*********************************************************
Widać było, że drgnęły jej brwi, więc właściwie nie można powiedzieć, że zachowała kamienną twarz. Zachowała kamienną dłoń – to na pewno. Miała ją zanurzoną w czeluściach rękawiczki zbyt dużej, prawej, z odizolowanym kciukiem, i tak jakoś fikuśnie zaplotła wewnątrz palce, brawurowo, że w momencie skierowanego do niej gestu, zastygła, jakby zniechęcona perspektywą rozplątywania ich, rozdzielania, prostowania, uruchomienia. Więc odetchnęła z ulgą, gdy vis-a-vis stojąca, zaglądająca jej w oczy postać kobieca cofnęła szybko rękę, wyciągniętą w nieokreśloną niby stronę, w nie do końca wiadomym celu, ale jednak jakby w jej kierunku. Wygrzebywanie dłoni z rękawiczkowej studni przestało być konieczne w tym momencie, tym niemniej było jasne, że wiszący w powietrzu performens dopiero się rozkręca, że duży ma potencjał ta kobieta. Wykraczała fizycznie poza objętościowe ludzkie normy, a to z powodu trudnej do ogarnięcia ilości warstw uniwersalnych ciuchów, które miała na sobie w celu stworzenia bariery – niepokonanej, ochronnej - dla wszelkiego rodzaju dzikich bestii, jak również nieprzyjaznych warunków atmosferycznych. Gdy znalazła wreszcie dobry punkt, ustawiła się tam odpowiednio i usłyszeliśmy jej mocny, trochę schrypnięty głos, który rozpoczął z energią dość hałaśliwy monolog, stylizowany wyraźnie na coś w rodzaju raportu z frontu walk historycznie bliżej nieokreślonych, lecz o dramatycznym przebiegu. Dużo tam było wykrzykników, a także twardych konstatacji oraz konstrukcji, wykorzystujących bezpośrednie zwroty do adresata (Dlatego, proszę państwa, wojna się nie zakończy. Nigdy!). Trwało to raczej długo i stawało się bełkotliwe coraz bardziej, aż przeszło w zawodzenie - szamańskie, rytualne, co było jeszcze trudniejsze do zniesienia, i już się wydawało, że ktoś rzuci w jej stronę jakiś konkretny tekst, gdy nagle ona sama przycichła, a po chwili rozległ się jej zaskakująco miękki, kołysankowy śpiew, bazujący na ogólnie znanym motywie:
a-a-a a-a-a
były sobie kotki dwa
i mocniej:
o-o-o o-o-o
było sobie kotek sto
jeszcze mocniej:
u-u-u u-u-u
było sobie kotków stu
teraz powrót do wyraźnego monologu:
którymi obrzucono kiedyś kotobojnych Egipcjan w celu wygrania z nimi bitwy, do czego doszło zresztą, to znaczy do wygrania, gdyż dominujący liczebnie Egipcjanie rozpierzchli się w popłochu z powodu tego deszczu ciskanych z pasją kotów. Zaszedł ten żenujący fakt - o wiele za daleko - w V wieku przed naszą erą, zapisawszy się w historii homo sapiens, tj. ludzkiej, ponadgenderowej, jako jeden z najbardziej obciachowych (kciuki w dół).
Było to masakryczne dictum i podziałało piorunująco. Ta z ruchomymi brwiami, poruszona w całości szokującą prawdą historyczną, jak również formą przekazu, dała tym razem radę wyprzedzić własną myśl. Rozplotła szybko palce, żeby wykonać wreszcie ten zamrożony u samego początku gest – szukała gorączkowo dwóch zeta choćby albo pięciu, mimo strachu, mimo zapachu, jak również pomimo posiadania karty miejskiej. Bardzo chciała zapłacić za tę jazdę.
*********************************************************
poniedziałek, 28 listopada 2011
poniedziałek, 21 listopada 2011
Eskapiści czy uciekinierzy?
*********************************************************
Lubi takie uciekanie ulic, domów, ogólnie - obrazów. Siedząc tyłem do kierunku jazdy, ściga je pilnym wzrokiem, śledzi z napięciem, patrzy, jak maleją, jak się cofają, jak panikują, jak nie chcą, jak stają się lisio chytre w postanowieniu jałowym wykonania skutecznego wizualnego uniku. – To nie w porządku! – wrzeszczą. - Daruj sobie, nie żegnaj nas wzrokiem! To ty spadasz, uciekasz, nie my! – krzyczą obrazki, falując, zapowietrzając się z oburzenia takim tanim, cywilizacyjnym chwytem, żałosną ściemą. Rozumiejąc sprzeciw sponiewieranej materii, pasażerka opuszcza od czasu do czasu wzrok, trafiając na kolana schowane w spodniach, własne. Czuje się wtedy bardziej fair. Za chwilę zresztą sytuacja zmieni się diametralnie, ponieważ ona sama znajdzie się na ulicy-uciekinierce, którą żegnała przed chwilą poprzez machanie, żeby własnymi butami poczuć jej niewzruszoność, statyczność, doświadczyć namacalnie, że przecięcie jej w poprzek nie oznacza zobaczenia przekroju asfaltu, ani przekroju ziemi, na której leży, ani nóżek. Usłyszy wtedy także, jak huczą fale, napierające na jej mózg - huhu! - który jak zawsze lojalnie uruchomi setki firewalli, żeby nie dopuścić do brutalnego kontaktu, żeby nie dobrał się łatwo światek-ekstrawertyczek do jego najwrażliwszych obszarów i żeby zignorować zaczepki w stylu: - A dlaczego nie ma karteczki: proszę pukać w przypadku zamknięcia (w sobie się)? Oo, nieładnie. A także niezdrowo. Na szczęście pukam, łomoczę, to ja! Super okazja! Mam dla ciebie coś - super tani, mało używany mózg, o profilu alternatywnym, na dodatek prany regularnie w jednym z proszków wiodących, wybielony, dobrze wypłukany. Reaguje na to, co wszyscy. Ziewa także wtedy, kiedy wszyscy. Jak go wepniesz, wtedy się otworzysz, wyjdziesz z siebie co najmniej na dobę albo całkiem.
