piątek, 23 grudnia 2011

Lulajże wreszcie, śpij

*********************************************************

Ślizgała się na butach w zamyśleniu głębokim i była to oczywiście sprzeczność można powiedzieć sama w sobie, błąd krytyczny można tak powiedzieć, oksymoron, gdyż powinna się była ślizgać z uwagą, w równym tempie, panując nad sytuacją oraz ciałem. Z powodu tej zadumy, jednak zbyt ryzykownej jako oprawa dla tak zaawansowanej choreografii, praktycznie ekstremalnej, nie pamiętała nawet, co się stało. Jak się to potoczyło, że znalazła się nagle na ośnieżonej świeżo glebie, wylądowała z impetem, nie wysunąwszy podwozia, i szorowała wdzięcznie całą powierzchnią pleców po oblodzonym nieco gruncie. Zmieniwszy tak gwałtownie konfigurację ciała na całkowicie horyzontalną, co istotne - pod gołym niebem, zarejestrowała je ze zdziwieniem tuż nad sobą jako bezgwiezdne, a także ciężkie i zimowe (wreszcie!), nabrzmiałe od pokładów koronkowych wyrobów, oryginalnych płatków, jeszcze nie made in China, nieściemnionych, prawdziwie śnieżnych. Z autentycznym zimowym potencjałem. Oczywiście zrobiło to na niej duże wrażenie. Nie mniejsze zresztą wcale niż nie-widmowa postać, konkretna raczej, nie baśniowa, która w pewnym momencie zawisła nad nią groźnie, przesłaniając swoim korpusem kontemplowany z satysfakcją nieboskłon. Ujrzała uniesioną do góry dłoń, jakoś tak patetycznie potrząsającą palcem, kulfoniastym zdecydowanie, wycelowanym mniej więcej między jej oczy, co dawało dość komiczny efekt.
- Świat tak jest urządzony – kiwał palec - oraz życie, którego trzeba się uczyć przez cały okres jego trwania (nu nu! siekał powietrze palec), że preferuje sympatię do przebywania stałego w społeczności szerokiej optymalnie, uczestniczącej chętnie w różnych szoł z gatunku reality, także do karaoke oraz ciągłego szlifowania normy, przepraszam – formy, bez paroksyzmów niesmacznych czy innych anomalii. Oraz radosną gotowość do urzeczywistnienia 2-3 podróży rocznie, międzykontynentalnych najlepiej, w ogólnie wszystkim znane, ale zaskakujące miejsca, woow, i w całkiem innym celu niż zrealizowanie kilku fotek. Bezdyskusyjne i szczere powinno być to wszystko, jak menedżerskie oblicze, gdy prace zakończywszy, na spoczynek powraca jego pan. Zaprawdę ci powiadam, don’t you like it?
Tu przerwał, lecz nie znikał, nadal blokując jej perspektywę.
- Zaprawdę? – pomyślała – ZA PRAWDĘ? Co za koszmar. Chce, żebym wzięła za prawdę jakiś kosmiczny kit? W żywe oczy?
- Przepraszam pana bardzo…– to na pewno nie był jej głos, tego od palca też nie. Pojawił się ktoś trzeci, ale słabo jakoś, pod zbyt ostrym kątem go widziała. – Pan, zdaje się, ulega zasadniczej iluzji: że świat jest u r z ą d z o n y. Że życie się poddaje procesom edukacji itede. Świat jest wyjątkiem, panie! I radzi sobie świetnie z każdym formatem paradoksu: z głodem w Afryce może jakoś żyć i z przeżarciem w Ameryce równie dobrze. Więc niech pan nie ogłasza, że jakiś ład w przyrodzie burzy ona - machnął w jej stronę - posiadając na przykład biurko, które wygląda, jak rumuńska osada, tzn. równie malowniczo, i kiedy przy nim siada, w jednej szufladzie trzyma stopę, w drugiej logitechową mysz. Lub że narusza porządek, nie wykonując podróży międzykontynentalnych żadnych w bliższym i dalszym czasie, ponieważ nie ma na to ochoty. I że każdy przesypujący jej się przez dłonie nadmiar pozwala zdziobać krukom. No i co? I niechże pan nie zgina tak tego palca, bo panu na nim zawieszę coś niefajnego. A tak w ogóle, lulajże pan wreszcie, śpij. Kysz! kliszowata maro, łapko na muchy.

