*********************************************************
Wsiada do autobusu i przedziera się wprost do kierowcy. Kobieta w jasnym płaszczu.
- Poproszę bilet strefowy.
- Jaki?
- Strefowy
- Ale jaki?
- No nie wiem, strefowy. A jakie pan ma?
- Połówek nie mam.
- Ale ja nie chcę połówki.
- To trzeba mówić.
Głos z tyłu:
- Co się pan wygłupiasz, dawaj pan ten bilet i jedź pan, bo sterczysz pan na przystanku, a już po czasie odjazdu jest.
Nie słucham dalszego ciągu. Jeszcze dyszę po małym cudzie, za jaki uznaję w duchu uniknięcie czołowej kraksy z rozpędzonym kozacko gołębiem (oszołomem lub desperatem), który przed chwilą o mało co mnie nie znokautował. Jasne, wiem, moja wina. Wcięłam mu się ruchomą czaszką w interlinię wściekłego lotu (odlotu). I jak te baś-baranki szliśmy karnie na krwawą rzeź, gdy dosłownie w ostatnim ułamku przedwypadkowej sekundy zadziałały zmylone na chwilę tą nagłą akcją podstawowe prawa fizyki. Zgon gołębia w wyniku zderzenia z człowiekiem (lub odwrotnie)? Takie rzeczy się nie zdarzają. Empiria przełożona na matematyczną kalkulację wykazała zerowe prawdopodobieństwo i praktycznie wykluczyła taką możliwość. Ergo - nikt nikogo nawet nie drasnął, a lokalne media nie zjawiły się na miejscu zdarzenia. Wielka szkoda. Ochłonęłam. Jestem w autobusie, a chaos narastający wokół płowego płaszczyka uświadamia mi nagle jasno, że powyższe cudowne ocalenie (no dobra, nie-cudowne) nie daje mi licencji na radosny ciąg hepi-endów przez długą resztę tej doby (choćby tyle). Niebo wprawdzie wyczesane aż łyse (zero ptaków, zero baranków), ale pod nim człowiecze stadko w dość obszernym pojeździe mechanicznym zatrzymało się właśnie z piskiem obuwia nad przepaścią z napisem: PAT, zaszczękało groźnie zębami i chaotycznym stępem zawróciło na środek areny, wyrzuciwszy duże ilości wściekłej piany. Chryste, źle to wygląda. Na mózg rzucają mi się same prajmtajmowe koszmary - wielki słoń śmigający po drzewach jak małpka, mordowane bestialsko tłuste plamy, ujeżdżany tygrysek na biegunach, eksterminowane z premedytacją całe cywilizacje gadatliwych, elokwentnych zarazków itd. Żadnych krzepiących myśli, typu człowiek jest trzciną w kosmosie, ale trzciną myślącą, albo człowiek to istota społeczna. Znikąd ratunku. Tylko szczęk ścierających się wrzasków, wreszcie syk zamykanych drzwi. Jestem w środku i marzę o pustyni.
- Dopóki nie przeszłam obozu, byłam tylko projektem człowieka - tak mówi dzisiaj prof. Joanna Pensonowa, która 4 lata spędziła w Ravensbrück.
O stawaniu się w takim piekle nie potrafię nawet dłużej myśleć. Ekstremalna, wynaturzona obróbka. Wojna.
Ale jeśli każdy z nas (w co nie wierzę) ma swój boxik z napisem: Projekt [imię i nazwisko], sądzę, że w normalnych warunkach ewentualne "ecce homo" jest dopisywane dopiero na samym końcu. Albo wcale.
*********************************************************
niedziela, 25 kwietnia 2010
wtorek, 20 kwietnia 2010
Eyjafjoell
*********************************************************
Ten poprzedni raz, gdy zagadał, stał się - to znaczy dokonał - jeszcze w erze przedawiacyjnej (p.a.e.), kiedy takie zjawisko, jak niebo, obchodziło miejscową ludzkość (już dwunożną) jakoś tak chyba mniej praktycznie. Fakt. Nie miało powietrznych korytarzy. Potem kompletnie się zablokował. Kpiąc z dedukcji sympatycznych, islandzkich wulkanologów, długo i ciężko milczał. Beznadziejnie, jak się zdawało. Aż ostatnio nagle coś wykrztusił, na tyle skutecznie zresztą, żeby w fazie ewidentnej ekspansji a.e. zmaltretować nas poważną symulacją - tak to drzewiej ludkowie bywało! - i uziemić nas całkiem dosłownie. Obciąć skrzydła. Efekt w skali egocentrycznej? Mój zasadniczo drożny i regularnie eksploatowany, zaokienny i w pełni przyswojony (przeze mnie) korytarz powietrzny, w którym kotłowało się na co dzień mocno, ale zawsze wg rozkładu (cóż, nie żarty, lotnisko blisko), hokus-pokus-się-uabstrakcyjnił. Zniknął. Mam za oknem hebanowego niemowę, który nawet czeluści nie ma za plecami, ponieważ jest bezkształtny, nie ma czoła i nie ma barków, szerokości i głębokości. Teraz wiem, jak w czasach p.a.e. wyglądało z tego miejsca nocne niebo. Może nieźle, ale zgrzyta mi ten zaokienny brak (i trajektorii, i świateł, i silnikowego pomruku). Aaa, śpij Eyjafjoellu.
*********************************************************
Rozwinięcie skrótów (na wszelki wypadek):
p.a.e. - przed awiacyjną erą
a.e. - awiacyjna era
*********************************************************
Ten poprzedni raz, gdy zagadał, stał się - to znaczy dokonał - jeszcze w erze przedawiacyjnej (p.a.e.), kiedy takie zjawisko, jak niebo, obchodziło miejscową ludzkość (już dwunożną) jakoś tak chyba mniej praktycznie. Fakt. Nie miało powietrznych korytarzy. Potem kompletnie się zablokował. Kpiąc z dedukcji sympatycznych, islandzkich wulkanologów, długo i ciężko milczał. Beznadziejnie, jak się zdawało. Aż ostatnio nagle coś wykrztusił, na tyle skutecznie zresztą, żeby w fazie ewidentnej ekspansji a.e. zmaltretować nas poważną symulacją - tak to drzewiej ludkowie bywało! - i uziemić nas całkiem dosłownie. Obciąć skrzydła. Efekt w skali egocentrycznej? Mój zasadniczo drożny i regularnie eksploatowany, zaokienny i w pełni przyswojony (przeze mnie) korytarz powietrzny, w którym kotłowało się na co dzień mocno, ale zawsze wg rozkładu (cóż, nie żarty, lotnisko blisko), hokus-pokus-się-uabstrakcyjnił. Zniknął. Mam za oknem hebanowego niemowę, który nawet czeluści nie ma za plecami, ponieważ jest bezkształtny, nie ma czoła i nie ma barków, szerokości i głębokości. Teraz wiem, jak w czasach p.a.e. wyglądało z tego miejsca nocne niebo. Może nieźle, ale zgrzyta mi ten zaokienny brak (i trajektorii, i świateł, i silnikowego pomruku). Aaa, śpij Eyjafjoellu.
*********************************************************
Rozwinięcie skrótów (na wszelki wypadek):
p.a.e. - przed awiacyjną erą
a.e. - awiacyjna era
*********************************************************
niedziela, 28 marca 2010
Niewydarzona historia
*********************************************************
Ta historia nigdy się nie zdarzyła. Ona w ogóle nie jest historią (w tradycyjnym sensie tego słowa). Po co zatem zawracać sobie nią głowę? A jednak... Jest w końcu paru specjalistów od takich przyczynowo-skutkowych "nie-ciągów" (nie-wydarzonych w dodatku) - żywych splotów NIEMOŻNOŚCI, żarłocznie eskalujących - którzy prowadzą swoich bohaterów przez wyzywający BRAK "fizycznego", fabularnego "dziania się", wskutek czego NIC nie może się między nimi wydarzyć, włącznie z brakiem szansy na jakikolwiek konkretny finał (np. śmierć rozumianą jako definitywny KONIEC czegoś). Skazani na nieustanne zawieszenie, w którą stronę by się nie obrócili, zderzają się z wszechobecnym NIC ("więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata, / by powrócić na ziemię - lecz nie było już świata" itd., jako ilustracja;).