Powiedziała to głośno: - Może kupić? Zakrztusiła się jednak biszkopcikiem z powodu kotka, który wyrósł niespodziewanie na wysokości jej oczu, przewiercając je zresztą dość wymownie. - Nie bój, kotku, i tak nie mam kasy.
*********************************************************
Lubi takie uciekanie ulic, domów, ogólnie - obrazów. Siedząc tyłem do kierunku jazdy, ściga je pilnym wzrokiem, śledzi z napięciem, patrzy, jak maleją, jak się cofają, jak panikują, jak nie chcą, jak stają się lisio chytre w postanowieniu jałowym wykonania skutecznego wizualnego uniku. – To nie w porządku! – wrzeszczą. - Daruj sobie, nie żegnaj nas wzrokiem! To ty spadasz, uciekasz, nie my! – krzyczą obrazki, falując, zapowietrzając się z oburzenia takim tanim, cywilizacyjnym chwytem, żałosną ściemą. Rozumiejąc sprzeciw sponiewieranej materii, pasażerka opuszcza od czasu do czasu wzrok, trafiając na kolana schowane w spodniach, własne. Czuje się wtedy bardziej fair. Za chwilę zresztą sytuacja zmieni się diametralnie, ponieważ ona sama znajdzie się na ulicy-uciekinierce, którą żegnała przed chwilą poprzez machanie, żeby własnymi butami poczuć jej niewzruszoność, statyczność, doświadczyć namacalnie, że przecięcie jej w poprzek nie oznacza zobaczenia przekroju asfaltu, ani przekroju ziemi, na której leży, ani nóżek. Usłyszy wtedy także, jak huczą fale, napierające na jej mózg - huhu! - który jak zawsze lojalnie uruchomi setki firewalli, żeby nie dopuścić do brutalnego kontaktu, żeby nie dobrał się łatwo światek-ekstrawertyczek do jego najwrażliwszych obszarów i żeby zignorować zaczepki w stylu: - A dlaczego nie ma karteczki: proszę pukać w przypadku zamknięcia (w sobie się)? Oo, nieładnie. A także niezdrowo. Na szczęście pukam, łomoczę, to ja! Super okazja! Mam dla ciebie coś - super tani, mało używany mózg, o profilu alternatywnym, na dodatek prany regularnie w jednym z proszków wiodących, wybielony, dobrze wypłukany. Reaguje na to, co wszyscy. Ziewa także wtedy, kiedy wszyscy. Jak go wepniesz, wtedy się otworzysz, wyjdziesz z siebie co najmniej na dobę albo całkiem.
Powiedziała to głośno: - Może kupić? Zakrztusiła się jednak biszkopcikiem z powodu kotka, który wyrósł niespodziewanie na wysokości jej oczu, przewiercając je zresztą dość wymownie. - Nie bój, kotku, i tak nie mam kasy.
*********************************************************
niedziela, 13 listopada 2011
Co się stało w nieprowincjonalnym miasteczku oraz wyrok
*********************************************************
Wszystko wskazuje na to, że krytycznego poranka wyszła z domu sama bez psa, to znaczy tak jak zwykle, ponieważ psa własnego nie posiada, ani też nie dorabia jako wyprowadzaczka psów cudzych, więc zaszło to, co raczej od poniedziałku do piątku, z małymi wyjątkami, działo się regularnie – wyszła z domu rano bez psa. Co było dalej, wiemy z zachowanego esa, wysłanego dziewięć po ósmej, bez przecinków – że wyminęła lamusa, który radośnie szalał z odkurzaczem do liści, ręczną dmuchawą, wymiatając z alejki co popadło, wywijał fantazyjnie, znacznie entuzjastyczniej niż zachodziła potrzeba, biorąc pod uwagę szerokość asfaltowej ścieżki, jak również rozrzut śmieci, a także listowia (w zasadzie odwrotnie). Skojarzył jej się z psiakiem, który z psychozą w oczach rozrabia w kupie liści opadłych, podgarniętych i w kopczyk utrefionych - bez wątpienia w tym celu, żeby jako zadymiarz mógł wystąpić w roli eksplodującej bomby, boom!, wywołać respekt poprzez zamęt. „Tonący pies plus wir równa się gość z dmuchawą po barki unurzany w pierścieniu poderwanych do lotu liści, a także różnych ochłapów. Co by było gdyby zaczął zdmuchiwać z asfaltu przechodniów?” - cytat z esa. Nie wiemy, gdzie skręciła, gdy już zdecydowała, że oprze się pokusie pogadania z koleżką na temat niewielkiego socjologicznego eksperymentu (przykład: Jesienna akcja oczyszczania alejek z przypadkowych oraz nieprzypadkowych przechodniów w celu umożliwienia spadającym liściom swobodnego i bezpiecznego lądowania). Tyle odsłania faktów wspomniany SMS, zachowany w komórce odbiorcy. Co zdarzyło się potem, możemy domniemywać, wyjściowym domniemaniem czyniąc bezdyskusyjnie to dotyczące niewinności, a także respektując elementarne ludzkie prawo do milczenia i do tajemnicy. Zagubiona musi się odnaleźć. Dlatego póki co zostanie osadzona w czarno-białej celi przestronnej, w której będzie chodzić po ziemi. Na to właśnie zostaje skazana - na po ziemi chodzenie, tylko tam. Tymczasem korzystając z przyznanego jej prawa do ostatniego życzenia, wyraża to życzenie, prosząc uprzejmie wszystkich o chwilę nieuwagi, w czasie której przymkną na moment oczy. Ona może wyrówna wtedy oddech.
