonaukową metodą „uzdrawiania” niepokornych głów, na przykład lobotomią? Że przeraża cię łatwość, z jaką grzebano ludziom fizycznie w czaszkach? I nie napawa cię dumą ani podziwem, ani też optymizmem fakt, że potraficie, jako ludzie, przetrwać wszystko? Lepiej radząc sobie w ciemnościach niż kanałowe szczury? Na co nie chcesz i nie zamierzasz nawet patrzeć?
Co do patrzenia – jeszcze tak sobie radzimy z naszym sformatowaniem, że uciekamy wzrokiem. Zawsze w bok. Jeśli ktoś idzie ciągle prosto, stwarza nam problem. Jak ty teraz.
Oj tak, tak (2x)
*********************************************************
poniedziałek, 5 marca 2012
niedziela, 26 lutego 2012
konteksty + asocjacje (= sur + realizm)
*********************************************************
- A dlaczego masz takie małe, wolno bijące serce? - zapytał Czerwony Berecik.
- Żebym nie został wykorzystany przez ludzi jako dawca organów – odpowiedział Prosiaczek. – Ponieważ taki proceder może doprowadzić w efekcie do degeneracji rodziny świniowatych. A nawet do jej mentalnego unicestwienia. Oczywiście - dodał - tylko w przypadku, gdyby zaczęto uskuteczniać takie praktyki poza labami, na skalę produkcyjną. Co zaczyna być jednak dla nas realnym zagrożeniem.
- A dlaczego masz taką dużą duszę? – pytał dalej Czerwony Berecik.
- Bo jestem Przewodnikiem Duchowym Prosiąt na Europę Centralną oraz Wschodnią – odpowiedział Prosiaczek. – A ponieważ duszę definiujemy póki co jako organ wirtualny, niepodlegający przeszczepom, więc mogę ją rozwijać bez obaw.
- Aha. A dlaczego nie masz…
Intensywne, psychodeliczne dźwięki wypełniły znienacka całą dostępną przestrzeń, narastając natrętnie, aż do poziomu bólu, i zagłuszając skutecznie trzecią Berecikową kwestię. Nie usłyszała pytania, ale stopniowo ogarnęła sytuację. Sobota rano. Pobudka. Ponura eskalacja budzikowych akordów, przerwana przez nią w końcu, sprawiła, że Prosiaczek powrócił do chrumkania, zamiast się wypowiadać w jakimś fajnym języku, i wszyscy mieli w nosie jego duszę. "Oto po raz kolejny – mógłby powiedzieć spiker, opisujący zdarzenie (gdyby je opisywał jakiś spiker) – doszło tego poranka do brutalnego ataku, bezwzględnego wtargnięcia do mieszkania przy ulicy X agresywnej rzeczywistości równoległej, wyposażonej w narzędzia tak perfidne i bezlitosne, jak alarmy, wyrywające gwałtownie ze snu przyzwoitych, niekaranych obywateli. Do tej wątpliwej kolekcji kontrowersyjnych urządzeń, charakteryzujących agresora, można by jeszcze dorzucić, oprócz wrednych budzików, klaustrofobiczne windy (nudne i ślamazarne), odrapane pociągi (z upaćkanymi szybami) oraz spieniacze do mleka przy ekspresach do kawy (wydające z siebie przy spienianiu przeraźliwy, nieprawdopodobny zupełnie kwik, przy którym wrzask Nazguli jest jak kwilenie niemowląt, a zarzynane prosię po prostu milczy). Żeby dopełnić obraz - w tym równoległym matrixie przysługują jednostkom nie tylko różne przedmioty, ale też pewne abstrakcje, nazywane prawami oraz obowiązkami." Zwłaszcza w kontekście tych ostatnich, poczuła teraz jasno, że niespecjalnie ma wybór ani realne szanse na pomyślne kontynuowanie przysłuchiwania się interesującemu dialogowi pomiędzy Czerwonym Berecikiem a Prosiaczkiem. Która to konwersacja – co do tego nie miała wątpliwości – stanowiła senne pokłosie natknięcia się na niusa, mało już odkrywczego, odświeżanego regularnie co jakiś czas, o tożsamości - NIEMAL - ludzkiego i świńskiego DNA. Na tym zresztą właśnie, czy NIEMAL robi tu wielką różnicę (czy też nie) polega cały problem. Oczywiście w kontekście coraz bardziej palącej z medycznej perspektywy, następującej kwestii: skąd brać bezproblemowo organy do przeszczepów, tak żeby transplantacje mogły być zabiegami robionymi bez przeszkód, jeśli zajdzie potrzeba? Wizja potencjalnego chodzenia po tym świecie z sercem unicestwionej w celu wykonania przeszczepu świni w środku zadziałała jej zapewne na wyobraźnię. Stąd ten sen.
Wstając, potknęła się nieomalże o własną grzywkę, co ostatecznie zmobilizowało ją do działania. Postanowiła z tym skończyć, nie odkładając tym razem. Energicznie sięgnęła po telefon.
- Dzień dobry – przedstawiła się. – Czy mogłabym umówić się na ścięcie? Najchętniej dzisiaj.
Z dziecinną satysfakcją użyła słowa ścięcie oraz specjalnej bezkontekstowej formuły. Haha. Nie ma to, jak o sobotnim poranku zaklepać sobie profesjonalną egzekucję. Oczywiście była to jej cicha i jednostronna radość, gdyż zadane w ten sposób pytanie, osadzone w jasnym kontekście grzywki oraz pani Beatki, znajdującej się po drugiej stronie i niemającej bynajmniej idiotycznych skojarzeń z rewolucją francuską, Marią Antoniną itd. - aktu ucięcia grzywki z aktem ucięcia głowy - brzmiało zupełnie naturalnie. I równie naturalnie okazało się także, że jeśli ma nastąpić ta szybka egzekucja właśnie dzisiaj (tak! tak! koniecznie tak!), to najlepiej niestety już za chwilę, bez tak zwanej (cudownej) zwłoki, gdyż z powodu szeregu klientek potem może być z tym duży kłopot.
- Będę za jakieś dwadzieścia minut! – zawołała do telefonu, ponieważ pasowało jej to w stu procentach. Wyjąwszy oczywiście nieprzyjemną konieczność błyskawicznego zebrania się do wyjścia. Biegając tak po domu, w totalnym zakręceniu, ubierając się w locie oraz czesząc, unikała starannie spojrzenia prosto w oczy zdegustowanej kitce, która do pewnego momentu usiłowała jeszcze nawiązać z nią choćby namiastkę kontaktu na intelektualnej płaszczyźnie, żeby nabrać jakiej takiej pewności, że jako odpowiedzialny dostawca royala jej powszedniego itp. nie oszalała jednak na poważnie. Że zachowała, wbrew pozorom, zasadniczą przytomność umysłu, gwarantującą im obu byt. W końcu skapitulowała. Pobiegła tylko do misek. Sprawdziła, czy są pełne. I czy kuweta czysta. Gosposia taka. Była to jednak oznaka najwyższego kociego zniesmaczenia - że trzeba sprawdzać personel, czy nie zapomniał aby o swym elementarzu. Eh.
Kiedy wybiegła z domu, wiatr bawił się, jak kotek, chmurnymi gałgankami, rozsianymi po niebie. Podbiegał i hamował, naskakiwał komicznie, chował się, atakował. Z pasją i entuzjazmem, tak że zagłuszył całkiem nadjeżdżający tramwaj, który wyłonił się nagle zza jej pleców. Krótka chwila wahania i przystąpiła ambitnie do nierównego wyścigu z tą cwaną górą plastiku, skombinowaną z żelastwem, wyposażoną niezgorzej w przeróżne urządzenia, chroniące biedny pojazd przed potencjalnym wtargnięciem niepożądanego pasażera. Dobiegającego na przykład nieestetycznie, spóźnialskiego (fe, pasażerze, fe! spóźniać się jest nieładnie, oj, nieładnie). Ding-dong i tramwaj ruszył. Ona – akuku! – w środku. Stoi, łapiąc zaparty oddech. Zmelanżowana para, kobieta i mężczyzna, zionący alkoholem, odgarniają plecaczki, przesuwają skwapliwie i uprzejmie, żeby przepuścić ją w głąb.
- Dziękuję, zaraz wysiadam – sapie grzecznie.
Oboje kaszlą, chrypią, odchrząkują bez przerwy. Może jeszcze nie żule, ale na równi pochyłej. Ewidentnie. Na gościa to naprawdę żal patrzeć.
– Masz coś do picia? – chrypi.
– Mam – kobieta grzebie przez chwilę w plecaku, wyciąga jakiś pomarańczowy napój i podaje swojemu towarzyszowi. – Uważaj, bo zimne – mówi z trudem. - Pij powoli, żebyś się nie przeziębił.
No i pięknie. Ta czuła troska o temperaturę napoju w kontekście tak namacalnie nieciekawej kondycji tego kolesia, jak również wobec faktu, że najprawdopodobniej całkiem niedawno jeszcze spożywał on napoje jednak o lata świetlne groźniejsze dla ludzkiego organizmu, życia nawet, sądząc na oko, powoduje, że uśmiecha się, wysiadając.
Teraz zaczyna się spieszyć. „Ty jesteś pan Tik-Tak. Wiem, wiem, to ty tu rządzisz.” Tak będzie do wieczora.
Wracając wygłodzona, grzebała za batonem w swojej dużej torebce. Za księżycem po niebie grzebała wzrokiem także. Najpierw znalazła baton. Co do księżyca, stwierdziła, że wygląda jakby miał dreszcze, bo zawinął się prawie szczelnie w co tam zdołał znaleźć w okolicy. Ledwo go było widać. Opuchnięty jak beczka. Czy to jego chusteczka spadła nagle, muskając jej głowę?
*********************************************************
- A dlaczego masz takie małe, wolno bijące serce? - zapytał Czerwony Berecik.
- Żebym nie został wykorzystany przez ludzi jako dawca organów – odpowiedział Prosiaczek. – Ponieważ taki proceder może doprowadzić w efekcie do degeneracji rodziny świniowatych. A nawet do jej mentalnego unicestwienia. Oczywiście - dodał - tylko w przypadku, gdyby zaczęto uskuteczniać takie praktyki poza labami, na skalę produkcyjną. Co zaczyna być jednak dla nas realnym zagrożeniem.
- A dlaczego masz taką dużą duszę? – pytał dalej Czerwony Berecik.
- Bo jestem Przewodnikiem Duchowym Prosiąt na Europę Centralną oraz Wschodnią – odpowiedział Prosiaczek. – A ponieważ duszę definiujemy póki co jako organ wirtualny, niepodlegający przeszczepom, więc mogę ją rozwijać bez obaw.
