niedziela, 31 stycznia 2010

Sztywny gołąb niepokoju

*********************************************************

O tym, że Olga Tokarczuk lubi "Lalkę" Bolesława Prusa i że fascynuje ją postać Wokulskiego (co mnie zresztą wcale nie dziwi), wiem od dawna. A dokładnie - od kiedy przeczytałam jej esej pt. "Lalka i perła". To bardzo ciekawy tekst, a przypomniał mi się, o dziwo, w trakcie czytania jej najnowszej (i doskonałej) książki pt. "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Jest tam taki charakterystyczny kawałek, gdy główna bohaterka doświadcza czegoś, co można by określić jako stan wszechogarniającej, egzystencjalnej empatii, a co sama opisuje tak:

"Czułam się do głębi poruszona tą ludzką krzątaniną. (...) Stanęłam na pochyłym rynku i powoli zalało mnie potężne poczucie wspólnoty z przechodniami. Każdy był bratem i każda - siostrą. Byliśmy tak do siebie podobni. Kruchutcy, nietrwali, podatni na zniszczenie. Kręciliśmy się ufnie pod niebem, z którego nie czekało nas nic dobrego. Wiosna jest tylko krótkim interludium, za nią postępują potężne wojska śmierci."

Nie wątpię, że duch Bolesława Prusa unosi się nad każdą dobrze napisaną prozą - wyżej lub niżej - ale w tym momencie z całą pewnością stał się ponownie ciałem, to jest słowem w zasadzie (w pierwszym rzucie, bo "ucieleśnia" przecież dopiero wyobraźnia odbiorcy). Żeby się o tym przekonać, trzeba zajrzeć do pierwowzoru. Mam na myśli "Lalkę" oczywiście, gdzie Wokulski przeżywa podobne doświadczenie ("doświadczenie wspólnoty w cierpieniu", jak je określa Tokarczuk w "Lalce i perle" właśnie), które Prus opisuje tak:

"[i zawładnęło nim] współczucie powszechne, ogarniające wszystko - ludzi, zwierzęta, nawet przedmioty, które nazywają martwymi... Przybył mu jakby nowy zmysł. Każdy obdarty człowiek wydawał mu się istotą wołającą o ratunek, tym głośniej, że nic nie mówił, tylko rzucał trwożliwe spojrzenia. (..) I przypomniał sobie całe szeregi ludzi obdartych, mizernych, a szukających pomocy. Czuł zmęczenie koni ciągnących wielkie wozy i ból ich karków tartych do krwi przez chomąto. Czuł obawę psa, który szczekał na ulicy, zgubiwszy swego pana i rozpacz suki. Bolały go drzewa obdarte z kory..."
I tak dalej. Ciarki przechodzą.

Tym sposobem Janina Duszejko (bohaterka "Prowadź swój pług...") wstąpiła definitywnie w zacne szeregi weltschmerzowców o wyższych tęsknotach spod znaku Wokulskiego. I - jak przystało na dużą prozę - odbyło się to dotkliwie i wiarygodnie.

Jeszcze jeden był moment ostatnio, gdy ten "weltschmerz" mi się przypomniał. O pewnym alaskańskim (czyt. ciemnym i mroźnym) poranku do tramwaju wsiadło dwóch koleżków, którzy mieli chyba ciężką noc. Czerwoni na gębach. Z jakimś dobytkiem w wielkich siatach. Jeden z nich nie mógł opanować nerwowych tików, które co rusz wstrząsały nim pod kurtką. Z rozmowy wynikało, że popadli w jakieś tarapaty. Nagle młodszy wyjął z siatki gołębia (gołębicę, jak się okazało).
- Masz - powiedział. - Ta jest najlepsza. I podleczona. Możesz se ją wziąć. Mnie już na niczym nie zależy.
Gołąbeczka (mała, biała, oczy jak paciorki) była na pewno żywa, choć zupełnie znieruchomiała. Drugi obejrzał ją dokładnie, podrygując przy tym od tików, po czym wsadził ją do swojej torby, którą zasunął. Coś wymamrotał, że odda, że ma jakiś papier... Potem siedzieli, milcząc, tylko ten drugi miotał się ciągle groteskowo. Rozluźnienie węzła szalika oczywiście mi nie pomogło.