*********************************************************
Wszystko wskazuje na to, że krytycznego poranka wyszła z domu sama bez psa, to znaczy tak jak zwykle, ponieważ psa własnego nie posiada, ani też nie dorabia jako wyprowadzaczka psów cudzych, więc zaszło to, co raczej od poniedziałku do piątku, z małymi wyjątkami, działo się regularnie – wyszła z domu rano bez psa. Co było dalej, wiemy z zachowanego esa, wysłanego dziewięć po ósmej, bez przecinków – że wyminęła lamusa, który radośnie szalał z odkurzaczem do liści, ręczną dmuchawą, wymiatając z alejki co popadło, wywijał fantazyjnie, znacznie entuzjastyczniej niż zachodziła potrzeba, biorąc pod uwagę szerokość asfaltowej ścieżki, jak również rozrzut śmieci, a także listowia (w zasadzie odwrotnie). Skojarzył jej się z psiakiem, który z psychozą w oczach rozrabia w kupie liści opadłych, podgarniętych i w kopczyk utrefionych - bez wątpienia w tym celu, żeby jako zadymiarz mógł wystąpić w roli eksplodującej bomby, boom!, wywołać respekt poprzez zamęt. „Tonący pies plus wir równa się gość z dmuchawą po barki unurzany w pierścieniu poderwanych do lotu liści, a także różnych ochłapów. Co by było gdyby zaczął zdmuchiwać z asfaltu przechodniów?” - cytat z esa. Nie wiemy, gdzie skręciła, gdy już zdecydowała, że oprze się pokusie pogadania z koleżką na temat niewielkiego socjologicznego eksperymentu (przykład: Jesienna akcja oczyszczania alejek z przypadkowych oraz nieprzypadkowych przechodniów w celu umożliwienia spadającym liściom swobodnego i bezpiecznego lądowania). Tyle odsłania faktów wspomniany SMS, zachowany w komórce odbiorcy. Co zdarzyło się potem, możemy domniemywać, wyjściowym domniemaniem czyniąc bezdyskusyjnie to dotyczące niewinności, a także respektując elementarne ludzkie prawo do milczenia i do tajemnicy. Zagubiona musi się odnaleźć. Dlatego póki co zostanie osadzona w czarno-białej celi przestronnej, w której będzie chodzić po ziemi. Na to właśnie zostaje skazana - na po ziemi chodzenie, tylko tam. Tymczasem korzystając z przyznanego jej prawa do ostatniego życzenia, wyraża to życzenie, prosząc uprzejmie wszystkich o chwilę nieuwagi, w czasie której przymkną na moment oczy. Ona może wyrówna wtedy oddech.
*********************************************************
niedziela, 6 listopada 2011
Kocie (nie pieskie) życie, czyli jak uniknąć klęski ontycznej
*********************************************************
Człowiek, który się k u l i, zgodnie z nazwą, zagina się, zaplata, tak żeby przybrać maksymalnie opływowy kształt, zwija się w kłębek (kiepski), kulkę (niedoskonałą, dość ułomną, właściwie jej atrapę - byle nie wystawało nic, o co mógłby zaczepić napierający z zewnątrz chaos). Ludzkie kulenie się odsyła zawsze w dół, do stanów negatywnych, takich jak zimno, strach czy ból. Człowiek kulący się, zawinięty, wzbudza współczucie, w mniej szlachetnym wariancie - litość.
Kot, gdy się zwija w kulkę, to wcale się nie k u l i, nigdy. Jako spleciony precel wygląda wciąż magicznie. Kocie zwinięcie w kłębek oznacza wielką pewność, skupione przebywanie w niezakłócalnych strefach w wymiarze onirycznym, gdzie się nie trzęsie o nic, nie wietrzy zagrożenia.
Chcę być kotem.
Przerastać wyobraźnię.

*********************************************************
Człowiek, który się k u l i, zgodnie z nazwą, zagina się, zaplata, tak żeby przybrać maksymalnie opływowy kształt, zwija się w kłębek (kiepski), kulkę (niedoskonałą, dość ułomną, właściwie jej atrapę - byle nie wystawało nic, o co mógłby zaczepić napierający z zewnątrz chaos). Ludzkie kulenie się odsyła zawsze w dół, do stanów negatywnych, takich jak zimno, strach czy ból. Człowiek kulący się, zawinięty, wzbudza współczucie, w mniej szlachetnym wariancie - litość.
Kot, gdy się zwija w kulkę, to wcale się nie k u l i, nigdy. Jako spleciony precel wygląda wciąż magicznie. Kocie zwinięcie w kłębek oznacza wielką pewność, skupione przebywanie w niezakłócalnych strefach w wymiarze onirycznym, gdzie się nie trzęsie o nic, nie wietrzy zagrożenia.
Chcę być kotem.
Przerastać wyobraźnię.
*********************************************************
niedziela, 30 października 2011
Trzy dwa raz, nieboszczycy są jak głaz
*********************************************************
Co wiemy?
Że Kartezjusz się mylił.
Że Beethoven słyszał tym lepiej, im bardziej głuchł.
Że im bardziej ślepł malarz Goya, tym wyraziściej widział.