- Aha. A dlaczego nie masz…
Intensywne, psychodeliczne dźwięki wypełniły znienacka całą dostępną przestrzeń, narastając natrętnie, aż do poziomu bólu, i zagłuszając skutecznie trzecią Berecikową kwestię. Nie usłyszała pytania, ale stopniowo ogarnęła sytuację. Sobota rano. Pobudka. Ponura eskalacja budzikowych akordów, przerwana przez nią w końcu, sprawiła, że Prosiaczek powrócił do chrumkania, zamiast się wypowiadać w jakimś fajnym języku, i wszyscy mieli w nosie jego duszę. "Oto po raz kolejny – mógłby powiedzieć spiker, opisujący zdarzenie (gdyby je opisywał jakiś spiker) – doszło tego poranka do brutalnego ataku, bezwzględnego wtargnięcia do mieszkania przy ulicy X agresywnej rzeczywistości równoległej, wyposażonej w narzędzia tak perfidne i bezlitosne, jak alarmy, wyrywające gwałtownie ze snu przyzwoitych, niekaranych obywateli. Do tej wątpliwej kolekcji kontrowersyjnych urządzeń, charakteryzujących agresora, można by jeszcze dorzucić, oprócz wrednych budzików, klaustrofobiczne windy (nudne i ślamazarne), odrapane pociągi (z upaćkanymi szybami) oraz spieniacze do mleka przy ekspresach do kawy (wydające z siebie przy spienianiu przeraźliwy, nieprawdopodobny zupełnie kwik, przy którym wrzask Nazguli jest jak kwilenie niemowląt, a zarzynane prosię po prostu milczy). Żeby dopełnić obraz - w tym równoległym matrixie przysługują jednostkom nie tylko różne przedmioty, ale też pewne abstrakcje, nazywane prawami oraz obowiązkami." Zwłaszcza w kontekście tych ostatnich, poczuła teraz jasno, że niespecjalnie ma wybór ani realne szanse na pomyślne kontynuowanie przysłuchiwania się interesującemu dialogowi pomiędzy Czerwonym Berecikiem a Prosiaczkiem. Która to konwersacja – co do tego nie miała wątpliwości – stanowiła senne pokłosie natknięcia się na niusa, mało już odkrywczego, odświeżanego regularnie co jakiś czas, o tożsamości - NIEMAL - ludzkiego i świńskiego DNA. Na tym zresztą właśnie, czy NIEMAL robi tu wielką różnicę (czy też nie) polega cały problem. Oczywiście w kontekście coraz bardziej palącej z medycznej perspektywy, następującej kwestii: skąd brać bezproblemowo organy do przeszczepów, tak żeby transplantacje mogły być zabiegami robionymi bez przeszkód, jeśli zajdzie potrzeba? Wizja potencjalnego chodzenia po tym świecie z sercem unicestwionej w celu wykonania przeszczepu świni w środku zadziałała jej zapewne na wyobraźnię. Stąd ten sen.
Wstając, potknęła się nieomalże o własną grzywkę, co ostatecznie zmobilizowało ją do działania. Postanowiła z tym skończyć, nie odkładając tym razem. Energicznie sięgnęła po telefon.
- Dzień dobry – przedstawiła się. – Czy mogłabym umówić się na ścięcie? Najchętniej dzisiaj.
Z dziecinną satysfakcją użyła słowa ścięcie oraz specjalnej bezkontekstowej formuły. Haha. Nie ma to, jak o sobotnim poranku zaklepać sobie profesjonalną egzekucję. Oczywiście była to jej cicha i jednostronna radość, gdyż zadane w ten sposób pytanie, osadzone w jasnym kontekście grzywki oraz pani Beatki, znajdującej się po drugiej stronie i niemającej bynajmniej idiotycznych skojarzeń z rewolucją francuską, Marią Antoniną itd. - aktu ucięcia grzywki z aktem ucięcia głowy - brzmiało zupełnie naturalnie. I równie naturalnie okazało się także, że jeśli ma nastąpić ta szybka egzekucja właśnie dzisiaj (tak! tak! koniecznie tak!), to najlepiej niestety już za chwilę, bez tak zwanej (cudownej) zwłoki, gdyż z powodu szeregu klientek potem może być z tym duży kłopot.
- Będę za jakieś dwadzieścia minut! – zawołała do telefonu, ponieważ pasowało jej to w stu procentach. Wyjąwszy oczywiście nieprzyjemną konieczność błyskawicznego zebrania się do wyjścia. Biegając tak po domu, w totalnym zakręceniu, ubierając się w locie oraz czesząc, unikała starannie spojrzenia prosto w oczy zdegustowanej kitce, która do pewnego momentu usiłowała jeszcze nawiązać z nią choćby namiastkę kontaktu na intelektualnej płaszczyźnie, żeby nabrać jakiej takiej pewności, że jako odpowiedzialny dostawca royala jej powszedniego itp. nie oszalała jednak na poważnie. Że zachowała, wbrew pozorom, zasadniczą przytomność umysłu, gwarantującą im obu byt. W końcu skapitulowała. Pobiegła tylko do misek. Sprawdziła, czy są pełne. I czy kuweta czysta. Gosposia taka. Była to jednak oznaka najwyższego kociego zniesmaczenia - że trzeba sprawdzać personel, czy nie zapomniał aby o swym elementarzu. Eh.
Kiedy wybiegła z domu, wiatr bawił się, jak kotek, chmurnymi gałgankami, rozsianymi po niebie. Podbiegał i hamował, naskakiwał komicznie, chował się, atakował. Z pasją i entuzjazmem, tak że zagłuszył całkiem nadjeżdżający tramwaj, który wyłonił się nagle zza jej pleców. Krótka chwila wahania i przystąpiła ambitnie do nierównego wyścigu z tą cwaną górą plastiku, skombinowaną z żelastwem, wyposażoną niezgorzej w przeróżne urządzenia, chroniące biedny pojazd przed potencjalnym wtargnięciem niepożądanego pasażera. Dobiegającego na przykład nieestetycznie, spóźnialskiego (fe, pasażerze, fe! spóźniać się jest nieładnie, oj, nieładnie). Ding-dong i tramwaj ruszył. Ona – akuku! – w środku. Stoi, łapiąc zaparty oddech. Zmelanżowana para, kobieta i mężczyzna, zionący alkoholem, odgarniają plecaczki, przesuwają skwapliwie i uprzejmie, żeby przepuścić ją w głąb.
- Dziękuję, zaraz wysiadam – sapie grzecznie.
Oboje kaszlą, chrypią, odchrząkują bez przerwy. Może jeszcze nie żule, ale na równi pochyłej. Ewidentnie. Na gościa to naprawdę żal patrzeć.
– Masz coś do picia? – chrypi.
– Mam – kobieta grzebie przez chwilę w plecaku, wyciąga jakiś pomarańczowy napój i podaje swojemu towarzyszowi. – Uważaj, bo zimne – mówi z trudem. - Pij powoli, żebyś się nie przeziębił.
No i pięknie. Ta czuła troska o temperaturę napoju w kontekście tak namacalnie nieciekawej kondycji tego kolesia, jak również wobec faktu, że najprawdopodobniej całkiem niedawno jeszcze spożywał on napoje jednak o lata świetlne groźniejsze dla ludzkiego organizmu, życia nawet, sądząc na oko, powoduje, że uśmiecha się, wysiadając.
Teraz zaczyna się spieszyć. „Ty jesteś pan Tik-Tak. Wiem, wiem, to ty tu rządzisz.” Tak będzie do wieczora.
Wracając wygłodzona, grzebała za batonem w swojej dużej torebce. Za księżycem po niebie grzebała wzrokiem także. Najpierw znalazła baton. Co do księżyca, stwierdziła, że wygląda jakby miał dreszcze, bo zawinął się prawie szczelnie w co tam zdołał znaleźć w okolicy. Ledwo go było widać. Opuchnięty jak beczka. Czy to jego chusteczka spadła nagle, muskając jej głowę?
*********************************************************
niedziela, 19 lutego 2012
Józef i jego bracia
*********************************************************
Latem łatwo było go znaleźć. W dni robocze, weekendy i święta przesiadywał na schodkach betonowego bunkra. W którym po drugiej stronie, na przeciwległym końcu, działał obecnie aktywnie lokalny zakład fryzjerski. Właściwie „salon urody”. Oklejony zawsze do wypęku odręcznymi ogłoszeniami na temat wielkich obniżek, pakietów i promocji. Wyposażony ostatnio w duży, ruchomy neon. Przez który gnały krzykliwie różne ciekawe hasła. O woskowaniu uszu. O przedłużaniu włosów, nosów, paznokci oraz rzęs, literalnie bez granic, a także przyjemności z powodu posiadania większej ilości tego, czego matka natura, w swej niedoskonałości, nie potrafiła w klientach wygenerować sama. I ambitniejsze teksty leciały także czasem, o literackim zacięciu. Wiosna idzie, ale szał, nadaj swej fryzurze kształt. Takie na przykład.
Tam właśnie siedział latem. Codziennie. Już od świtu. W funkcji darmowej przestrogi dla okolicznych mieszkańców: tak się zabagnisz, brachu, tak się zapuścisz, siostro, jeśli ci się wydaje, że obejdziesz się bez nas, urodologów oddanych. Jeśli wydaje ci się, że nie jesteśmy esencją twojego tu żywota, w układzie planetarnym nazywanym Słonecznym. Nie bądź frajerem, zajrzyj!
Antyreklamą żywą beztroskiej abnegacji, ewentualnie reklamą, zależy od odbiorcy, był ten gość niewątpliwie. Razem z ptakami chyba wstawał w te letnie dni. W każdym razie zawsze już siedział, kiedy zjawiała się rano na przystanku. Kończył dzień też klasycznie, jak nasi pradziadowie albo Bogumił Niechcic - tuż po zachodzie słońca, gdy zaczynało szarzeć. Zamykał swój teatrzyk. Odczyniwszy uprzednio malowniczy rytuał przygotowania do startu stóp swoich bez skarpetek, pozostających w spoczynku przez cały długi dzień. Zaczynał je rozcierać. Kolejno - lewą, prawą. Ugniatać, podszczypywać. Na koniec wsuwał na nie ekscentryczne końcówki. Idealny rekwizyt na jego małej scenie, choć w życiu, jako buty, raczej nie do przyjęcia. Parafrazując poetkę. A jednak szedł w nich w real i jakoś dawał radę człapać w tym kuriozalnym, powiązanym gordyjsko i bardzo amatorsko letnim obuwiu swoim. Kulejąc wprawdzie trochę, ale naprawdę lekko. Cały w ogóle dizajn miał bardzo osobliwy. Generalnie na tyle, że gdyby rzecz się działa w ubiegłym wieku może, w tym szalonym dwudziestym, w mniejszym trochę miasteczku, ganiałaby na pewno wokół tego odmieńca gromadka zajawionych osiedlowych dzieciaków. Tyle że rzecz się działa w czasie i miejscu takim, gdzie każdy jednak sobie, pomijając bliźniego, wypaśną rzepkę skrobał oraz dziecku swojemu, zakupioną za niemałą kasę. Więc chodził bez żadnej asysty.
Tymczasem przyszła zima. Któregoś dnia, przechodząc obok gromadki pod sklepem, usłyszała przypadkiem rozmowę żeńsko-żeńską, mniej więcej takiej treści:
- Ten Zbyszko z Bunkra, wiesz który, to gdzie się znowu zaszył? Odśnieżyłby mi, jak w zeszłym roku, za trochę sera i kiełbasy, to go wcięło na amen.
- Pojęcia nie mam. Nie wiem.
No właśnie, gdzie ten koleś? Wiedziała, że zimuje gdzieś w okolicznych blokach. Nie emigruje donikąd. Z rzadka wprawdzie, ale przewijał się czasem tu i tam. Niekiedy zresztą, o zgrozo, na schodkach tradycyjnie posiadując wiadomych na tym mrozie. Gdzie sypia, gdy jest zima, i w ogóle, co robi, o tym nie miała pojęcia. Teraz, na tego niusa, usłyszanego przypadkiem, że gościa nikt nie widział już od jakiegoś czasu, poczuła się tak sobie z tą niewiedzą.
Zobaczyła go dwa dni później. Jak kuśtyka charakterystycznie, rozkołysany zdecydowanie bardziej niż latem. Podeszła, szukając jego oczu w czeluściach ogromnego kaptura, nasuniętego na twarz. Chciała mu to powiedzieć – że jest poszukiwany do odśnieżenia za kasę, albo za ser i kiełbasę. Miała lekkiego cykora, bo nie gadała z nim nigdy i nie miała pojęcia, czy to jest dobry pomysł. Przed oczami stanęły jej nagle wszystkie harde jednostki, z jakimi się zetknęła sympatycznie w ostatnim czasie. W tym jeden hydraulik, który na pół tramwaju ryczał do telefonu: - To sam se rób, debilu, bo nikt za żadną kasę czegoś tak kretyńskiego ci nie zrobi, idioto jeden! Oraz koleżka-goliat, który w dłoniach-olbrzymkach, wielkich jak bochny chleba z dziadkowych opowieści, trzymał z finezją książkę i przewracał z mozołem, w miarę czytania, kartki. Bardzo misternie to robił. Wbrew swym bokserskim gabarytom. I jeszcze „Kordian gratis” z newslettera z teatru jej się przypomniał. Ale to nie całkiem a propos.