*********************************************************

środa, 27 stycznia 2010

W szponach interpretacji

*********************************************************

A Dziadkowi (nie mojemu dziadkowi, przygodnemu, między którym jednak - a mną - pod wpływem pewnych okoliczności zawiązała się wyraźna nić, i nie zamierzam jej zrywać, a Dziadzio to już na pewno nie), no więc temu Dziadkowi zamarzyła się dziś krakowska sucha.

Akurat skończyłam czytać o piekle interpretacji, "na którą jesteśmy skazani" (to PRAWDA), choć "marzymy o wyjściu poza nią, ku utraconej pełni sensu" (ba!), gdy - wysiadłszy z tramwaju - prawie potknęłam się o Dziadka. Jak zwykle mnie skomplementował, obcałowując przy tym obficie, po czym przeszliśmy do konkretów, czyli do precyzowania jego aktualnych potrzeb prowiantowych. I tu Dziadzio wykazał się fenomenalną intuicją (nie pierwszy raz zresztą) - jakby wyczuł, że dziś nie może dobić mnie żadną, nawet najmniejszą kombinatoryką (chyba to, ale może jednak nie, bo raczej tamto...), pod wpływem której dojdę do wniosku, że i tak go przecież nie uszczęśliwię. No więc nie kombinował tym razem, tylko wypalił prosto:

- Taki mam smak na krakowską suchą, że aż mi się śniła.

Nam się wydaje – w pierwszym odruchu, i to jest idiotyczne - że takim gościom jak Dziadek chce się po prostu jeść, bez rozróżnienia na smaki (tak jest w przypadkach ekstremalnych). Ale Dziadek już mnie w tej kwestii wyedukował. Nie samym chlebem żyje człowiek (i drożdżówkami). Więc już się nie wygłupiam z przekładaniem własnych wyobrażeń (i gustów) na smaki ludzi, którym (bez łaski) proponuję mały poczęstunek. Wypada jednak zapytać, na co mieliby ochotę.

Sklep był na szczęście obok. Zostawiłam Dziadka z cieniem podejrzliwości w oczach (czy ta sucha aby na pewno nie spartaczona, bo to teraz, panie, badziew taki do kiełbasy pchają...), ale też podekscytowanego, że zaraz dokona degustacji. I będzie mógł interpretować.

*********************************************************

niedziela, 13 września 2009

Pokusa królowania

*********************************************************

W pierwszych słowach mojego wpisu chcę przypomnieć, że milczenie jest złotem, a nie niczym (w mianowniku kto?co? nic). Ale jeśli nicość nicuje (podobnie jak milczenie milczy), to dodam na wszelki wypadek, że jeszcze mnie nie przenicowała do spodu. Nadal potrafię podać czas, miejsce oraz nazwisko bohatera/bohaterki. Tyle że mam przewrotną pewność, iż zupełnie niczego to nie dowodzi.

Ze złotopochodnej materii, dysponuję jeszcze złotą myślą - jedną sztuką co prawda, ale własną, z życia i całkiem a propos powyższego. Brzmi ta myśl następująco: wszelki nadmiar wyjaławia na dłuższą metę. I dotyczy to nawet kasy. A cóż dopiero wysiłku wkładanego w jej zdobywanie! Jeśli ilość (nie jakość, waga itp!) pracy sprawia, że sam zakładasz sobie klapki, żeby cię świat nie dekoncentrował, to znaczy, że nie jest dobrze.