Że im większa redukcja akcji, tym intensywniej się dzieje (u Becketta).
Że kiedy po-tworzeniu, kąpieli zażywały świnki morskie Białoszewskiego, to
że potem poeta mył sobie nogi w tej samej wodzie. I
że Orfeusz w Hadesie działał nienaturalnie.
Że się odwrócił OD życia.
Że ruch, jaki wykonał, był ruchem spontanicznym.
Że restrykcyjna natura odrzuca taki ruch jako sprzeczny z jej odwieczną zasadą.
Że dotąd nie wiadomo, dlaczego nie wolno nam tego robić.
*********************************************************
Co wiemy?
Że Kartezjusz się mylił.
Że Beethoven słyszał tym lepiej, im bardziej głuchł.
Że im bardziej ślepł malarz Goya, tym wyraziściej widział.
Że im większa redukcja akcji, tym intensywniej się dzieje (u Becketta).
Że kiedy po-tworzeniu, kąpieli zażywały świnki morskie Białoszewskiego, to
że potem poeta mył sobie nogi w tej samej wodzie. I
że Orfeusz w Hadesie działał nienaturalnie.
Że się odwrócił OD życia.
Że ruch, jaki wykonał, był ruchem spontanicznym.
Że restrykcyjna natura odrzuca taki ruch jako sprzeczny z jej odwieczną zasadą.
Że dotąd nie wiadomo, dlaczego nie wolno nam tego robić.
*********************************************************
niedziela, 16 października 2011
Budząc zachwyt i budząc odrazę - chodzi o to, żeby nie spały
*********************************************************
Razu pewnego Odraza chwyciła Zachwyt za uchwyt i obróciła w paradoks całą rzecz.
Tak wyobrażam sobie działanie naszych organizmów. To znaczy z grubsza.
Jeśli kluczem do poprawnego funkcjonowania naszych ciał jest koordynacja reakcji pomiędzy półkulami - lewą półkulą oraz prawą - zapewniana przez silną wiązkę uchwytów-przewodników, czyli włókien, dzięki czemu jemy i śpimy wtedy, kiedy jesteśmy głodni oraz padamy na twarz (etc.), tak samo musi działać sfera naszego jestestwa (nie, nie przepraszam za wyrażenie), nieokrytego skórą, łamliwego. Że jest to ciągły balans w archipelagu dwóch lądów przeciętego na pół kosmosu: strony prawej - sfery zachwytu (rzeczywistego, silnego) oraz lewej - sfery odrazy (żywej i spazmatycznej, szczerej), który określa ściśle nasze relacje ze światem, tak myślę. Obie strony muszą być czujne i nie powinny spać, gdyż bezkrytyczny zachwyt, nieprzyprawiony odrazą, zakrawa na debilizm, podobnie jak odraza, ślepa i dogmatyczna, niewybełtana z zachwytem, grozi rozpaczą czarną, podczas gdy wybełtana staje się interesującą melancholią.
W praktyce może to wyglądać tak:
piękne, słoneczne przedpołudnie w zadrzewionym miejscu, wczesną jesienią. Patrzę wokół i czaszką kręcę, bo mi się w niej nie mieści, jak można dawać po oczach taką przegiętą tapetą, kiczem tak doskonałym z ultra błękitnym niebem i zarąbistym złotem w koronach drzew, topolami niedostępnymi, wyprężonymi w szpalerze tak sztywnym, tak wypiętym, że mam ochotę krzyknąć: - Cofnąć się! lub: - Z szeregu wystąp! - żeby zobaczyć, co się stanie. Widok zapiera mi dech. Wiem, że jeśli za chwilę potknę się niefortunnie o własną nieudolność lub o obrazek jakiś na tyle obrzydliwy, że sęp po lewej stronie - sęp odrazy - zacznie mi skubać jelita, wątrobę, serce, śledzionę oraz inne wewnętrzne narządy, wtedy ta prawa strona nie zawaha się użyć wobec mnie swej doskonałej broni, paralizatora, wypełnionego zakodowanym przed chwilą za-chwyceniem. A ja będę bezradna, biedactwo. Będę musiała mu ulec.
*********************************************************
Razu pewnego Odraza chwyciła Zachwyt za uchwyt i obróciła w paradoks całą rzecz.
Tak wyobrażam sobie działanie naszych organizmów. To znaczy z grubsza.
Jeśli kluczem do poprawnego funkcjonowania naszych ciał jest koordynacja reakcji pomiędzy półkulami - lewą półkulą oraz prawą - zapewniana przez silną wiązkę uchwytów-przewodników, czyli włókien, dzięki czemu jemy i śpimy wtedy, kiedy jesteśmy głodni oraz padamy na twarz (etc.), tak samo musi działać sfera naszego jestestwa (nie, nie przepraszam za wyrażenie), nieokrytego skórą, łamliwego. Że jest to ciągły balans w archipelagu dwóch lądów przeciętego na pół kosmosu: strony prawej - sfery zachwytu (rzeczywistego, silnego) oraz lewej - sfery odrazy (żywej i spazmatycznej, szczerej), który określa ściśle nasze relacje ze światem, tak myślę. Obie strony muszą być czujne i nie powinny spać, gdyż bezkrytyczny zachwyt, nieprzyprawiony odrazą, zakrawa na debilizm, podobnie jak odraza, ślepa i dogmatyczna, niewybełtana z zachwytem, grozi rozpaczą czarną, podczas gdy wybełtana staje się interesującą melancholią.