Zareagował od razu, kiedy mu powiedziała o kobiecie i o odśnieżaniu:
- Wiem która to. Pójdę do niej. Może być ser i kiełbasa. Gołębi otępiałych nie będę przecież zjadał. Chociaż się pchają do gara, durne takie. A ty mi powiesz coś jeszcze? Nie? No to ja ci powiem. Kojarzysz tego sukinkota, Józefa K.? Wiesz gdzie on teraz mieszka? Jaki ma aktualnie adres zameldowania? To ci powiem. Tu się zagnieździł, robak – stuknął się dramatycznie kościstym palcem w skroń, aż poszło głuche echo. Wyszło na to, że mieszka ten Józef w jego czaszce. – Deszyfrację akurat robię tego popapranego germańca. Spać mi nie daje w nocy. Dlaczego ten półgłówek, to znaczy Kafka Józef, nie czuje żadnej winy? Zawartość winy w gościu wynosi równe zero. Nic wam, mówi, nie jestem winien. Nie aktem woli własnej, lecz aktem woli cudzej wbiłem się na ten świat. Nie prosiłem się tutaj. Więc niby z jakiej racji miałbym się teraz kajać? Wy żeście mi wcisnęli fałszywy bilet wstępu. Niby za free. A teraz, hehe, jakie zabawne, przychodzicie tu nagle z prostym przekazem takim: „cios jeden mały nożem będzie cię to kosztować, a wcześniej w łeb kamieniem. Jak już się zadomowisz. Taki drobiazg”. To jest jakaś parodia transakcji. A o Rilkem poecie słyszała?
Wtedy dopiero zobaczył osłupienie w jej oczach. Nerwowe w śniegu grzebanie raz jedną stopą, raz drugą. W sumie najchętniej chyba zapadłaby się na chwilę pod rozmrożoną glebę. Z nieogarnionej żenady. Że z serem i kiełbasą biegła tutaj do niego, a on kuśtykał mocniej nie za przyczyną głodu oraz z braku higieny. Tylko z powodu melancholii. Która go osaczała, właziła mu w kieszenie, obciążała, jak balast balon, żeby sobie nie fruwał zbyt beztrosko.
- Mieszkam nigdzie, trochę jak on – uprzedził jej pytanie. – Ale nie martw się, zatrzymam cię jeszcze nie raz.
*********************************************************
Latem łatwo było go znaleźć. W dni robocze, weekendy i święta przesiadywał na schodkach betonowego bunkra. W którym po drugiej stronie, na przeciwległym końcu, działał obecnie aktywnie lokalny zakład fryzjerski. Właściwie „salon urody”. Oklejony zawsze do wypęku odręcznymi ogłoszeniami na temat wielkich obniżek, pakietów i promocji. Wyposażony ostatnio w duży, ruchomy neon. Przez który gnały krzykliwie różne ciekawe hasła. O woskowaniu uszu. O przedłużaniu włosów, nosów, paznokci oraz rzęs, literalnie bez granic, a także przyjemności z powodu posiadania większej ilości tego, czego matka natura, w swej niedoskonałości, nie potrafiła w klientach wygenerować sama. I ambitniejsze teksty leciały także czasem, o literackim zacięciu. Wiosna idzie, ale szał, nadaj swej fryzurze kształt. Takie na przykład.
Tam właśnie siedział latem. Codziennie. Już od świtu. W funkcji darmowej przestrogi dla okolicznych mieszkańców: tak się zabagnisz, brachu, tak się zapuścisz, siostro, jeśli ci się wydaje, że obejdziesz się bez nas, urodologów oddanych. Jeśli wydaje ci się, że nie jesteśmy esencją twojego tu żywota, w układzie planetarnym nazywanym Słonecznym. Nie bądź frajerem, zajrzyj!
Antyreklamą żywą beztroskiej abnegacji, ewentualnie reklamą, zależy od odbiorcy, był ten gość niewątpliwie. Razem z ptakami chyba wstawał w te letnie dni. W każdym razie zawsze już siedział, kiedy zjawiała się rano na przystanku. Kończył dzień też klasycznie, jak nasi pradziadowie albo Bogumił Niechcic - tuż po zachodzie słońca, gdy zaczynało szarzeć. Zamykał swój teatrzyk. Odczyniwszy uprzednio malowniczy rytuał przygotowania do startu stóp swoich bez skarpetek, pozostających w spoczynku przez cały długi dzień. Zaczynał je rozcierać. Kolejno - lewą, prawą. Ugniatać, podszczypywać. Na koniec wsuwał na nie ekscentryczne końcówki. Idealny rekwizyt na jego małej scenie, choć w życiu, jako buty, raczej nie do przyjęcia. Parafrazując poetkę. A jednak szedł w nich w real i jakoś dawał radę człapać w tym kuriozalnym, powiązanym gordyjsko i bardzo amatorsko letnim obuwiu swoim. Kulejąc wprawdzie trochę, ale naprawdę lekko. Cały w ogóle dizajn miał bardzo osobliwy. Generalnie na tyle, że gdyby rzecz się działa w ubiegłym wieku może, w tym szalonym dwudziestym, w mniejszym trochę miasteczku, ganiałaby na pewno wokół tego odmieńca gromadka zajawionych osiedlowych dzieciaków. Tyle że rzecz się działa w czasie i miejscu takim, gdzie każdy jednak sobie, pomijając bliźniego, wypaśną rzepkę skrobał oraz dziecku swojemu, zakupioną za niemałą kasę. Więc chodził bez żadnej asysty.
Tymczasem przyszła zima. Któregoś dnia, przechodząc obok gromadki pod sklepem, usłyszała przypadkiem rozmowę żeńsko-żeńską, mniej więcej takiej treści:
- Ten Zbyszko z Bunkra, wiesz który, to gdzie się znowu zaszył? Odśnieżyłby mi, jak w zeszłym roku, za trochę sera i kiełbasy, to go wcięło na amen.
- Pojęcia nie mam. Nie wiem.
No właśnie, gdzie ten koleś? Wiedziała, że zimuje gdzieś w okolicznych blokach. Nie emigruje donikąd. Z rzadka wprawdzie, ale przewijał się czasem tu i tam. Niekiedy zresztą, o zgrozo, na schodkach tradycyjnie posiadując wiadomych na tym mrozie. Gdzie sypia, gdy jest zima, i w ogóle, co robi, o tym nie miała pojęcia. Teraz, na tego niusa, usłyszanego przypadkiem, że gościa nikt nie widział już od jakiegoś czasu, poczuła się tak sobie z tą niewiedzą.
Zobaczyła go dwa dni później. Jak kuśtyka charakterystycznie, rozkołysany zdecydowanie bardziej niż latem. Podeszła, szukając jego oczu w czeluściach ogromnego kaptura, nasuniętego na twarz. Chciała mu to powiedzieć – że jest poszukiwany do odśnieżenia za kasę, albo za ser i kiełbasę. Miała lekkiego cykora, bo nie gadała z nim nigdy i nie miała pojęcia, czy to jest dobry pomysł. Przed oczami stanęły jej nagle wszystkie harde jednostki, z jakimi się zetknęła sympatycznie w ostatnim czasie. W tym jeden hydraulik, który na pół tramwaju ryczał do telefonu: - To sam se rób, debilu, bo nikt za żadną kasę czegoś tak kretyńskiego ci nie zrobi, idioto jeden! Oraz koleżka-goliat, który w dłoniach-olbrzymkach, wielkich jak bochny chleba z dziadkowych opowieści, trzymał z finezją książkę i przewracał z mozołem, w miarę czytania, kartki. Bardzo misternie to robił. Wbrew swym bokserskim gabarytom. I jeszcze „Kordian gratis” z newslettera z teatru jej się przypomniał. Ale to nie całkiem a propos.
Zareagował od razu, kiedy mu powiedziała o kobiecie i o odśnieżaniu:
- Wiem która to. Pójdę do niej. Może być ser i kiełbasa. Gołębi otępiałych nie będę przecież zjadał. Chociaż się pchają do gara, durne takie. A ty mi powiesz coś jeszcze? Nie? No to ja ci powiem. Kojarzysz tego sukinkota, Józefa K.? Wiesz gdzie on teraz mieszka? Jaki ma aktualnie adres zameldowania? To ci powiem. Tu się zagnieździł, robak – stuknął się dramatycznie kościstym palcem w skroń, aż poszło głuche echo. Wyszło na to, że mieszka ten Józef w jego czaszce. – Deszyfrację akurat robię tego popapranego germańca. Spać mi nie daje w nocy. Dlaczego ten półgłówek, to znaczy Kafka Józef, nie czuje żadnej winy? Zawartość winy w gościu wynosi równe zero. Nic wam, mówi, nie jestem winien. Nie aktem woli własnej, lecz aktem woli cudzej wbiłem się na ten świat. Nie prosiłem się tutaj. Więc niby z jakiej racji miałbym się teraz kajać? Wy żeście mi wcisnęli fałszywy bilet wstępu. Niby za free. A teraz, hehe, jakie zabawne, przychodzicie tu nagle z prostym przekazem takim: „cios jeden mały nożem będzie cię to kosztować, a wcześniej w łeb kamieniem. Jak już się zadomowisz. Taki drobiazg”. To jest jakaś parodia transakcji. A o Rilkem poecie słyszała?
Wtedy dopiero zobaczył osłupienie w jej oczach. Nerwowe w śniegu grzebanie raz jedną stopą, raz drugą. W sumie najchętniej chyba zapadłaby się na chwilę pod rozmrożoną glebę. Z nieogarnionej żenady. Że z serem i kiełbasą biegła tutaj do niego, a on kuśtykał mocniej nie za przyczyną głodu oraz z braku higieny. Tylko z powodu melancholii. Która go osaczała, właziła mu w kieszenie, obciążała, jak balast balon, żeby sobie nie fruwał zbyt beztrosko.
- Mieszkam nigdzie, trochę jak on – uprzedził jej pytanie. – Ale nie martw się, zatrzymam cię jeszcze nie raz.
*********************************************************
poniedziałek, 13 lutego 2012
STOP myśliwym albo przerwany snoobieg
*********************************************************
Tak, coś słyszała o tym. Że dużą w ludziach to miejsce niepewność siebie wyzwala, jeśli się tam zapędzą. Co prawda nie we wszystkich. A także silny niepokój, który przekształca się zwykle w nagłą potrzebę sprawdzenia, zazwyczaj poprzez dotyk, na przykład uszczypnięcie, czy się posiada nadal wszystkie fizyczne wymiary. Oraz cień. Jak również czy cień cudzy na nasz się nie zasadza ze zdradzieckiej przyczajki, czy nie naciera na nasz wraz z cieniem scyzoryka w trójwymiarowej dłoni. Tak, coś słyszała o tym. Że zerkać się zaczyna, w tym tutaj miejscu właśnie, zwykle nieco nerwowo, przez swoje własne ramię, zezować nieudolnie, w tył i na boki oba się rozglądając.
Chwyciła się od razu rytmu i recytacji, gdy już się zaplątała dokładnie w tę ulicę, o której coś słyszała, że klimat jest tam taki mocno niepokojący. Autorskiej rymowanki, wymyślonej w dzieciństwie i dotąd ulubionej, prawdopodobnie z powodu odpowiednich proporcji groteski i absurdu. Odpowiednich jak dla niej. Choć był to, wbrew pozorom - pamiętała to dobrze - w pierwotnym założeniu wyraz jej kontestacji, a także oburzenia żarłocznością ludzkiej cywilizacji (nie znała jeszcze wtedy słowa konsumpcja):
- Gdyby raki jadły ryby,
Zmniejszyłby się rybi świat.
