*********************************************************
"Trzy świece z brunatnego wosku płakały w wysokich lichtarzach, nie mogąc rozwiać mroku."
Uświadomiłam sobie, że dawno nie widziałam płaczących świec. Wszędzie sprzedają "niekapiące". Co za horror;)
A zdanie pochodzi z "Czystego, nieczystego" Colette, rekomendowanego przez Janion. Smutna książka.
*********************************************************
wtorek, 28 lipca 2009
czwartek, 16 lipca 2009
W rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze
*********************************************************
"Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote ściernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze."
Lato w fazie totalnego rozpasania. Wielka nadprodukcja, przerost. Nadmiar, który ujarzmia wyobraźnię.
Ta parująca wybujałość nieuchronnie kojarzy mi się z Schulzem (pisałam już o tym - tutaj). Wprawdzie Schulzowy Sierpień (lipiec też może być;) dzieje się na prowincji, a wielkomiejski skwar to jednak trochę inna bajka, ale upał doświadczany w mieście też ma swój kontrowersyjny wymiar. Zwłaszcza gdy dotyka w niewielkim stopniu, bo kawał dnia spędza się w klimatyzowanej kapsule, z której wychodzi się dopiero przed wieczorem do nabrzmiałego od żaru, prawie równie sztucznego świata - na zewnątrz. Potem wsiada się do nagrzanego tramwaju, w którym widzi się przytępione, omdlałe twarze, nieruchomy wzrok, ospałe spojrzenia, całkowite zwolnienie obrotów. Głowy wymiecione z myśli gorącymi podmuchami żaru.
Ma się wtedy dziką ochotę uratować zmuloną dramaturgię, rozłażącą się na wszystkie strony, i wydyszeć błagalnie do zgromadzonych tam, dogorywających aktorów (którymi, jak wiadomo, jesteśmy wszyscy - "świat jest teatrem, aktorami ludzie", William Shakespeare;), najlepiej desperacko, żeby zrobić jakie takie wrażenie:
- Proszę, żebyście nie przerywali spektaklu, żebyście grali dalej.
To moja ulubiona kwestia z "Braci Karamazow" wg Zelenki. Ciągle łazi mi po głowie. Jest kluczowa. Z pozoru niewinna, pozytywna, ale prowadzi do tragicznego finału. Aktorzy grają dalej (Dostojewskiego), nie mając pojęcia, jaką siłę może mieć ich spektakl, jeśli trafi na odpowiedni grunt, odpowiednie życiowe okoliczności. Że zyskuje wtedy taką moc, jak religia, misterium, które może skończyć się ofiarą. Bo żeby osiągnąć niemożliwe, człowiek zwraca się zwykle do Boga. Czasem jednak zwraca się w stronę sztuki. I bywa, że znajduje w niej wybawienie.
Jeszcze raz polecam film.
*********************************************************
"Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote ściernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze."
Lato w fazie totalnego rozpasania. Wielka nadprodukcja, przerost. Nadmiar, który ujarzmia wyobraźnię.
Ta parująca wybujałość nieuchronnie kojarzy mi się z Schulzem (pisałam już o tym - tutaj). Wprawdzie Schulzowy Sierpień (lipiec też może być;) dzieje się na prowincji, a wielkomiejski skwar to jednak trochę inna bajka, ale upał doświadczany w mieście też ma swój kontrowersyjny wymiar. Zwłaszcza gdy dotyka w niewielkim stopniu, bo kawał dnia spędza się w klimatyzowanej kapsule, z której wychodzi się dopiero przed wieczorem do nabrzmiałego od żaru, prawie równie sztucznego świata - na zewnątrz. Potem wsiada się do nagrzanego tramwaju, w którym widzi się przytępione, omdlałe twarze, nieruchomy wzrok, ospałe spojrzenia, całkowite zwolnienie obrotów. Głowy wymiecione z myśli gorącymi podmuchami żaru.
Ma się wtedy dziką ochotę uratować zmuloną dramaturgię, rozłażącą się na wszystkie strony, i wydyszeć błagalnie do zgromadzonych tam, dogorywających aktorów (którymi, jak wiadomo, jesteśmy wszyscy - "świat jest teatrem, aktorami ludzie", William Shakespeare;), najlepiej desperacko, żeby zrobić jakie takie wrażenie:
- Proszę, żebyście nie przerywali spektaklu, żebyście grali dalej.
To moja ulubiona kwestia z "Braci Karamazow" wg Zelenki. Ciągle łazi mi po głowie. Jest kluczowa. Z pozoru niewinna, pozytywna, ale prowadzi do tragicznego finału. Aktorzy grają dalej (Dostojewskiego), nie mając pojęcia, jaką siłę może mieć ich spektakl, jeśli trafi na odpowiedni grunt, odpowiednie życiowe okoliczności. Że zyskuje wtedy taką moc, jak religia, misterium, które może skończyć się ofiarą. Bo żeby osiągnąć niemożliwe, człowiek zwraca się zwykle do Boga. Czasem jednak zwraca się w stronę sztuki. I bywa, że znajduje w niej wybawienie.
Jeszcze raz polecam film.
*********************************************************
czwartek, 9 lipca 2009
Lord w funkcji antidotum
*********************************************************
"Nagle rozejrzała się bystro wokół i rzekła czystym altem:
- Gdzież mój chiromanta?
- Twój kto, Gladys? - spytała księżna, wzdrygnąwszy się niechcący.
- Mój chiromanta, księżno, nie mogę żyć bez niego.
- Droga Gladys! zawsze jesteś tak oryginalna - szepnęła księżna, próbując sobie przypomnieć, co właściwie znaczy chiromanta i żywiąc nadzieję, że nie to samo, co pedikiurzysta.
- Przychodzi do mnie regularnie dwa razy w tygodniu - mówiła dalej lady Windmere - i to jest niezmiernie interesujące.
- Mój Boże! - westchnęła do siebie księżna - a więc jednak to ktoś w rodzaju pedikiurzysty. Okropne. Mam nadzieję, że to chociaż cudzoziemiec. Wtedy nie byłoby tak źle."
I jak? Wg mnie całkiem dowcipnie. Na dodatek z podziałem na role. Plus arystokracja w obróbce (obiekt zawsze wyjątkowo wdzięczny). Niech żyje awangarda klasyki! Autor autor? Ależ proszę: niejaki Oscar Wilde, "Zbrodnia lorda Artura Savile". Jakim cudem kryminał Wilde'a w moich dość wyczulonych rękach? Żadnym wielkim, a nawet wręcz przeciwnie. Wbrew pozorom jest konsekwencją bardzo regularnego procesu (wynikania logicznego), który sama sprowokowałam (żeby przebiegł). A przetoczył się mniej więcej tak:
1. Chroniczny brak wolnego czasu (wow! brzmi jak nazwa poważnej choroby) sprawia, że desperacko (momentami) staram się zachować jakie takie czytelnicze kontinuum (że się tak wyrażę), co bywa trudne, bo w przypadku książek, które dotkną mnie głębiej niż po skórze, miałabym jednak ochotę na jakąś przyzwoitą karencję, choćby z szacunku dla autora.
2. Ale się spieszę. Stąd np. po niedawnym Bernhardzie karencja wyniosła zero (mimo że gość zasłużył na ładnych kilka dni - co najmniej), przyczyna - patrz p.1. Z powodu tej żarłoczności szybko przeszłam do następnych książek.
3. Wynikiem była zemsta matki literatury, która przyszła w postaci dwóch moich kolejnych czytelniczych porażek (i wcale nie były to "piękne katastrofy"):
a) porażka nr 1 - "Cudowna kariera Magdy M.", autorka: Magdalena Miecznicka (dotąd krytyczka literatury, niedawno nieoczekiwanie zabawiła się w autorkę), wymiękłam na ok. 30-tej stronie ("Ach, jak im zazdrościłaś tych chwil! I jak chłonęłaś w słabym świetle latarni urodę ich wspaniałych platynowych włosów, ich ust malowanych szminkami z billboardów oraz dżinsowych spódniczek - podczas gdy ty, skromna dziewczynka w wieku dojrzewania, w ogóle nigdy się nie malowałaś.")
b) porażka nr 2 - rzutem ukośnym (poprzekątnym?) przestawiłam się na "Sefera" Ewy Lipskiej - dotąd poetki ("Na biurku leżał gruby kalendarz, z nadwagą całego roku, którą zaczynał zrzucać 1 stycznia. Już wiedziałem, jak się to skończy, jak szybko będzie chudł, coraz szybciej, coraz szybciej, aż do anoreksji 31 grudnia.").