Po co cały ten wstęp? Żeby ostrzec. Mam dziś w głowie mocno nie-wydarzoną historię. Taką:
Hop-hop-hop... piłeczka podskakiwała coraz drobniej, żeby wreszcie wyrównać ruchy i przejść w płynne turlanie się po chodniku. Kilka osób widziało piłeczkę, ale mała Ludzieńka nie. Stała z głową zadartą do nieba, jak oskalpowany z kapelusza grzyb. Kto wie zresztą, czy jej półtrampki nie wrosły już ździebko w ziemię. Tkwiła tak nieporuszona, gdy poczuła w pewnym momencie, że coś lekko podcina jej łydki. I łaskocze, nie dając spokoju. - Co to może być? - Ludzieńka wprawdzie zadała sobie w duchu to pytanie, nie sądźcie jednak, że zamierzała wykonać w związku z tym jakiś rozumny ruch. Gałką oczną na przykład. W dół. Żeby stwierdzić po prostu, co się dzieje. Nie, Ludzieńka bała się opuścić wzrok. Łaskotanie jednak nie ustawało. - Może to kotek - myślała - albo jakaś kępka traw. Albo... Nie, nie wierzę, żeby to była piłeczka. Fajna, skoczna, kolorowa. Piłki nie zatrzymują się ot tak, u czyichś stóp. Piłki w ogóle się nie zatrzymują, ponieważ - jak wiadomo - są doskonale okrągłe, przez co tkwią w nieustającym skręcie. No chyba że natrafią na jakiś opór (równie euklidesowy;). A więc jednak jest to możliwe. Dobra, ale kto w takim razie... Nie zdążyła zapytać o sprawcę (ktoś tę piłkę musiał pchnąć, czyż nie?), gdyż usłyszała wyraźnie znajome szczekanie psa. Coraz bliżej. Pieska. Suni właściwie, drobnej Psotki, dręczonej kiedyś przez jakiegoś ciężkiego psychopatę, potem wybawionej z azylu przez rezolutną pańcię, z którą Ludzieńka gada od czasu do czasu. Co tam piłka (bo to chyba piłka)... - Cześć, Psotuniu, cześć słonko, cześć piesku - Ludzieńka schyla się do małej psinki, która ma w oczach potężny smutek. Powalający, heroiczny. Smutek całego świata, którego istnienie nie ma żadnego uzasadnienia. Smutek tego wszystkiego. - Więc to tak - pomyślała Ludzieńka. - Jak? - dopytał się głos, którego nigdy wcześniej nie słyszała. Nieoczekiwanie wydało jej się, że to głos gościa od piłki. Właśnie!
- Czekaj, Psotuniu, kolorową piłeczkę mam dla ciebie, hej, uwaga, bo zaraz rzucę.... I Ludzieńka rozejrzała się starannie - w dół, na boki, w prawo i w lewo. Przy jej łydkach nie było żadnej piłeczki.
*********************************************************
Ta historia nigdy się nie zdarzyła. Ona w ogóle nie jest historią (w tradycyjnym sensie tego słowa). Po co zatem zawracać sobie nią głowę? A jednak... Jest w końcu paru specjalistów od takich przyczynowo-skutkowych "nie-ciągów" (nie-wydarzonych w dodatku) - żywych splotów NIEMOŻNOŚCI, żarłocznie eskalujących - którzy prowadzą swoich bohaterów przez wyzywający BRAK "fizycznego", fabularnego "dziania się", wskutek czego NIC nie może się między nimi wydarzyć, włącznie z brakiem szansy na jakikolwiek konkretny finał (np. śmierć rozumianą jako definitywny KONIEC czegoś). Skazani na nieustanne zawieszenie, w którą stronę by się nie obrócili, zderzają się z wszechobecnym NIC ("więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata, / by powrócić na ziemię - lecz nie było już świata" itd., jako ilustracja;).
Po co cały ten wstęp? Żeby ostrzec. Mam dziś w głowie mocno nie-wydarzoną historię. Taką:
Hop-hop-hop... piłeczka podskakiwała coraz drobniej, żeby wreszcie wyrównać ruchy i przejść w płynne turlanie się po chodniku. Kilka osób widziało piłeczkę, ale mała Ludzieńka nie. Stała z głową zadartą do nieba, jak oskalpowany z kapelusza grzyb. Kto wie zresztą, czy jej półtrampki nie wrosły już ździebko w ziemię. Tkwiła tak nieporuszona, gdy poczuła w pewnym momencie, że coś lekko podcina jej łydki. I łaskocze, nie dając spokoju. - Co to może być? - Ludzieńka wprawdzie zadała sobie w duchu to pytanie, nie sądźcie jednak, że zamierzała wykonać w związku z tym jakiś rozumny ruch. Gałką oczną na przykład. W dół. Żeby stwierdzić po prostu, co się dzieje. Nie, Ludzieńka bała się opuścić wzrok. Łaskotanie jednak nie ustawało. - Może to kotek - myślała - albo jakaś kępka traw. Albo... Nie, nie wierzę, żeby to była piłeczka. Fajna, skoczna, kolorowa. Piłki nie zatrzymują się ot tak, u czyichś stóp. Piłki w ogóle się nie zatrzymują, ponieważ - jak wiadomo - są doskonale okrągłe, przez co tkwią w nieustającym skręcie. No chyba że natrafią na jakiś opór (równie euklidesowy;). A więc jednak jest to możliwe. Dobra, ale kto w takim razie... Nie zdążyła zapytać o sprawcę (ktoś tę piłkę musiał pchnąć, czyż nie?), gdyż usłyszała wyraźnie znajome szczekanie psa. Coraz bliżej. Pieska. Suni właściwie, drobnej Psotki, dręczonej kiedyś przez jakiegoś ciężkiego psychopatę, potem wybawionej z azylu przez rezolutną pańcię, z którą Ludzieńka gada od czasu do czasu. Co tam piłka (bo to chyba piłka)... - Cześć, Psotuniu, cześć słonko, cześć piesku - Ludzieńka schyla się do małej psinki, która ma w oczach potężny smutek. Powalający, heroiczny. Smutek całego świata, którego istnienie nie ma żadnego uzasadnienia. Smutek tego wszystkiego. - Więc to tak - pomyślała Ludzieńka. - Jak? - dopytał się głos, którego nigdy wcześniej nie słyszała. Nieoczekiwanie wydało jej się, że to głos gościa od piłki. Właśnie!
- Czekaj, Psotuniu, kolorową piłeczkę mam dla ciebie, hej, uwaga, bo zaraz rzucę.... I Ludzieńka rozejrzała się starannie - w dół, na boki, w prawo i w lewo. Przy jej łydkach nie było żadnej piłeczki.