W odruchu kontestacji (hehe) tęsknię za Czarodziejską Górą. Wspinam się, biegnę, jestem. Przy każdej możliwej okazji. Tam mój bunt przybiera wprawdzie formę spekulatywnych negacji, ale czuję, że nie są jałowe. Nie jestem "żołnierzem" codzienności! (Czy jestem żołnierzem codzienności?) Mogę odmówić wykonania rozkazu! (Czy mogę odmówić wykonania rozkazu?) Co ryzykuję? Czy to, że w ferworze i przez pomyłkę (jestem cywilem!) zostanę przez życie rozstrzelana?
Historia z Czarodziejskiej Góry, do której nawiązuję i chcę, żeby było wiadomo, o co chodzi, ma się mniej więcej tak - w megaskrócie (nie wierzę, że się na to porywam!;):
Pewien młody inżynier okrętowy, który niedawno zaczął swoją zawodową karierę, postanowił któregoś dnia, że w ramach urlopu odwiedzi chorego kuzyna, przebywającego w uzdrowisku wysoko w Alpach. Wybrał się tam na 3 tygodnie, po których zamierzał wrócić do zawodowej praktyki, tak fortunnie rozpoczętej w prężnej firmie. Stało się jednak inaczej. Pomimo wstępnych deklaracji o konieczności rychłego powrotu na równinę, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, rozsmakował się w oddaleniu od realnego świata, którego doświadczył tam intensywnie. Przede wszystkim zaś rozsmakował się w tym, co sam określił jako "królowanie", mając na myśli intelektualny i emocjonalny komfort nieschodzenia z wyżyn abstrakcji, poruszania się wyłącznie w jej sferze, jak również oddawania się wysublimowanym i pięknym stanom uczuciowym, na które rzadko można sobie pozwolić w tzw. normalnym życiu, a które tam było codziennością. Rozsmakował się do tego stopnia, że z ochotą pozwolił wmówić sobie chorobę i pozostał tam w izolacji od świata (w celu leczenia) przez 7 następnych lat. Nie wiadomo, jak by się to skończyło, bo imperatyw życia (na równinie) stał się dla niego sprawą co najmniej trzeciorzędną (ściśle biorąc - marginesową), gdyby życie nie upomniało się o niego w krytycznej chwili w sposób bardzo dla siebie typowy, tj. nie przebierając w środkach - poprzez wzniecenie wojny w wymiarze aż "światowym". W wyniku takiego obrotu spraw, nasz inżynier prosto z alpejskich wyżyn trafił do zabłoconych, pełnych trupów okopów.
Słowem - wielki rozdźwięk i wielkie zderzenie. Gadka o niebie i o chlebie. Ale jaka!

A na równinie wrzesień. I zobaczymy, co będzie dalej. O najbliższej perspektywie trochę wiem: mały remont łazienki mnie czeka. Ale fuga i tak kojarzy mi się z Bachem:) A Bosch z Hieronimem.

*********************************************************

czwartek, 3 września 2009

World is wonderful, ale life is brutal

*********************************************************

Idę, machając niedopraną zakupową siateczką i demonstrując światu (tymże machaniem), gdzie mam jego globalne problemy oraz że - nawet taki brudnawy i przygięty - i tak mi sie podoba. Już po chwili tenże (otaczający) świat może usłyszeć mój umiarkowanie głośny okrzyk:
- Dzień dobry, pani Basiu! Dzień dobry! Dawno pani nie widziałam. [może z tydzień]

Przypadkowe (jak zwykle) spotkanie z p. Basią - energiczną, ofensywną kobietą. Absolutnie wybitną specjalistką od tzw. historii zżw (=z życia wziętych). Oznacza, że parę najbliższych minut (co najmniej) mam na pewno z głowy. Znam ją wyłącznie z widzenia, ale wiem o niej całkiem sporo. Wraz z panem Czesiem (mężem), którego spokojnie można przykładać do ran i altacet jest cienki w porównaniu (dusza-człowiek, wcielenie łagodności), mieszkają nieopodal, po sąsiedzku, w małym domku, tuż przy spożywczaku.