Bez zbędnych analiz - jednak musi być coś za coś. Układ "nic za coś" nie bardzo mi się podoba. Szybko mnie zniecierpliwiły. Może wrócę (co najmniej do jednej), żeby mieć obraz całości, ale na pewno bez poświęceń (jeśli nadal nie będą rokować, goobye).
A póki co - zdrażniły mnie do tego stopnia, że sięgnęłam w desperacji do kupki (sporej) różnych osobliwości i książeczek zakupionych w cenie 1PLN per sztuka (m.in. u niejakiego Wernyhory:), wyciągnęłam stamtąd chudziutkie opowiadanka O. Wilde'a właśnie, zabrałam w drogę i ... patrz początek tekstu! Jako odtrutka sprawdziły się całkiem nieźle. Ale już wystarczy:) Wracam.
*********************************************************
PS Piszę na kolanie, obiecuję poprawę.
*********************************************************
"Nagle rozejrzała się bystro wokół i rzekła czystym altem:
- Gdzież mój chiromanta?
- Twój kto, Gladys? - spytała księżna, wzdrygnąwszy się niechcący.
- Mój chiromanta, księżno, nie mogę żyć bez niego.
- Droga Gladys! zawsze jesteś tak oryginalna - szepnęła księżna, próbując sobie przypomnieć, co właściwie znaczy chiromanta i żywiąc nadzieję, że nie to samo, co pedikiurzysta.
- Przychodzi do mnie regularnie dwa razy w tygodniu - mówiła dalej lady Windmere - i to jest niezmiernie interesujące.
- Mój Boże! - westchnęła do siebie księżna - a więc jednak to ktoś w rodzaju pedikiurzysty. Okropne. Mam nadzieję, że to chociaż cudzoziemiec. Wtedy nie byłoby tak źle."
I jak? Wg mnie całkiem dowcipnie. Na dodatek z podziałem na role. Plus arystokracja w obróbce (obiekt zawsze wyjątkowo wdzięczny). Niech żyje awangarda klasyki! Autor autor? Ależ proszę: niejaki Oscar Wilde, "Zbrodnia lorda Artura Savile". Jakim cudem kryminał Wilde'a w moich dość wyczulonych rękach? Żadnym wielkim, a nawet wręcz przeciwnie. Wbrew pozorom jest konsekwencją bardzo regularnego procesu (wynikania logicznego), który sama sprowokowałam (żeby przebiegł). A przetoczył się mniej więcej tak:
1. Chroniczny brak wolnego czasu (wow! brzmi jak nazwa poważnej choroby) sprawia, że desperacko (momentami) staram się zachować jakie takie czytelnicze kontinuum (że się tak wyrażę), co bywa trudne, bo w przypadku książek, które dotkną mnie głębiej niż po skórze, miałabym jednak ochotę na jakąś przyzwoitą karencję, choćby z szacunku dla autora.
2. Ale się spieszę. Stąd np. po niedawnym Bernhardzie karencja wyniosła zero (mimo że gość zasłużył na ładnych kilka dni - co najmniej), przyczyna - patrz p.1. Z powodu tej żarłoczności szybko przeszłam do następnych książek.
3. Wynikiem była zemsta matki literatury, która przyszła w postaci dwóch moich kolejnych czytelniczych porażek (i wcale nie były to "piękne katastrofy"):
a) porażka nr 1 - "Cudowna kariera Magdy M.", autorka: Magdalena Miecznicka (dotąd krytyczka literatury, niedawno nieoczekiwanie zabawiła się w autorkę), wymiękłam na ok. 30-tej stronie ("Ach, jak im zazdrościłaś tych chwil! I jak chłonęłaś w słabym świetle latarni urodę ich wspaniałych platynowych włosów, ich ust malowanych szminkami z billboardów oraz dżinsowych spódniczek - podczas gdy ty, skromna dziewczynka w wieku dojrzewania, w ogóle nigdy się nie malowałaś.")
b) porażka nr 2 - rzutem ukośnym (poprzekątnym?) przestawiłam się na "Sefera" Ewy Lipskiej - dotąd poetki ("Na biurku leżał gruby kalendarz, z nadwagą całego roku, którą zaczynał zrzucać 1 stycznia. Już wiedziałem, jak się to skończy, jak szybko będzie chudł, coraz szybciej, coraz szybciej, aż do anoreksji 31 grudnia.").
Bez zbędnych analiz - jednak musi być coś za coś. Układ "nic za coś" nie bardzo mi się podoba. Szybko mnie zniecierpliwiły. Może wrócę (co najmniej do jednej), żeby mieć obraz całości, ale na pewno bez poświęceń (jeśli nadal nie będą rokować, goobye).
A póki co - zdrażniły mnie do tego stopnia, że sięgnęłam w desperacji do kupki (sporej) różnych osobliwości i książeczek zakupionych w cenie 1PLN per sztuka (m.in. u niejakiego Wernyhory:), wyciągnęłam stamtąd chudziutkie opowiadanka O. Wilde'a właśnie, zabrałam w drogę i ... patrz początek tekstu! Jako odtrutka sprawdziły się całkiem nieźle. Ale już wystarczy:) Wracam.
*********************************************************
PS Piszę na kolanie, obiecuję poprawę.
*********************************************************
piątek, 3 lipca 2009
"Kiedy patrzę na ludzi, patrzę na nieszczęśników."
*********************************************************
"Czasem przemawia przez nich Bóg, ale używa takich samych ordynarnych słów jak oni, takich samych nieporadnych zdań."
Muszę przyznać, że druga część "Zaburzenia" Bernharda z lekka mnie skonsternowała. Zmęczył mnie obłędny monolog Księcia, który ciągnie się do końca książki (i stanowi jakieś 2/3 całości), a jego bazowa teza brzmi: "Ludzie są wyłącznie idącą w miliardy, niesamowitą, rozmieszczoną na pięciu kontynentach wspólnotą umierania. (...) Życie jest szkołą, w której naucza się śmierci. Zaludnia tę szkołę wiele milionów uczniów i nauczycieli. (...) Jedynym osiągalnym celem nauki jest śmierć." Książę jest obłąkany, a zakręcona, wielopiętrowa forma jego kuriozalnego monologu pogłębia to wrażenie. I chyba o to zmęczenie chodzi. Żeby złachany czytelnik nie miał już siły na refleksję, że Książę mówi prawdę i tylko prawdę (jak to mają w zwyczaju szaleńcy), ale przecież nie całą. Nie całą!
Śmiertelność określa nas w stu procentach, ale daje w efekcie dramaturgię, która jest z gruntu życiodajna, "sensogenna". Oczywiście jest to paradoks (który jak zwykle - rządzi:) Mam wrażenie, że trudno byłoby wymyślić lepszy algorytm. I nie mówię tego lekko. Wcale nie.
W co wierzył Jean-Paul, gdy pisał swoją "Mowę wypowiedzianą na szczycie kosmicznego gmachu przez umarłego Chrystusa o tym, że nie ma Boga"? Kiedy wyobrażam sobie, że tam stoję (na szczycie tego gmachu;) i rozglądam się na wszystkie strony, chyba wiem, co chciałabym zobaczyć. Na ile uniwersalne jest to moje pragnienie?
Bardziej niż wizja braku Boga przeraża mnie taki tekst:
"słychać głosy jęki/ zgrzytanie zębów/
przebudzeni bogowie/ opędzają się/ od natrętnych ludzi/ ziewają." (T. Różewicz)
Przed taki zgnuśniały anty-majestat wolałabym nie dostać się wcale. A może lepszy taki niż żaden?
*********************************************************
"Czasem przemawia przez nich Bóg, ale używa takich samych ordynarnych słów jak oni, takich samych nieporadnych zdań."