Nagle ucichło wszystko. A ona nie wiedziała, co się stało. Nie bardzo jakoś chciała zbierać się w sobie po tym zajściu. Na koniec wstała wreszcie i nawet odruchowo wróciła do ślizgania się na tych swoich podatnych butkach. Szybko przystanęła jednak przezornie. Dobiegł ją mocny odgłos jakiejś wyraźnej afery, toczącej się na szczęście w połowie wirtualnie, gdyż przeciwnik awanturującej się energicznie kobiety siedział jak dżin w słuchawce, całkiem cicho. Ona za to nie ustawała w boju, rycząc do telefonu, jak chlaśnięty jeżynowymi kolcami łoś, niewiarygodnie po prostu:
- Esemesy do mnie przychodzą z wróżbą! A ja nie chcę! Nie chcę za nich płacić! Żeby do mnie przychodziły nie chcę! – z każdym nie chcę nakręcała się bardziej.

Słusznie, proszę pani! I słusznie! Płacić za obcych esów? Kto by chciał? Też bym nie chciała, never! A co do samej wróżby – jakaś dobra byłaby w sumie nie od rzeczy.

*********************************************************

niedziela, 11 grudnia 2011

MOCE-NIE-MOCE (tryptyk)

*********************************************************

I. UWIELBIENIE
- Rzeczywiście tak bardzo?
- Bardzo.
- Zawsze?
- Nie zawsze.
- A kiedy?
- W przypadku kotki, na przykład, co gdyby tylko zechciała, mogłaby być celebrytką, ale ma to gdzieś i woli chodzić własnymi ścieżkami. Kiedy siedzę ze sprzętem na podłodze, a ona wpycha mi się bezczelnie na klawiaturę, plask! bez pardonu kuprem i jakby nigdy nic zabiera się do mycia futra swojego wraz z podszerstkiem, pilnie, z wyprężoną do góry nogą, rzucając mi mimochodem wystudiowane spojrzenia (pt. „tylko sobie nie wyobrażaj Bóg wie czego”).

II. BOJAŹLIWOŚĆ
- Zawsze?
- Nie zawsze.
- A kiedy?
- Kiedy mijam ciało martwej kuny lub tchórzofretki raczej, sądząc z fotek znalezionych w necie po wpisaniu w guglu łasicowate. Już drugi tydzień. Codziennie. Leży tak tuż przy drodze, ciągle w tym samym miejscu, niewiarygodnie nietknięta. Niczym. Rozkładem także nie, z powodu stosunkowo korzystnej dla zwłok temperatury. Wygląda perfekcyjnie, jak spetryfikowana, w pełnej krasie, srebrzysto-szara, z najpiękniejszym puszystym ogonem, jaki widziałam w życiu. Jak z disneja. Jeden dzień, drugi, trzeci… Czego się spodziewałam? Że jakiś rakarz od fretek uprzątnie te drobne zwłoki? Choćby w celach komercyjnych (futro)? Że pies jakiś je porwie, gdzieś zawlecze? Nie mam pojęcia. W każdym razie nic takiego się nie stało. Czwartego dnia zrobiło mi się wstyd, że mułowato przechodzę obok tego wyrazistego ciałka, bezczeszczonego ogólną obojętnością, zaniechaniem. - Świrująca Antygono, witaj w klubie – pomyślałam, rozglądając się dokoła. Miejsca na pochówek było sporo.