No więc dzisiaj moje niegodne ucho wchłonęło z niejakim dreszczem mrożącą krew w żyłach historię o tym, jak p. Basia wywalczyła sobie w pracy podwyżkę - niestety chamstwem, a nie godnością osobistą. A była to ilustracja postawionej uprzednio tezy, że jak ktoś jest cham, to wszyscy go szanują. A jak jest miły i uprzejmy, to nim pomiatają. Jako przykład podała również następującą sytuację, dotyczącą ich bramy wjazdowej:
- Jak nam tu ktoś przed bramą zaparkuje - mówi - to Czesio się wychyla przez okno i prosi grzecznie: czy byłby pan uprzejmy tu nie parkować, bo tu jest wjazd? Bardzo pana proszę. A ten ktoś na to: ja tylko na 5 minut, naprawdę! Po czym stoi co najmniej 2 godziny. I następnym razem oczywiście znowu parkuje. A sąsiad, jak mu bramę zablokują, się wychyla i drze się na cale gardło: Nie widzisz, ch... jeden, że blokujesz wjazd!!! Sp.... laj stąd, ale już! A jak jeszcze raz tu k... staniesz, to nie odjedziesz, bo ci pajacu gumy poprzebijam i nogi z d... powyrywam!! I sąsiadowi nie blokują.
To był cytat:)

*********************************************************

wtorek, 1 września 2009

Zacność (serca) Joachima

*********************************************************

Kiedy Hans Castorp* udaje się po raz pierwszy do rentgenowskiej prześwietlalni na zalecony przez medyka seans ze swoim (i kuzyna Joachima) szkieletem w roli głównej, doznaje tam egzystencjalnego wstrząsu (którym zresztą nie będę się zajmować). W skrócie - widzi siebie (oraz kuzyna) w zatrważająco zgrzebnej formie kościotrupa, a jako bystry i wrażliwy młodzieniec nie ma żadnych wątpliwości, że - oto - "patrzy na własny grób". Doświadcza też jednak innych wzruszeń. Jego uwaga skupia się w pewnej chwili na "ciemnym miejscu poza środkową kolumną", czymś w kształcie worka, czymś nieforemnym i zwierzęcym - czymś, co się "regularnie rozszerzało i znowu kurczyło, mniej więcej na podobieństwo meduzy".

"- Czy widzi pan jego serce? - spytał radca Behrens, podnosząc olbrzymią rękę i wskazując palcem na pulsujący twór... Wielki Boże, to, co widział Hans Castorp, było sercem, zacnym sercem Joachima!
- Widzę twoje serce! - powiedział stłumionym głosem. - Pozwolisz chyba?
- Ależ proszę - odpowiedział uprzejmie Joachim z ciemności."

Intymność tej sytuacji poruszyła Hansa Castorpa. Przede wszystkim jednak - odkrycie! Zacne serce Joachima okazało się brzydkim workiem, miało urodę meduzy i anatomicznie (a zarazem funkcjonalnie) nie różniło się ani trochę od najbardziej pospolitego serca największego patałacha na tym globie. Odniesienie pojęcia zacność do tej ssąco-tłoczącej pompy okazało się z lekka groteskowe.

Gdzie mieściła się zatem Joachimowa szlachetność? Może tam, gdzie intensywna głupota niejakiej pani Kleefeld ("westchnienie wydobyło się z jej jednego płuca i potrząsając głową wzniosła do sufitu zamglone głupotą oczy")? Wyobrażam sobie bez trudu, jak zacność Joachima rozświetla łagodnie jego oczy. Nie kompromitujmy się jednak - pierwszy lepszy przyrząd optyczny wykaże nam bardzo jasno, że nie ma tam nic prócz rogówki, tęczówki, soczewki i paru jeszcze innych rzeczy. Tam też jej po prostu nie ma.