Muszę przyznać, że druga część "Zaburzenia" Bernharda z lekka mnie skonsternowała. Zmęczył mnie obłędny monolog Księcia, który ciągnie się do końca książki (i stanowi jakieś 2/3 całości), a jego bazowa teza brzmi: "Ludzie są wyłącznie idącą w miliardy, niesamowitą, rozmieszczoną na pięciu kontynentach wspólnotą umierania. (...) Życie jest szkołą, w której naucza się śmierci. Zaludnia tę szkołę wiele milionów uczniów i nauczycieli. (...) Jedynym osiągalnym celem nauki jest śmierć." Książę jest obłąkany, a zakręcona, wielopiętrowa forma jego kuriozalnego monologu pogłębia to wrażenie. I chyba o to zmęczenie chodzi. Żeby złachany czytelnik nie miał już siły na refleksję, że Książę mówi prawdę i tylko prawdę (jak to mają w zwyczaju szaleńcy), ale przecież nie całą. Nie całą!
Śmiertelność określa nas w stu procentach, ale daje w efekcie dramaturgię, która jest z gruntu życiodajna, "sensogenna". Oczywiście jest to paradoks (który jak zwykle - rządzi:) Mam wrażenie, że trudno byłoby wymyślić lepszy algorytm. I nie mówię tego lekko. Wcale nie.
W co wierzył Jean-Paul, gdy pisał swoją "Mowę wypowiedzianą na szczycie kosmicznego gmachu przez umarłego Chrystusa o tym, że nie ma Boga"? Kiedy wyobrażam sobie, że tam stoję (na szczycie tego gmachu;) i rozglądam się na wszystkie strony, chyba wiem, co chciałabym zobaczyć. Na ile uniwersalne jest to moje pragnienie?
Bardziej niż wizja braku Boga przeraża mnie taki tekst:
"słychać głosy jęki/ zgrzytanie zębów/
przebudzeni bogowie/ opędzają się/ od natrętnych ludzi/ ziewają." (T. Różewicz)
Przed taki zgnuśniały anty-majestat wolałabym nie dostać się wcale. A może lepszy taki niż żaden?
*********************************************************
środa, 1 lipca 2009
O pewnej akcji ratunkowej i nobilitującym zastosowaniu nieposrebrzanej łyżeczki
*********************************************************
Jak czują się wybawcy, którzy uratowali kogoś przed śmiercią lub trwałym kalectwem? Nie wiem. Pozostaje jeszcze kwestia kogo. Jak się okazuje istotna.
Ja czuję się jak zwykle, choć uratowałam dzisiaj życie jednej musze. Wpadła mi rano do kawy, więc odstawiłam filiżankę (ze stoickim spokojem, nie mówiąc co się stało, bo akurat była u mnie dość wyabstrahowana kobieta z ważnego działu ważnej instytucji i nie chciałam, żeby się przeraziła, że takie rzeczy się zdarzają ;) i zapomniałam o niej.
A potem sobie przypomniałam (jak się znowu chciałam napić kawy) - patrzę do filiżanki, a ta mucha żyje, chociaż ledwo. Wystawiła głowę na powierzchnię i dryfuje. Jakoś nie miałam sumienia wylać jej do zlewu, więc wyłowiłam ją łyżeczką i posadziłam na kawałku papieru toaletowego, żeby się odsączyła. Od razu ruszyła w drogę (mało żwawo zresztą), zostawiając za sobą brązowy ślad. Umieściłam ją z tym papierem na parapecie, żeby szybciej wyschła, bo tam sięgało ciepłe słońce. Łaziła niemrawo, ale poza papier się nie wybierała, więc miałam ją na oku cały czas, kiedy wykonywałam swoją robotę. No i żyło biedactwo do momentu, gdy wychodziłam z firmy (raczej żwawo). Na odchodnym pokruszyłam jej trochę bułki na ten papier, żeby paradoksalnie nie padła z głodu (przeżywszy zachłyśnięcie się taką dawką kofeiny). I wtedy pomyślałam sobie, że przecież jak przyjdzie sprzątaczka (która już była w budynku, ale piętro niżej), to zwątpi - na parapecie wielka, naćpana mucha na papierze toaletowym z zapasami żywności w postaci chleba. Mogłaby sobie pomyśleć, że komuś (mnie) odbiło, a najprędzej nic by sobie nie pomyślała, tylko zgarnęła wszystko ścierką do wora na śmieci. Stwierdziłam, że nie mam innego wyjścia, jak wtajemniczyć ją w całą sprawę (czasem z nią gadam i kojarzy mnie raczej dobrze), co też uczyniłam po drodze. Wysłuchała mnie i mówi: eee tam, dziabnę ją gazetą i po wszystkim. Żeby to choć biedroneczka jaka była, ale mucha! Ja na to, że skoro jej (musze) tak się pofarciło z tym przeżyciem, to niech już żyje i niech zemrze naturalnie. I żeby jej nie zabijała. Upewniłam ją, że w domu też zabijam muchy (akurat!) i nie jestem ich miłośniczką, ale to było dziwne zdarzenie, no i nie w domu, tylko w firmie, więc co mi szkodzi trzymać jedną muchę póki sama nie zemrze. Obśmiała się i w końcu się zgodziła, konstatując filozoficznie: faktycznie dziwne, że przeżyła. No to niech żyje, ale jak zdechnie sama, to żeby nie było na mnie:))
*********************************************************
Jak czują się wybawcy, którzy uratowali kogoś przed śmiercią lub trwałym kalectwem? Nie wiem. Pozostaje jeszcze kwestia kogo. Jak się okazuje istotna.
Ja czuję się jak zwykle, choć uratowałam dzisiaj życie jednej musze. Wpadła mi rano do kawy, więc odstawiłam filiżankę (ze stoickim spokojem, nie mówiąc co się stało, bo akurat była u mnie dość wyabstrahowana kobieta z ważnego działu ważnej instytucji i nie chciałam, żeby się przeraziła, że takie rzeczy się zdarzają ;) i zapomniałam o niej.
A potem sobie przypomniałam (jak się znowu chciałam napić kawy) - patrzę do filiżanki, a ta mucha żyje, chociaż ledwo. Wystawiła głowę na powierzchnię i dryfuje. Jakoś nie miałam sumienia wylać jej do zlewu, więc wyłowiłam ją łyżeczką i posadziłam na kawałku papieru toaletowego, żeby się odsączyła. Od razu ruszyła w drogę (mało żwawo zresztą), zostawiając za sobą brązowy ślad. Umieściłam ją z tym papierem na parapecie, żeby szybciej wyschła, bo tam sięgało ciepłe słońce. Łaziła niemrawo, ale poza papier się nie wybierała, więc miałam ją na oku cały czas, kiedy wykonywałam swoją robotę. No i żyło biedactwo do momentu, gdy wychodziłam z firmy (raczej żwawo). Na odchodnym pokruszyłam jej trochę bułki na ten papier, żeby paradoksalnie nie padła z głodu (przeżywszy zachłyśnięcie się taką dawką kofeiny). I wtedy pomyślałam sobie, że przecież jak przyjdzie sprzątaczka (która już była w budynku, ale piętro niżej), to zwątpi - na parapecie wielka, naćpana mucha na papierze toaletowym z zapasami żywności w postaci chleba. Mogłaby sobie pomyśleć, że komuś (mnie) odbiło, a najprędzej nic by sobie nie pomyślała, tylko zgarnęła wszystko ścierką do wora na śmieci. Stwierdziłam, że nie mam innego wyjścia, jak wtajemniczyć ją w całą sprawę (czasem z nią gadam i kojarzy mnie raczej dobrze), co też uczyniłam po drodze. Wysłuchała mnie i mówi: eee tam, dziabnę ją gazetą i po wszystkim. Żeby to choć biedroneczka jaka była, ale mucha! Ja na to, że skoro jej (musze) tak się pofarciło z tym przeżyciem, to niech już żyje i niech zemrze naturalnie. I żeby jej nie zabijała. Upewniłam ją, że w domu też zabijam muchy (akurat!) i nie jestem ich miłośniczką, ale to było dziwne zdarzenie, no i nie w domu, tylko w firmie, więc co mi szkodzi trzymać jedną muchę póki sama nie zemrze. Obśmiała się i w końcu się zgodziła, konstatując filozoficznie: faktycznie dziwne, że przeżyła. No to niech żyje, ale jak zdechnie sama, to żeby nie było na mnie:))
*********************************************************
środa, 24 czerwca 2009
Do czego zmusza zbiorowa dusza?
