środa, 30 listopada 2016

Karczuś śliczny

**********************************************************

Pieski też już zaczęły chodzić zasunięte pod brodę w mniej lub bardziej gustownych spencerkach różnych generacji, głównie najnowszej jednak. Mijam czerwony płaszczyk, z którego z przodu wystaje godnie rezolutna główka, żywy ogonek z tyłu, jego wyniosłość yorkuś (york malutki) w okrojonej okazałości. Terrier-hipster (ściśle mówiąc Border Terrier) w szydełkowej kamizelce siedzący luźno przed sklepem jak Lew Tołstoj przed Jasną Polaną. Oraz sznaucer, nominalnie chyba średni, choć w tym przypadku przedni przede wszystkim, odpicowany starannie, w idealnie skrojonej kurteczce, dobrze ostrzyżony, przypomina Thomasa Manna. 

Babci się szynki zachciało, Nomen Omen, jak o niej mówię, bo tak się właśnie nazywa oficjalnie: Szynka Babuni. Czekam chwilę w ogonku, a pani przede mną waha się, że może karczku by wzięła wieprzowego, tylko czy aby ładny… - Karczuś śliczny! – cmoka sprzedająca. 

Wracam, a babcia robi mi wykład taki mniej więcej: 

Wracając do tematu, kiedyś (w stanie wojennym) to Polacy udawali uchodźców (przecież ja ich znałam, jacy oni prześladowani!), wyjeżdżali do Niemiec, tam udawali prześladowanych i dostawali pomoc, pełno takich było, całe rodziny ściągali, a potem się tam urządzali, zbierali na przykład to, co Niemcy wystawiali przed domami do zabrania, wywozili, a tu matka takiego „uchodźcy” handlowała na placu, bo to wszystko przecież prawie nowe było, te rzeczy niemieckie. No to teraz Polacy tak samo myślą o uchodźcach, że to są rzekomi uchodźcy, że tylko o to im chodzi, żeby pasożytować na cudzy koszt. Sądzą po sobie. 


**********************************************************

niedziela, 27 listopada 2016

Życiem lub snem

**********************************************************

Świerzbią mnie czasem palce, żeby podejść i profesjonalnie pstryknąć daną jednostkę w prawe albo lewe ucho, ewentualnie w nos, indywiduum jakieś łajzowate, żeby dać mu fachowego pstryczka bez ogródek, ale o wcieleniu tej przemożnej ochoty w czyn nie ma mowy raczej, bo zanim kiwnę palcem (nomen omen), to ze mnie opada cały gniew i robi mi się naiwnie żal takiego osobnika (debilnego, kretyńskiego itp.), więc nie nadaję się na anarchistkę, bo zanimbym zdążyła coś rozwalić, toby mnie dopadło dyskwalifikujące rozmiękczenie. 

Chyba że 

- Dopóki prawdy nie wżynają się nam nożem w żywe ciało, dopóty mamy dla nich nieco lekceważenia na dnie duszy! – woła gromko kaznodzieja Szestow i powala mnie potężnym pstryczkiem, jak najbardziej dosłownym, prosto w nos, następnie szybko znika. Wtedy zauważam, że pękła ściana budynku, w którym mieszkam, że jest naruszona, oderwała się od konstrukcji, odsłoniły się gołe cegły. – Co robicie? – krzyczę do kobiety, którą dostrzegam w dole, gdzieś pod spodem, kondygnację niżej, w mieszkaniu, które odsłoniło się nagle z powodu rozpadliny, kiedy mury się rozszczelniły. Patrzę na naruszoną ścianę i łapię się za głowę. Kobieta z dołu podchodzi i mówi do mnie chłodno: - To się czasem zdarza przy remoncie. – Zrujnowaliście mi dom! – krzyczę. Ona na to zimno: - To się zdarza. Wtedy ja podchodzę i wymierzam jej precyzyjnego pstryczka życia najpierw w lewe ucho, potem w prawe, potem jeszcze w nos. A ona recytuje wciąż bezczelnie, choć ze słowa na słowo jakby bardziej koncyliacyjnie: - Są takie dziedziny doświadczenia, które organizm ludzki odrzuca instynktownie, ale to nie zawsze jest możliwe! - I co z tego! – ja na to nadal gniewnie. 