W praktyce może to wyglądać tak:
piękne, słoneczne przedpołudnie w zadrzewionym miejscu, wczesną jesienią. Patrzę wokół i czaszką kręcę, bo mi się w niej nie mieści, jak można dawać po oczach taką przegiętą tapetą, kiczem tak doskonałym z ultra błękitnym niebem i zarąbistym złotem w koronach drzew, topolami niedostępnymi, wyprężonymi w szpalerze tak sztywnym, tak wypiętym, że mam ochotę krzyknąć: - Cofnąć się! lub: - Z szeregu wystąp! - żeby zobaczyć, co się stanie. Widok zapiera mi dech. Wiem, że jeśli za chwilę potknę się niefortunnie o własną nieudolność lub o obrazek jakiś na tyle obrzydliwy, że sęp po lewej stronie - sęp odrazy - zacznie mi skubać jelita, wątrobę, serce, śledzionę oraz inne wewnętrzne narządy, wtedy ta prawa strona nie zawaha się użyć wobec mnie swej doskonałej broni, paralizatora, wypełnionego zakodowanym przed chwilą za-chwyceniem. A ja będę bezradna, biedactwo. Będę musiała mu ulec.
*********************************************************
niedziela, 2 października 2011
O wyborach - okiem proroka zamkniętego w pokoju z drzwiami, ale bez wizjera
*********************************************************
Chiromancja nie.
Nekromancja też nie.
Ekstrawagancja.
Jedzie sobie koleżka po Plantach w koszuli białej i granatowym garniaku na kolorowym rowerze z dużym koszem. Okazuje się senatorem, to znaczy potencjalnym, kandydatem dopiero do tej funkcji, niezależnym teoretycznie, o czym informuje społeczeństwo, rozdając mu lizaki oraz kalendarzyki z buldogiem, deklarującym w języku ludzkim, ściślej polskim, że wszystkimi czterema łapami głosuje za tym kolesiem. A przechodząca dziewczynka, odbierająca lizaka, wbrew pozorom nie jest kretynką, co też się okazuje, ponieważ bycie dziewczynką konsumującą lizaki nie musi się przekładać na mentalną naiwność, żywiącą się padlinką takich krzepiących złudzeń, jak nieśmieciowe umowy, super leczenie darmowe, życie pozagrobowe itd.
Więc ignorancja też nie.
Idąc, myśli dziewczynka o biednym Kierkegaardzie, który chciał być poetą, ale nie miał talentu, więc został filozofem. O tym, że słońce słabnie i że już tak nie parzy każde dotknięcie, jak wrzątek. Że lato to suchoty galopujące. Zawałka ducha. Że się wtedy choruje na śmierć. I czuje nie-kretynka, że bruzdy elegijne ulatują z jej twarzy z końcem lata i wraz z nastaniem jesieni, niezłej laski. Może wybrać teraz, nie odwlekać.
*********************************************************
Chiromancja nie.
Nekromancja też nie.
Ekstrawagancja.
Jedzie sobie koleżka po Plantach w koszuli białej i granatowym garniaku na kolorowym rowerze z dużym koszem. Okazuje się senatorem, to znaczy potencjalnym, kandydatem dopiero do tej funkcji, niezależnym teoretycznie, o czym informuje społeczeństwo, rozdając mu lizaki oraz kalendarzyki z buldogiem, deklarującym w języku ludzkim, ściślej polskim, że wszystkimi czterema łapami głosuje za tym kolesiem. A przechodząca dziewczynka, odbierająca lizaka, wbrew pozorom nie jest kretynką, co też się okazuje, ponieważ bycie dziewczynką konsumującą lizaki nie musi się przekładać na mentalną naiwność, żywiącą się padlinką takich krzepiących złudzeń, jak nieśmieciowe umowy, super leczenie darmowe, życie pozagrobowe itd.
Więc ignorancja też nie.
Idąc, myśli dziewczynka o biednym Kierkegaardzie, który chciał być poetą, ale nie miał talentu, więc został filozofem. O tym, że słońce słabnie i że już tak nie parzy każde dotknięcie, jak wrzątek. Że lato to suchoty galopujące. Zawałka ducha. Że się wtedy choruje na śmierć. I czuje nie-kretynka, że bruzdy elegijne ulatują z jej twarzy z końcem lata i wraz z nastaniem jesieni, niezłej laski. Może wybrać teraz, nie odwlekać.
*********************************************************
poniedziałek, 26 września 2011
Jestem tobą. Dla tych, co wyruszają w podróż.
*********************************************************
"To bardzo ważne, by w nadchodzącym sezonie największy nacisk położyć na makijaż oczu."