Wtedy ludzie ani chybi
wcinaliby raczy gnat -
- skandowała w skupieniu, po cichutku, nie tyle w prostym celu podrzucenia sobie rytmu podczas marszu, jak to robiła zazwyczaj, lecz jako rodzaj mantry, redukującej niepewność, podnoszącej zadziorność itd. W jej rozbrykanej czaszce, wśród rozbawionych szarych komórek paru naczelnych niepoważnego mózgu, działo się całkiem dobrze pod wpływem tego rytmu. Lecz przytoczona przed chwilą repetycja wierszyka była ostatnią niestety, jaką zdołała wykonać w tym dołującym miejscu. W każdym razie wykonać w całości. Gdyż ukryty autor scenariusza zaplanował w tym momencie pewną akcję, ściślej mówiąc, niewielki incydent, który nie miał żadnego znaczenia, niemniej zaszedł i taki miał przebieg: z martwej ściany budynków po lewej, zapewne z jakiejś bramy, ale nie było jej widać, więc nazwała tę scenę na swój własny użytek Przechodzimur, wyłonił się gwałtownie niewątpliwy tubylec (autochtoniczny charakter zdradzała pewność kroku, szarogęszenie przestrzenne, nonszalancja w omiataniu wzrokiem itd. – znał tu wszystko, o wszystkim wiedział, bez wątpienia). Że przez komórkę gadał, to akurat było istotne, gdyż w tej lokalnej ciszy miała dużą ochotę usłyszeć ludzką mowę. Lecz ku jej przerażeniu oraz rozczarowaniu, mijający ją ziomek wydawał z siebie tylko jakieś gardłowe dźwięki, onomatopeiczne raczej, a także wykrzyknikowe, nieartykułowane, to na pewno:
- Am... am… am – dukał, przechodząc obok, i to akurat brzmiało zachęcająco. Zdążyła nawet pomyśleć, że gostek karmi być może dziecko jakieś przez ten telefon, gdy nagle triumfalnie wykrzyknął cały wyraz, bardzo długi i wcale nieprosty: - Ampersandami! – zawołał i tyle go widziała, ponieważ się zawinął w tym momencie, równie autochtonicznie, jak wyłonił. Wbił się po prostu znowu w mur, zniknął z pola widzenia, więc była raczej pewna, że intensywne spojrzenie, jakie poczuła nagle na swoich własnych plecach, to nie był jego ziomalski wzrok. Szukała szybko źródła, a kiedy je znalazła, podeszła parę kroków w kierunku krawężnika. W atawistycznym jakimś, pierwotnym przeświadczeniu, że teraz się rozegra ta najważniejsza scena, decydująca o tym, czy zakończenie sztuki zamknie coś ostatecznie, czy otworzy, przykucnęła, wyciągając rękę.
Znajdowali się naprzeciw siebie i przewiercali się wzrokiem. Ona z jednej, on z drugiej strony. Autentyczny. Najprawdziwszy w świecie. Nie owczarek niemiecki i nie husky, nie pies żaden, tylko żywy wilk. Amplituda napięć w tym momencie osiągnęła rekordowy wymiar.
Niestety, jak to w nie-bajkach. Raptem wbiegli koślawi myśliwi, przed którymi – to chyba wiadomo – uciekają i ona, i wilk. Pif i paf przecięło powietrze, wykluczając kontynuowanie czegokolwiek. A już na pewno snu. Obudziła się zadziwiona, zapleciona mocno w jakieś łapki, a także w jakieś ogonko. Koniec akcji, szanowny odbiorco, ale jeśli liczyłeś na finał zabawniejszy albo bardziej dramatyczny, jeśli nie chcesz rozstawać się jeszcze z powyższymi bohaterami, w takim razie podejmij wyzwanie. Wyślij esa, szanowny odbiorco, z odpowiedzią na takie pytanie: czy te łapki i czy to ogonko należały do: a) huskiego, be) owczarka, ce) może do wilka, de) czy sądzisz, że do myśliwego, dżizas krajst! e) żadna z odpowiedzi nie jest poprawna. Wyślij esa, a do niewygrania jest drapieżnik bardzo kotowaty, do którego nigdy się zbliżysz. Chyba że wybierzesz właśnie jego. Spośród milionów, tysięcy. Chyba że tak.
*********************************************************
Tak, coś słyszała o tym. Że dużą w ludziach to miejsce niepewność siebie wyzwala, jeśli się tam zapędzą. Co prawda nie we wszystkich. A także silny niepokój, który przekształca się zwykle w nagłą potrzebę sprawdzenia, zazwyczaj poprzez dotyk, na przykład uszczypnięcie, czy się posiada nadal wszystkie fizyczne wymiary. Oraz cień. Jak również czy cień cudzy na nasz się nie zasadza ze zdradzieckiej przyczajki, czy nie naciera na nasz wraz z cieniem scyzoryka w trójwymiarowej dłoni. Tak, coś słyszała o tym. Że zerkać się zaczyna, w tym tutaj miejscu właśnie, zwykle nieco nerwowo, przez swoje własne ramię, zezować nieudolnie, w tył i na boki oba się rozglądając.
Chwyciła się od razu rytmu i recytacji, gdy już się zaplątała dokładnie w tę ulicę, o której coś słyszała, że klimat jest tam taki mocno niepokojący. Autorskiej rymowanki, wymyślonej w dzieciństwie i dotąd ulubionej, prawdopodobnie z powodu odpowiednich proporcji groteski i absurdu. Odpowiednich jak dla niej. Choć był to, wbrew pozorom - pamiętała to dobrze - w pierwotnym założeniu wyraz jej kontestacji, a także oburzenia żarłocznością ludzkiej cywilizacji (nie znała jeszcze wtedy słowa konsumpcja):
- Gdyby raki jadły ryby,
Zmniejszyłby się rybi świat.
Wtedy ludzie ani chybi
wcinaliby raczy gnat -
- skandowała w skupieniu, po cichutku, nie tyle w prostym celu podrzucenia sobie rytmu podczas marszu, jak to robiła zazwyczaj, lecz jako rodzaj mantry, redukującej niepewność, podnoszącej zadziorność itd. W jej rozbrykanej czaszce, wśród rozbawionych szarych komórek paru naczelnych niepoważnego mózgu, działo się całkiem dobrze pod wpływem tego rytmu. Lecz przytoczona przed chwilą repetycja wierszyka była ostatnią niestety, jaką zdołała wykonać w tym dołującym miejscu. W każdym razie wykonać w całości. Gdyż ukryty autor scenariusza zaplanował w tym momencie pewną akcję, ściślej mówiąc, niewielki incydent, który nie miał żadnego znaczenia, niemniej zaszedł i taki miał przebieg: z martwej ściany budynków po lewej, zapewne z jakiejś bramy, ale nie było jej widać, więc nazwała tę scenę na swój własny użytek Przechodzimur, wyłonił się gwałtownie niewątpliwy tubylec (autochtoniczny charakter zdradzała pewność kroku, szarogęszenie przestrzenne, nonszalancja w omiataniu wzrokiem itd. – znał tu wszystko, o wszystkim wiedział, bez wątpienia). Że przez komórkę gadał, to akurat było istotne, gdyż w tej lokalnej ciszy miała dużą ochotę usłyszeć ludzką mowę. Lecz ku jej przerażeniu oraz rozczarowaniu, mijający ją ziomek wydawał z siebie tylko jakieś gardłowe dźwięki, onomatopeiczne raczej, a także wykrzyknikowe, nieartykułowane, to na pewno:
- Am... am… am – dukał, przechodząc obok, i to akurat brzmiało zachęcająco. Zdążyła nawet pomyśleć, że gostek karmi być może dziecko jakieś przez ten telefon, gdy nagle triumfalnie wykrzyknął cały wyraz, bardzo długi i wcale nieprosty: - Ampersandami! – zawołał i tyle go widziała, ponieważ się zawinął w tym momencie, równie autochtonicznie, jak wyłonił. Wbił się po prostu znowu w mur, zniknął z pola widzenia, więc była raczej pewna, że intensywne spojrzenie, jakie poczuła nagle na swoich własnych plecach, to nie był jego ziomalski wzrok. Szukała szybko źródła, a kiedy je znalazła, podeszła parę kroków w kierunku krawężnika. W atawistycznym jakimś, pierwotnym przeświadczeniu, że teraz się rozegra ta najważniejsza scena, decydująca o tym, czy zakończenie sztuki zamknie coś ostatecznie, czy otworzy, przykucnęła, wyciągając rękę.
Znajdowali się naprzeciw siebie i przewiercali się wzrokiem. Ona z jednej, on z drugiej strony. Autentyczny. Najprawdziwszy w świecie. Nie owczarek niemiecki i nie husky, nie pies żaden, tylko żywy wilk. Amplituda napięć w tym momencie osiągnęła rekordowy wymiar.
Niestety, jak to w nie-bajkach. Raptem wbiegli koślawi myśliwi, przed którymi – to chyba wiadomo – uciekają i ona, i wilk. Pif i paf przecięło powietrze, wykluczając kontynuowanie czegokolwiek. A już na pewno snu. Obudziła się zadziwiona, zapleciona mocno w jakieś łapki, a także w jakieś ogonko. Koniec akcji, szanowny odbiorco, ale jeśli liczyłeś na finał zabawniejszy albo bardziej dramatyczny, jeśli nie chcesz rozstawać się jeszcze z powyższymi bohaterami, w takim razie podejmij wyzwanie. Wyślij esa, szanowny odbiorco, z odpowiedzią na takie pytanie: czy te łapki i czy to ogonko należały do: a) huskiego, be) owczarka, ce) może do wilka, de) czy sądzisz, że do myśliwego, dżizas krajst! e) żadna z odpowiedzi nie jest poprawna. Wyślij esa, a do niewygrania jest drapieżnik bardzo kotowaty, do którego nigdy się zbliżysz. Chyba że wybierzesz właśnie jego. Spośród milionów, tysięcy. Chyba że tak.
*********************************************************
niedziela, 5 lutego 2012
Awers & others, czyli o wojnach naszych, które wiedziemy ze światem (oraz mrozem)
*********************************************************
- Nie, to jeszcze nie tutaj. Musi pan skręcić w prawo, potem kawałek prosto. I znowu w prawo. Tyle. To niedaleko.
- W prawo? Dwa razy w prawo? Może jest jakaś inna droga? Bo ja tak mam fatalnie, mówię pani, że organicznie nie cierpię skręcać w prawo. W ogóle nienawidzę prawych stron. Nawet ciuchy, takie, co mam pod spodem, noszę na lewo. Podkoszulki na przykład. Psa tak wytresowałem, że też w prawo nie skręci, tylko warczy.
Patrzę na gościa ze zdziwieniem, które opuszcza mnie jednak szybko na widok autentycznej udręki, jaka maluje się w jego pozbawionych makijażu oczach (w takim dokładnie języku sublimują się w tym momencie moje myśli, który jest jak z Do Laury sonetów albo innych utworów literackich żywcem wyjęty, zawieszonych raczej wysoko ponad zmrożoną aktualnie glebą). W przypływie nagłej empatii, próbuję to sobie wyobrazić: prawostronny skrętowstręt, do awersu awersję maniakalną, antysystemową, no bo tak. O podkoszulki mniejsza, ale to odruchowe wyrównywanie do lewej przy chodzeniu, błąkanie się, błądzenie z powodu nadrzędności celu innego zgoła niż cel pieszej wyprawy, którą się podejmuje… Gdy się myśli o tym wyłącznie, żeby w prawo nie skręcić. Tylko o tym. Ogólnie, raczej lipa.
- W sumie można tam dojść inaczej, tyle że trochę dłużej będzie pan szedł – mówię to jednym tchem, a także zgodnie z prawdą, choć nie całą, bo zamiast słówka "trochę" należałoby zastosować inne: "znacznie".
- To nie szkodzi...– jego zbolałą, chrystusową twarz rozgrymasza skutecznie nagła radość (jak widać trzyma się mnie uparcie ten sonetowo-odeski styl w kontekście tego koleżki). Jest jasne, że może iść bez końca, byle w lewo. Pochylam się więc skwapliwie nad obmyśleniem dla niego nowej trasy, lewoskrętnej ma się rozumieć. A także objaśnieniem dokładnym, co i jak. Wychodzi z tego niewąskie kluczenie, choć docelowe miejsce, to, gdzie zmierza, jest położone dosłownie rzut beretem od punktu, w którym się znajdujemy, stojąc i nie skręcając nigdzie póki co. Jednak beret jest w tym wszystkim najmniej istotny. Dochodzi wreszcie do tego, że ogarniamy całość. I możemy zacząć działać zgodnie z planem. Ja też. Więc szarżując lekko, wykonuję swój ruch, prawoskrętny, bez upadku pomimo brawury, odmachując na do zobaczenia jego głośne oraz roześmiane. Biegnę dalej - do domu, do domu! - atakowana feerią niekoniecznie przyjemnych dźwięków. Oraz mrozem. Przez zdjęte z uszu słuchawki jest mi jeszcze zimniej i głośniej, paradoksalnie. A w tym ogólnym szumie wbijają mi się w bębenki strzępki tekstów, kawałki dialogów:
- To założysz się?