Dobra, kończę te jałowe dywagacje. Chcę tylko dopisać fakt co najmniej paramedyczny (na "pozamedyczny" też się zgodzę:) To był chyba ten dziwny moment, kiedy Castorp zobaczył (równie wyraźnie, jak swój szkielet), że zacność Joachima lewituje pięknie nad jego skazanym na śmierć ciałem. Bo Joachim niestety umiera.


* bohater Czarodziejskiej Góry T. Manna (rzecz dzieje się w uzdrowisku dla gruźlików)

*********************************************************

środa, 26 sierpnia 2009

Ma gdzieś zagracone polany (jak również polanową potomność)

*********************************************************

- Czy to jest kwestia perspektywy? Czy każdy, kto idzie wzrokiem (starannie, nie omijając żadnego centymetra) za zszarzałą, strzelistą formą surowego, smukłego buka, ma nieodparte poczucie (i platońskie - nie da się ukryć:), że to ruch we właściwym kierunku? - zapytała, jak zwykle naiwnie, komplikując przy tym bezdusznie (poprzez liczne, zawiłe wtrącenia) stosowaną przez siebie na co dzień, już i tak zagmatwaną składnię. - Czy to takie naturalne?
A wie dobrze, że wcale nie każdy. I że tylko w niektórych kręgach (a w zasadzie to krążkach, strużkach, gibających się na paluszkach - wiotkich!) jest to proste i autentyczne. Automatyczne. Normalka. Się rozchodzi o tę wertykalność, o wyżyny, drabinę, dążenie - cały ten transcendentny stuff. Że to takie symbo-deliczne. I "co ma piernik do wiatraka" się tu zupełnie nie stosuje. Nie ma żartów. Więc dlaczego jak głupi do sera - uradowana po uszy? Pyta słodko: czy zostanie jej wybaczone? Że ta nieosiągalność ją cieszy? I że nic na to nie poradzi? Że karłowata perspektywa (własna) wcale jej nie dołuje? Wręcz przeciwnie - uświadamia jej miejsce w hierarchii, która z drabiną bytów nie jest specjalnie spójna? Biegamy po wspólnym lesie (tak), śmiesznie mali w stosunku do drzew (tak). Czasem dopadamy jakiejś polany (tak). I wtedy natychmiast zaczynamy się tam urządzać (niepokoi nas nadmiar przestrzeni) - mnożymy, nagarniamy, znosimy, magazynujemy, piętrzymy i zagracamy (nie!). Wszystko to skrzętnie i doszczętnie. Aż w końcu tracimy orientację (tłok!). Baranki trzymane w pionie (poprzez sztywną obręcz zagrody). Dojrzewająca kiszonka. Papa. Tu się rozłączamy. Ona zamierza trzymać się drzew. Żadnych polan. I w górę będzie sobie patrzeć. Tak!