*********************************************************
niedziela, 14 marca 2010
Bez mitu i apetytu
*********************************************************
Nie wątpiłam, że Slavoj Žižek wykorzysta skwapliwie okazję i rozkoduje Jamesa Camerona po swojemu, odkrywając w jego "Avatarze", owinięte sprytnie w bawełnę, czysto rasistowskie treści. Wg Žižka, Cameron wskrzesza w tym filmie (trochę sklerotycznie) obciachowy, konserwatywny, (neo)kolonialny mit - mit dobrego białego człowieka, który wielkodusznie i wspaniałomyślnie ratuje z opresji biednych, zagrożonych autochtonów na obcym lądzie. Daje tym samym widzowi następujący podskórny przekaz: "Tylko biały może zapewnić tubylcom zwycięstwo i tylko on zasługuje na to, by poślubić księżniczkę. (...) Avatar oznacza cofnięcie się do naiwnych, kolonialnych narracji, które od dawna wydawały się już spoczywać w lamusie zachodniej kultury. Sympatia dla odmienności i 'natury' po raz kolejny okazuje się podszyta fantazjami o triumfie Zachodu." Žižek zasiadł do tego "zachodniego" dania ze swoimi zwykłymi sztućcami: demaskacją (szpikulco-widelec) i kompromitacją (nóż - fiński - z mocno zakrzywionym ostrzem) i - jak zawsze - pożarł je w całości, mimo braku apetytu (wręcz z awersją), z prostego socjologicznego obowiązku. Czy kogoś zaskoczył? Nie wiem.
Ale za to nabieram pewności (coraz bardziej), że w tym całym przestronnym kosmosie to my raczej jesteśmy sami. Z bardzo prostego powodu, oczywiście - drugiej takiej zaburzonej planety, stanowiącej realne zagrożenie przede wszystkim dla siebie samej (gdzie tu sens?!), wszechświat po prostu by nie zniósł. Zastanawiam się, czy to w ogóle jest możliwe do ogarnięcia przez średnio wrażliwy umysł - że galeria ludzkich zachowań jest w realu aż tak horrendalna, aż tak absurdalnie różnorodna, kosmicznie biegunowa, mieszcząca w sobie fakty, które logicznie po prostu się wykluczają, a jednak zachodzą na co dzień i równocześnie, jak ziemia długa i szeroka? Ktoś osiąga wyżyny tzw. ludzkich możliwości (np. tworzy coś na kształt Ich habe genug Bacha;), a w tej samej minucie przedstawiciel tego samego gatunku (czasem nawet ta sama osoba), wyposażony w taki sam ludzki potencjał, zarzyna swojego brata lub popełnia jakieś inne wyrafinowane, plugawe draństwo.
Oczywiście pytam retorycznie. Na odpowiedź nie liczę bynajmniej. Niech mi tylko nikt nie wmawia radośnie, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Brrr. Jest multum rzeczy, na próbowanie których nie mam najmniejszej ochoty. Życie to sztuka wyboru. I szlus.
*********************************************************
Nie wątpiłam, że Slavoj Žižek wykorzysta skwapliwie okazję i rozkoduje Jamesa Camerona po swojemu, odkrywając w jego "Avatarze", owinięte sprytnie w bawełnę, czysto rasistowskie treści. Wg Žižka, Cameron wskrzesza w tym filmie (trochę sklerotycznie) obciachowy, konserwatywny, (neo)kolonialny mit - mit dobrego białego człowieka, który wielkodusznie i wspaniałomyślnie ratuje z opresji biednych, zagrożonych autochtonów na obcym lądzie. Daje tym samym widzowi następujący podskórny przekaz: "Tylko biały może zapewnić tubylcom zwycięstwo i tylko on zasługuje na to, by poślubić księżniczkę. (...) Avatar oznacza cofnięcie się do naiwnych, kolonialnych narracji, które od dawna wydawały się już spoczywać w lamusie zachodniej kultury. Sympatia dla odmienności i 'natury' po raz kolejny okazuje się podszyta fantazjami o triumfie Zachodu." Žižek zasiadł do tego "zachodniego" dania ze swoimi zwykłymi sztućcami: demaskacją (szpikulco-widelec) i kompromitacją (nóż - fiński - z mocno zakrzywionym ostrzem) i - jak zawsze - pożarł je w całości, mimo braku apetytu (wręcz z awersją), z prostego socjologicznego obowiązku. Czy kogoś zaskoczył? Nie wiem.
Ale za to nabieram pewności (coraz bardziej), że w tym całym przestronnym kosmosie to my raczej jesteśmy sami. Z bardzo prostego powodu, oczywiście - drugiej takiej zaburzonej planety, stanowiącej realne zagrożenie przede wszystkim dla siebie samej (gdzie tu sens?!), wszechświat po prostu by nie zniósł. Zastanawiam się, czy to w ogóle jest możliwe do ogarnięcia przez średnio wrażliwy umysł - że galeria ludzkich zachowań jest w realu aż tak horrendalna, aż tak absurdalnie różnorodna, kosmicznie biegunowa, mieszcząca w sobie fakty, które logicznie po prostu się wykluczają, a jednak zachodzą na co dzień i równocześnie, jak ziemia długa i szeroka? Ktoś osiąga wyżyny tzw. ludzkich możliwości (np. tworzy coś na kształt Ich habe genug Bacha;), a w tej samej minucie przedstawiciel tego samego gatunku (czasem nawet ta sama osoba), wyposażony w taki sam ludzki potencjał, zarzyna swojego brata lub popełnia jakieś inne wyrafinowane, plugawe draństwo.
Oczywiście pytam retorycznie. Na odpowiedź nie liczę bynajmniej. Niech mi tylko nikt nie wmawia radośnie, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Brrr. Jest multum rzeczy, na próbowanie których nie mam najmniejszej ochoty. Życie to sztuka wyboru. I szlus.
*********************************************************
niedziela, 7 marca 2010
Miazga miast mózgu
*********************************************************
Co było na początku? I czyj duch unosił się nad wodami?
Jak sądzisz, czytelniczko/czytelniku? Dopisz pierwsze zdanie historii, której ciąg dalszy brzmi tak:
potem wody stopniowo wyschły, a przerażony duch pomknął żwawo tam, gdzie pieprz rośnie. Poszybował, jak nakłuty balon. Mało zwiewnie. I nie tylko z powodu prostackich warknięć ("- Te, duch, mówię ci, spadaj!"), ale także z powodu globalnej zmiany klimatu. W taki sposób zamknęła się przestrzeń.
Na szczęście to nie jest moja bajka. Więc daruję sobie resztę fabuły, morał też (a nawet przede wszystkim).
Moja bajka zresztą - taka na dziś - musiałaby zacząć się jeszcze gorzej (tyle że w jednostkowym wymiarze, to już coś). A konkretnie? Chyba jakoś tak:
z przerażeniem patrzyła na bezkształtną, zmętniałą masę, która jeszcze całkiem niedawno była sprawnie działającym mózgiem. Jej mózgiem. Czy mogła przypuszczać, że zawiesi się na takiej kwestii? I że bez ostrzeżenia przejdzie sobie zdradziecko w drętwy, żmudny tryb awaryjny, w którym wprawdzie rejestruje co trzeba, ale o jakimkolwiek przetwarzaniu - choćby najprostszym - nie ma nawet co marzyć? Cóż dopiero o złożonej analizie... Wiedziała, że w takim stanie jest skazana na abstrakcyjny niebyt i że musi rozwiązać ten problem.
Kwestia dalszych perypetii bohaterki jest oczywiście otwarta, ale wiadomo, jak ta bajka powinna się skończyć. Albo skończy się szczęśliwym odwieszeniem, albo przestanie być bajką.
W każdym razie pozostaję z nadzieją na opowiedzenie jej do końca.
A wobec ogólnego niedowładu, wrzucam kotka - zdjętego lustrzanką - na kontemplacyjny żer (w funkcji niepokornej filozofki ma się rozumieć, prawdziwie nieoswajalnej;):
Co było na początku? I czyj duch unosił się nad wodami?
Jak sądzisz, czytelniczko/czytelniku? Dopisz pierwsze zdanie historii, której ciąg dalszy brzmi tak:
potem wody stopniowo wyschły, a przerażony duch pomknął żwawo tam, gdzie pieprz rośnie. Poszybował, jak nakłuty balon. Mało zwiewnie. I nie tylko z powodu prostackich warknięć ("- Te, duch, mówię ci, spadaj!"), ale także z powodu globalnej zmiany klimatu. W taki sposób zamknęła się przestrzeń.