W tym momencie się budzę albo może śni mi się, że się budzę. – Bijesz się? – zwracam się bojowo do zastanego całokształtu, wszystko jedno czym jest: snem czy życiem. 


**********************************************************

poniedziałek, 21 listopada 2016

Zależy czym

**********************************************************

Czytam „Głód” Martína Caparrósa i nic mnie w tej książce nie dziwi. Lustereczko powiedz przecie… Tacy my żyjemy w takim świecie i nie pozwalamy żyć innym. 

To, że na pięciu ludzi przypada już aktualnie jedna krowa. A pogłowie w hodowlach stale rośnie. Krów pół wieku temu było na świecie 700 milionów sztuk, teraz jest ich 1,4 miliarda. Pożeramy coraz więcej mięsa i zaczęliśmy żywić zwierzęta tym, co zjadamy sami (soją, kukurydzą, innymi zbożami). A są jeszcze ogromne fabryki świń i kurczaków. 7 miliardów kurczaków rocznie to jest osiąg Brazylii na przykład (eksport), tyle samo zabija się rocznie w USA i Chinach, z tym że są jedzone na miejscu. 

Tymczasem grube miliony dzieci i dorosłych ludzi na tej samej planecie głodują. 

Potrzeba czterech kalorii pochodzących z roślin, żeby wyprodukować jedną kalorię, jaką daje kurczak, sześć na wyprodukowanie jednej wieprzowej i dziesięć dla kalorii z wołowiny i jagnięciny. Tak samo kwestia wody: potrzeba 1500 litrów wody, żeby wyprodukować kilogram kukurydzy, ale 15 tysięcy idzie na kilogram wołowiny. Hektar dobrej ziemi może dać 35 kilogramów białka roślinnego; jeśli produkcja będzie przeznaczona na wykarmienie zwierząt - 7 kilogramów. Czyli jeden człowiek jedzący mięso zagarnia dla siebie środki, które rozdzielone wystarczyłyby dla pięciu lub dziesięciu ludzi. 

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat spożycie mięsa rosło dwa razy szybciej niż liczba ludności; spożycie jaj – trzy razy szybciej. Ok. 1950 roku na świecie zjadano rocznie mniej więcej 50 milionów ton mięsa. Teraz jemy sześć razy więcej – a według wszelkich przewidywań w roku 2030 wartość ta znów się podwoi. Hodowla wykorzystuje aktualnie 80 procent powierzchni uprawnej na Ziemi, 40 procent światowej produkcji zbóż i 10 procent zasobów wodnych. 

Lester Brown, pionier ekologii, pytany, ilu ludzi może wyżywić nasza planeta, odpowiada: zależy czym. „Jeśli wszyscy jedlibyśmy jak Amerykanie, którzy konsumują od 800 do 1000 kilogramów zboża rocznie na osobę – przede wszystkim w postaci mięsa, wyprodukowanego przy udziale tego zboża – światowe zbiory zbóż wystarczyłyby do wykarmienia 2,5 miliarda ludzi. Jeśli odżywialibyśmy się jak Włosi, którzy jedzą dwa razy mniej mięsa – konsumując około 400 kilogramów zboża rocznie – dałoby się wyżywić 5 miliardów ludzi. Jeśli przyjęlibyśmy gremialnie wegetariańską dietę Hindusów, starczyłoby dla 10 miliardów”. 

I tak dalej. Jest moc, ale jeszcze większa niemoc. 