*********************************************************
Zbiór to pojęcie zbyt ogólne, choć w kontekście zbiorowej duszy nabiera już konkretniejszych kształtów i wymiarów. Śmieszna, antropocentryczna pycha każe nam myśleć od razu o zbiorowości ludzkiej (skąd ta chora uzurpacja? jakiś niezdrowy monopol? tylko my mamy duszę w przyrodzie? może jeszcze w całym wszechświecie, hę? arogancja i bezpodstawny szowinizm, tyle...).
Tak czy siak - tym razem rzeczywiście chodzi o ludzkie stado, realnie istniejące, snujące się wokół gęsto, rozwleczone aż po horyzont, zagarniające mnie - substancję indywidualną - na przeważającą część dnia i każące mi myśleć intensywnie o rzeczach, które personalnie aż tak bardzo mnie nie obchodzą.
Stada jednak bywają różne. Jest to prawda raczej oczywista, więc nie będę się bawić w jakąś zaawansowaną egzemplifikację (bo mogłoby się zrobić drastycznie). Może poza zajawką jednego - literackiego zresztą - przykładu, który ujmę w formę ekscentrycznego pytania: co zrobić, gdy ogromne, kilkutysięczne stado ptaków zaczyna wrzeszczeć (i nie zamierza przestać, krzyczy tak dniami i nocami) po odejściu swojego opiekuna-hodowcy, który zajmował się nimi, pielęgnował je, "prawie wychowywał, żył dla nich"? To z Bernharda - u niego można znaleźć opis takiej sytuacji, włącznie z dokładną relacją, co zrobiono, żeby rozwiązać ten problem. Powiem tylko, że po przeczytaniu tego kawałka wysiadłam z tramwaju i weszłam na ulicę na czerwonym świetle. Następnie - gdy pod wpływem napierających samochodów zaczęłam wycofywać się na chodnik - nadziałam się plecami na słup, który prawie zgięłam w amoku, robiąc sobie na szczęście niewielką krzywdę, za to budząc ogólne zainteresowanie. Zresztą cały Bernhard jest taki. Tłum to chaos i ciemność. Tak trywialne pojęcie, jak "fajnie", po prostu nie istnieje.
Bez wątpienia jednak przyjazne stado może generować całkiem czułą, wyrafinowaną i ubogacającą zbiorową duszę (sprzyja temu dobrowolność zgromadzenia i możliwość czasowej izolacji:). O całkowitej kiszce (albo prawdziwym wyzwaniu - jak kto woli) można mówić dopiero wtedy, gdy stado jest obce i wrogie. Osobiście wolałabym nie pakować się w taki pasztet (kiszkę znaczy - nie dość, że stado, to jeszcze całkiem niepokrewne, brrr!), tyle że akurat nie bardzo mam wybór. Przynajmniej na kilka najbliższych dni. Trudno.
I jak zawsze, kiedy mam na to wyjątkowo marne szanse, marzy mi się spokojna kontemplacja w całkowitym, egzystencjalnym spoczynku. A najlepiej wykonywanie zawodu, w który kontemplowanie siebie (człowieka) jest z założenia wpisane.
Aha, od razu dodam, że te moje kontemplacyjne zapędy nie mają nic wspólnego z (również moim) niespełnionym marzeniem o beztroskim zbijaniu bąków. Na co dzień. Dla jasności wywodu przywołam znaną chyba ogólnie przypowieść o kontemplującej Marii i krzątającej się Marcie, która daje postawie kontemplującej sankcję boską (wiadomo, kogo pochwalił Chrystus). I taki właśnie komfort mi się marzy;)
*********************************************************
Zbiór to pojęcie zbyt ogólne, choć w kontekście zbiorowej duszy nabiera już konkretniejszych kształtów i wymiarów. Śmieszna, antropocentryczna pycha każe nam myśleć od razu o zbiorowości ludzkiej (skąd ta chora uzurpacja? jakiś niezdrowy monopol? tylko my mamy duszę w przyrodzie? może jeszcze w całym wszechświecie, hę? arogancja i bezpodstawny szowinizm, tyle...).
Tak czy siak - tym razem rzeczywiście chodzi o ludzkie stado, realnie istniejące, snujące się wokół gęsto, rozwleczone aż po horyzont, zagarniające mnie - substancję indywidualną - na przeważającą część dnia i każące mi myśleć intensywnie o rzeczach, które personalnie aż tak bardzo mnie nie obchodzą.
Stada jednak bywają różne. Jest to prawda raczej oczywista, więc nie będę się bawić w jakąś zaawansowaną egzemplifikację (bo mogłoby się zrobić drastycznie). Może poza zajawką jednego - literackiego zresztą - przykładu, który ujmę w formę ekscentrycznego pytania: co zrobić, gdy ogromne, kilkutysięczne stado ptaków zaczyna wrzeszczeć (i nie zamierza przestać, krzyczy tak dniami i nocami) po odejściu swojego opiekuna-hodowcy, który zajmował się nimi, pielęgnował je, "prawie wychowywał, żył dla nich"? To z Bernharda - u niego można znaleźć opis takiej sytuacji, włącznie z dokładną relacją, co zrobiono, żeby rozwiązać ten problem. Powiem tylko, że po przeczytaniu tego kawałka wysiadłam z tramwaju i weszłam na ulicę na czerwonym świetle. Następnie - gdy pod wpływem napierających samochodów zaczęłam wycofywać się na chodnik - nadziałam się plecami na słup, który prawie zgięłam w amoku, robiąc sobie na szczęście niewielką krzywdę, za to budząc ogólne zainteresowanie. Zresztą cały Bernhard jest taki. Tłum to chaos i ciemność. Tak trywialne pojęcie, jak "fajnie", po prostu nie istnieje.
Bez wątpienia jednak przyjazne stado może generować całkiem czułą, wyrafinowaną i ubogacającą zbiorową duszę (sprzyja temu dobrowolność zgromadzenia i możliwość czasowej izolacji:). O całkowitej kiszce (albo prawdziwym wyzwaniu - jak kto woli) można mówić dopiero wtedy, gdy stado jest obce i wrogie. Osobiście wolałabym nie pakować się w taki pasztet (kiszkę znaczy - nie dość, że stado, to jeszcze całkiem niepokrewne, brrr!), tyle że akurat nie bardzo mam wybór. Przynajmniej na kilka najbliższych dni. Trudno.
I jak zawsze, kiedy mam na to wyjątkowo marne szanse, marzy mi się spokojna kontemplacja w całkowitym, egzystencjalnym spoczynku. A najlepiej wykonywanie zawodu, w który kontemplowanie siebie (człowieka) jest z założenia wpisane.
Aha, od razu dodam, że te moje kontemplacyjne zapędy nie mają nic wspólnego z (również moim) niespełnionym marzeniem o beztroskim zbijaniu bąków. Na co dzień. Dla jasności wywodu przywołam znaną chyba ogólnie przypowieść o kontemplującej Marii i krzątającej się Marcie, która daje postawie kontemplującej sankcję boską (wiadomo, kogo pochwalił Chrystus). I taki właśnie komfort mi się marzy;)
*********************************************************
piątek, 15 maja 2009
Ekwilibrystyka probabilistyki
********************************************************
Jakie jest prawdopodobieństwo, że obudzę się któregoś ranka w całkiem innej rzeczywistości? w której nie będę już sobą? że świat, który oswajam zniknie? że zmieni się konfiguracja? i że zostanę oddzielona od tego, co stanowi jego esencję? co wydaje mi się pokrewne? bliskie?
Jakie jest prawdopodobieństwo, że będę budzić się zawsze w takiej samej rzeczywistości? w której będę mogła pozostać sobą? że świat, który oswajam przetrwa? że nie zmieni się konfiguracja? i że nie zostanę odcięta od tego, co stanowi jego esencję? co wydaje mi się pokrewne? bliskie?
Ile jest podobieństwa do prawdy w przeciętnym prawdo-podobieństwie? prawdy, czyli tego, co się realnie wydarzy?