*********************************************************

niedziela, 2 sierpnia 2009

Literaci mają słuszność: życie jest pełne raptowności

*********************************************************

Pociąg. W przedziale raczej luźno. Ładne pejzaże. Błogo.
Przelatują ci przez głowę różne myśli, ale o Czechowie jakoś nie. O Czechowie nie myślisz wcale. Bo wprawdzie nic się nie dzieje (jak u Mistrza), ale równie wielki spokój wyczuwa się w powietrzu. Nic w nim nie wisi, nie gęstnieje. Wystawiasz się leniwie na łagodny podmuch, wywołany otwartym oknem, i chłoniesz monotonny rytm.
Nagle ("literaci mają słuszność: życie jest pełne raptowności") kątem oka widzisz, że gość z naprzeciwka zaczyna wykonywać jakieś dziwne, nerwowe gesty. Patrzysz na niego ukradkiem i po chwili nie masz już wątpliwości - ten mętniejący wzrok, charakterystyczne, odpływające spojrzenie! Więc już wiesz, czego szuka biedaczek. Wiesz już nawet, jak się nazywa - z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością już zgadujesz, że to... Czerwiakow! "Raptem widzisz, że twarz mu się marszczy, oczy wychodzą na wierzch, oddech ulega zatamowaniu... Czerwiakow opuszcza lornetkę, kurczy się i... apsik!!! Jak widzicie kichnął. Kichanie nigdzie i nikomu nie jest zabronione. Kichają i chłopi, i policmajstrzy, czasami nawet i radcy tajni. Wszyscy na świecie kichają."
Ale ty wiesz już także, że to dopiero początek dramatu. Całość potrwa około kwadransa. Przez ten czas będziesz myśleć już tylko o Czechowie, z trudem powstrzymując głupawy chichot i żywiąc nadzieję, że finał będzie jednak mniej spektakularny niż w rosyjskiej literaturze. Znacznie mniej. A jest szansa na taką rozbieżność, ponieważ "twój" Czerwiakow nie poprzestaje na jednym kichnięciu. Rozkichuje się sążniście i soczyście. Daje prawdziwy popis - kichania, parskania, spazmów oraz innych efektów specjalnych. Niemniej kiedy już się z nim upora, wróci truchtem do swojej roli i heroicznie rozpocznie akcję o wiele trudniejszą do zniesienia - z ugłaskanym zapałem przystąpi do obrzydliwie nachalnego procesu: kajania się, przepraszania. Będzie zwracał się kolejno do wszystkich z błagalnym pragnieniem przebaczenia zarówno w oczach, jak i w ustach. Będzie gadał i gadał, i gadał. O tym, że jest uczulony, że zapomniał, że nie chciał, że jeśli... Jeszcze raz, setny raz przepraszam!
Nie wiesz jednak, jak to się skończy, bo wysiadasz (uff, uff i jeszcze raz uff - twoja stacja!), pozostając z groteskowym wrażeniem, że tak samo, jak w "Śmierci urzędnika".

Ci alergicy są jednak teatralni:)

*********************************************************

wtorek, 28 lipca 2009

Płacz z powodu niemożności, czyli co dostrzegł wrażliwy obserwator

*********************************************************

"Trzy świece z brunatnego wosku płakały w wysokich lichtarzach, nie mogąc rozwiać mroku."

Uświadomiłam sobie, że dawno nie widziałam płaczących świec. Wszędzie sprzedają "niekapiące". Co za horror;)

A zdanie pochodzi z "Czystego, nieczystego" Colette, rekomendowanego przez Janion. Smutna książka.

*********************************************************

czwartek, 16 lipca 2009

W rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze

*********************************************************

"Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote ściernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze."

Lato w fazie totalnego rozpasania. Wielka nadprodukcja, przerost. Nadmiar, który ujarzmia wyobraźnię.
Ta parująca wybujałość nieuchronnie kojarzy mi się z Schulzem (pisałam już o tym - tutaj). Wprawdzie Schulzowy Sierpień (lipiec też może być;) dzieje się na prowincji, a wielkomiejski skwar to jednak trochę inna bajka, ale upał doświadczany w mieście też ma swój kontrowersyjny wymiar. Zwłaszcza gdy dotyka w niewielkim stopniu, bo kawał dnia spędza się w klimatyzowanej kapsule, z której wychodzi się dopiero przed wieczorem do nabrzmiałego od żaru, prawie równie sztucznego świata - na zewnątrz. Potem wsiada się do nagrzanego tramwaju, w którym widzi się przytępione, omdlałe twarze, nieruchomy wzrok, ospałe spojrzenia, całkowite zwolnienie obrotów. Głowy wymiecione z myśli gorącymi podmuchami żaru.
Ma się wtedy dziką ochotę uratować zmuloną dramaturgię, rozłażącą się na wszystkie strony, i wydyszeć błagalnie do zgromadzonych tam, dogorywających aktorów (którymi, jak wiadomo, jesteśmy wszyscy - "świat jest teatrem, aktorami ludzie", William Shakespeare;), najlepiej desperacko, żeby zrobić jakie takie wrażenie:
- Proszę, żebyście nie przerywali spektaklu, żebyście grali dalej.
To moja ulubiona kwestia z "Braci Karamazow" wg Zelenki. Ciągle łazi mi po głowie. Jest kluczowa. Z pozoru niewinna, pozytywna, ale prowadzi do tragicznego finału. Aktorzy grają dalej (Dostojewskiego), nie mając pojęcia, jaką siłę może mieć ich spektakl, jeśli trafi na odpowiedni grunt, odpowiednie życiowe okoliczności. Że zyskuje wtedy taką moc, jak religia, misterium, które może skończyć się ofiarą. Bo żeby osiągnąć niemożliwe, człowiek zwraca się zwykle do Boga. Czasem jednak zwraca się w stronę sztuki. I bywa, że znajduje w niej wybawienie.
Jeszcze raz polecam film.