**********************************************************

niedziela, 20 listopada 2016

Patrzę na ciebie

**********************************************************

Czytam „Głód” Martína Caparrósa: 
„Wszystko zależy od punktu widzenia. Orson Welles jest Trzecim Człowiekiem, handlarzem podrobionych antybiotyków w powojennym Wiedniu, sprzedawcą lekarstw, które zabijają, ponieważ nie leczą. Joseph Cotten, jego stary druh, wyrzuca mu tę nieuczciwość. Znajdują się w najwyższym położeniu diabelskiego młyna na Praterze. Welles mówi przyjacielowi, żeby nie był sentymentalny: 
- Spójrz na dół. I powiedz, naprawdę byłoby ci żal, gdyby jeden z tych punkcików przestał się ruszać? 
Wydaje się to cynizmem – który zawsze jest nie na miejscu. Nie na miejscu przede wszystkim dlatego, że mówiący patrzy z daleka; wtedy ludzie to naprawdę punkciki. Żeby uniknąć tej cynicznej postawy, wolimy nie patrzeć.”*
Czytam „Głód” Martína Caparrósa: 
„czasem naprawdę miałbym ochotę wziąć giwerę i wszystkich ich powystrzelać. Wszystkich, rozumiesz? Żeby nie został nikt żywy. Krew mnie zalewa, jak widzę tych typów, którzy nabijają sobie kabzę kosztem pracy innych, bracie, tych typów, przez których głodują miliony ludzi, a oni, proszę, żyją sobie w najlepsze na stosie trupów, przysięgam ci, że bym ich wszystkich powybijał, gdyby to miało coś zmienić. Ale co na tym zyskasz? Więc serio: co możesz zrobić? Co możesz zrobić, żeby zmienić ten zasrany system? Skoro mają całą władzę, trzymają wszystko w garści, nie ma sposobu, żeby ich wyciągnąć z ich bunkrów, banków, samolotów, ich”*
Czytam „Głód” Martína Caparrósa („raptem widzę, jak nagi chłopczyk gryzie w ucho kozę z żarłocznością kogoś, kto jest głodny”). 

I mam ochotę obejrzeć znowu „Pinę Bausch” Wima Wendersa. 

_____________________________________________________
* Martín Caparrós, Głód, Wydawnictwo Literackie 2016, przełożyła Marta Szafrańska-Brandt
 
**********************************************************

niedziela, 13 listopada 2016

Szczypce robi się szczypcami (czyli Polska by nie powstała, gdyby nie czyny Polaków)

**********************************************************

Szczypię się i mnie boli, czyli nie śnię. I to znowu z powodu homo sapiens, a nie na przykład z powodu kazuarów hełmiastych, na widok których ostatnio uszczypnęłam się machinalnie z wrażenia, że takie istne cudo wyewoluowało, zostało wykształcone przez naturę. 

Nie będąc obiektywną, nie usiłując nawet (ratuję się Buninem: być obiektywnym to traktować innego jak przedmiot, jak umrzyka; to zachowywać się względem niego jak karawaniarz), wychodzę z siebie na co dzień i nie potrafię, niestety, stanąć obok. Smażę się w epicentrum własnych wstrętów. 

To, że mądrego Obamę, ascetycznego wrażliwca, ma zastąpić jego chropowaty rewers, to jest potężny dysonans na miarę paradoksu, jaki mieści się w pojęciu homo sapiens tym nieszczęsnym i chyba schyłkowym („homo sapiens - daw. człowiek jako istota zdolna do myślenia refleksyjnego”). 

Jest też wprawdzie dobra wiadomość: Lidl nie będzie sprzedawał jajek kurzych z chowu klatkowego.

Mimo to w kontekście całokształtu wizja tego, jaki idzie czas, profesora Białocerkiewicza wydaje się jednak nieco zbyt optymistyczna, nie powiem „naiwna” tylko dlatego, że nie przejdzie mi to przez gardło: 
[Przyjdzie czas, gdy] uznanie i respektowanie praw zwierząt stanie się wyznacznikiem naszego człowieczeństwa i paradygmatem wspólnoty fenomenu życia. Jeśli tego nie uczynimy, to przyszłe pokolenia potępią nas za eksterminację zwierząt, za zwierzobójstwo i okrucieństwo wobec zwierząt, podobnie jak my potępiliśmy rasizm, niewolnictwo, apartheid, zbrodnię ludobójstwa czy zbrodnie przeciwko ludzkości. Przyjdzie czas, prognozował piętnastowieczny geniusz Leonardo da Vinci, gdy ludzie tacy jak ja będą patrzeć na mordercę zwierząt, tak samo jak teraz patrzą na mordercę ludzi. Wydaje mi się, że taki czas nadchodzi”. 
Jan Białocerkiewicz, Status prawny zwierząt (cytuję za: Dorota Probucka, Prawa zwierząt, Universitas) 

 
**********************************************************

środa, 9 listopada 2016

S-elekcja

**********************************************************

Dzisiaj około 16.00 jeszcze tylko w tramwajach na ekranowym pasku wyświetlał się nius-suchar: „Clinton czy Trump? Amerykanie wybierają prezydenta”. 