- O co? Że co?
- No że szybciej zawiążę sznurowadło niż ty włożysz rękę do kieszeni.
Wsłuchuję się przez chwilę w dalszy ciąg.
- Ej, coś mi tu nie pasuje. Musi w tym być jakiś bajer.
- Bajer jest taki, chłopie, że nie wkładasz do kieszeni całej ręki, co nie? Kumpel flaszkę tak wygrał. Hehe.
Biegnę prawie, czując, że się rozpadnę za chwilę na tym mrozie. Sążnistym. Jedwabistym. Na widok piekarni przypominam sobie o chlebie [piiiiiip].
- Dobry wieczór! - tuż przed sklepem wpadam na pana Czesia, sympatycznego małżonka pani Basi, z którą utrzymuję sporadyczny międzyludzki kontakt, międzysąsiedzki dokładnie, na okoliczność posiadania przez nią psa oraz ogólnie, na skutek jej zainteresowania otaczającym światem, w tym moją osobą, o czym wspominałam już kiedyś. - Miło pana widzieć. Co u państwa? Panią Basię proszę pozdrowić koniecznie.
- Dobry wieczór! dobry wieczór! Wszystko dobrze! Grzech by było narzekać, jak się nic złego nie dzieje. A Basia do sklepu akurat weszła, to się spotkacie.
- Tak? Cieszę się bardzo.
Do widzenia wzajemne. I dobranoc. I słodkiego, miłego życia. Sympatyczny bardzo ten pan Czesio. W sklepie rozglądam się. Widzę. Więc podchodzę, uprzedzając fakty.
- Dobry wieczór, pani Basiu. Co tam słychać?
- Aaa… niewesoło, dobry wieczór. Niewesoło. Same pogrzeby…
To akurat było wiadomo. Że pan Czesio jak zwykle lekkoduch, jak kret ślepy, jak dziecko we mgle, nie dostrzega dookolnych zgonów. Pani Basia wie, że ja jak Czesio - tak się błąkam między meandrami, więc dla dobra mojego, gdyż mnie lubi, mówi do mnie kapitalikami, Times New Roman czcionką 18: nie jest życie bajką, raczej nie jest. Na szczęście w sklepie jest ciepło. I pachnie świeżym chlebem. No to słucham.
*********************************************************
- Nie, to jeszcze nie tutaj. Musi pan skręcić w prawo, potem kawałek prosto. I znowu w prawo. Tyle. To niedaleko.
- W prawo? Dwa razy w prawo? Może jest jakaś inna droga? Bo ja tak mam fatalnie, mówię pani, że organicznie nie cierpię skręcać w prawo. W ogóle nienawidzę prawych stron. Nawet ciuchy, takie, co mam pod spodem, noszę na lewo. Podkoszulki na przykład. Psa tak wytresowałem, że też w prawo nie skręci, tylko warczy.
Patrzę na gościa ze zdziwieniem, które opuszcza mnie jednak szybko na widok autentycznej udręki, jaka maluje się w jego pozbawionych makijażu oczach (w takim dokładnie języku sublimują się w tym momencie moje myśli, który jest jak z Do Laury sonetów albo innych utworów literackich żywcem wyjęty, zawieszonych raczej wysoko ponad zmrożoną aktualnie glebą). W przypływie nagłej empatii, próbuję to sobie wyobrazić: prawostronny skrętowstręt, do awersu awersję maniakalną, antysystemową, no bo tak. O podkoszulki mniejsza, ale to odruchowe wyrównywanie do lewej przy chodzeniu, błąkanie się, błądzenie z powodu nadrzędności celu innego zgoła niż cel pieszej wyprawy, którą się podejmuje… Gdy się myśli o tym wyłącznie, żeby w prawo nie skręcić. Tylko o tym. Ogólnie, raczej lipa.
- W sumie można tam dojść inaczej, tyle że trochę dłużej będzie pan szedł – mówię to jednym tchem, a także zgodnie z prawdą, choć nie całą, bo zamiast słówka "trochę" należałoby zastosować inne: "znacznie".
- To nie szkodzi...– jego zbolałą, chrystusową twarz rozgrymasza skutecznie nagła radość (jak widać trzyma się mnie uparcie ten sonetowo-odeski styl w kontekście tego koleżki). Jest jasne, że może iść bez końca, byle w lewo. Pochylam się więc skwapliwie nad obmyśleniem dla niego nowej trasy, lewoskrętnej ma się rozumieć. A także objaśnieniem dokładnym, co i jak. Wychodzi z tego niewąskie kluczenie, choć docelowe miejsce, to, gdzie zmierza, jest położone dosłownie rzut beretem od punktu, w którym się znajdujemy, stojąc i nie skręcając nigdzie póki co. Jednak beret jest w tym wszystkim najmniej istotny. Dochodzi wreszcie do tego, że ogarniamy całość. I możemy zacząć działać zgodnie z planem. Ja też. Więc szarżując lekko, wykonuję swój ruch, prawoskrętny, bez upadku pomimo brawury, odmachując na do zobaczenia jego głośne oraz roześmiane. Biegnę dalej - do domu, do domu! - atakowana feerią niekoniecznie przyjemnych dźwięków. Oraz mrozem. Przez zdjęte z uszu słuchawki jest mi jeszcze zimniej i głośniej, paradoksalnie. A w tym ogólnym szumie wbijają mi się w bębenki strzępki tekstów, kawałki dialogów:
- To założysz się?
- O co? Że co?
- No że szybciej zawiążę sznurowadło niż ty włożysz rękę do kieszeni.
Wsłuchuję się przez chwilę w dalszy ciąg.
- Ej, coś mi tu nie pasuje. Musi w tym być jakiś bajer.
- Bajer jest taki, chłopie, że nie wkładasz do kieszeni całej ręki, co nie? Kumpel flaszkę tak wygrał. Hehe.
Biegnę prawie, czując, że się rozpadnę za chwilę na tym mrozie. Sążnistym. Jedwabistym. Na widok piekarni przypominam sobie o chlebie [piiiiiip].
- Dobry wieczór! - tuż przed sklepem wpadam na pana Czesia, sympatycznego małżonka pani Basi, z którą utrzymuję sporadyczny międzyludzki kontakt, międzysąsiedzki dokładnie, na okoliczność posiadania przez nią psa oraz ogólnie, na skutek jej zainteresowania otaczającym światem, w tym moją osobą, o czym wspominałam już kiedyś. - Miło pana widzieć. Co u państwa? Panią Basię proszę pozdrowić koniecznie.
- Dobry wieczór! dobry wieczór! Wszystko dobrze! Grzech by było narzekać, jak się nic złego nie dzieje. A Basia do sklepu akurat weszła, to się spotkacie.
- Tak? Cieszę się bardzo.
Do widzenia wzajemne. I dobranoc. I słodkiego, miłego życia. Sympatyczny bardzo ten pan Czesio. W sklepie rozglądam się. Widzę. Więc podchodzę, uprzedzając fakty.
- Dobry wieczór, pani Basiu. Co tam słychać?
- Aaa… niewesoło, dobry wieczór. Niewesoło. Same pogrzeby…
To akurat było wiadomo. Że pan Czesio jak zwykle lekkoduch, jak kret ślepy, jak dziecko we mgle, nie dostrzega dookolnych zgonów. Pani Basia wie, że ja jak Czesio - tak się błąkam między meandrami, więc dla dobra mojego, gdyż mnie lubi, mówi do mnie kapitalikami, Times New Roman czcionką 18: nie jest życie bajką, raczej nie jest. Na szczęście w sklepie jest ciepło. I pachnie świeżym chlebem. No to słucham.
*********************************************************
niedziela, 29 stycznia 2012
Kto tu asy, a kto biesy?
*********************************************************
To był taki akurat poranek, że gdy podeszła do okna, odruchowo zaczęła szukać sznurka, żeby podciągnąć roletę z powalającym pejzażem, wyglądającym jak z Breugla, którą ktoś musiał zawiesić w nocy, tylko kto. I w ogóle po co. Co za pomysł. Ale rolety nie było. Czysta szyba. A za nią żywy Breugel. Ten zimowy. Pomyślała, że to z powodu perspektywy. Że to przez nią takie skojarzenie. "I przez to zastygnięcie, jak w stopklatce" - dodała w myślach. Tak czy owak - pejzaż był jak żyleta. Z detalami w silnej ekspozycji. Widziany trochę z góry, tak jak trzeba. Domki porozrzucane, ścieżki przecinające i chodniki. Bryłki ptaków też idealnie - w pułapce drzewa podstępnej, nie inaczej. Żadnego mgieł pełzania pomiędzy gałęziami, żadnych oparów. Nic, co się może rozrzedzić albo zgęstnieć, zmulić krajobraz. W konsekwencji była to jednak technika, wymuszająca megakoncentrację. I musisz wiedzieć, beztroski obserwatorze, że jeśli patrząc na taki pejzaż, nie zauważysz puzzla na n-tym planie (jakiejś nogi albo czyjejś ręki), będziesz ślepy w b r e w intencji autora obrazka.
Odwróciła się od pejzażu, ponieważ zadzwonił telefon. "Proszę dzwonić, jeśli kto nie chce porady. Jeśli chce, proszę raczej pukać. Którą opcję wybierasz?" Nie nagrała takiego powitania i szkoda, bo w niektórych przypadkach byłoby to z pożytkiem dla obu stron. Wyświetlił się Chcący Porady Numer. Zawsze chcący. Więc tym razem na pewno też. Zwłaszcza że było wcześnie rano. Czyli tym bardziej. Usłyszała swoje: "Jasne, mów", a następnie detaliczną story w odpowiedzi na tę zachętę. "No i co byś zrobiła na moim miejscu?" – to pytanie oznaczało przejście do fazy analizy. Bo wiadomo, że problem to problem. Trzeba go poddać rozkmince, atomizacji solidnej. Choć jest to w gruncie rzeczy jedno z najbardziej względnych pojęć świata. "Spójrzmy realnie", "przytomnie", a także "zreasumujmy", powiedziały sobie nareszcie. I wtedy właśnie ona wygłosiła tę najdziwniejszą kwestię podsumowującą, jaką zdarzyło jej się wygłosić w życiu, zaskakującą dla nich obu, patrząc w trakcie na Breugla za oknem: „No to wyobraź sobie teraz łąkę, na której rosną kwiatki. I rosną trochę krzywo. Powiedzmy, że są to kwiatki potępionego Franciszka. Wieje wiatr i wyrywa ci z zaciśniętej dłoni wszystkie, ale to wszystkie, argumenty za. Jak leci, po kolei. Niektóre wyszarpuje ci razem z palcami. A argumentów przeciw, które mają logiczne uzasadnienie, nie tyka w ogóle. Nagle doznajesz olśnienia i uświadamiasz sobie, dlaczego tak się dzieje. Czemu tych przeciw klamorków nie wyrywa ci z ręki wiatr. Nie z powodu jakiegoś respektu albo ciężaru gatunkowego, tylko dlatego, że po prostu nimi gardzi. Gardzi nimi głęboko. W głębi duszy. I to właśnie dociera do ciebie jasno. Reasumując finalnie: te na TAK frrrrr… uleciały, te na NIE są niepodważalne. Co wybierasz, droga przyjaciółko?"
Już w zasadzie tylko samo pa! pa radosnych padło jeszcze parę. Bo odpowiedź na pytanie nie musiała. Po to było zadane tak cwanie, żeby o nią w ogóle nie chodziło.