III. PORAŻKA
- Kiedy?
- Gdy przerasta mnie Antygona. Kiedy jestem jej spękaną siostrą.



*********************************************************

wtorek, 6 grudnia 2011

Primitivo, czyli sztuka przetrwania

*********************************************************

Najświeższe doniesienia z zagranicy klatki schodowej tutejszej, zaciemnionej zazwyczaj na tyle, że gdy wracała wieczorem w swojej za dużej czapce o rastamańskim profilu, była brana przez emerytów za figurę małego powstańca, skradającego się jak duży kot, w pożyczonym od dorosłego kolegi hełmie, no więc takie były najnowsze niusy, że się w pobliżu kręci jakaś ekipa niehalo lub raczej halo zbyt wielkie, bo hałasują hejami, dzwoniącymi praktycznie na okrągło i nawijają bez końca. Robią to fanatycznie, angażując w ten proces całe ciało, z akcentem na kończyny i mięśnie karków, podduszonych opinającymi je łańcuchami. Patrzyła i myślała, że gdyby w ich przypadku zadziałało realnie zaklęcie poetyckie, pochodzące z lektury szkolnej pod tytułem Wesele („co kto w swoich widzi snach”), pod wpływem którego ucieleśnić by się zdołało to, co przetrzymują w nieludzkich warunkach pod wygolonymi gładko czaszkami, podświadome, byłoby to tak wypaśne w zmaterializowanej formie, że nie weszłoby do żadnej windy. I po schodach by to trzeba było wlec, łup łup. Mówmy szczerze: po prostu się bała, więc wychodząc, a zwłaszcza mijając tych nie-ziomów-nie-wiadomo-skąd, nie chciała spaścić tej sceny prowokującym grymasem, błyskiem źle oświetlonej gałki ocznej, dlatego zawiesiła wzrok na przeciwległej ścianie, gdzie w niezłoconych ramkach ktoś abstrakcyjnie umieścił jakieś dzieło ludycznej sztuki, kolorowe. Co do myśli – myślała o klatce, schodami w górę i w dół, poprzez którą, w odniesieniu do której określała miejsce, gdzie zasypia i gdzie żyje w symbiozie zazwyczaj, i gdzie podoba jej się. Klatkę i sztukę naiwną darząc ciepłymi myślami, wbijała się na chodnik i stawało się dziwne, że tak spokojnie kroczy, bez przeszkód, choć nieswobodnie przecież, bo w daszkiem zacienionym pasie starała się poruszać, jednak.
- Cienia szukasz? – padło z lewej strony, nagle, i prawdopodobieństwo zadziania się czegoś w tym kontekście, w kontekście tej wizyty („że się kręcą”), wzrosło gwałtownie.
- Windy szukam – zaryzykowała bezczelność, że niby żart taki, haha, ale słabo raczej miała pomysł na kontynuowanie tego z kitem zapodanego dialogu. Więc może niekoniecznie wybrała dobrą opcję z tą windą, zbyt po bandzie, bo źrenice łańcuchowego koleżki rozszerzyły się jeszcze bardziej, prawie poza granice oka. – Nie wszyscy żyją długo i szczęśliwie – właściwie nie zdążyła tego pomyśleć. Ostre, późnojesienne powietrze rozdarł wyzwalający umc-umc komórkowego dzwonka, intensywny. Nie mógł łysy - wiadomo, że nie mógł – zignorować własnej telefonicznej interakcji, w dodatku na rzecz dialogu niepewnego, niekomórkowego, z nieznajomą poszukiwaczką wind jakąś, oj tam. Kliknął przycisk i stało się jasne. Nie musiała już rozkminiać, co ma w oczach. Poszła zatem. W oknie siedział kotek, do którego mogła się odwrócić, ale wolała tego nie robić, żeby łysy nie poszedł przypadkiem za jej wzrokiem.


*********************************************************

poniedziałek, 28 listopada 2011

Niewiarygodna historia

*********************************************************

Widać było, że drgnęły jej brwi, więc właściwie nie można powiedzieć, że zachowała kamienną twarz. Zachowała kamienną dłoń – to na pewno. Miała ją zanurzoną w czeluściach rękawiczki zbyt dużej, prawej, z odizolowanym kciukiem, i tak jakoś fikuśnie zaplotła wewnątrz palce, brawurowo, że w momencie skierowanego do niej gestu, zastygła, jakby zniechęcona perspektywą rozplątywania ich, rozdzielania, prostowania, uruchomienia. Więc odetchnęła z ulgą, gdy vis-a-vis stojąca, zaglądająca jej w oczy postać kobieca cofnęła szybko rękę, wyciągniętą w nieokreśloną niby stronę, w nie do końca wiadomym celu, ale jednak jakby w jej kierunku. Wygrzebywanie dłoni z rękawiczkowej studni przestało być konieczne w tym momencie, tym niemniej było jasne, że wiszący w powietrzu performens dopiero się rozkręca, że duży ma potencjał ta kobieta. Wykraczała fizycznie poza objętościowe ludzkie normy, a to z powodu trudnej do ogarnięcia ilości warstw uniwersalnych ciuchów, które miała na sobie w celu stworzenia bariery – niepokonanej, ochronnej - dla wszelkiego rodzaju dzikich bestii, jak również nieprzyjaznych warunków atmosferycznych. Gdy znalazła wreszcie dobry punkt, ustawiła się tam odpowiednio i usłyszeliśmy jej mocny, trochę schrypnięty głos, który rozpoczął z energią dość hałaśliwy monolog, stylizowany wyraźnie na coś w rodzaju raportu z frontu walk historycznie bliżej nieokreślonych, lecz o dramatycznym przebiegu. Dużo tam było wykrzykników, a także twardych konstatacji oraz konstrukcji, wykorzystujących bezpośrednie zwroty do adresata (Dlatego, proszę państwa, wojna się nie zakończy. Nigdy!). Trwało to raczej długo i stawało się bełkotliwe coraz bardziej, aż przeszło w zawodzenie - szamańskie, rytualne, co było jeszcze trudniejsze do zniesienia, i już się wydawało, że ktoś rzuci w jej stronę jakiś konkretny tekst, gdy nagle ona sama przycichła, a po chwili rozległ się jej zaskakująco miękki, kołysankowy śpiew, bazujący na ogólnie znanym motywie:

a-a-a a-a-a
były sobie kotki dwa


i mocniej:

o-o-o o-o-o
było sobie kotek sto


jeszcze mocniej:

u-u-u u-u-u
było sobie kotków stu


teraz powrót do wyraźnego monologu:

którymi obrzucono kiedyś kotobojnych Egipcjan w celu wygrania z nimi bitwy, do czego doszło zresztą, to znaczy do wygrania, gdyż dominujący liczebnie Egipcjanie rozpierzchli się w popłochu z powodu tego deszczu ciskanych z pasją kotów. Zaszedł ten żenujący fakt - o wiele za daleko - w V wieku przed naszą erą, zapisawszy się w historii homo sapiens, tj. ludzkiej, ponadgenderowej, jako jeden z najbardziej obciachowych (kciuki w dół).

Było to masakryczne dictum i podziałało piorunująco. Ta z ruchomymi brwiami, poruszona w całości szokującą prawdą historyczną, jak również formą przekazu, dała tym razem radę wyprzedzić własną myśl. Rozplotła szybko palce, żeby wykonać wreszcie ten zamrożony u samego początku gest – szukała gorączkowo dwóch zeta choćby albo pięciu, mimo strachu, mimo zapachu, jak również pomimo posiadania karty miejskiej. Bardzo chciała zapłacić za tę jazdę.

*********************************************************

poniedziałek, 21 listopada 2011

Eskapiści czy uciekinierzy?

*********************************************************

Lubi takie uciekanie ulic, domów, ogólnie - obrazów. Siedząc tyłem do kierunku jazdy, ściga je pilnym wzrokiem, śledzi z napięciem, patrzy, jak maleją, jak się cofają, jak panikują, jak nie chcą, jak stają się lisio chytre w postanowieniu jałowym wykonania skutecznego wizualnego uniku. – To nie w porządku! – wrzeszczą. - Daruj sobie, nie żegnaj nas wzrokiem! To ty spadasz, uciekasz, nie my! – krzyczą obrazki, falując, zapowietrzając się z oburzenia takim tanim, cywilizacyjnym chwytem, żałosną ściemą. Rozumiejąc sprzeciw sponiewieranej materii, pasażerka opuszcza od czasu do czasu wzrok, trafiając na kolana schowane w spodniach, własne. Czuje się wtedy bardziej fair. Za chwilę zresztą sytuacja zmieni się diametralnie, ponieważ ona sama znajdzie się na ulicy-uciekinierce, którą żegnała przed chwilą poprzez machanie, żeby własnymi butami poczuć jej niewzruszoność, statyczność, doświadczyć namacalnie, że przecięcie jej w poprzek nie oznacza zobaczenia przekroju asfaltu, ani przekroju ziemi, na której leży, ani nóżek. Usłyszy wtedy także, jak huczą fale, napierające na jej mózg - huhu! - który jak zawsze lojalnie uruchomi setki firewalli, żeby nie dopuścić do brutalnego kontaktu, żeby nie dobrał się łatwo światek-ekstrawertyczek do jego najwrażliwszych obszarów i żeby zignorować zaczepki w stylu: - A dlaczego nie ma karteczki: proszę pukać w przypadku zamknięcia (w sobie się)? Oo, nieładnie. A także niezdrowo. Na szczęście pukam, łomoczę, to ja! Super okazja! Mam dla ciebie coś - super tani, mało używany mózg, o profilu alternatywnym, na dodatek prany regularnie w jednym z proszków wiodących, wybielony, dobrze wypłukany. Reaguje na to, co wszyscy. Ziewa także wtedy, kiedy wszyscy. Jak go wepniesz, wtedy się otworzysz, wyjdziesz z siebie co najmniej na dobę albo całkiem.
Powiedziała to głośno: - Może kupić? Zakrztusiła się jednak biszkopcikiem z powodu kotka, który wyrósł niespodziewanie na wysokości jej oczu, przewiercając je zresztą dość wymownie. - Nie bój, kotku, i tak nie mam kasy.