No i centralna ulga. Uff. Bo to jest w końcu podstawa, żeby wiedzieć, czego się trzymać. Co ważne jest, żeby wiedzieć. A jednak czasem chce pech, że oprócz megazadania dizajnerskiego naszego, uprawianego codziennie, powszedniego, którym jest terapeutyczne oraz praktyczne nadanie rzęsom naszym stosownej grubości, schizoidalnej raczej, to jest wynaturzonej, jak również zadbania o to, żeby wszystko było bardzo czyste, bez paproszka żadnego ani pyłku, równie schizoidalne z natury i odpalmione życie, kierując się intencją niezardzewienia w bezruchu, nasyła na nas karki, wplątuje nas w ustawki, z których mamy szansę ujść wprawdzie jakoś, ale ze szwankiem dużym i z głębokimi bliznami. Bezczasowymi, trwałymi. Wtedy wychodzi na jaw, że może ono przybrać postać zmyślnego zboczka ze stoma kończynami, który potrafi działać tysiącem bodźców naraz i robi to bez trudu: przyzwala, dokonuje, ugina i przekształca, wyklina i przynosi, wyraża, powoduje, uznaje, wywołuje, wiruje, podejmuje, odbiera, traci, pragnie, dostaje, zdradza, ścina, wartościuje i pisze, planuje, tańczy, szuka, sprzedaje i ogrzewa, wzbogaca i zdobywa, przestaje, nie rozwija, nazywa, sądzi, pali, pogrąża, dąży, znosi, skacze, dodaje, musi, umie, znajduje, broni, wyje i okazuje, jak również okazuje się. Zwykle na końcu. I jeszcze się opiera o całe setki pojęć, poza okiem, rzęsą i przebraniem, takich jak: położenie, instynkt, wspólnota i martwota, zbiorowość, niebo, ziemia, odwaga, trwoga, bunt, zmiana, przesłanie, norma, akt, cień, pragnienie, szczęście, ból, strach, wyczerpanie, próba, natura, jaźń, substytut, czas, chłód, myśl, talent, ciepło i siła, mądrość, droga, prawo, świadomość, lewo, pasja, obecność, smutek, rozwój, duch, instynkt, ucieczka, powód, pułapka, wiedza, wzrok, moment, wymówka, otchłań, słowo, głowa i dół, ambiwalencja. Wszystko.
Jako jedyni w przyrodzie jesteśmy pretensjonalni i ciężko nam się obejść bez bazy super gadżetów, w tym Boga. Hoho. I nie umiem się wzruszyć naszym losem. Ale akurat ciebie chciałabym zaprowadzić do prawdziwego cienia, który by dotknął palcami twoich policzków, żebyś nie musiała się bać. Trzymam kciuki.
*********************************************************
"To bardzo ważne, by w nadchodzącym sezonie największy nacisk położyć na makijaż oczu."
No i centralna ulga. Uff. Bo to jest w końcu podstawa, żeby wiedzieć, czego się trzymać. Co ważne jest, żeby wiedzieć. A jednak czasem chce pech, że oprócz megazadania dizajnerskiego naszego, uprawianego codziennie, powszedniego, którym jest terapeutyczne oraz praktyczne nadanie rzęsom naszym stosownej grubości, schizoidalnej raczej, to jest wynaturzonej, jak również zadbania o to, żeby wszystko było bardzo czyste, bez paproszka żadnego ani pyłku, równie schizoidalne z natury i odpalmione życie, kierując się intencją niezardzewienia w bezruchu, nasyła na nas karki, wplątuje nas w ustawki, z których mamy szansę ujść wprawdzie jakoś, ale ze szwankiem dużym i z głębokimi bliznami. Bezczasowymi, trwałymi. Wtedy wychodzi na jaw, że może ono przybrać postać zmyślnego zboczka ze stoma kończynami, który potrafi działać tysiącem bodźców naraz i robi to bez trudu: przyzwala, dokonuje, ugina i przekształca, wyklina i przynosi, wyraża, powoduje, uznaje, wywołuje, wiruje, podejmuje, odbiera, traci, pragnie, dostaje, zdradza, ścina, wartościuje i pisze, planuje, tańczy, szuka, sprzedaje i ogrzewa, wzbogaca i zdobywa, przestaje, nie rozwija, nazywa, sądzi, pali, pogrąża, dąży, znosi, skacze, dodaje, musi, umie, znajduje, broni, wyje i okazuje, jak również okazuje się. Zwykle na końcu. I jeszcze się opiera o całe setki pojęć, poza okiem, rzęsą i przebraniem, takich jak: położenie, instynkt, wspólnota i martwota, zbiorowość, niebo, ziemia, odwaga, trwoga, bunt, zmiana, przesłanie, norma, akt, cień, pragnienie, szczęście, ból, strach, wyczerpanie, próba, natura, jaźń, substytut, czas, chłód, myśl, talent, ciepło i siła, mądrość, droga, prawo, świadomość, lewo, pasja, obecność, smutek, rozwój, duch, instynkt, ucieczka, powód, pułapka, wiedza, wzrok, moment, wymówka, otchłań, słowo, głowa i dół, ambiwalencja. Wszystko.
Jako jedyni w przyrodzie jesteśmy pretensjonalni i ciężko nam się obejść bez bazy super gadżetów, w tym Boga. Hoho. I nie umiem się wzruszyć naszym losem. Ale akurat ciebie chciałabym zaprowadzić do prawdziwego cienia, który by dotknął palcami twoich policzków, żebyś nie musiała się bać. Trzymam kciuki.
*********************************************************
poniedziałek, 12 września 2011
Quit
*********************************************************
Poddaję się.
*********************************************************
Poddaję się.
*********************************************************
niedziela, 11 września 2011
Herzschmerz i weltschmerz w jednym stoją domku, ale czy wyjdą na scenę?
*********************************************************
Jeśli jesteś romantykiem/romantyczką, być może nie poruszy cię ta historia, ale nie odchodź tak szybko. Chcę, żebyś coś z tego miał/miała, dlatego najpierw zgromadzę, zrekonstruuję rzetelnie mały skansen o romantycznym entourage'u oraz słowiańskim profilu, który powinien cię zadowolić. Na fajerwerki nie licz (to nie Francja), jednak na prosty pakiet o nostalgiczno-melancholijnym zakrzywieniu, do objęcia bezpiecznie wyobraźnią, możesz nastawić się od razu. Żeby cię rozweselić lub poruszyć, co tam wolisz, skonstruuję specjalnie dla ciebie scenografię prawie dydaktyczną, rzetelnie poglądową, używając reprezentatywnych atrybutów, w większości przyrodniczych, wśród których będziesz mógł/mogła rozpoznać między innymi:
- tęczę blasków (rozlaną na zachodzie)
- gwiazdę ognistą (gasnącą)
- niebo (złocone, też ogniste)
- morze (również złocone, a także wielkie i bezkresne)
- ciszę błękitu
- blask gromu
- mogiły popiołów
- niespokojne łoże
- ewentualnie ptactwo (najchętniej lecące w kluczu)
Widzisz wszystko? To teraz posłuchaj:
nie z mogiłki i nie w błyskach gromów, wchodzi Mensch, można powiedzieć Über, ponieważ jest wysoki oraz smukły. Idzie żwawo. Natyka się na nią (Mädchen). Nie zwracając się do niej meine liebe, ponieważ nie jest Niemcem, mówi, patrząc jej prosto w oczy:
- Przestań się wygłupiać, dziecioku, weź nie schizuj i chodź tutaj do mnie.