I zagadka: Gdzie jest mój puzzel na obrazku? czyli w którym miejscu są moje wrony? (no trudna to ona raczej nie jest;)
*********************************************************
To był taki akurat poranek, że gdy podeszła do okna, odruchowo zaczęła szukać sznurka, żeby podciągnąć roletę z powalającym pejzażem, wyglądającym jak z Breugla, którą ktoś musiał zawiesić w nocy, tylko kto. I w ogóle po co. Co za pomysł. Ale rolety nie było. Czysta szyba. A za nią żywy Breugel. Ten zimowy. Pomyślała, że to z powodu perspektywy. Że to przez nią takie skojarzenie. "I przez to zastygnięcie, jak w stopklatce" - dodała w myślach. Tak czy owak - pejzaż był jak żyleta. Z detalami w silnej ekspozycji. Widziany trochę z góry, tak jak trzeba. Domki porozrzucane, ścieżki przecinające i chodniki. Bryłki ptaków też idealnie - w pułapce drzewa podstępnej, nie inaczej. Żadnego mgieł pełzania pomiędzy gałęziami, żadnych oparów. Nic, co się może rozrzedzić albo zgęstnieć, zmulić krajobraz. W konsekwencji była to jednak technika, wymuszająca megakoncentrację. I musisz wiedzieć, beztroski obserwatorze, że jeśli patrząc na taki pejzaż, nie zauważysz puzzla na n-tym planie (jakiejś nogi albo czyjejś ręki), będziesz ślepy w b r e w intencji autora obrazka.
Odwróciła się od pejzażu, ponieważ zadzwonił telefon. "Proszę dzwonić, jeśli kto nie chce porady. Jeśli chce, proszę raczej pukać. Którą opcję wybierasz?" Nie nagrała takiego powitania i szkoda, bo w niektórych przypadkach byłoby to z pożytkiem dla obu stron. Wyświetlił się Chcący Porady Numer. Zawsze chcący. Więc tym razem na pewno też. Zwłaszcza że było wcześnie rano. Czyli tym bardziej. Usłyszała swoje: "Jasne, mów", a następnie detaliczną story w odpowiedzi na tę zachętę. "No i co byś zrobiła na moim miejscu?" – to pytanie oznaczało przejście do fazy analizy. Bo wiadomo, że problem to problem. Trzeba go poddać rozkmince, atomizacji solidnej. Choć jest to w gruncie rzeczy jedno z najbardziej względnych pojęć świata. "Spójrzmy realnie", "przytomnie", a także "zreasumujmy", powiedziały sobie nareszcie. I wtedy właśnie ona wygłosiła tę najdziwniejszą kwestię podsumowującą, jaką zdarzyło jej się wygłosić w życiu, zaskakującą dla nich obu, patrząc w trakcie na Breugla za oknem: „No to wyobraź sobie teraz łąkę, na której rosną kwiatki. I rosną trochę krzywo. Powiedzmy, że są to kwiatki potępionego Franciszka. Wieje wiatr i wyrywa ci z zaciśniętej dłoni wszystkie, ale to wszystkie, argumenty za. Jak leci, po kolei. Niektóre wyszarpuje ci razem z palcami. A argumentów przeciw, które mają logiczne uzasadnienie, nie tyka w ogóle. Nagle doznajesz olśnienia i uświadamiasz sobie, dlaczego tak się dzieje. Czemu tych przeciw klamorków nie wyrywa ci z ręki wiatr. Nie z powodu jakiegoś respektu albo ciężaru gatunkowego, tylko dlatego, że po prostu nimi gardzi. Gardzi nimi głęboko. W głębi duszy. I to właśnie dociera do ciebie jasno. Reasumując finalnie: te na TAK frrrrr… uleciały, te na NIE są niepodważalne. Co wybierasz, droga przyjaciółko?"
Już w zasadzie tylko samo pa! pa radosnych padło jeszcze parę. Bo odpowiedź na pytanie nie musiała. Po to było zadane tak cwanie, żeby o nią w ogóle nie chodziło.
I zagadka: Gdzie jest mój puzzel na obrazku? czyli w którym miejscu są moje wrony? (no trudna to ona raczej nie jest;)
*********************************************************
niedziela, 22 stycznia 2012
Wniebogłos
*********************************************************
W dychotomię myśli oraz ciała, ich rozłączenie w przestrzeni (ciałem tu, a myślami tam), popadała na tyle często, że przegapiała nagminnie docelowe przystanki. A także inne konkretne punkty geograficzne, w które powinna skręcić, udać się, wpaść na chwilę. Lub na dłużej.
Z powodu tego prostego braku koordynacji pomiędzy sferą myśli (zamyśleniem) a obecnością ciała tu i teraz, jeździła za daleko, wchodziła za wysoko itd. ileś przystanków przeciętnie, ileś pięter. Potem musiała w pośpiechu przewijać wszystko do tyłu. Na własnych butach, wiadomo. I było to o tyle zagadnienie, że miewała z tego powodu spore obsuwki.
Mając jaskrawą świadomość tej swojej ułomności, w chwilach determinacji pracowała nad sobą, jak szalona. Choćby teraz. Skoczyła na równe nogi, jak pochlapana wrzątkiem, skonstatowawszy przytomnie, że wysiadka, że już jej przystanek. Co okazało się jednak – ale szok! - całkiem nieadekwatnym opisem dla wykonanego przez nią manewru (konkretnie słowa "skoczyć" oraz "na równe nogi"). Gdyż ku własnemu zdumieniu stwierdziła z całą pewnością, że nie nastąpił po prostu ŻADEN w jej wykonaniu zryw. A wszelkie usilne próby ponowienia go, kończyły się bezproduktywną szarpaniną. Synchronizując w locie myśli swoje ze swoim ciałem, tu obecnym, jednak uziemionym, zdjętym jakąś tajemną niemocą, błyskawicznie ogarnęła całość. Przypomniała sobie. Już poczuła. Że przecież w trakcie podróży przysiadł ją dość skutecznie, przypierając do szyby, potężny poprzez kożuch, jak z planu tego filmu o ucieczce z Syberii, jowialny wernyhora, gość jakiś całkiem siwy, w podeszłym wieku. Który teraz, na jej gwałtowne ruchy, zareagował wyraźnie zainicjowaniem skomplikowanego procesu wygrzebywania się z przyjemnej pozycji siedzącej, w którą zapadł się był z lubością. Odklejania się od siodełka. Nagarniania bezkresnych fałdów syberyjskiego odzienia. Gdyż, jak się okazało, też wysiadał na tym przystanku. Celebrował przy tym wszystko ekstremalnie, a żeby klimat sitkomu był jasno wyczuwalny, ordynował sobie na głos bez obciachu swoistą auto-instrukcję, którą ktoś mu chyba musiał zakodować, a on odtwarzał ją teraz inteligentnie, we właściwych momentach akcji, stosownie do bieżących potrzeb. – Wstaję – mówił, gramoląc się wolno, ale skutecznie, nie wahając się przy tym użyć jej dość wątłego barku w funkcji balkoniku lub innej poręczy, i przeciskając się (ona za nim). - Trzymam się, trzymam! – wołał, kontynuując w sklerotycznym, operetkowym stylu ("umieram, umieram, ach właśnie to robię"), gdy już powstał i znalazł się w otwartej przestrzeni tramwaju, gdzie pozostała mu do trzymania tylko rurka. – Naciskam! – tajming miał idealny, gdyż tramwaj zatrzymał się właśnie na przystanku. Wysiadł, choć było to bez wątpienia najdłuższe wysiadanie, jakie widziała w życiu. Wygląda zresztą na to, że najdłuższe również w życiu motorniczego, który chlasnął jej w związku z tym zamykanymi drzwiami tuż przed nosem tak nagle, z taką werwą, że uwierzyła mu szczerze: nie mógł tego po prostu dłużej zdzierżyć. Zrozumiała więc, że nie ma wyjścia. I wysiadła na przystanku dalej, gdzie poraził ją od razu widok czerwonego jakiegoś kwadratu, odcinającego się wyraźnie od nasyconego, czarnego tła. Dobrej jakości sutanna, pomykająca ulicą z reklamówką "nie dla idiotów", wściekle czerwoną. Nawet nie patrząc na głowę, wiedziała raczej na pewno, że TAKIE czarne z czerwonym nie może w tym mieście oznaczać księdza. Tak biegają tylko zakonnice, w przypadku których decorum nie zdycha jakoś niereanimowalnie z powodu reklamówki - czerwonej, nie dla idiotów - w ręku. W przeciwieństwie do przypadku księży. Tak to właśnie wygląda w tym mieście. Zresztą i tak wyszło słońce i przestała widzieć cokolwiek. A jej myśli oczywiście poszły za nim:
- Słonko, które jesteś w niebie. Od którego opędzam się latem, bo wydajesz mi się zbyt pastewne w ignorowaniu profili oraz uczuć indywidualnych, ciut bardziej wysublimowanych, rozjeżdżających się czasem z lansowaną przez ciebie misją hurtu oraz namnażania.
- Słonko moje, które jesteś w niebie, to znaczy cholera wie gdzie, chlipałabym za tobą wniebogłosy, ale milczę.
- Słonko moje, zawiasie myśli, sorry, że się nie mieszczę w lejaucie, o czym rozmyślam czasem usilnie między jedną twoją eksplozją a drugą.
- Jak i o tym, żebym mając do wyboru stan spoczynku i stan gotowości, błogostan albo jeżostan, nie wybierała pierwszego, i zawsze z taką mocą, jak nie wybieram teraz. Hawk.
*********************************************************
W dychotomię myśli oraz ciała, ich rozłączenie w przestrzeni (ciałem tu, a myślami tam), popadała na tyle często, że przegapiała nagminnie docelowe przystanki. A także inne konkretne punkty geograficzne, w które powinna skręcić, udać się, wpaść na chwilę. Lub na dłużej.
Z powodu tego prostego braku koordynacji pomiędzy sferą myśli (zamyśleniem) a obecnością ciała tu i teraz, jeździła za daleko, wchodziła za wysoko itd. ileś przystanków przeciętnie, ileś pięter. Potem musiała w pośpiechu przewijać wszystko do tyłu. Na własnych butach, wiadomo. I było to o tyle zagadnienie, że miewała z tego powodu spore obsuwki.