*********************************************************

czwartek, 9 lipca 2009

Lord w funkcji antidotum

*********************************************************

"Nagle rozejrzała się bystro wokół i rzekła czystym altem:
- Gdzież mój chiromanta?
- Twój kto, Gladys? - spytała księżna, wzdrygnąwszy się niechcący.
- Mój chiromanta, księżno, nie mogę żyć bez niego.
- Droga Gladys! zawsze jesteś tak oryginalna - szepnęła księżna, próbując sobie przypomnieć, co właściwie znaczy chiromanta i żywiąc nadzieję, że nie to samo, co pedikiurzysta.
- Przychodzi do mnie regularnie dwa razy w tygodniu - mówiła dalej lady Windmere - i to jest niezmiernie interesujące.
- Mój Boże! - westchnęła do siebie księżna - a więc jednak to ktoś w rodzaju pedikiurzysty. Okropne. Mam nadzieję, że to chociaż cudzoziemiec. Wtedy nie byłoby tak źle."

I jak? Wg mnie całkiem dowcipnie. Na dodatek z podziałem na role. Plus arystokracja w obróbce (obiekt zawsze wyjątkowo wdzięczny). Niech żyje awangarda klasyki! Autor autor? Ależ proszę: niejaki Oscar Wilde, "Zbrodnia lorda Artura Savile". Jakim cudem kryminał Wilde'a w moich dość wyczulonych rękach? Żadnym wielkim, a nawet wręcz przeciwnie. Wbrew pozorom jest konsekwencją bardzo regularnego procesu (wynikania logicznego), który sama sprowokowałam (żeby przebiegł). A przetoczył się mniej więcej tak:
1. Chroniczny brak wolnego czasu (wow! brzmi jak nazwa poważnej choroby) sprawia, że desperacko (momentami) staram się zachować jakie takie czytelnicze kontinuum (że się tak wyrażę), co bywa trudne, bo w przypadku książek, które dotkną mnie głębiej niż po skórze, miałabym jednak ochotę na jakąś przyzwoitą karencję, choćby z szacunku dla autora.
2. Ale się spieszę. Stąd np. po niedawnym Bernhardzie karencja wyniosła zero (mimo że gość zasłużył na ładnych kilka dni - co najmniej), przyczyna - patrz p.1. Z powodu tej żarłoczności szybko przeszłam do następnych książek.
3. Wynikiem była zemsta matki literatury, która przyszła w postaci dwóch moich kolejnych czytelniczych porażek (i wcale nie były to "piękne katastrofy"):
a) porażka nr 1 - "Cudowna kariera Magdy M.", autorka: Magdalena Miecznicka (dotąd krytyczka literatury, niedawno nieoczekiwanie zabawiła się w autorkę), wymiękłam na ok. 30-tej stronie ("Ach, jak im zazdrościłaś tych chwil! I jak chłonęłaś w słabym świetle latarni urodę ich wspaniałych platynowych włosów, ich ust malowanych szminkami z billboardów oraz dżinsowych spódniczek - podczas gdy ty, skromna dziewczynka w wieku dojrzewania, w ogóle nigdy się nie malowałaś.")
b) porażka nr 2 - rzutem ukośnym (poprzekątnym?) przestawiłam się na "Sefera" Ewy Lipskiej - dotąd poetki ("Na biurku leżał gruby kalendarz, z nadwagą całego roku, którą zaczynał zrzucać 1 stycznia. Już wiedziałem, jak się to skończy, jak szybko będzie chudł, coraz szybciej, coraz szybciej, aż do anoreksji 31 grudnia.").