*********************************************************

niedziela, 13 listopada 2011

Co się stało w nieprowincjonalnym miasteczku oraz wyrok

*********************************************************

Wszystko wskazuje na to, że krytycznego poranka wyszła z domu sama bez psa, to znaczy tak jak zwykle, ponieważ psa własnego nie posiada, ani też nie dorabia jako wyprowadzaczka psów cudzych, więc zaszło to, co raczej od poniedziałku do piątku, z małymi wyjątkami, działo się regularnie – wyszła z domu rano bez psa. Co było dalej, wiemy z zachowanego esa, wysłanego dziewięć po ósmej, bez przecinków – że wyminęła lamusa, który radośnie szalał z odkurzaczem do liści, ręczną dmuchawą, wymiatając z alejki co popadło, wywijał fantazyjnie, znacznie entuzjastyczniej niż zachodziła potrzeba, biorąc pod uwagę szerokość asfaltowej ścieżki, jak również rozrzut śmieci, a także listowia (w zasadzie odwrotnie). Skojarzył jej się z psiakiem, który z psychozą w oczach rozrabia w kupie liści opadłych, podgarniętych i w kopczyk utrefionych - bez wątpienia w tym celu, żeby jako zadymiarz mógł wystąpić w roli eksplodującej bomby, boom!, wywołać respekt poprzez zamęt. „Tonący pies plus wir równa się gość z dmuchawą po barki unurzany w pierścieniu poderwanych do lotu liści, a także różnych ochłapów. Co by było gdyby zaczął zdmuchiwać z asfaltu przechodniów?” - cytat z esa. Nie wiemy, gdzie skręciła, gdy już zdecydowała, że oprze się pokusie pogadania z koleżką na temat niewielkiego socjologicznego eksperymentu (przykład: Jesienna akcja oczyszczania alejek z przypadkowych oraz nieprzypadkowych przechodniów w celu umożliwienia spadającym liściom swobodnego i bezpiecznego lądowania). Tyle odsłania faktów wspomniany SMS, zachowany w komórce odbiorcy. Co zdarzyło się potem, możemy domniemywać, wyjściowym domniemaniem czyniąc bezdyskusyjnie to dotyczące niewinności, a także respektując elementarne ludzkie prawo do milczenia i do tajemnicy. Zagubiona musi się odnaleźć. Dlatego póki co zostanie osadzona w czarno-białej celi przestronnej, w której będzie chodzić po ziemi. Na to właśnie zostaje skazana - na po ziemi chodzenie, tylko tam. Tymczasem korzystając z przyznanego jej prawa do ostatniego życzenia, wyraża to życzenie, prosząc uprzejmie wszystkich o chwilę nieuwagi, w czasie której przymkną na moment oczy. Ona może wyrówna wtedy oddech.

*********************************************************

niedziela, 6 listopada 2011

Kocie (nie pieskie) życie, czyli jak uniknąć klęski ontycznej

*********************************************************

Człowiek, który się k u l i, zgodnie z nazwą, zagina się, zaplata, tak żeby przybrać maksymalnie opływowy kształt, zwija się w kłębek (kiepski), kulkę (niedoskonałą, dość ułomną, właściwie jej atrapę - byle nie wystawało nic, o co mógłby zaczepić napierający z zewnątrz chaos). Ludzkie kulenie się odsyła zawsze w dół, do stanów negatywnych, takich jak zimno, strach czy ból. Człowiek kulący się, zawinięty, wzbudza współczucie, w mniej szlachetnym wariancie - litość.