Kręci głową, wyciągając dłoń. Wtedy ona upada ze szczęścia, tak niefortunne zresztą, że obciera sobie kolano, dość boleśnie. On ją ratuje-opatruje, ona porzuca dywagacje na temat roli wieku oraz zdrowego rozsądku w ludzkim życiu. Robi się jedwabiście, a także śmiesznie, co powoduje, że katastrofiści z tła, tworzący zgrany chór, opłacany przez producenta, pukają się wymownie w czoła, następnie wzruszają ramionami i opuszczają demonstracyjnie scenę, zrywając dramaturgię. Kurtynie to generalnie wisi się całkiem dobrze, co może sugerować, że sprawa pozostaje otwarta, ale kto to wie. Nikt nie wie.
*********************************************************
Jeśli jesteś romantykiem/romantyczką, być może nie poruszy cię ta historia, ale nie odchodź tak szybko. Chcę, żebyś coś z tego miał/miała, dlatego najpierw zgromadzę, zrekonstruuję rzetelnie mały skansen o romantycznym entourage'u oraz słowiańskim profilu, który powinien cię zadowolić. Na fajerwerki nie licz (to nie Francja), jednak na prosty pakiet o nostalgiczno-melancholijnym zakrzywieniu, do objęcia bezpiecznie wyobraźnią, możesz nastawić się od razu. Żeby cię rozweselić lub poruszyć, co tam wolisz, skonstruuję specjalnie dla ciebie scenografię prawie dydaktyczną, rzetelnie poglądową, używając reprezentatywnych atrybutów, w większości przyrodniczych, wśród których będziesz mógł/mogła rozpoznać między innymi:
- tęczę blasków (rozlaną na zachodzie)
- gwiazdę ognistą (gasnącą)
- niebo (złocone, też ogniste)
- morze (również złocone, a także wielkie i bezkresne)
- ciszę błękitu
- blask gromu
- mogiły popiołów
- niespokojne łoże
- ewentualnie ptactwo (najchętniej lecące w kluczu)
Widzisz wszystko? To teraz posłuchaj:
nie z mogiłki i nie w błyskach gromów, wchodzi Mensch, można powiedzieć Über, ponieważ jest wysoki oraz smukły. Idzie żwawo. Natyka się na nią (Mädchen). Nie zwracając się do niej meine liebe, ponieważ nie jest Niemcem, mówi, patrząc jej prosto w oczy:
- Przestań się wygłupiać, dziecioku, weź nie schizuj i chodź tutaj do mnie.
Kręci głową, wyciągając dłoń. Wtedy ona upada ze szczęścia, tak niefortunne zresztą, że obciera sobie kolano, dość boleśnie. On ją ratuje-opatruje, ona porzuca dywagacje na temat roli wieku oraz zdrowego rozsądku w ludzkim życiu. Robi się jedwabiście, a także śmiesznie, co powoduje, że katastrofiści z tła, tworzący zgrany chór, opłacany przez producenta, pukają się wymownie w czoła, następnie wzruszają ramionami i opuszczają demonstracyjnie scenę, zrywając dramaturgię. Kurtynie to generalnie wisi się całkiem dobrze, co może sugerować, że sprawa pozostaje otwarta, ale kto to wie. Nikt nie wie.
*********************************************************
środa, 7 września 2011
O tym, że ezopowej mowie niestety nie dość dwie słowie (i mniejsza o postmodernizm)
*********************************************************
Gdybym się mogła zająć projektowaniem chimer, bez refleksji na temat, kto to kupi, zagraciłabym fikcją cały dom, ponieważ dziwnym trafem czuję się mniej fikcyjnie, robiąc w mitach, niż pamfletując real. Albo w bajkach, gdzie pojęcie fikcji ucieleśnia się chyba najkompletniej. Zaczynałabym wtedy choćby tak: dawno temu (o zeszłym poranku) i daleko (w drugim końcu miasta) szła slalomem między robaczkami, które pomykały kozacko po chodnikowych płytach. We wszystkie strony świata się rozpierzchały, to jest w cztery, spod jej słabo obutych stóp, nieuszkodzone, żywe, gdyż akurat dzień miała taki, że patrzyła uważnie w dół, zwracała uwagę pilnie, a skoro raz zwróciła, nie mogła tego olać, żyć z potencjalną masakrą, przeprowadzoną wśród żuczków, na sumieniu. Zatraciła się w tych chodnikowych pląsach, zapominając całkiem, dokąd zmierza, ale droga nie rozwidlała się, dzięki czemu dotarła pomyślnie do właściwego celu, którym był spory budynek, horyzontalny raczej, ogarnięty, z monitoringiem nawet, ale słabym, nędznym na tyle, że zdarzały się tam kradzieże rowerów (co za obciach!). Weszła lekko i całkiem spokojnie, pozostając w nieświadomości, że kondygnację wyżej zaciera właśnie rączki miejscowa wiedźma-straszka, zwana też kuternóżką, która dla slalomistki jest literalnie nikim, żadną chrzestną, ma za to wielką słabość do aranżacji zdarzeń w stylu komedii omyłek, w ramach których udaje czasem po prostu, że nią jest, ostatnio całkiem często. I właśnie kuternóżka wyszykowała teraz taką mega zaskoczkę w swoim guście, którą postanowiła jej zaserwować. Zaczęła tak, jak zawsze - wypadła nagle znikąd nad jej głowę idącą w chmurze (ciemnawych włosów z grzywką).