Mając jaskrawą świadomość tej swojej ułomności, w chwilach determinacji pracowała nad sobą, jak szalona. Choćby teraz. Skoczyła na równe nogi, jak pochlapana wrzątkiem, skonstatowawszy przytomnie, że wysiadka, że już jej przystanek. Co okazało się jednak – ale szok! - całkiem nieadekwatnym opisem dla wykonanego przez nią manewru (konkretnie słowa "skoczyć" oraz "na równe nogi"). Gdyż ku własnemu zdumieniu stwierdziła z całą pewnością, że nie nastąpił po prostu ŻADEN w jej wykonaniu zryw. A wszelkie usilne próby ponowienia go, kończyły się bezproduktywną szarpaniną. Synchronizując w locie myśli swoje ze swoim ciałem, tu obecnym, jednak uziemionym, zdjętym jakąś tajemną niemocą, błyskawicznie ogarnęła całość. Przypomniała sobie. Już poczuła. Że przecież w trakcie podróży przysiadł ją dość skutecznie, przypierając do szyby, potężny poprzez kożuch, jak z planu tego filmu o ucieczce z Syberii, jowialny wernyhora, gość jakiś całkiem siwy, w podeszłym wieku. Który teraz, na jej gwałtowne ruchy, zareagował wyraźnie zainicjowaniem skomplikowanego procesu wygrzebywania się z przyjemnej pozycji siedzącej, w którą zapadł się był z lubością. Odklejania się od siodełka. Nagarniania bezkresnych fałdów syberyjskiego odzienia. Gdyż, jak się okazało, też wysiadał na tym przystanku. Celebrował przy tym wszystko ekstremalnie, a żeby klimat sitkomu był jasno wyczuwalny, ordynował sobie na głos bez obciachu swoistą auto-instrukcję, którą ktoś mu chyba musiał zakodować, a on odtwarzał ją teraz inteligentnie, we właściwych momentach akcji, stosownie do bieżących potrzeb. – Wstaję – mówił, gramoląc się wolno, ale skutecznie, nie wahając się przy tym użyć jej dość wątłego barku w funkcji balkoniku lub innej poręczy, i przeciskając się (ona za nim). - Trzymam się, trzymam! – wołał, kontynuując w sklerotycznym, operetkowym stylu ("umieram, umieram, ach właśnie to robię"), gdy już powstał i znalazł się w otwartej przestrzeni tramwaju, gdzie pozostała mu do trzymania tylko rurka. – Naciskam! – tajming miał idealny, gdyż tramwaj zatrzymał się właśnie na przystanku. Wysiadł, choć było to bez wątpienia najdłuższe wysiadanie, jakie widziała w życiu. Wygląda zresztą na to, że najdłuższe również w życiu motorniczego, który chlasnął jej w związku z tym zamykanymi drzwiami tuż przed nosem tak nagle, z taką werwą, że uwierzyła mu szczerze: nie mógł tego po prostu dłużej zdzierżyć. Zrozumiała więc, że nie ma wyjścia. I wysiadła na przystanku dalej, gdzie poraził ją od razu widok czerwonego jakiegoś kwadratu, odcinającego się wyraźnie od nasyconego, czarnego tła. Dobrej jakości sutanna, pomykająca ulicą z reklamówką "nie dla idiotów", wściekle czerwoną. Nawet nie patrząc na głowę, wiedziała raczej na pewno, że TAKIE czarne z czerwonym nie może w tym mieście oznaczać księdza. Tak biegają tylko zakonnice, w przypadku których decorum nie zdycha jakoś niereanimowalnie z powodu reklamówki - czerwonej, nie dla idiotów - w ręku. W przeciwieństwie do przypadku księży. Tak to właśnie wygląda w tym mieście. Zresztą i tak wyszło słońce i przestała widzieć cokolwiek. A jej myśli oczywiście poszły za nim:
- Słonko, które jesteś w niebie. Od którego opędzam się latem, bo wydajesz mi się zbyt pastewne w ignorowaniu profili oraz uczuć indywidualnych, ciut bardziej wysublimowanych, rozjeżdżających się czasem z lansowaną przez ciebie misją hurtu oraz namnażania.
- Słonko moje, które jesteś w niebie, to znaczy cholera wie gdzie, chlipałabym za tobą wniebogłosy, ale milczę.
- Słonko moje, zawiasie myśli, sorry, że się nie mieszczę w lejaucie, o czym rozmyślam czasem usilnie między jedną twoją eksplozją a drugą.
- Jak i o tym, żebym mając do wyboru stan spoczynku i stan gotowości, błogostan albo jeżostan, nie wybierała pierwszego, i zawsze z taką mocą, jak nie wybieram teraz. Hawk.
*********************************************************
niedziela, 15 stycznia 2012
Czesław pisze (rzecz o grafomanii)
*********************************************************
Obiad był dwudaniowy: drugie + drugie danie. A także deser + deser. Co niestety musiało się skończyć definitywną utratą jakiejkolwiek zdolności (o intelektualnym charakterze) do przeprocesowania choćby nędznej namiastki analizy - językowej, logicznej, DOWOLNEJ – pewnego zagadnienia, zajawionego poniżej (jeszcze niżej). Więc nie będzie głębszej dekonstrukcji. Zamiast tego, jeden krótki cytat:
"Jestem biednym, opętanym grafomanem." Kto tak pisze? A także: do kogo? Notorycznie zresztą, refrenowo.
Macie rację. Czesław Miłosz pisze. Drogi Czesław. Do Iwaszkiewicza.
*********************************************************
Obiad był dwudaniowy: drugie + drugie danie. A także deser + deser. Co niestety musiało się skończyć definitywną utratą jakiejkolwiek zdolności (o intelektualnym charakterze) do przeprocesowania choćby nędznej namiastki analizy - językowej, logicznej, DOWOLNEJ – pewnego zagadnienia, zajawionego poniżej (jeszcze niżej). Więc nie będzie głębszej dekonstrukcji. Zamiast tego, jeden krótki cytat:
"Jestem biednym, opętanym grafomanem." Kto tak pisze? A także: do kogo? Notorycznie zresztą, refrenowo.
Macie rację. Czesław Miłosz pisze. Drogi Czesław. Do Iwaszkiewicza.
*********************************************************
Czy podoba się wam moje gniazdko?
*********************************************************
A kiedy kałuże zostały już zamrożone i oprószone śniegiem, którym zaczął żonglować z pasją ten anarchista, wicher, wyjąc przy tym z dzikiej radości, wymiatając, stało się jasne dla wszystkich średniozamożnych, przeciętnych i zwykle utajonych narcyzów tej części globu (obu płci), że utracili możliwość napawania się choćby w przelocie swoim ogólnie dostępnym oraz darmowym odbiciem, przyziemnym, chodnikowym, odławianym legalnie, choć niejawnie, przy spuszczonych niby skromnie powiekach, z podeszczowych publicznych akwenów. I jeszcze z bezdennością panującego mroku trzeba się raczej rozstać, na jakiś czas przynajmniej, kto wie jaki, skoro kałuże zostały zamrożone i oprószone na biało (gdyż śnieg świeci), ale to już bez większego bólu. W tej sytuacji także, wobec nagłego zmrożenia oraz ogólnej zawieruchy, z powodu ram okiennych, starych, niewymienionych, przepuszczających wrażliwie wszystkie generowane realnie odgłosy świata, miałyśmy obie z kitką unikalną okazję współpercypować, współsłyszeć skowyty i lamentacje, do jakich zdolny wysoce okazał się tegoroczny zimowy wiatr, polifoniczny jak teatr narodowy co najmniej lub powszechny. I choinkowe lampki, i przytulność ogólna, niepodważalna raczej, bez dwóch zdań, panująca tu w środku mimo okien, sprawiały, że z żenadą - w kontekście rzeszy bezdomnych - kombinowałam w myślach, co by się stało takiego, gdybym wytknęła za ramę, na parę sekund dosłownie, swój gorączkowy mózg, żeby mi z niego wywiało wszystkie metale ciężkie - ogólnie to, co trzeba. Ale tak selektywnie, żeby też z drugiej strony nie powiewało mi odtąd wszystko równo. I grafomańskie zapędy, nad którymi zadumałam się w swoim kontekście przy śniadaniu. Równie głęboko zresztą, jak nad losem katowanych przemysłowo kur, których jajka nie stawały mi jakoś w gardle.
Zostawiając póki co na obiad grafomanię jako zagadnienie, plus mitomanię gratis, czemu nie, postanawiam, ale odwołalnie, że się pożegnam tymczasem (czemu nie). Nie wybieram się jednak zbyt daleko. Kiedy wyje, duje i wymiata, co najbardziej lubią tygrysy? Fajne gniazdka. Niżej ilustracja:

*********************************************************
A kiedy kałuże zostały już zamrożone i oprószone śniegiem, którym zaczął żonglować z pasją ten anarchista, wicher, wyjąc przy tym z dzikiej radości, wymiatając, stało się jasne dla wszystkich średniozamożnych, przeciętnych i zwykle utajonych narcyzów tej części globu (obu płci), że utracili możliwość napawania się choćby w przelocie swoim ogólnie dostępnym oraz darmowym odbiciem, przyziemnym, chodnikowym, odławianym legalnie, choć niejawnie, przy spuszczonych niby skromnie powiekach, z podeszczowych publicznych akwenów. I jeszcze z bezdennością panującego mroku trzeba się raczej rozstać, na jakiś czas przynajmniej, kto wie jaki, skoro kałuże zostały zamrożone i oprószone na biało (gdyż śnieg świeci), ale to już bez większego bólu. W tej sytuacji także, wobec nagłego zmrożenia oraz ogólnej zawieruchy, z powodu ram okiennych, starych, niewymienionych, przepuszczających wrażliwie wszystkie generowane realnie odgłosy świata, miałyśmy obie z kitką unikalną okazję współpercypować, współsłyszeć skowyty i lamentacje, do jakich zdolny wysoce okazał się tegoroczny zimowy wiatr, polifoniczny jak teatr narodowy co najmniej lub powszechny. I choinkowe lampki, i przytulność ogólna, niepodważalna raczej, bez dwóch zdań, panująca tu w środku mimo okien, sprawiały, że z żenadą - w kontekście rzeszy bezdomnych - kombinowałam w myślach, co by się stało takiego, gdybym wytknęła za ramę, na parę sekund dosłownie, swój gorączkowy mózg, żeby mi z niego wywiało wszystkie metale ciężkie - ogólnie to, co trzeba. Ale tak selektywnie, żeby też z drugiej strony nie powiewało mi odtąd wszystko równo. I grafomańskie zapędy, nad którymi zadumałam się w swoim kontekście przy śniadaniu. Równie głęboko zresztą, jak nad losem katowanych przemysłowo kur, których jajka nie stawały mi jakoś w gardle.
Zostawiając póki co na obiad grafomanię jako zagadnienie, plus mitomanię gratis, czemu nie, postanawiam, ale odwołalnie, że się pożegnam tymczasem (czemu nie). Nie wybieram się jednak zbyt daleko. Kiedy wyje, duje i wymiata, co najbardziej lubią tygrysy? Fajne gniazdka. Niżej ilustracja:
*********************************************************
niedziela, 8 stycznia 2012
Z-biegiem okoliczności
*********************************************************
Ten Przypadek miał jastrzębi wzrok, bynajmniej nie był ślepy. No, może z lekką zadyszką po intensywnym sprincie, ponieważ generalnie był chorobliwie ruchliwy, a przy tym dość zacięty – taki był właśnie w momencie, gdy decydował o jej losie. Szła, a on krążył wokół i nie miała pojęcia, co przed chwilą zawisło w tym łagodnym, jak na styczeń, powietrzu. Jeszcze była odrębna w myślach, tak zwana nieświadoma, więc koncentrowała się na swoich ulubionych, małych obsesjach: różnych zjawiskach przyrody, to znaczy głównie na faunie typu ptaki, a także psy i koty, na miksowaniu słów (zabawnym), nieposiadaniu zamiarów (żadnych poważnych) itd. Tymczasem pan Przypadek (jej patron–życiożerca, jak nazywał siebie najchętniej), wyjąwszy bardzo sprawnie z głębi szarego płaszcza oryginalny, rzeźbiony pilnik do ludzkich paznokci, rozpoczął dość znienacka szybki, trochę zredukowany manicure, gdyż – jak się okazało - miał taką drobną słabość, że namiętnie piłował sobie szpony. Zwłaszcza wtedy, gdy był w centrum akcji, tuż przed szczęśliwym finałem. Oryginalny w ogóle był z niego typ. Sam nie lansował się nigdy, więc niektórzy twierdzili nawet, że nie istnieje (ona nie zabierała głosu w tej kwestii, która wydawała jej się czysto teoretyczna). Precyzyjnie i szybko operował pilniczkiem pan Przypadek, a kiedy doszedł do dziesiątego palca, schylił się i podniósł spory kamień. Rzucił mocno, trafiając w pobliską bramę, która jęknąwszy zgrzytliwie, otworzyła się bez oporu, ukazując dziedziniec zapełniony kocimi łbami. Wtedy popatrzył na idącą: już lustrowała wzrokiem - w poszukiwaniu sprawcy - miejsce, gdzie stał praktycznie, tyle że ona oczywiście go nie widziała. Wiedział, że zmierza w stronę, gdzie upadł kamień, więc niezręcznie jej będzie zmieniać kierunek tylko z powodu strachu, który musiał ją przecież ogarnąć w tej sytuacji. Ambitna była, co też wiedział, podobnie zresztą, jak to, że gdy znajdzie się na wysokości bramy (otwartej przez kamień, wow!), nie oprze się ciekawości, zwłaszcza że… Zresztą popatrzmy – właśnie teraz ona zerka w głąb podwórza i Przypadek wie już na sto procent, że za chwilę będzie mógł spokojnie kliknąć DONE na swojej tajnej liście. Gdyż podsunął jej także dziwny dźwięk - jakby skomlenie ciche? – które ona w tym momencie słyszy, więc rozgląda się nerwowo i, ojacie, no normalnie nikogo na widoku. Nie namyślając się dłużej, wchodzi głębiej. Nagle podskakuje. Śmieszny odgłos jakiś, jakby: klik!, wprawia ją w ten mały popłoch. Znów się rozgląda, czujnie i nagle… wielkie uff. To furtka! Tylko furtka. Głupia furtka zamknęła się sama. Tyle tylko. Normalnie jedna furtka.