Kot, gdy się zwija w kulkę, to wcale się nie k u l i, nigdy. Jako spleciony precel wygląda wciąż magicznie. Kocie zwinięcie w kłębek oznacza wielką pewność, skupione przebywanie w niezakłócalnych strefach w wymiarze onirycznym, gdzie się nie trzęsie o nic, nie wietrzy zagrożenia.

Chcę być kotem.
Przerastać wyobraźnię.



*********************************************************

niedziela, 30 października 2011

Trzy dwa raz, nieboszczycy są jak głaz

*********************************************************

Co wiemy?
Że Kartezjusz się mylił.
Że Beethoven słyszał tym lepiej, im bardziej głuchł.
Że im bardziej ślepł malarz Goya, tym wyraziściej widział.
Że im większa redukcja akcji, tym intensywniej się dzieje (u Becketta).
Że kiedy po-tworzeniu, kąpieli zażywały świnki morskie Białoszewskiego, to
że potem poeta mył sobie nogi w tej samej wodzie. I
że Orfeusz w Hadesie działał nienaturalnie.
Że się odwrócił OD życia.
Że ruch, jaki wykonał, był ruchem spontanicznym.
Że restrykcyjna natura odrzuca taki ruch jako sprzeczny z jej odwieczną zasadą.
Że dotąd nie wiadomo, dlaczego nie wolno nam tego robić.


*********************************************************

niedziela, 16 października 2011

Budząc zachwyt i budząc odrazę - chodzi o to, żeby nie spały

*********************************************************

Razu pewnego Odraza chwyciła Zachwyt za uchwyt i obróciła w paradoks całą rzecz.
Tak wyobrażam sobie działanie naszych organizmów. To znaczy z grubsza.
Jeśli kluczem do poprawnego funkcjonowania naszych ciał jest koordynacja reakcji pomiędzy półkulami - lewą półkulą oraz prawą - zapewniana przez silną wiązkę uchwytów-przewodników, czyli włókien, dzięki czemu jemy i śpimy wtedy, kiedy jesteśmy głodni oraz padamy na twarz (etc.), tak samo musi działać sfera naszego jestestwa (nie, nie przepraszam za wyrażenie), nieokrytego skórą, łamliwego. Że jest to ciągły balans w archipelagu dwóch lądów przeciętego na pół kosmosu: strony prawej - sfery zachwytu (rzeczywistego, silnego) oraz lewej - sfery odrazy (żywej i spazmatycznej, szczerej), który określa ściśle nasze relacje ze światem, tak myślę. Obie strony muszą być czujne i nie powinny spać, gdyż bezkrytyczny zachwyt, nieprzyprawiony odrazą, zakrawa na debilizm, podobnie jak odraza, ślepa i dogmatyczna, niewybełtana z zachwytem, grozi rozpaczą czarną, podczas gdy wybełtana staje się interesującą melancholią.
W praktyce może to wyglądać tak:
piękne, słoneczne przedpołudnie w zadrzewionym miejscu, wczesną jesienią. Patrzę wokół i czaszką kręcę, bo mi się w niej nie mieści, jak można dawać po oczach taką przegiętą tapetą, kiczem tak doskonałym z ultra błękitnym niebem i zarąbistym złotem w koronach drzew, topolami niedostępnymi, wyprężonymi w szpalerze tak sztywnym, tak wypiętym, że mam ochotę krzyknąć: - Cofnąć się! lub: - Z szeregu wystąp! - żeby zobaczyć, co się stanie. Widok zapiera mi dech. Wiem, że jeśli za chwilę potknę się niefortunnie o własną nieudolność lub o obrazek jakiś na tyle obrzydliwy, że sęp po lewej stronie - sęp odrazy - zacznie mi skubać jelita, wątrobę, serce, śledzionę oraz inne wewnętrzne narządy, wtedy ta prawa strona nie zawaha się użyć wobec mnie swej doskonałej broni, paralizatora, wypełnionego zakodowanym przed chwilą za-chwyceniem. A ja będę bezradna, biedactwo. Będę musiała mu ulec.

*********************************************************

niedziela, 2 października 2011

O wyborach - okiem proroka zamkniętego w pokoju z drzwiami, ale bez wizjera

*********************************************************

Chiromancja nie.
Nekromancja też nie.
Ekstrawagancja.