Nie wiem. I nigdy nie będę wiedzieć. Prawdopodobnie.
********************************************************
Jakie jest prawdopodobieństwo, że obudzę się któregoś ranka w całkiem innej rzeczywistości? w której nie będę już sobą? że świat, który oswajam zniknie? że zmieni się konfiguracja? i że zostanę oddzielona od tego, co stanowi jego esencję? co wydaje mi się pokrewne? bliskie?
Jakie jest prawdopodobieństwo, że będę budzić się zawsze w takiej samej rzeczywistości? w której będę mogła pozostać sobą? że świat, który oswajam przetrwa? że nie zmieni się konfiguracja? i że nie zostanę odcięta od tego, co stanowi jego esencję? co wydaje mi się pokrewne? bliskie?
Ile jest podobieństwa do prawdy w przeciętnym prawdo-podobieństwie? prawdy, czyli tego, co się realnie wydarzy?
Nie wiem. I nigdy nie będę wiedzieć. Prawdopodobnie.
********************************************************
niedziela, 3 maja 2009
Niechętnie to piszę
********************************************************
Tydzień temu widziałam Tatarak Wajdy. Nie zamierzałam poświęcać mu ani linijki, bo rozczarował mnie ten film. Mocno.
I niestety nie obszedł mnie wcale. Nijak nie dotknął.
Jednak temat wraca w dyskusjach, a ja utwierdzam się w swoich odczuciach, choć opinie bywają różne. Jakoś nikt nie zdołał mnie do tego filmu przekonać. Przetrwałam dzielnie wszystkie próby zbawienia, nawrócenia oraz dodania otuchy, że ze sztuką nie jest tak źle. No sorry, na pewno nie jest. Wierzę w katartyczną moc sztuki. Ale "Tatarak" jako dowód w tej sprawie to raczej marny pomysł.
Ten film przygnębił mnie pod każdym względem. Mam wrażenie, że wszystko, co powiedziano o nim w ramach reklamy i lansu (bazującego na ważnych i trudnych słowach, takich jak śmierć, utrata, choroba, pożegnanie - miłości jakoś zabrakło), pozostało w sferze pobożnych życzeń. Nic z tego nie wisi nawet w powietrzu, bo ten film nie ma żadnego klimatu. Ani Iwaszkiewiczowskiego, ani egzystencjalnego, ani obyczajowego. "Jandowy" chyba najbardziej. I nie jest to, niestety, zaleta. Po co Wajdzie był ten Iwaszkiewicz? Skoro został całkiem odarty ze swojej własnej esencji?
Janda nie przekonuje mnie ani trochę w żadnym ze swoich wcieleń w tym filmie - ani jako dotknięta śmiercią pani Marta, ani jako aktorka o sławnym nazwisku, która straciła męża-operatora, ani jako ona sama w scenach, gdy demaskowany jest plan filmowy. Nie ratują tego filmu dobre zdjęcia i malarskie stylizacje. Zgoda - zamysł był karkołomny, ale nikt nie kazał Jandzie tego robić. Sama chciała odegrać w tym filmie taką właśnie potrójną rolę. Abstrahując od wątku osobistego, który naprawdę trudno oceniać ze względu na jego intymność (mam to Jandzie za złe, że zamyka odbiorcy buzię w taki jednak nieuczciwy sposób - bo śmierć Edwarda Kłosińskiego jest jeszcze bardzo świeża), film po prostu nie trzyma się kupy, rozwala się konstrukcyjnie, w związku z czym dramaturgię ma raczej żadną. Wszystko jest poszatkowane, pocięte zbyt mocno, żeby mogło zrobić wrażenie.
Jak znaleźć formę dla bólu i rozpaczy po utracie kogoś, kogo się kocha? (Ale też przecież dla miłości, która w obliczu śmierci zdaje się tracić swój sens - czy naprawdę? - i której nie ma prawie wcale w tym filmie.) Czy człowiek jest w stanie szukać formy w fazie, gdy naturalną gamą dźwięków jest dla niego raczej jęk? Zawodzenie? Całkiem świeżo po czyjejś śmierci? Podobnie jak nie wierzę Kochanowskiemu, który misternie wystylizował swoje Treny, na tyle skutecznie dłubał przy ich formie, że w zasadzie osiągnął doskonałość, tak nie przekonuje mnie Janda w tym filmie, choć wierzę w jej prywatny ból. Jedno jest pewne - oczywiście miała prawo wypowiedzieć się jako aktorka, tyle że automatycznie wciągnęła mnie w to jako widza. Dlatego teraz o tym piszę.
Różewicz wydał tom "Matka odchodzi" w wiele lat po rzeczywistej śmierci swojej matki, mimo że teksty powstały dużo wcześniej. To naprawdę zmienia postać rzeczy.
Jeszcze słowo o Wajdzie -
nie interesuje mnie specjalnie jako reżyser społeczno-historycznych opusów. Ale obejrzałam i "Brzezinę", i "Panny z Wilka" na podstawie Iwaszkiewicza. Oba filmy są świetne. Bo Iwaszkiewiczowskie właśnie. W "Tataraku" Wajda Iwaszkiewicza zdradził. Oddał ten film Jandzie. Takie przynajmniej mam wrażenie. Ale nie jest to film Jandy. Jest to film o Jandzie. Za Jandy sprawą właśnie. Edwarda Kłosińskiego - któremu film jest dedykowany - paradoksalnie w nim nie ma. I nie sądzę, żeby była w tym premedytacja. Taka przewrotna intencja, że niby całe życie w cieniu Jandy i dedykowany mu film też zasłonięty przez żonę.
********************************************************
Tydzień temu widziałam Tatarak Wajdy. Nie zamierzałam poświęcać mu ani linijki, bo rozczarował mnie ten film. Mocno.
I niestety nie obszedł mnie wcale. Nijak nie dotknął.
Jednak temat wraca w dyskusjach, a ja utwierdzam się w swoich odczuciach, choć opinie bywają różne. Jakoś nikt nie zdołał mnie do tego filmu przekonać. Przetrwałam dzielnie wszystkie próby zbawienia, nawrócenia oraz dodania otuchy, że ze sztuką nie jest tak źle. No sorry, na pewno nie jest. Wierzę w katartyczną moc sztuki. Ale "Tatarak" jako dowód w tej sprawie to raczej marny pomysł.
Ten film przygnębił mnie pod każdym względem. Mam wrażenie, że wszystko, co powiedziano o nim w ramach reklamy i lansu (bazującego na ważnych i trudnych słowach, takich jak śmierć, utrata, choroba, pożegnanie - miłości jakoś zabrakło), pozostało w sferze pobożnych życzeń. Nic z tego nie wisi nawet w powietrzu, bo ten film nie ma żadnego klimatu. Ani Iwaszkiewiczowskiego, ani egzystencjalnego, ani obyczajowego. "Jandowy" chyba najbardziej. I nie jest to, niestety, zaleta. Po co Wajdzie był ten Iwaszkiewicz? Skoro został całkiem odarty ze swojej własnej esencji?
Janda nie przekonuje mnie ani trochę w żadnym ze swoich wcieleń w tym filmie - ani jako dotknięta śmiercią pani Marta, ani jako aktorka o sławnym nazwisku, która straciła męża-operatora, ani jako ona sama w scenach, gdy demaskowany jest plan filmowy. Nie ratują tego filmu dobre zdjęcia i malarskie stylizacje. Zgoda - zamysł był karkołomny, ale nikt nie kazał Jandzie tego robić. Sama chciała odegrać w tym filmie taką właśnie potrójną rolę. Abstrahując od wątku osobistego, który naprawdę trudno oceniać ze względu na jego intymność (mam to Jandzie za złe, że zamyka odbiorcy buzię w taki jednak nieuczciwy sposób - bo śmierć Edwarda Kłosińskiego jest jeszcze bardzo świeża), film po prostu nie trzyma się kupy, rozwala się konstrukcyjnie, w związku z czym dramaturgię ma raczej żadną. Wszystko jest poszatkowane, pocięte zbyt mocno, żeby mogło zrobić wrażenie.