Bez zbędnych analiz - jednak musi być coś za coś. Układ "nic za coś" nie bardzo mi się podoba. Szybko mnie zniecierpliwiły. Może wrócę (co najmniej do jednej), żeby mieć obraz całości, ale na pewno bez poświęceń (jeśli nadal nie będą rokować, goobye).

A póki co - zdrażniły mnie do tego stopnia, że sięgnęłam w desperacji do kupki (sporej) różnych osobliwości i książeczek zakupionych w cenie 1PLN per sztuka (m.in. u niejakiego Wernyhory:), wyciągnęłam stamtąd chudziutkie opowiadanka O. Wilde'a właśnie, zabrałam w drogę i ... patrz początek tekstu! Jako odtrutka sprawdziły się całkiem nieźle. Ale już wystarczy:) Wracam.

*********************************************************

PS Piszę na kolanie, obiecuję poprawę.

*********************************************************

piątek, 3 lipca 2009

"Kiedy patrzę na ludzi, patrzę na nieszczęśników."

*********************************************************

"Czasem przemawia przez nich Bóg, ale używa takich samych ordynarnych słów jak oni, takich samych nieporadnych zdań."

Muszę przyznać, że druga część "Zaburzenia" Bernharda z lekka mnie skonsternowała. Zmęczył mnie obłędny monolog Księcia, który ciągnie się do końca książki (i stanowi jakieś 2/3 całości), a jego bazowa teza brzmi: "Ludzie są wyłącznie idącą w miliardy, niesamowitą, rozmieszczoną na pięciu kontynentach wspólnotą umierania. (...) Życie jest szkołą, w której naucza się śmierci. Zaludnia tę szkołę wiele milionów uczniów i nauczycieli. (...) Jedynym osiągalnym celem nauki jest śmierć." Książę jest obłąkany, a zakręcona, wielopiętrowa forma jego kuriozalnego monologu pogłębia to wrażenie. I chyba o to zmęczenie chodzi. Żeby złachany czytelnik nie miał już siły na refleksję, że Książę mówi prawdę i tylko prawdę (jak to mają w zwyczaju szaleńcy), ale przecież nie całą. Nie całą!
Śmiertelność określa nas w stu procentach, ale daje w efekcie dramaturgię, która jest z gruntu życiodajna, "sensogenna". Oczywiście jest to paradoks (który jak zwykle - rządzi:) Mam wrażenie, że trudno byłoby wymyślić lepszy algorytm. I nie mówię tego lekko. Wcale nie.

W co wierzył Jean-Paul, gdy pisał swoją "Mowę wypowiedzianą na szczycie kosmicznego gmachu przez umarłego Chrystusa o tym, że nie ma Boga"? Kiedy wyobrażam sobie, że tam stoję (na szczycie tego gmachu;) i rozglądam się na wszystkie strony, chyba wiem, co chciałabym zobaczyć. Na ile uniwersalne jest to moje pragnienie?

Bardziej niż wizja braku Boga przeraża mnie taki tekst:
"słychać głosy jęki/ zgrzytanie zębów/
przebudzeni bogowie/ opędzają się/ od natrętnych ludzi/ ziewają." (T. Różewicz)

Przed taki zgnuśniały anty-majestat wolałabym nie dostać się wcale. A może lepszy taki niż żaden?

*********************************************************