Na szczęście to nie jest moja bajka. Więc daruję sobie resztę fabuły, morał też (a nawet przede wszystkim).
Moja bajka zresztą - taka na dziś - musiałaby zacząć się jeszcze gorzej (tyle że w jednostkowym wymiarze, to już coś). A konkretnie? Chyba jakoś tak:
z przerażeniem patrzyła na bezkształtną, zmętniałą masę, która jeszcze całkiem niedawno była sprawnie działającym mózgiem. Jej mózgiem. Czy mogła przypuszczać, że zawiesi się na takiej kwestii? I że bez ostrzeżenia przejdzie sobie zdradziecko w drętwy, żmudny tryb awaryjny, w którym wprawdzie rejestruje co trzeba, ale o jakimkolwiek przetwarzaniu - choćby najprostszym - nie ma nawet co marzyć? Cóż dopiero o złożonej analizie... Wiedziała, że w takim stanie jest skazana na abstrakcyjny niebyt i że musi rozwiązać ten problem.
Kwestia dalszych perypetii bohaterki jest oczywiście otwarta, ale wiadomo, jak ta bajka powinna się skończyć. Albo skończy się szczęśliwym odwieszeniem, albo przestanie być bajką.
W każdym razie pozostaję z nadzieją na opowiedzenie jej do końca.
A wobec ogólnego niedowładu, wrzucam kotka - zdjętego lustrzanką - na kontemplacyjny żer (w funkcji niepokornej filozofki ma się rozumieć, prawdziwie nieoswajalnej;):
niedziela, 21 lutego 2010
Radykalnie i niedialogowo
*********************************************************
- Słuchaj, dzieweczko!
Ona nie słucha.
No właśnie. Wygląda na to, że dzieweczka (nie zważając na życzliwy tłum oraz namolnie "dialogowego" okularnika) marzy o "anihilacji" doskonałej. Zdecydowanie chce podążyć za swym zdematerializowanym Jasieńkiem. Czy nie byłoby zatem humanitarnie ze strony altruistycznej gawiedzi, gdyby w tej sytuacji zaoferowała jej np. darmowy stos? Wraz z czynnością spalenia oczywiście. Ful serwis i w biały dzień, pełen pakiet. Wszystko wskazuje na to, że dzieweczka byłaby tłumowi bardzo wdzięczna. Niestety, nie załapała się już na malownicze stosowe czasy. Czego (dużo bardziej niestety - szkoda, że "niestety" stopniuje się tak niemrawo!) nie można powiedzieć o całej masie innych radykalnych i "niedialogowych" dzieweczek, jak również postaci męskich, które w głębszej przeszłości nie bardzo miały ochotę na nierówne negocjacje (z wszelkimi "monopolistami") w różnych światopoglądowych kwestiach. Śmiem twierdzić, że ta dzieweczka miałaby w chwili śmierci nerwy spięte zupełnie inaczej niż na przykład Giordano Bruno. Tak to sobie wyobrażam.
Pomyślałam o "białym dniu i miasteczku", i o rynku, i stosie na rynku z powodu M. Kopernika, który przewinął mi się ostatnio przed oczami w formie niusa (chodziło o jego szczątki). Przez sekundę znowu poczułam smak własnego, dziecięcego zdziwienia, gdy przeczytałam po raz pierwszy o G. B. (kojarzy się z Kopernikiem): że wszedł dobrowolnie na stos, ponieważ nie chciał udać, że nic się nie zmieniło, nie stało. Potwierdził lub dokonał odkryć dosłownie kosmicznych, ontologicznych niemalże. Których osobiście był pewien. I zaprzeczano temu w żywe oczy. A jednocześnie, tak naprawdę i w tamtej chwili, z perspektywy przeciętnego zjadacza chleba, czy cokolwiek uległo zmianie? Dlatego, że helio-, nie geo-? Czy z perspektywy statystycznego Ziemianina (=perspektywy współczesnych mediów) znacznie większą sensacją nie byłoby odkrycie, że - powiedzmy - takie danonki radykalnie (i niedialogowo;) przyspieszają osteoporozę i że zażeranie się nimi, zwłaszcza przez dzieci, grozi szybkim i trwałym kalectwem? Jak widać, kwestia perspektywy bywa naprawdę zasadnicza.
Tak czy siak: idea albo śmierć?? Brrr. Wyjątkowo podła alternatywa.
Dodam jeszcze - a propos kontrowersyjnych samobójców: bardzo podoba mi się wersja ewangelii, opowiadająca, że Judasz był Jezusowi najbliższy spośród apostołów, ponieważ był z nich najodważniejszy. I jako taki zresztą, szybko pozbył się też swego ciała.
*********************************************************
- Słuchaj, dzieweczko!
Ona nie słucha.
No właśnie. Wygląda na to, że dzieweczka (nie zważając na życzliwy tłum oraz namolnie "dialogowego" okularnika) marzy o "anihilacji" doskonałej. Zdecydowanie chce podążyć za swym zdematerializowanym Jasieńkiem. Czy nie byłoby zatem humanitarnie ze strony altruistycznej gawiedzi, gdyby w tej sytuacji zaoferowała jej np. darmowy stos? Wraz z czynnością spalenia oczywiście. Ful serwis i w biały dzień, pełen pakiet. Wszystko wskazuje na to, że dzieweczka byłaby tłumowi bardzo wdzięczna. Niestety, nie załapała się już na malownicze stosowe czasy. Czego (dużo bardziej niestety - szkoda, że "niestety" stopniuje się tak niemrawo!) nie można powiedzieć o całej masie innych radykalnych i "niedialogowych" dzieweczek, jak również postaci męskich, które w głębszej przeszłości nie bardzo miały ochotę na nierówne negocjacje (z wszelkimi "monopolistami") w różnych światopoglądowych kwestiach. Śmiem twierdzić, że ta dzieweczka miałaby w chwili śmierci nerwy spięte zupełnie inaczej niż na przykład Giordano Bruno. Tak to sobie wyobrażam.
Pomyślałam o "białym dniu i miasteczku", i o rynku, i stosie na rynku z powodu M. Kopernika, który przewinął mi się ostatnio przed oczami w formie niusa (chodziło o jego szczątki). Przez sekundę znowu poczułam smak własnego, dziecięcego zdziwienia, gdy przeczytałam po raz pierwszy o G. B. (kojarzy się z Kopernikiem): że wszedł dobrowolnie na stos, ponieważ nie chciał udać, że nic się nie zmieniło, nie stało. Potwierdził lub dokonał odkryć dosłownie kosmicznych, ontologicznych niemalże. Których osobiście był pewien. I zaprzeczano temu w żywe oczy. A jednocześnie, tak naprawdę i w tamtej chwili, z perspektywy przeciętnego zjadacza chleba, czy cokolwiek uległo zmianie? Dlatego, że helio-, nie geo-? Czy z perspektywy statystycznego Ziemianina (=perspektywy współczesnych mediów) znacznie większą sensacją nie byłoby odkrycie, że - powiedzmy - takie danonki radykalnie (i niedialogowo;) przyspieszają osteoporozę i że zażeranie się nimi, zwłaszcza przez dzieci, grozi szybkim i trwałym kalectwem? Jak widać, kwestia perspektywy bywa naprawdę zasadnicza.
Tak czy siak: idea albo śmierć?? Brrr. Wyjątkowo podła alternatywa.
Dodam jeszcze - a propos kontrowersyjnych samobójców: bardzo podoba mi się wersja ewangelii, opowiadająca, że Judasz był Jezusowi najbliższy spośród apostołów, ponieważ był z nich najodważniejszy. I jako taki zresztą, szybko pozbył się też swego ciała.