Jedzie sobie koleżka po Plantach w koszuli białej i granatowym garniaku na kolorowym rowerze z dużym koszem. Okazuje się senatorem, to znaczy potencjalnym, kandydatem dopiero do tej funkcji, niezależnym teoretycznie, o czym informuje społeczeństwo, rozdając mu lizaki oraz kalendarzyki z buldogiem, deklarującym w języku ludzkim, ściślej polskim, że wszystkimi czterema łapami głosuje za tym kolesiem. A przechodząca dziewczynka, odbierająca lizaka, wbrew pozorom nie jest kretynką, co też się okazuje, ponieważ bycie dziewczynką konsumującą lizaki nie musi się przekładać na mentalną naiwność, żywiącą się padlinką takich krzepiących złudzeń, jak nieśmieciowe umowy, super leczenie darmowe, życie pozagrobowe itd.

Więc ignorancja też nie.

Idąc, myśli dziewczynka o biednym Kierkegaardzie, który chciał być poetą, ale nie miał talentu, więc został filozofem. O tym, że słońce słabnie i że już tak nie parzy każde dotknięcie, jak wrzątek. Że lato to suchoty galopujące. Zawałka ducha. Że się wtedy choruje na śmierć. I czuje nie-kretynka, że bruzdy elegijne ulatują z jej twarzy z końcem lata i wraz z nastaniem jesieni, niezłej laski. Może wybrać teraz, nie odwlekać.

*********************************************************

poniedziałek, 26 września 2011

Jestem tobą. Dla tych, co wyruszają w podróż.

*********************************************************

"To bardzo ważne, by w nadchodzącym sezonie największy nacisk położyć na makijaż oczu."
No i centralna ulga. Uff. Bo to jest w końcu podstawa, żeby wiedzieć, czego się trzymać. Co ważne jest, żeby wiedzieć. A jednak czasem chce pech, że oprócz megazadania dizajnerskiego naszego, uprawianego codziennie, powszedniego, którym jest terapeutyczne oraz praktyczne nadanie rzęsom naszym stosownej grubości, schizoidalnej raczej, to jest wynaturzonej, jak również zadbania o to, żeby wszystko było bardzo czyste, bez paproszka żadnego ani pyłku, równie schizoidalne z natury i odpalmione życie, kierując się intencją niezardzewienia w bezruchu, nasyła na nas karki, wplątuje nas w ustawki, z których mamy szansę ujść wprawdzie jakoś, ale ze szwankiem dużym i z głębokimi bliznami. Bezczasowymi, trwałymi. Wtedy wychodzi na jaw, że może ono przybrać postać zmyślnego zboczka ze stoma kończynami, który potrafi działać tysiącem bodźców naraz i robi to bez trudu: przyzwala, dokonuje, ugina i przekształca, wyklina i przynosi, wyraża, powoduje, uznaje, wywołuje, wiruje, podejmuje, odbiera, traci, pragnie, dostaje, zdradza, ścina, wartościuje i pisze, planuje, tańczy, szuka, sprzedaje i ogrzewa, wzbogaca i zdobywa, przestaje, nie rozwija, nazywa, sądzi, pali, pogrąża, dąży, znosi, skacze, dodaje, musi, umie, znajduje, broni, wyje i okazuje, jak również okazuje się. Zwykle na końcu. I jeszcze się opiera o całe setki pojęć, poza okiem, rzęsą i przebraniem, takich jak: położenie, instynkt, wspólnota i martwota, zbiorowość, niebo, ziemia, odwaga, trwoga, bunt, zmiana, przesłanie, norma, akt, cień, pragnienie, szczęście, ból, strach, wyczerpanie, próba, natura, jaźń, substytut, czas, chłód, myśl, talent, ciepło i siła, mądrość, droga, prawo, świadomość, lewo, pasja, obecność, smutek, rozwój, duch, instynkt, ucieczka, powód, pułapka, wiedza, wzrok, moment, wymówka, otchłań, słowo, głowa i dół, ambiwalencja. Wszystko.

Jako jedyni w przyrodzie jesteśmy pretensjonalni i ciężko nam się obejść bez bazy super gadżetów, w tym Boga. Hoho. I nie umiem się wzruszyć naszym losem. Ale akurat ciebie chciałabym zaprowadzić do prawdziwego cienia, który by dotknął palcami twoich policzków, żebyś nie musiała się bać. Trzymam kciuki.

*********************************************************