Babcia za to powitała mnie w progu tekstem absolutnie bieżącym: No i co? Nie przeszła jednak kobieta na prezydenta w Stanach! 

Oj, nie przeszła. Przeszedł dinozaur. A Hilary pozostało tylko uszanować jak Sokratesowi wolę większości w tej potwornie przykrej sytuacji. 

I niby wszystko jak zwykle: posiłek dla gołębi i zakupy do przodu, bo święto („Zostało coś jeszcze?” woła dowcipnie starszy pan na widok mojej sylwetki cienkiej, sprężynującej, objuczonej siatami z wszystkich stron. „Niewiele!”, odkrzykuję też dowcipnie. „To się muszę pospieszyć”, pan się śmieje). 

Ale jeszcze poczta. Tam panie bardzo miłe, o gołębich sercach, które na moje szczęście wykazują się wyrozumiałością ponadprzeciętną i cierpliwie znoszą stan stuporu, jaki mnie ogarnia, i nie mogę nad nim zapanować, w reakcji na zaskakujący (dla mnie) widok, centralny zresztą, nadający poczcie rangę placówki strategicznej w obliczu zagrożenia naszej ojczyzny, rozbiorowego na przykład, i brakuje tylko Matejki na ścianie. 

Cała lada wypełniona jest po brzegi książkami-niezbędnikami dla klientów (Polek i Polaków), których naszła faza gwałtownego patriotycznego wzmożenia, a jeśli nie naszła, można kupić na potem, a nuż najdzie. Jest tam wszystko, do wyboru, do koloru: Księga małego patrioty, Księga patrioty (podtytuł: „Gdy myślę ojczyzna…”), Bohaterskie akcje żołnierzy wyklętych, Żołnierze niepodległości 1914-1918, Kronika dziejów Polski, Przebudzenie Polaków, 1920 Prawdziwy Cud na Wisłą itd. oraz liczne kolorowanki patriotyczne. 

To by było tyle na dziś. A na ekranie tramwaju było coś jeszcze o Węgrzech i o ministrze Radziwille, no i o tym, że Muzeum Archeologiczne UJ dostało tysiące zabytków z Jordanii.

  
**********************************************************

wtorek, 1 listopada 2016

Stoję tu sobie na promie i wciąż mi się wydaje

**********************************************************

Psina o aparycji szoguna, krępa i umięśniona, z klatką piersiową wydatną, podaną do przodu i kitką na czubku głowy, reszta krótko ostrzyżona (gostek zwraca się do niej per „Jadwigo”) ma nieobecny wzrok i taki wyraz twarzy, jakby coś obliczała, kalkulowała w myślach, jak ta wilczyca u Czechowa w „Łysku”. 

„Żeby mi tylko znowu nie przeszkodził – pomyślała wilczyca i szybko pobiegła naprzód”. Tak jest u Czechowa. Jest, choć Czechowa nie ma od 112 lat, od kiedy umarł przedwcześnie na gruźlicę. 

Jest jak u Czechowa. Żyjąc, tracimy życie, w tym także życie innych, które jest częścią naszego. Wtedy zmienia się nasza optyka i stajemy się Hieronimami, pracującymi na promie, zaczynamy patrzeć tak jak on, który szuka i nie znajduje: 
„Popłynęliśmy, płosząc po drodze leniwo wznoszącą się mgłę. Wszyscy milczeli. Hieronim machinalnie pracował jedną ręką. Długo wodził po naszych twarzach swoimi łagodnymi, matowymi oczyma, a potem zatrzymał wzrok na różowej, czarnobrewej twarzyczce młodziutkiej kupcowej, która stała na promie obok mnie i w milczeniu kuliła się pod wpływem obejmującej ją mgły. Nie opuścił wzroku z jej twarzy do końca całej drogi. 