*********************************************************
niedziela, 31 stycznia 2010
Sztywny gołąb niepokoju
*********************************************************
O tym, że Olga Tokarczuk lubi "Lalkę" Bolesława Prusa i że fascynuje ją postać Wokulskiego (co mnie zresztą wcale nie dziwi), wiem od dawna. A dokładnie - od kiedy przeczytałam jej esej pt. "Lalka i perła". To bardzo ciekawy tekst, a przypomniał mi się, o dziwo, w trakcie czytania jej najnowszej (i doskonałej) książki pt. "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Jest tam taki charakterystyczny kawałek, gdy główna bohaterka doświadcza czegoś, co można by określić jako stan wszechogarniającej, egzystencjalnej empatii, a co sama opisuje tak:
"Czułam się do głębi poruszona tą ludzką krzątaniną. (...) Stanęłam na pochyłym rynku i powoli zalało mnie potężne poczucie wspólnoty z przechodniami. Każdy był bratem i każda - siostrą. Byliśmy tak do siebie podobni. Kruchutcy, nietrwali, podatni na zniszczenie. Kręciliśmy się ufnie pod niebem, z którego nie czekało nas nic dobrego. Wiosna jest tylko krótkim interludium, za nią postępują potężne wojska śmierci."
Nie wątpię, że duch Bolesława Prusa unosi się nad każdą dobrze napisaną prozą - wyżej lub niżej - ale w tym momencie z całą pewnością stał się ponownie ciałem, to jest słowem w zasadzie (w pierwszym rzucie, bo "ucieleśnia" przecież dopiero wyobraźnia odbiorcy). Żeby się o tym przekonać, trzeba zajrzeć do pierwowzoru. Mam na myśli "Lalkę" oczywiście, gdzie Wokulski przeżywa podobne doświadczenie ("doświadczenie wspólnoty w cierpieniu", jak je określa Tokarczuk w "Lalce i perle" właśnie), które Prus opisuje tak:
"[i zawładnęło nim] współczucie powszechne, ogarniające wszystko - ludzi, zwierzęta, nawet przedmioty, które nazywają martwymi... Przybył mu jakby nowy zmysł. Każdy obdarty człowiek wydawał mu się istotą wołającą o ratunek, tym głośniej, że nic nie mówił, tylko rzucał trwożliwe spojrzenia. (..) I przypomniał sobie całe szeregi ludzi obdartych, mizernych, a szukających pomocy. Czuł zmęczenie koni ciągnących wielkie wozy i ból ich karków tartych do krwi przez chomąto. Czuł obawę psa, który szczekał na ulicy, zgubiwszy swego pana i rozpacz suki. Bolały go drzewa obdarte z kory..."
I tak dalej. Ciarki przechodzą.
Tym sposobem Janina Duszejko (bohaterka "Prowadź swój pług...") wstąpiła definitywnie w zacne szeregi weltschmerzowców o wyższych tęsknotach spod znaku Wokulskiego. I - jak przystało na dużą prozę - odbyło się to dotkliwie i wiarygodnie.
Jeszcze jeden był moment ostatnio, gdy ten "weltschmerz" mi się przypomniał. O pewnym alaskańskim (czyt. ciemnym i mroźnym) poranku do tramwaju wsiadło dwóch koleżków, którzy mieli chyba ciężką noc. Czerwoni na gębach. Z jakimś dobytkiem w wielkich siatach. Jeden z nich nie mógł opanować nerwowych tików, które co rusz wstrząsały nim pod kurtką. Z rozmowy wynikało, że popadli w jakieś tarapaty. Nagle młodszy wyjął z siatki gołębia (gołębicę, jak się okazało).
- Masz - powiedział. - Ta jest najlepsza. I podleczona. Możesz se ją wziąć. Mnie już na niczym nie zależy.
Gołąbeczka (mała, biała, oczy jak paciorki) była na pewno żywa, choć zupełnie znieruchomiała. Drugi obejrzał ją dokładnie, podrygując przy tym od tików, po czym wsadził ją do swojej torby, którą zasunął. Coś wymamrotał, że odda, że ma jakiś papier... Potem siedzieli, milcząc, tylko ten drugi miotał się ciągle groteskowo. Rozluźnienie węzła szalika oczywiście mi nie pomogło.
*********************************************************
O tym, że Olga Tokarczuk lubi "Lalkę" Bolesława Prusa i że fascynuje ją postać Wokulskiego (co mnie zresztą wcale nie dziwi), wiem od dawna. A dokładnie - od kiedy przeczytałam jej esej pt. "Lalka i perła". To bardzo ciekawy tekst, a przypomniał mi się, o dziwo, w trakcie czytania jej najnowszej (i doskonałej) książki pt. "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Jest tam taki charakterystyczny kawałek, gdy główna bohaterka doświadcza czegoś, co można by określić jako stan wszechogarniającej, egzystencjalnej empatii, a co sama opisuje tak:
"Czułam się do głębi poruszona tą ludzką krzątaniną. (...) Stanęłam na pochyłym rynku i powoli zalało mnie potężne poczucie wspólnoty z przechodniami. Każdy był bratem i każda - siostrą. Byliśmy tak do siebie podobni. Kruchutcy, nietrwali, podatni na zniszczenie. Kręciliśmy się ufnie pod niebem, z którego nie czekało nas nic dobrego. Wiosna jest tylko krótkim interludium, za nią postępują potężne wojska śmierci."
Nie wątpię, że duch Bolesława Prusa unosi się nad każdą dobrze napisaną prozą - wyżej lub niżej - ale w tym momencie z całą pewnością stał się ponownie ciałem, to jest słowem w zasadzie (w pierwszym rzucie, bo "ucieleśnia" przecież dopiero wyobraźnia odbiorcy). Żeby się o tym przekonać, trzeba zajrzeć do pierwowzoru. Mam na myśli "Lalkę" oczywiście, gdzie Wokulski przeżywa podobne doświadczenie ("doświadczenie wspólnoty w cierpieniu", jak je określa Tokarczuk w "Lalce i perle" właśnie), które Prus opisuje tak:
"[i zawładnęło nim] współczucie powszechne, ogarniające wszystko - ludzi, zwierzęta, nawet przedmioty, które nazywają martwymi... Przybył mu jakby nowy zmysł. Każdy obdarty człowiek wydawał mu się istotą wołającą o ratunek, tym głośniej, że nic nie mówił, tylko rzucał trwożliwe spojrzenia. (..) I przypomniał sobie całe szeregi ludzi obdartych, mizernych, a szukających pomocy. Czuł zmęczenie koni ciągnących wielkie wozy i ból ich karków tartych do krwi przez chomąto. Czuł obawę psa, który szczekał na ulicy, zgubiwszy swego pana i rozpacz suki. Bolały go drzewa obdarte z kory..."
I tak dalej. Ciarki przechodzą.
Tym sposobem Janina Duszejko (bohaterka "Prowadź swój pług...") wstąpiła definitywnie w zacne szeregi weltschmerzowców o wyższych tęsknotach spod znaku Wokulskiego. I - jak przystało na dużą prozę - odbyło się to dotkliwie i wiarygodnie.
Jeszcze jeden był moment ostatnio, gdy ten "weltschmerz" mi się przypomniał. O pewnym alaskańskim (czyt. ciemnym i mroźnym) poranku do tramwaju wsiadło dwóch koleżków, którzy mieli chyba ciężką noc. Czerwoni na gębach. Z jakimś dobytkiem w wielkich siatach. Jeden z nich nie mógł opanować nerwowych tików, które co rusz wstrząsały nim pod kurtką. Z rozmowy wynikało, że popadli w jakieś tarapaty. Nagle młodszy wyjął z siatki gołębia (gołębicę, jak się okazało).
- Masz - powiedział. - Ta jest najlepsza. I podleczona. Możesz se ją wziąć. Mnie już na niczym nie zależy.