Jak znaleźć formę dla bólu i rozpaczy po utracie kogoś, kogo się kocha? (Ale też przecież dla miłości, która w obliczu śmierci zdaje się tracić swój sens - czy naprawdę? - i której nie ma prawie wcale w tym filmie.) Czy człowiek jest w stanie szukać formy w fazie, gdy naturalną gamą dźwięków jest dla niego raczej jęk? Zawodzenie? Całkiem świeżo po czyjejś śmierci? Podobnie jak nie wierzę Kochanowskiemu, który misternie wystylizował swoje Treny, na tyle skutecznie dłubał przy ich formie, że w zasadzie osiągnął doskonałość, tak nie przekonuje mnie Janda w tym filmie, choć wierzę w jej prywatny ból. Jedno jest pewne - oczywiście miała prawo wypowiedzieć się jako aktorka, tyle że automatycznie wciągnęła mnie w to jako widza. Dlatego teraz o tym piszę.
Różewicz wydał tom "Matka odchodzi" w wiele lat po rzeczywistej śmierci swojej matki, mimo że teksty powstały dużo wcześniej. To naprawdę zmienia postać rzeczy.
Jeszcze słowo o Wajdzie -
nie interesuje mnie specjalnie jako reżyser społeczno-historycznych opusów. Ale obejrzałam i "Brzezinę", i "Panny z Wilka" na podstawie Iwaszkiewicza. Oba filmy są świetne. Bo Iwaszkiewiczowskie właśnie. W "Tataraku" Wajda Iwaszkiewicza zdradził. Oddał ten film Jandzie. Takie przynajmniej mam wrażenie. Ale nie jest to film Jandy. Jest to film o Jandzie. Za Jandy sprawą właśnie. Edwarda Kłosińskiego - któremu film jest dedykowany - paradoksalnie w nim nie ma. I nie sądzę, żeby była w tym premedytacja. Taka przewrotna intencja, że niby całe życie w cieniu Jandy i dedykowany mu film też zasłonięty przez żonę.
********************************************************
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Odurzenie światłem (jak u Schulza, tylko trochę bledsze)
********************************************************
Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od blasku, jakby zalepione miodem.
To z Schulza (ale nie całkiem dosłownie, jakoś tak).
Tak to właśnie dziś wyglądało:
dzień jak zwykle przy sztucznym świetle. Za to powrót w słonecznym szale, słonecznymi stronami ulic. I do tego ruchliwe cienie, załamane dość bezlitośnie na fasadach mijanych kamienic (czy Schulz byłby zadowolony z tej stylizacji?;)
U Schulza jest wprawdzie sierpień, ale myślę, że już można odtrąbić (dlaczego nie odskrzypieć?) uroczysty początek sezonu. Bo ewidentnie już się zaczął. Sezon zmrużonych oczu. Rozedrgany od słonecznego światła i zakłamywany gorliwie przez ciemny, przeciwsłoneczny biznes (okularowy oczywiście).
Fajny czas.
No i nie mogło mi się nie skojarzyć. Jest taka scena w Zmruż oczy Jakimowskiego. Końcowo-kluczowa ("tytułowa"). Kiedy główny bohater (nauczyciel-guru dla wioski) tłumaczy rozżalonej Małej (która czuje się zdradzona i oszukana, ponieważ on zdecydował się wyjechać na drugi koniec Polski), że bynajmniej nie znika z jej życia. Że skoro już się w nim pojawił, wpisał się w nie na zawsze. "Zmruż oczy. Wtedy zobaczysz, że za tydzień też będę tu z tobą siedział, tylko będę trochę bledszy" - mówi (mniej więcej).
Jasne. Bo ważny jest sens, jaki mają rzeczy i zdarzenia.
*********************************************************
Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od blasku, jakby zalepione miodem.
To z Schulza (ale nie całkiem dosłownie, jakoś tak).
Tak to właśnie dziś wyglądało:
dzień jak zwykle przy sztucznym świetle. Za to powrót w słonecznym szale, słonecznymi stronami ulic. I do tego ruchliwe cienie, załamane dość bezlitośnie na fasadach mijanych kamienic (czy Schulz byłby zadowolony z tej stylizacji?;)
U Schulza jest wprawdzie sierpień, ale myślę, że już można odtrąbić (dlaczego nie odskrzypieć?) uroczysty początek sezonu. Bo ewidentnie już się zaczął. Sezon zmrużonych oczu. Rozedrgany od słonecznego światła i zakłamywany gorliwie przez ciemny, przeciwsłoneczny biznes (okularowy oczywiście).
Fajny czas.
No i nie mogło mi się nie skojarzyć. Jest taka scena w Zmruż oczy Jakimowskiego. Końcowo-kluczowa ("tytułowa"). Kiedy główny bohater (nauczyciel-guru dla wioski) tłumaczy rozżalonej Małej (która czuje się zdradzona i oszukana, ponieważ on zdecydował się wyjechać na drugi koniec Polski), że bynajmniej nie znika z jej życia. Że skoro już się w nim pojawił, wpisał się w nie na zawsze. "Zmruż oczy. Wtedy zobaczysz, że za tydzień też będę tu z tobą siedział, tylko będę trochę bledszy" - mówi (mniej więcej).
Jasne. Bo ważny jest sens, jaki mają rzeczy i zdarzenia.
*********************************************************
czwartek, 23 kwietnia 2009
Same tezy, czyli post mocno niedoskonały
*******************************************************
Zacznę od negatywów:
- nie jestem wielbicielką Hegla (toteż w tekście samiutkie tezy - zero syntez i zero antytez, żadnych okrągłych triad)
- nie jestem też protestantką (choć oczywiście doceniam - Lutra w każdym razie na pewno)
- nie zamierzam przeorać Europy - zwłaszcza duchowo i mentalnie (nie musisz drżeć, Kontynencie!;))
Ale w drodze do domu kupiłam fajne szpilki, więc pomyślałam sobie, że postawię dziś kilka tez (czwartkowych) i przyszpilę je zawadiacko (jak również bezboleśnie - taką przynajmniej mam nadzieję) do drzwi w Nieoswajalnym. Jeśli spadną pod wpływem wiatru, błyskawicznie podbiegnie kotek i czym prędzej się na nich ułoży. Tak czy siak - do czegoś się przydadzą. Lub nie (wtedy będą sztuką dla sztuki;). Ok, here goes.
Teza 1
Nie wszystkie doby trwają 24h - niektóre znacznie dłużej. To całkowicie pewne. I podeprę się teorią względności (a co!:) - skoro rozszerza się wszechświat, czy nie mogą rozszerzać się również doby? To był kosmicznie długi dzień. Czy przeczytam jutro o czarnej dziurze, w którą wpadł ten przedziwny czwartek?
Teza 2
Przeładowanie zakrzywia czasoprzestrzeń bardziej.
Teza 3
Konfrontacja z legendami bywa trudna nie tylko w zakrzywione kosmicznie czwartki.
Ta legenda to Ibsen (tym razem).
Z przyczyn zależnych ode mnie tylko do pewnego stopnia (cóż) muszę zająć się nie na żarty m. in. Dziką kaczką H. Ibsena (tego wielkiego moralisty). No więc czytam. Ponura sprawa. Przede wszystkim rozłożył mnie język. Totalnie anachroniczny. Gdyby ktoś miał pomysł wystawienia tego w teatrze, przydałoby się nowe tłumaczenie.
Gdy nieznośny "apostoł prawdy", Gregers (główny bohater), mówi z zapamiętaniem: "Kiedy spoglądam wstecz na całe twoje życie, mam wrażenie, że patrzę na pole walki, na którym wszędzie widać pogruchotane egzystencje ludzkie", to oczywiście nabieramy o nim odpowiedniego wyobrażenia (osobnik pompatyczny, bezkompromisowy, ze skłonnością do kaznodziejstwa i źle pojętego misjonarstwa). Można to jednak powiedzieć inaczej.
Ibsen jest ciężkostrawny nie tylko dlatego. Nie ma nad nami litości. Czy naprawdę tacy jesteśmy?
Teza 4
Zdarza się, że cieszymy się z rzeczy, które nie dla nas są przeznaczone. Dzieją się w jakieś współdzielonej rzeczywistości i dlatego się zazębiają - moje, twoje, nasze, dla-mnie-nie-dla-mnie, tobie-nie-tobie. Jak rozpoznać, co jest przypadkowe, a co ma głębszy sens?