- Elo, elo! W lewej czy w prawej? – wywrzeszczała na powitanie, lewitując przy tym wysoko nad schodami, co było elementem lansu i nie wróżyło dobrze, gdyż świadczyło o jej świetnej formie. - W której ręce, kochanie moje?
- W lewej-śmiewej – krzyknęła przytomnie, odgarniając sobie grzywkę z oka, lewego zresztą, i był to oczywiście odruch, bo nie wiedziała przecież nawet co i gdzie, choć zaczynała się domyślać, o co chodzi.
Kuternóżka pokazała pustą dłoń:
- Dawaj prawą, bo możesz dwa razy.
- No to w prawej.
- Hehe, i co teraz? - zaświeciła jasnym wnętrzem rączki, lol. – NIE MA! NIE MA! Ale pliz don't panik. Przecież i tak jest źle, kochanie moje.
i tak dalej
Gdy tak sobie piszę, nawiązując do punktu wyjścia, mam refleksję następującą: może to jednak lepiej, że w moim własnym domu z braku czasu oraz atłasu można potknąć się głównie o graty typu meble oraz gadżety, ewentualnie kulki rzucane kotce-despotce, ujętej w anegdotce o kotku, co miał piękne sny (i śniła mu się rzeka, wielka i pełna mleka aż po samo dno), no więc, że o to właśnie można się u mnie potknąć, a nie o takie stories, jak powyższa, poupychane wszędzie, tylko dlaczego tak mi żal?
*********************************************************
Gdybym się mogła zająć projektowaniem chimer, bez refleksji na temat, kto to kupi, zagraciłabym fikcją cały dom, ponieważ dziwnym trafem czuję się mniej fikcyjnie, robiąc w mitach, niż pamfletując real. Albo w bajkach, gdzie pojęcie fikcji ucieleśnia się chyba najkompletniej. Zaczynałabym wtedy choćby tak: dawno temu (o zeszłym poranku) i daleko (w drugim końcu miasta) szła slalomem między robaczkami, które pomykały kozacko po chodnikowych płytach. We wszystkie strony świata się rozpierzchały, to jest w cztery, spod jej słabo obutych stóp, nieuszkodzone, żywe, gdyż akurat dzień miała taki, że patrzyła uważnie w dół, zwracała uwagę pilnie, a skoro raz zwróciła, nie mogła tego olać, żyć z potencjalną masakrą, przeprowadzoną wśród żuczków, na sumieniu. Zatraciła się w tych chodnikowych pląsach, zapominając całkiem, dokąd zmierza, ale droga nie rozwidlała się, dzięki czemu dotarła pomyślnie do właściwego celu, którym był spory budynek, horyzontalny raczej, ogarnięty, z monitoringiem nawet, ale słabym, nędznym na tyle, że zdarzały się tam kradzieże rowerów (co za obciach!). Weszła lekko i całkiem spokojnie, pozostając w nieświadomości, że kondygnację wyżej zaciera właśnie rączki miejscowa wiedźma-straszka, zwana też kuternóżką, która dla slalomistki jest literalnie nikim, żadną chrzestną, ma za to wielką słabość do aranżacji zdarzeń w stylu komedii omyłek, w ramach których udaje czasem po prostu, że nią jest, ostatnio całkiem często. I właśnie kuternóżka wyszykowała teraz taką mega zaskoczkę w swoim guście, którą postanowiła jej zaserwować. Zaczęła tak, jak zawsze - wypadła nagle znikąd nad jej głowę idącą w chmurze (ciemnawych włosów z grzywką).
- Elo, elo! W lewej czy w prawej? – wywrzeszczała na powitanie, lewitując przy tym wysoko nad schodami, co było elementem lansu i nie wróżyło dobrze, gdyż świadczyło o jej świetnej formie. - W której ręce, kochanie moje?
- W lewej-śmiewej – krzyknęła przytomnie, odgarniając sobie grzywkę z oka, lewego zresztą, i był to oczywiście odruch, bo nie wiedziała przecież nawet co i gdzie, choć zaczynała się domyślać, o co chodzi.
Kuternóżka pokazała pustą dłoń:
- Dawaj prawą, bo możesz dwa razy.
- No to w prawej.
- Hehe, i co teraz? - zaświeciła jasnym wnętrzem rączki, lol. – NIE MA! NIE MA! Ale pliz don't panik. Przecież i tak jest źle, kochanie moje.
i tak dalej
Gdy tak sobie piszę, nawiązując do punktu wyjścia, mam refleksję następującą: może to jednak lepiej, że w moim własnym domu z braku czasu oraz atłasu można potknąć się głównie o graty typu meble oraz gadżety, ewentualnie kulki rzucane kotce-despotce, ujętej w anegdotce o kotku, co miał piękne sny (i śniła mu się rzeka, wielka i pełna mleka aż po samo dno), no więc, że o to właśnie można się u mnie potknąć, a nie o takie stories, jak powyższa, poupychane wszędzie, tylko dlaczego tak mi żal?
*********************************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)