Gołąbeczka (mała, biała, oczy jak paciorki) była na pewno żywa, choć zupełnie znieruchomiała. Drugi obejrzał ją dokładnie, podrygując przy tym od tików, po czym wsadził ją do swojej torby, którą zasunął. Coś wymamrotał, że odda, że ma jakiś papier... Potem siedzieli, milcząc, tylko ten drugi miotał się ciągle groteskowo. Rozluźnienie węzła szalika oczywiście mi nie pomogło.
*********************************************************
środa, 27 stycznia 2010
W szponach interpretacji
*********************************************************
A Dziadkowi (nie mojemu dziadkowi, przygodnemu, między którym jednak - a mną - pod wpływem pewnych okoliczności zawiązała się wyraźna nić, i nie zamierzam jej zrywać, a Dziadzio to już na pewno nie), no więc temu Dziadkowi zamarzyła się dziś krakowska sucha.
Akurat skończyłam czytać o piekle interpretacji, "na którą jesteśmy skazani" (to PRAWDA), choć "marzymy o wyjściu poza nią, ku utraconej pełni sensu" (ba!), gdy - wysiadłszy z tramwaju - prawie potknęłam się o Dziadka. Jak zwykle mnie skomplementował, obcałowując przy tym obficie, po czym przeszliśmy do konkretów, czyli do precyzowania jego aktualnych potrzeb prowiantowych. I tu Dziadzio wykazał się fenomenalną intuicją (nie pierwszy raz zresztą) - jakby wyczuł, że dziś nie może dobić mnie żadną, nawet najmniejszą kombinatoryką (chyba to, ale może jednak nie, bo raczej tamto...), pod wpływem której dojdę do wniosku, że i tak go przecież nie uszczęśliwię. No więc nie kombinował tym razem, tylko wypalił prosto:
- Taki mam smak na krakowską suchą, że aż mi się śniła.
Nam się wydaje – w pierwszym odruchu, i to jest idiotyczne - że takim gościom jak Dziadek chce się po prostu jeść, bez rozróżnienia na smaki (tak jest w przypadkach ekstremalnych). Ale Dziadek już mnie w tej kwestii wyedukował. Nie samym chlebem żyje człowiek (i drożdżówkami). Więc już się nie wygłupiam z przekładaniem własnych wyobrażeń (i gustów) na smaki ludzi, którym (bez łaski) proponuję mały poczęstunek. Wypada jednak zapytać, na co mieliby ochotę.
Sklep był na szczęście obok. Zostawiłam Dziadka z cieniem podejrzliwości w oczach (czy ta sucha aby na pewno nie spartaczona, bo to teraz, panie, badziew taki do kiełbasy pchają...), ale też podekscytowanego, że zaraz dokona degustacji. I będzie mógł interpretować.
*********************************************************
A Dziadkowi (nie mojemu dziadkowi, przygodnemu, między którym jednak - a mną - pod wpływem pewnych okoliczności zawiązała się wyraźna nić, i nie zamierzam jej zrywać, a Dziadzio to już na pewno nie), no więc temu Dziadkowi zamarzyła się dziś krakowska sucha.
Akurat skończyłam czytać o piekle interpretacji, "na którą jesteśmy skazani" (to PRAWDA), choć "marzymy o wyjściu poza nią, ku utraconej pełni sensu" (ba!), gdy - wysiadłszy z tramwaju - prawie potknęłam się o Dziadka. Jak zwykle mnie skomplementował, obcałowując przy tym obficie, po czym przeszliśmy do konkretów, czyli do precyzowania jego aktualnych potrzeb prowiantowych. I tu Dziadzio wykazał się fenomenalną intuicją (nie pierwszy raz zresztą) - jakby wyczuł, że dziś nie może dobić mnie żadną, nawet najmniejszą kombinatoryką (chyba to, ale może jednak nie, bo raczej tamto...), pod wpływem której dojdę do wniosku, że i tak go przecież nie uszczęśliwię. No więc nie kombinował tym razem, tylko wypalił prosto:
- Taki mam smak na krakowską suchą, że aż mi się śniła.
Nam się wydaje – w pierwszym odruchu, i to jest idiotyczne - że takim gościom jak Dziadek chce się po prostu jeść, bez rozróżnienia na smaki (tak jest w przypadkach ekstremalnych). Ale Dziadek już mnie w tej kwestii wyedukował. Nie samym chlebem żyje człowiek (i drożdżówkami). Więc już się nie wygłupiam z przekładaniem własnych wyobrażeń (i gustów) na smaki ludzi, którym (bez łaski) proponuję mały poczęstunek. Wypada jednak zapytać, na co mieliby ochotę.
Sklep był na szczęście obok. Zostawiłam Dziadka z cieniem podejrzliwości w oczach (czy ta sucha aby na pewno nie spartaczona, bo to teraz, panie, badziew taki do kiełbasy pchają...), ale też podekscytowanego, że zaraz dokona degustacji. I będzie mógł interpretować.
*********************************************************
niedziela, 13 września 2009
Pokusa królowania
*********************************************************
W pierwszych słowach mojego wpisu chcę przypomnieć, że milczenie jest złotem, a nie niczym (w mianowniku kto?co? nic). Ale jeśli nicość nicuje (podobnie jak milczenie milczy), to dodam na wszelki wypadek, że jeszcze mnie nie przenicowała do spodu. Nadal potrafię podać czas, miejsce oraz nazwisko bohatera/bohaterki. Tyle że mam przewrotną pewność, iż zupełnie niczego to nie dowodzi.
Ze złotopochodnej materii, dysponuję jeszcze złotą myślą - jedną sztuką co prawda, ale własną, z życia i całkiem a propos powyższego. Brzmi ta myśl następująco: wszelki nadmiar wyjaławia na dłuższą metę. I dotyczy to nawet kasy. A cóż dopiero wysiłku wkładanego w jej zdobywanie! Jeśli ilość (nie jakość, waga itp!) pracy sprawia, że sam zakładasz sobie klapki, żeby cię świat nie dekoncentrował, to znaczy, że nie jest dobrze.
W odruchu kontestacji (hehe) tęsknię za Czarodziejską Górą. Wspinam się, biegnę, jestem. Przy każdej możliwej okazji. Tam mój bunt przybiera wprawdzie formę spekulatywnych negacji, ale czuję, że nie są jałowe. Nie jestem "żołnierzem" codzienności! (Czy jestem żołnierzem codzienności?) Mogę odmówić wykonania rozkazu! (Czy mogę odmówić wykonania rozkazu?) Co ryzykuję? Czy to, że w ferworze i przez pomyłkę (jestem cywilem!) zostanę przez życie rozstrzelana?
Historia z Czarodziejskiej Góry, do której nawiązuję i chcę, żeby było wiadomo, o co chodzi, ma się mniej więcej tak - w megaskrócie (nie wierzę, że się na to porywam!;):
Pewien młody inżynier okrętowy, który niedawno zaczął swoją zawodową karierę, postanowił któregoś dnia, że w ramach urlopu odwiedzi chorego kuzyna, przebywającego w uzdrowisku wysoko w Alpach. Wybrał się tam na 3 tygodnie, po których zamierzał wrócić do zawodowej praktyki, tak fortunnie rozpoczętej w prężnej firmie. Stało się jednak inaczej. Pomimo wstępnych deklaracji o konieczności rychłego powrotu na równinę, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, rozsmakował się w oddaleniu od realnego świata, którego doświadczył tam intensywnie. Przede wszystkim zaś rozsmakował się w tym, co sam określił jako "królowanie", mając na myśli intelektualny i emocjonalny komfort nieschodzenia z wyżyn abstrakcji, poruszania się wyłącznie w jej sferze, jak również oddawania się wysublimowanym i pięknym stanom uczuciowym, na które rzadko można sobie pozwolić w tzw. normalnym życiu, a które tam było codziennością. Rozsmakował się do tego stopnia, że z ochotą pozwolił wmówić sobie chorobę i pozostał tam w izolacji od świata (w celu leczenia) przez 7 następnych lat. Nie wiadomo, jak by się to skończyło, bo imperatyw życia (na równinie) stał się dla niego sprawą co najmniej trzeciorzędną (ściśle biorąc - marginesową), gdyby życie nie upomniało się o niego w krytycznej chwili w sposób bardzo dla siebie typowy, tj. nie przebierając w środkach - poprzez wzniecenie wojny w wymiarze aż "światowym". W wyniku takiego obrotu spraw, nasz inżynier prosto z alpejskich wyżyn trafił do zabłoconych, pełnych trupów okopów.