Teza 5
O łapaniu srok za ogon. Zbyt wielu. Czy to jakieś ludowe żarty? Niech ktoś spróbuje złapać - choćby jedną! Oczywiście teoretycznie. Praktycznie - protestuję i się odcinam: żadnego łapania biednych ptaszków, usidlania, zamykania itp.:) Niech fruwają swobodnie i wiecznie. We wszystkie strony świata. Wracając do meritum: jeśli założyć, że łapiący to ja, a sroki - sprawy, które próbuję ogarnąć (a one wymykają się zmyślnie), to jest to w miarę trafny obraz mojej aktualnej sytuacji egzystencjalnej.
Teza 6
Można być jednocześnie twórcą i tworzywem.
cd. raczej nie nastąpi
"A teraz muszę już iść. Mój pociąg odchodzi za godzinę." Hłasko tak powiedział. Ale zdrzemnął się jeszcze przed podróżą. I już się z tej drzemki nie obudził.
*********************************************************
Zacznę od negatywów:
- nie jestem wielbicielką Hegla (toteż w tekście samiutkie tezy - zero syntez i zero antytez, żadnych okrągłych triad)
- nie jestem też protestantką (choć oczywiście doceniam - Lutra w każdym razie na pewno)
- nie zamierzam przeorać Europy - zwłaszcza duchowo i mentalnie (nie musisz drżeć, Kontynencie!;))
Ale w drodze do domu kupiłam fajne szpilki, więc pomyślałam sobie, że postawię dziś kilka tez (czwartkowych) i przyszpilę je zawadiacko (jak również bezboleśnie - taką przynajmniej mam nadzieję) do drzwi w Nieoswajalnym. Jeśli spadną pod wpływem wiatru, błyskawicznie podbiegnie kotek i czym prędzej się na nich ułoży. Tak czy siak - do czegoś się przydadzą. Lub nie (wtedy będą sztuką dla sztuki;). Ok, here goes.
Teza 1
Nie wszystkie doby trwają 24h - niektóre znacznie dłużej. To całkowicie pewne. I podeprę się teorią względności (a co!:) - skoro rozszerza się wszechświat, czy nie mogą rozszerzać się również doby? To był kosmicznie długi dzień. Czy przeczytam jutro o czarnej dziurze, w którą wpadł ten przedziwny czwartek?
Teza 2
Przeładowanie zakrzywia czasoprzestrzeń bardziej.
Teza 3
Konfrontacja z legendami bywa trudna nie tylko w zakrzywione kosmicznie czwartki.
Ta legenda to Ibsen (tym razem).
Z przyczyn zależnych ode mnie tylko do pewnego stopnia (cóż) muszę zająć się nie na żarty m. in. Dziką kaczką H. Ibsena (tego wielkiego moralisty). No więc czytam. Ponura sprawa. Przede wszystkim rozłożył mnie język. Totalnie anachroniczny. Gdyby ktoś miał pomysł wystawienia tego w teatrze, przydałoby się nowe tłumaczenie.
Gdy nieznośny "apostoł prawdy", Gregers (główny bohater), mówi z zapamiętaniem: "Kiedy spoglądam wstecz na całe twoje życie, mam wrażenie, że patrzę na pole walki, na którym wszędzie widać pogruchotane egzystencje ludzkie", to oczywiście nabieramy o nim odpowiedniego wyobrażenia (osobnik pompatyczny, bezkompromisowy, ze skłonnością do kaznodziejstwa i źle pojętego misjonarstwa). Można to jednak powiedzieć inaczej.
Ibsen jest ciężkostrawny nie tylko dlatego. Nie ma nad nami litości. Czy naprawdę tacy jesteśmy?
Teza 4
Zdarza się, że cieszymy się z rzeczy, które nie dla nas są przeznaczone. Dzieją się w jakieś współdzielonej rzeczywistości i dlatego się zazębiają - moje, twoje, nasze, dla-mnie-nie-dla-mnie, tobie-nie-tobie. Jak rozpoznać, co jest przypadkowe, a co ma głębszy sens?
Teza 5
O łapaniu srok za ogon. Zbyt wielu. Czy to jakieś ludowe żarty? Niech ktoś spróbuje złapać - choćby jedną! Oczywiście teoretycznie. Praktycznie - protestuję i się odcinam: żadnego łapania biednych ptaszków, usidlania, zamykania itp.:) Niech fruwają swobodnie i wiecznie. We wszystkie strony świata. Wracając do meritum: jeśli założyć, że łapiący to ja, a sroki - sprawy, które próbuję ogarnąć (a one wymykają się zmyślnie), to jest to w miarę trafny obraz mojej aktualnej sytuacji egzystencjalnej.
Teza 6
Można być jednocześnie twórcą i tworzywem.
cd. raczej nie nastąpi
"A teraz muszę już iść. Mój pociąg odchodzi za godzinę." Hłasko tak powiedział. Ale zdrzemnął się jeszcze przed podróżą. I już się z tej drzemki nie obudził.
*********************************************************
czwartek, 16 kwietnia 2009
Gdy proza pryska
*********************************************************
Kto wymyślił pojęcie proza w odniesieniu do codziennego życia? Z takim wydźwiękiem - negatywnym? Jakoś źle mi to wchodzi w ucho. Zgrzyta przykro, że hej. A to pewnie z powodu sprzeczności z moim osobistym odbiorem tego w końcu nie-byle-słowa. Proza brzmi całkiem dumnie i nie widzę powodu, żeby definiować biedaczką akurat ten wymiar życia, który uważamy za mniejszy, gorszy i do bani. Na dodatek kontrastować z poezją (życia oczywiście;) w sposób chyba jednak nieco zbyt prosty.
No więc prywatnie protestuję przeciwko takiemu kiczowatemu uproszczeniu. Przyznaję jednak, że jest coś na rzeczy. Życie ma taką sferę - przyziemną i pospolitą - i nie da się tego ukryć. Sęk w tym, że definicja tego wymiaru (męczącego poprzez trywialność) okazuje się całkiem płynna.
Do niedawna myślałam na przykład, że zdarzeniem z tej właśnie sfery (proza próz) jest - powiedzmy - awaria pralki. Która znowu mi się trafiła. I tym razem - ku mojemu zdumieniu - okazało się, że nie trzeba mieć w domu zepsutego akceleratora cząstek (na przykład), żeby naprawa miała niebanalny przebieg i dramaturgię godną jakichś porządnych desek (teatralnych oczywiście). Zwykły, swojski i nieco zużyty sprzęt AGD wystarczy w zupełności. Wszystko zależy po prostu od dramatis personae uczestniczących w tym procesie. Oto bowiem w przebraniu fachowca w moim domu pojawił się gigant, performer dekady (co najmniej), który przerósł nie tylko sytuację, ale również czas, miejsce oraz moją skromną osobę. Przeżyłam szok w stanie czystym. Zanim cokolwiek zrobił, wygłosił zaawansowany prolog. Zawile prezentował wielowariantowe teorie, obracające się wokół idei pralki samej w sobie i pralek w szczególności. Pominę to, co nastąpiło potem. Koleżka w typie szalonego pasjonata-badacza, teoretyka i praktyka w jednej osobie, a przede wszystkim - z wielkim poczuciem misji. Nie wiem, czy wyglądałam na taką skretyniałą, czy gość tak ma, ale tłumaczył mi wszystko po piętnaście razy (i nie wiadomo po co). Proza prysła. Szalony pralkorozpruwacz przeniósł akt reperacji w sferę godną dantejskiej gehenny. Idealny kandydat na bohatera serii Żywotów naprawiacza pralek-posłańca piekieł. Niesamowity typ. Jedyny (w końcu najistotniejszy) pożytek, że naprawił.