A Przypadek znowu wyjął pilnik.
*********************************************************
Ten Przypadek miał jastrzębi wzrok, bynajmniej nie był ślepy. No, może z lekką zadyszką po intensywnym sprincie, ponieważ generalnie był chorobliwie ruchliwy, a przy tym dość zacięty – taki był właśnie w momencie, gdy decydował o jej losie. Szła, a on krążył wokół i nie miała pojęcia, co przed chwilą zawisło w tym łagodnym, jak na styczeń, powietrzu. Jeszcze była odrębna w myślach, tak zwana nieświadoma, więc koncentrowała się na swoich ulubionych, małych obsesjach: różnych zjawiskach przyrody, to znaczy głównie na faunie typu ptaki, a także psy i koty, na miksowaniu słów (zabawnym), nieposiadaniu zamiarów (żadnych poważnych) itd. Tymczasem pan Przypadek (jej patron–życiożerca, jak nazywał siebie najchętniej), wyjąwszy bardzo sprawnie z głębi szarego płaszcza oryginalny, rzeźbiony pilnik do ludzkich paznokci, rozpoczął dość znienacka szybki, trochę zredukowany manicure, gdyż – jak się okazało - miał taką drobną słabość, że namiętnie piłował sobie szpony. Zwłaszcza wtedy, gdy był w centrum akcji, tuż przed szczęśliwym finałem. Oryginalny w ogóle był z niego typ. Sam nie lansował się nigdy, więc niektórzy twierdzili nawet, że nie istnieje (ona nie zabierała głosu w tej kwestii, która wydawała jej się czysto teoretyczna). Precyzyjnie i szybko operował pilniczkiem pan Przypadek, a kiedy doszedł do dziesiątego palca, schylił się i podniósł spory kamień. Rzucił mocno, trafiając w pobliską bramę, która jęknąwszy zgrzytliwie, otworzyła się bez oporu, ukazując dziedziniec zapełniony kocimi łbami. Wtedy popatrzył na idącą: już lustrowała wzrokiem - w poszukiwaniu sprawcy - miejsce, gdzie stał praktycznie, tyle że ona oczywiście go nie widziała. Wiedział, że zmierza w stronę, gdzie upadł kamień, więc niezręcznie jej będzie zmieniać kierunek tylko z powodu strachu, który musiał ją przecież ogarnąć w tej sytuacji. Ambitna była, co też wiedział, podobnie zresztą, jak to, że gdy znajdzie się na wysokości bramy (otwartej przez kamień, wow!), nie oprze się ciekawości, zwłaszcza że… Zresztą popatrzmy – właśnie teraz ona zerka w głąb podwórza i Przypadek wie już na sto procent, że za chwilę będzie mógł spokojnie kliknąć DONE na swojej tajnej liście. Gdyż podsunął jej także dziwny dźwięk - jakby skomlenie ciche? – które ona w tym momencie słyszy, więc rozgląda się nerwowo i, ojacie, no normalnie nikogo na widoku. Nie namyślając się dłużej, wchodzi głębiej. Nagle podskakuje. Śmieszny odgłos jakiś, jakby: klik!, wprawia ją w ten mały popłoch. Znów się rozgląda, czujnie i nagle… wielkie uff. To furtka! Tylko furtka. Głupia furtka zamknęła się sama. Tyle tylko. Normalnie jedna furtka.
A Przypadek znowu wyjął pilnik.
*********************************************************
sobota, 7 stycznia 2012
Alternatywny łańcuch zdążeń
*********************************************************
Wskutek wykolejenia się tramwaju, który uderzył w inny tramwaj, nie powodując jednak żadnych fizycznych obrażeń wśród pasażerów (strat moralnych nie oszacowano), nastąpił trwały rozkład resztek tego dziwnego dnia. W rozkładzie jazdy rozkład, rozsypka, dekonstrukcja stała się praprzyczyną zdążeniowej zapaści (nie zdążyłam!) o lawinowym charakterze, do której doszło nagle w tym dwugodzinnym około, ciemnym przedziale czasu, już wieczornym. I cały łańcuch zdążeń, który miał się przełożyć na sprawy załatwione w konkretnej chronologii oraz postępie warunkowym, okazał się tak ściśle skutkowo-przyczynowy, że niezdążenie pierwsze, niestanięcie na rzęsach, żeby zdążyć, pociągnęło za sobą nieuniknioną niezdążeniową serię, a w efekcie konieczność odpuszczenia sobie całości.
Nie gustując w przyczynach i skutkach, to znaczy w takich klimatach, wierząc w duchu w działanie na przekór (chronologii oraz innym ograniczeniom, także logice w pewnych sferach i trybowi warunkowemu), „gdybym dostała nagle jakieś extra minuty, powiedzmy sto dwadzieścia, tak około…” – pomyślałam w kategoriach zysku wobec takiego obrotu spraw.
Gdybym dostała nagle jakieś extra minuty, powiedzmy sto dwadzieścia, tak około, udałabym się wolno w jakieś osobne miejsce, tam, gdzie rosną na przykład poziomki, testując przy okazji nowe obuwie swoje, zarąbiste, które nabyłam niedawno drogą uczciwej transakcji B2C. Nie odmówiłabym sobie lekkiego podniesienia poziomu decybeli w swoich uszach, w związku z czym nie odebrałabym zapewne kilku połączeń. A także równie lekkiego obśmiania się – przechodząc - ze światełkowych aniołów typu „gigant”, które jak dziadki zdute na krzesełkach se siedzą pod magistracką choinką (wiem, że to niby ławeczki, ale wyglądają jak zwykłe stołki), w zasadzie nie wiadomo, w jakiej funkcji - być może fazę pośrednią, przedupadkową anielską ilustrując. Gdyby mi przyszła ochota na małą czekoladkę, taką delfinkę powiedzmy, weszłabym do sklepiku, mając cichą nadzieję, że uniknę tym razem spoliczkowania zszokowanej kasjerki przy pomocy własnego pierścionka, jakkolwiek to brzmi. Chodzi o to, że wskutek wykonywania zbyt gwałtownych i zamaszystych gestów, noszony przeze mnie stale pierścionek, trochę zbyt luźny, spada mi czasem z palca (macham – spada), szybując śmiałym łukiem w sobie tylko wiadomy punkt, którym bywa niestety – jak ostatnio - pani z kasy zdębiałe oblicze, trafione celnie, centralnie przy wyciąganiu portfela (dziwnym trafem!) i oniemiałe słusznie. Jeszcze coś sensownego (a propos dziadków anielskich) machnąć by można dla dziadka nie-mojego-mojego, który jednak poważnie traktuje naszą relację, stara się i poczuwa do wzajemności. Widzę, jak ściemnia w pocie czoła, żeby to wszystko uwznioślić, uatrakcyjnić, poruszyć, chociaż wie, że nie musi tego robić, bo i tak mamy wieczny dil, bezwarunkowy. Zaś w części ekspiacyjnej mogłabym wszem i wobec wygłosić wielkie sorry dedykowane wszystkim martwym przedmiotom świata, które non stop posądzam o złośliwą współpracę z wszechobecną w kosmosie metafizyką (złośliwość rzeczy martwych – tak się to chyba nazywa oficjalnie). O nic złego was nie posądzam, hej! Gadam tak tylko, naprawdę, wiecie przecież.
I jeszcze mały kliring osobistego sumienia z pełnym zapału brakiem postanowienia poprawy, choć jestem nadal durna do tego stopnia, że widząc w sieci Handel myślę Händel. A jednak, drogi kosmosie, jestem faktem. Akt narodzin jest nieodwracalny. Równie konkretnie, jak akt śmierci.
*********************************************************
Wskutek wykolejenia się tramwaju, który uderzył w inny tramwaj, nie powodując jednak żadnych fizycznych obrażeń wśród pasażerów (strat moralnych nie oszacowano), nastąpił trwały rozkład resztek tego dziwnego dnia. W rozkładzie jazdy rozkład, rozsypka, dekonstrukcja stała się praprzyczyną zdążeniowej zapaści (nie zdążyłam!) o lawinowym charakterze, do której doszło nagle w tym dwugodzinnym około, ciemnym przedziale czasu, już wieczornym. I cały łańcuch zdążeń, który miał się przełożyć na sprawy załatwione w konkretnej chronologii oraz postępie warunkowym, okazał się tak ściśle skutkowo-przyczynowy, że niezdążenie pierwsze, niestanięcie na rzęsach, żeby zdążyć, pociągnęło za sobą nieuniknioną niezdążeniową serię, a w efekcie konieczność odpuszczenia sobie całości.
Nie gustując w przyczynach i skutkach, to znaczy w takich klimatach, wierząc w duchu w działanie na przekór (chronologii oraz innym ograniczeniom, także logice w pewnych sferach i trybowi warunkowemu), „gdybym dostała nagle jakieś extra minuty, powiedzmy sto dwadzieścia, tak około…” – pomyślałam w kategoriach zysku wobec takiego obrotu spraw.
Gdybym dostała nagle jakieś extra minuty, powiedzmy sto dwadzieścia, tak około, udałabym się wolno w jakieś osobne miejsce, tam, gdzie rosną na przykład poziomki, testując przy okazji nowe obuwie swoje, zarąbiste, które nabyłam niedawno drogą uczciwej transakcji B2C. Nie odmówiłabym sobie lekkiego podniesienia poziomu decybeli w swoich uszach, w związku z czym nie odebrałabym zapewne kilku połączeń. A także równie lekkiego obśmiania się – przechodząc - ze światełkowych aniołów typu „gigant”, które jak dziadki zdute na krzesełkach se siedzą pod magistracką choinką (wiem, że to niby ławeczki, ale wyglądają jak zwykłe stołki), w zasadzie nie wiadomo, w jakiej funkcji - być może fazę pośrednią, przedupadkową anielską ilustrując. Gdyby mi przyszła ochota na małą czekoladkę, taką delfinkę powiedzmy, weszłabym do sklepiku, mając cichą nadzieję, że uniknę tym razem spoliczkowania zszokowanej kasjerki przy pomocy własnego pierścionka, jakkolwiek to brzmi. Chodzi o to, że wskutek wykonywania zbyt gwałtownych i zamaszystych gestów, noszony przeze mnie stale pierścionek, trochę zbyt luźny, spada mi czasem z palca (macham – spada), szybując śmiałym łukiem w sobie tylko wiadomy punkt, którym bywa niestety – jak ostatnio - pani z kasy zdębiałe oblicze, trafione celnie, centralnie przy wyciąganiu portfela (dziwnym trafem!) i oniemiałe słusznie. Jeszcze coś sensownego (a propos dziadków anielskich) machnąć by można dla dziadka nie-mojego-mojego, który jednak poważnie traktuje naszą relację, stara się i poczuwa do wzajemności. Widzę, jak ściemnia w pocie czoła, żeby to wszystko uwznioślić, uatrakcyjnić, poruszyć, chociaż wie, że nie musi tego robić, bo i tak mamy wieczny dil, bezwarunkowy. Zaś w części ekspiacyjnej mogłabym wszem i wobec wygłosić wielkie sorry dedykowane wszystkim martwym przedmiotom świata, które non stop posądzam o złośliwą współpracę z wszechobecną w kosmosie metafizyką (złośliwość rzeczy martwych – tak się to chyba nazywa oficjalnie). O nic złego was nie posądzam, hej! Gadam tak tylko, naprawdę, wiecie przecież.
I jeszcze mały kliring osobistego sumienia z pełnym zapału brakiem postanowienia poprawy, choć jestem nadal durna do tego stopnia, że widząc w sieci Handel myślę Händel. A jednak, drogi kosmosie, jestem faktem. Akt narodzin jest nieodwracalny. Równie konkretnie, jak akt śmierci.
*********************************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)