Słowem - wielki rozdźwięk i wielkie zderzenie. Gadka o niebie i o chlebie. Ale jaka!
A na równinie wrzesień. I zobaczymy, co będzie dalej. O najbliższej perspektywie trochę wiem: mały remont łazienki mnie czeka. Ale fuga i tak kojarzy mi się z Bachem:) A Bosch z Hieronimem.
*********************************************************
W pierwszych słowach mojego wpisu chcę przypomnieć, że milczenie jest złotem, a nie niczym (w mianowniku kto?co? nic). Ale jeśli nicość nicuje (podobnie jak milczenie milczy), to dodam na wszelki wypadek, że jeszcze mnie nie przenicowała do spodu. Nadal potrafię podać czas, miejsce oraz nazwisko bohatera/bohaterki. Tyle że mam przewrotną pewność, iż zupełnie niczego to nie dowodzi.
Ze złotopochodnej materii, dysponuję jeszcze złotą myślą - jedną sztuką co prawda, ale własną, z życia i całkiem a propos powyższego. Brzmi ta myśl następująco: wszelki nadmiar wyjaławia na dłuższą metę. I dotyczy to nawet kasy. A cóż dopiero wysiłku wkładanego w jej zdobywanie! Jeśli ilość (nie jakość, waga itp!) pracy sprawia, że sam zakładasz sobie klapki, żeby cię świat nie dekoncentrował, to znaczy, że nie jest dobrze.
W odruchu kontestacji (hehe) tęsknię za Czarodziejską Górą. Wspinam się, biegnę, jestem. Przy każdej możliwej okazji. Tam mój bunt przybiera wprawdzie formę spekulatywnych negacji, ale czuję, że nie są jałowe. Nie jestem "żołnierzem" codzienności! (Czy jestem żołnierzem codzienności?) Mogę odmówić wykonania rozkazu! (Czy mogę odmówić wykonania rozkazu?) Co ryzykuję? Czy to, że w ferworze i przez pomyłkę (jestem cywilem!) zostanę przez życie rozstrzelana?
Historia z Czarodziejskiej Góry, do której nawiązuję i chcę, żeby było wiadomo, o co chodzi, ma się mniej więcej tak - w megaskrócie (nie wierzę, że się na to porywam!;):
Pewien młody inżynier okrętowy, który niedawno zaczął swoją zawodową karierę, postanowił któregoś dnia, że w ramach urlopu odwiedzi chorego kuzyna, przebywającego w uzdrowisku wysoko w Alpach. Wybrał się tam na 3 tygodnie, po których zamierzał wrócić do zawodowej praktyki, tak fortunnie rozpoczętej w prężnej firmie. Stało się jednak inaczej. Pomimo wstępnych deklaracji o konieczności rychłego powrotu na równinę, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, rozsmakował się w oddaleniu od realnego świata, którego doświadczył tam intensywnie. Przede wszystkim zaś rozsmakował się w tym, co sam określił jako "królowanie", mając na myśli intelektualny i emocjonalny komfort nieschodzenia z wyżyn abstrakcji, poruszania się wyłącznie w jej sferze, jak również oddawania się wysublimowanym i pięknym stanom uczuciowym, na które rzadko można sobie pozwolić w tzw. normalnym życiu, a które tam było codziennością. Rozsmakował się do tego stopnia, że z ochotą pozwolił wmówić sobie chorobę i pozostał tam w izolacji od świata (w celu leczenia) przez 7 następnych lat. Nie wiadomo, jak by się to skończyło, bo imperatyw życia (na równinie) stał się dla niego sprawą co najmniej trzeciorzędną (ściśle biorąc - marginesową), gdyby życie nie upomniało się o niego w krytycznej chwili w sposób bardzo dla siebie typowy, tj. nie przebierając w środkach - poprzez wzniecenie wojny w wymiarze aż "światowym". W wyniku takiego obrotu spraw, nasz inżynier prosto z alpejskich wyżyn trafił do zabłoconych, pełnych trupów okopów.
Słowem - wielki rozdźwięk i wielkie zderzenie. Gadka o niebie i o chlebie. Ale jaka!
A na równinie wrzesień. I zobaczymy, co będzie dalej. O najbliższej perspektywie trochę wiem: mały remont łazienki mnie czeka. Ale fuga i tak kojarzy mi się z Bachem:) A Bosch z Hieronimem.
*********************************************************
czwartek, 3 września 2009
World is wonderful, ale life is brutal
*********************************************************
Idę, machając niedopraną zakupową siateczką i demonstrując światu (tymże machaniem), gdzie mam jego globalne problemy oraz że - nawet taki brudnawy i przygięty - i tak mi sie podoba. Już po chwili tenże (otaczający) świat może usłyszeć mój umiarkowanie głośny okrzyk:
- Dzień dobry, pani Basiu! Dzień dobry! Dawno pani nie widziałam. [może z tydzień]
Przypadkowe (jak zwykle) spotkanie z p. Basią - energiczną, ofensywną kobietą. Absolutnie wybitną specjalistką od tzw. historii zżw (=z życia wziętych). Oznacza, że parę najbliższych minut (co najmniej) mam na pewno z głowy. Znam ją wyłącznie z widzenia, ale wiem o niej całkiem sporo. Wraz z panem Czesiem (mężem), którego spokojnie można przykładać do ran i altacet jest cienki w porównaniu (dusza-człowiek, wcielenie łagodności), mieszkają nieopodal, po sąsiedzku, w małym domku, tuż przy spożywczaku.
No więc dzisiaj moje niegodne ucho wchłonęło z niejakim dreszczem mrożącą krew w żyłach historię o tym, jak p. Basia wywalczyła sobie w pracy podwyżkę - niestety chamstwem, a nie godnością osobistą. A była to ilustracja postawionej uprzednio tezy, że jak ktoś jest cham, to wszyscy go szanują. A jak jest miły i uprzejmy, to nim pomiatają. Jako przykład podała również następującą sytuację, dotyczącą ich bramy wjazdowej:
- Jak nam tu ktoś przed bramą zaparkuje - mówi - to Czesio się wychyla przez okno i prosi grzecznie: czy byłby pan uprzejmy tu nie parkować, bo tu jest wjazd? Bardzo pana proszę. A ten ktoś na to: ja tylko na 5 minut, naprawdę! Po czym stoi co najmniej 2 godziny. I następnym razem oczywiście znowu parkuje. A sąsiad, jak mu bramę zablokują, się wychyla i drze się na cale gardło: Nie widzisz, ch... jeden, że blokujesz wjazd!!! Sp.... laj stąd, ale już! A jak jeszcze raz tu k... staniesz, to nie odjedziesz, bo ci pajacu gumy poprzebijam i nogi z d... powyrywam!! I sąsiadowi nie blokują.