Dalej (chronologicznie wcześniej). Wracam z firmy. Wsiadam do tramwaju (drugi wagon), a tam imprezka. Cały tył (gdzie właśnie weszłam) zajęty przez silną grupę ludzi tzw. wolnych (wolnych od domu, mycia, pracy itp.) W każdym razie czuję ich mocno (nosem). Rubaszni i podchmieleni. Menele. Mimo to siadam obok. Zastanawiam się, czy daleko jadą. Na następnym przystanku wsiada poczciwie wyglądający Dziadzio z małym rudym pieskiem o bystrych oczkach. Tu następuje punkt zwrotny. Proza zostaje złamana i przechodzi w czystą poezję. Nagle wszystkie te niedomyte zbóje doznają silnego wzruszenia. Roztkliwiają się wspólnie i pięknie. Oczywiście na widok pieska. Jak jeden mąż rzucają się do głaskania, przemawiają do niego czule, mrugają, grzebią za jakimś żarełkiem. Wdają się w fachową rozmowę z Dziadziem. Opowiadają swoje historie. Każdy porządny kloszard ma przecież zadbanego psa:)
Idę dalej. Już pieszo (bez słuchawek). Nagle słyszę solidne chrupnięcie. Głośne. Pierwsze skojarzenie - jakieś potężne chłopisko wcina sobie łakomie rekordowej wielkości prince polo. Rozglądam się. I co widzę?? Małą, chudziutką wronkę (kawkę może?) z monstrualną kukurydzianą chrupką w dziobie, łapkach i czym się da. Radzi sobie jak może. Chrupka lekka, ale ogromna. No i smaczna - można usłyszeć:) Wronka wcina z apetytem. Na moje nadejście podrywa się na pobliskie drzewo. Oczywiście z wielkim bagażem. A posiłek? Czysta poezja:)
A tak w ogóle - trwa niewiarygodna faza wzrostu. Widać, że rośnie z dnia na dzień. Tzw. gołym okiem. Co? Wszystko. Dziś wszystko było większe niż wczoraj.
Aha, jeszcze tylko: gdybym miała kręcić dokument o tym, że człowiek i jego sprawki nie stanowią już części natury, wybrałabym miejsce, które mijam w drodze do firmy. O tej właśnie porze roku. Obraz: dzikie, splątane, zarośnięte, fragmentarycznie wykarczowane działki, w które człowiek wpuścił maszyny. Siła i lekkość wiosennego wzrostu vs. miażdżąca moc naszej ciężkiej "cywilizacji". Może śmiesznie to brzmi, ale widok robi przykre wrażenie. Tym bardziej, że ktoś (inwestor?) działa tam w skali mikro (na szczęście?) - po kawałku wydziera ziemię ludziom, drzewom, ptakom i komu tam jeszcze. Daje to kuriozalny efekt - uklepane, spreparowane kawałki w sąsiedztwie okaleczonej, ale ciągle jeszcze witalnej dziczy.
Ech.
*********************************************************
Kto wymyślił pojęcie proza w odniesieniu do codziennego życia? Z takim wydźwiękiem - negatywnym? Jakoś źle mi to wchodzi w ucho. Zgrzyta przykro, że hej. A to pewnie z powodu sprzeczności z moim osobistym odbiorem tego w końcu nie-byle-słowa. Proza brzmi całkiem dumnie i nie widzę powodu, żeby definiować biedaczką akurat ten wymiar życia, który uważamy za mniejszy, gorszy i do bani. Na dodatek kontrastować z poezją (życia oczywiście;) w sposób chyba jednak nieco zbyt prosty.
No więc prywatnie protestuję przeciwko takiemu kiczowatemu uproszczeniu. Przyznaję jednak, że jest coś na rzeczy. Życie ma taką sferę - przyziemną i pospolitą - i nie da się tego ukryć. Sęk w tym, że definicja tego wymiaru (męczącego poprzez trywialność) okazuje się całkiem płynna.
Do niedawna myślałam na przykład, że zdarzeniem z tej właśnie sfery (proza próz) jest - powiedzmy - awaria pralki. Która znowu mi się trafiła. I tym razem - ku mojemu zdumieniu - okazało się, że nie trzeba mieć w domu zepsutego akceleratora cząstek (na przykład), żeby naprawa miała niebanalny przebieg i dramaturgię godną jakichś porządnych desek (teatralnych oczywiście). Zwykły, swojski i nieco zużyty sprzęt AGD wystarczy w zupełności. Wszystko zależy po prostu od dramatis personae uczestniczących w tym procesie. Oto bowiem w przebraniu fachowca w moim domu pojawił się gigant, performer dekady (co najmniej), który przerósł nie tylko sytuację, ale również czas, miejsce oraz moją skromną osobę. Przeżyłam szok w stanie czystym. Zanim cokolwiek zrobił, wygłosił zaawansowany prolog. Zawile prezentował wielowariantowe teorie, obracające się wokół idei pralki samej w sobie i pralek w szczególności. Pominę to, co nastąpiło potem. Koleżka w typie szalonego pasjonata-badacza, teoretyka i praktyka w jednej osobie, a przede wszystkim - z wielkim poczuciem misji. Nie wiem, czy wyglądałam na taką skretyniałą, czy gość tak ma, ale tłumaczył mi wszystko po piętnaście razy (i nie wiadomo po co). Proza prysła. Szalony pralkorozpruwacz przeniósł akt reperacji w sferę godną dantejskiej gehenny. Idealny kandydat na bohatera serii Żywotów naprawiacza pralek-posłańca piekieł. Niesamowity typ. Jedyny (w końcu najistotniejszy) pożytek, że naprawił.
Dalej (chronologicznie wcześniej). Wracam z firmy. Wsiadam do tramwaju (drugi wagon), a tam imprezka. Cały tył (gdzie właśnie weszłam) zajęty przez silną grupę ludzi tzw. wolnych (wolnych od domu, mycia, pracy itp.) W każdym razie czuję ich mocno (nosem). Rubaszni i podchmieleni. Menele. Mimo to siadam obok. Zastanawiam się, czy daleko jadą. Na następnym przystanku wsiada poczciwie wyglądający Dziadzio z małym rudym pieskiem o bystrych oczkach. Tu następuje punkt zwrotny. Proza zostaje złamana i przechodzi w czystą poezję. Nagle wszystkie te niedomyte zbóje doznają silnego wzruszenia. Roztkliwiają się wspólnie i pięknie. Oczywiście na widok pieska. Jak jeden mąż rzucają się do głaskania, przemawiają do niego czule, mrugają, grzebią za jakimś żarełkiem. Wdają się w fachową rozmowę z Dziadziem. Opowiadają swoje historie. Każdy porządny kloszard ma przecież zadbanego psa:)
Idę dalej. Już pieszo (bez słuchawek). Nagle słyszę solidne chrupnięcie. Głośne. Pierwsze skojarzenie - jakieś potężne chłopisko wcina sobie łakomie rekordowej wielkości prince polo. Rozglądam się. I co widzę?? Małą, chudziutką wronkę (kawkę może?) z monstrualną kukurydzianą chrupką w dziobie, łapkach i czym się da. Radzi sobie jak może. Chrupka lekka, ale ogromna. No i smaczna - można usłyszeć:) Wronka wcina z apetytem. Na moje nadejście podrywa się na pobliskie drzewo. Oczywiście z wielkim bagażem. A posiłek? Czysta poezja:)
A tak w ogóle - trwa niewiarygodna faza wzrostu. Widać, że rośnie z dnia na dzień. Tzw. gołym okiem. Co? Wszystko. Dziś wszystko było większe niż wczoraj.
Aha, jeszcze tylko: gdybym miała kręcić dokument o tym, że człowiek i jego sprawki nie stanowią już części natury, wybrałabym miejsce, które mijam w drodze do firmy. O tej właśnie porze roku. Obraz: dzikie, splątane, zarośnięte, fragmentarycznie wykarczowane działki, w które człowiek wpuścił maszyny. Siła i lekkość wiosennego wzrostu vs. miażdżąca moc naszej ciężkiej "cywilizacji". Może śmiesznie to brzmi, ale widok robi przykre wrażenie. Tym bardziej, że ktoś (inwestor?) działa tam w skali mikro (na szczęście?) - po kawałku wydziera ziemię ludziom, drzewom, ptakom i komu tam jeszcze. Daje to kuriozalny efekt - uklepane, spreparowane kawałki w sąsiedztwie okaleczonej, ale ciągle jeszcze witalnej dziczy.
Ech.
*********************************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)