To był cytat:)
*********************************************************
Idę, machając niedopraną zakupową siateczką i demonstrując światu (tymże machaniem), gdzie mam jego globalne problemy oraz że - nawet taki brudnawy i przygięty - i tak mi sie podoba. Już po chwili tenże (otaczający) świat może usłyszeć mój umiarkowanie głośny okrzyk:
- Dzień dobry, pani Basiu! Dzień dobry! Dawno pani nie widziałam. [może z tydzień]
Przypadkowe (jak zwykle) spotkanie z p. Basią - energiczną, ofensywną kobietą. Absolutnie wybitną specjalistką od tzw. historii zżw (=z życia wziętych). Oznacza, że parę najbliższych minut (co najmniej) mam na pewno z głowy. Znam ją wyłącznie z widzenia, ale wiem o niej całkiem sporo. Wraz z panem Czesiem (mężem), którego spokojnie można przykładać do ran i altacet jest cienki w porównaniu (dusza-człowiek, wcielenie łagodności), mieszkają nieopodal, po sąsiedzku, w małym domku, tuż przy spożywczaku.
No więc dzisiaj moje niegodne ucho wchłonęło z niejakim dreszczem mrożącą krew w żyłach historię o tym, jak p. Basia wywalczyła sobie w pracy podwyżkę - niestety chamstwem, a nie godnością osobistą. A była to ilustracja postawionej uprzednio tezy, że jak ktoś jest cham, to wszyscy go szanują. A jak jest miły i uprzejmy, to nim pomiatają. Jako przykład podała również następującą sytuację, dotyczącą ich bramy wjazdowej:
- Jak nam tu ktoś przed bramą zaparkuje - mówi - to Czesio się wychyla przez okno i prosi grzecznie: czy byłby pan uprzejmy tu nie parkować, bo tu jest wjazd? Bardzo pana proszę. A ten ktoś na to: ja tylko na 5 minut, naprawdę! Po czym stoi co najmniej 2 godziny. I następnym razem oczywiście znowu parkuje. A sąsiad, jak mu bramę zablokują, się wychyla i drze się na cale gardło: Nie widzisz, ch... jeden, że blokujesz wjazd!!! Sp.... laj stąd, ale już! A jak jeszcze raz tu k... staniesz, to nie odjedziesz, bo ci pajacu gumy poprzebijam i nogi z d... powyrywam!! I sąsiadowi nie blokują.
To był cytat:)
*********************************************************
wtorek, 1 września 2009
Zacność (serca) Joachima
*********************************************************
Kiedy Hans Castorp* udaje się po raz pierwszy do rentgenowskiej prześwietlalni na zalecony przez medyka seans ze swoim (i kuzyna Joachima) szkieletem w roli głównej, doznaje tam egzystencjalnego wstrząsu (którym zresztą nie będę się zajmować). W skrócie - widzi siebie (oraz kuzyna) w zatrważająco zgrzebnej formie kościotrupa, a jako bystry i wrażliwy młodzieniec nie ma żadnych wątpliwości, że - oto - "patrzy na własny grób". Doświadcza też jednak innych wzruszeń. Jego uwaga skupia się w pewnej chwili na "ciemnym miejscu poza środkową kolumną", czymś w kształcie worka, czymś nieforemnym i zwierzęcym - czymś, co się "regularnie rozszerzało i znowu kurczyło, mniej więcej na podobieństwo meduzy".
"- Czy widzi pan jego serce? - spytał radca Behrens, podnosząc olbrzymią rękę i wskazując palcem na pulsujący twór... Wielki Boże, to, co widział Hans Castorp, było sercem, zacnym sercem Joachima!
- Widzę twoje serce! - powiedział stłumionym głosem. - Pozwolisz chyba?
- Ależ proszę - odpowiedział uprzejmie Joachim z ciemności."
Intymność tej sytuacji poruszyła Hansa Castorpa. Przede wszystkim jednak - odkrycie! Zacne serce Joachima okazało się brzydkim workiem, miało urodę meduzy i anatomicznie (a zarazem funkcjonalnie) nie różniło się ani trochę od najbardziej pospolitego serca największego patałacha na tym globie. Odniesienie pojęcia zacność do tej ssąco-tłoczącej pompy okazało się z lekka groteskowe.
Gdzie mieściła się zatem Joachimowa szlachetność? Może tam, gdzie intensywna głupota niejakiej pani Kleefeld ("westchnienie wydobyło się z jej jednego płuca i potrząsając głową wzniosła do sufitu zamglone głupotą oczy")? Wyobrażam sobie bez trudu, jak zacność Joachima rozświetla łagodnie jego oczy. Nie kompromitujmy się jednak - pierwszy lepszy przyrząd optyczny wykaże nam bardzo jasno, że nie ma tam nic prócz rogówki, tęczówki, soczewki i paru jeszcze innych rzeczy. Tam też jej po prostu nie ma.
Dobra, kończę te jałowe dywagacje. Chcę tylko dopisać fakt co najmniej paramedyczny (na "pozamedyczny" też się zgodzę:) To był chyba ten dziwny moment, kiedy Castorp zobaczył (równie wyraźnie, jak swój szkielet), że zacność Joachima lewituje pięknie nad jego skazanym na śmierć ciałem. Bo Joachim niestety umiera.
* bohater Czarodziejskiej Góry T. Manna (rzecz dzieje się w uzdrowisku dla gruźlików)
*********************************************************
Kiedy Hans Castorp* udaje się po raz pierwszy do rentgenowskiej prześwietlalni na zalecony przez medyka seans ze swoim (i kuzyna Joachima) szkieletem w roli głównej, doznaje tam egzystencjalnego wstrząsu (którym zresztą nie będę się zajmować). W skrócie - widzi siebie (oraz kuzyna) w zatrważająco zgrzebnej formie kościotrupa, a jako bystry i wrażliwy młodzieniec nie ma żadnych wątpliwości, że - oto - "patrzy na własny grób". Doświadcza też jednak innych wzruszeń. Jego uwaga skupia się w pewnej chwili na "ciemnym miejscu poza środkową kolumną", czymś w kształcie worka, czymś nieforemnym i zwierzęcym - czymś, co się "regularnie rozszerzało i znowu kurczyło, mniej więcej na podobieństwo meduzy".
"- Czy widzi pan jego serce? - spytał radca Behrens, podnosząc olbrzymią rękę i wskazując palcem na pulsujący twór... Wielki Boże, to, co widział Hans Castorp, było sercem, zacnym sercem Joachima!
- Widzę twoje serce! - powiedział stłumionym głosem. - Pozwolisz chyba?
- Ależ proszę - odpowiedział uprzejmie Joachim z ciemności."
Intymność tej sytuacji poruszyła Hansa Castorpa. Przede wszystkim jednak - odkrycie! Zacne serce Joachima okazało się brzydkim workiem, miało urodę meduzy i anatomicznie (a zarazem funkcjonalnie) nie różniło się ani trochę od najbardziej pospolitego serca największego patałacha na tym globie. Odniesienie pojęcia zacność do tej ssąco-tłoczącej pompy okazało się z lekka groteskowe.
Gdzie mieściła się zatem Joachimowa szlachetność? Może tam, gdzie intensywna głupota niejakiej pani Kleefeld ("westchnienie wydobyło się z jej jednego płuca i potrząsając głową wzniosła do sufitu zamglone głupotą oczy")? Wyobrażam sobie bez trudu, jak zacność Joachima rozświetla łagodnie jego oczy. Nie kompromitujmy się jednak - pierwszy lepszy przyrząd optyczny wykaże nam bardzo jasno, że nie ma tam nic prócz rogówki, tęczówki, soczewki i paru jeszcze innych rzeczy. Tam też jej po prostu nie ma.
Dobra, kończę te jałowe dywagacje. Chcę tylko dopisać fakt co najmniej paramedyczny (na "pozamedyczny" też się zgodzę:) To był chyba ten dziwny moment, kiedy Castorp zobaczył (równie wyraźnie, jak swój szkielet), że zacność Joachima lewituje pięknie nad jego skazanym na śmierć ciałem. Bo Joachim niestety umiera.
* bohater Czarodziejskiej Góry T. Manna (rzecz dzieje się w uzdrowisku dla gruźlików)
*********************************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)