W tym długotrwałym wpatrywaniu się niewiele było męskiego. Zdaje mi się, że w obliczu tej kobiety Hieronim szukał miękkich i delikatnych rysów swojego zgasłego przyjaciela”. 
Święta noc, Antoni Czechow, przekład Jarosław Iwaszkiewicz 

**********************************************************

poniedziałek, 24 października 2016

czy tu się głowy ścina, czy zjedli tu Murzyna

**********************************************************

Mniejsza o kozy, pająki i gołębie, ktoś mi powie, a ja mu odpowiem (czemu nie?) analogiczną konstrukcję stosując dla uproszczenia, tyle że wypełnioną inną treścią, czyli w taki sposób: Mniejsza o Smoleńsk, Wołyń, Króla, na które nie mam jakoś ochoty nawet cienia, ani półcienia, ani ćwierć. I jak sobie pomyślę, że polska dziatwa szkolna en masse miałaby być goniona do obligatoryjnej konsumpcji tychże, to mi się otwiera prężny ośrodek buntu w głębi czaszki, gdyż tym, co naprawdę świetnie by było pokazać polskim uczniom masowo w polskich szkołach i Polakom w Polsce jest najnowszy film Anki i Wilhelma Sasnalów: Słońce, to słońce mnie oślepiło. Ważny film. 

Zaczyna się jak w Obcym Alberta Camusa, który jest dla Sasnalów inspiracją. „Dzisiaj umarła moja matka. Albo wczoraj, nie wiem”, mówi w pierwszej scenie główny bohater (a w zasadzie antybohater), grany przez znakomitego Rafała Maćkowiaka, do swojego pracodawcy, od którego chce uzyskać urlop na tę kłopotliwą okoliczność. Potem bierze udział w pogrzebie rytualnym, katolicko-hipokryckim, z którego ucieka prawie pod koniec, robi to, na co wszyscy mamy ochotę. A następnie zabija Araba, wyrzuconego przez Bałtyk, trochę inaczej niż u Camusa, łup, łup, łup, ale też nie wiadomo dlaczego. A raczej wiadomo. Z automatu. Z powodu bierności i otępiającego słońca. Z powodu irracjonalnego lęku, który jest nakręcany i którego NIC nie usprawiedliwia. Bo nieczułość tego świata to jest nasza właśnie nieczułość. Mózgi mamy zbełtane jazgotem i bełkotem, dajemy sobie je zbełtać, wtedy łatwiej przychodzi konformizm. 

W tym filmie każda scena jest istotna, każdy detal. Także to, że partnerka bohatera przygotowuje w teatrze Wroga ludu wg Ibsena i że jest to przedstawienie Jana Klaty. 

Więc skoro tak się podziało, że jest bezsprzeczny popyt na akcje pospolite i zbiorowe, to postuluję posłanie uczniów polskich szkół na film Sasnalów, dla wspólnego dobra naszego i tej planety. Maszerujmy. Do kina też. 

A hejterzy niech popatrzą w gwiazdy i dadzą się ogarnąć „tkliwej nieczułości tego świata”, którego dotykają jeszcze swoimi stopami. 


**********************************************************

poniedziałek, 17 października 2016

Jak stąpałam przez grobelkę, chwyciłam wody kropelkę

**********************************************************

No więc nie jestem jak ta koza (od Ewy Szelburg-Zarembiny), co to pół łąki zżarła, pół rzeki wypiła i jeszcze po drodze dobrze poprawiła, a potem ściemniała dziadkowi, że głodna, bo ja naprawdę nic nie widziałam, nic nie czytałam, niestety, ani Ostatniej rodziny, ani Wołynia, ani Bronki Nowickiej też. 

Choć jednak jestem nieco przeczołgana mentalnie, a to wszystko z powodu okna, które ruszyłam u babci w celu umycia go metodą jak najbardziej klasyczną, a wtedy ze szczeliny parapetowo-okiennej wypadł pająk, pajączek, nie wiem, czy młodociany, czy gatunek taki po prostu, w każdym razie mały i misterny, który na to moje naruszenie, przemocowe wtargnięcie w jego teren, zareagował histerią, zaczął miotać się jak poparzony, latać bez ładu i składu we wszystkie możliwe kierunki, bez cienia planu normalnie, kamikadze. Starałam się go jakoś ukierunkować mniej więcej, na ile się dało, w stronę mebla, żeby się przyczaił na czas tego armagedonu, który faktycznie nastąpił, pod deską jakąś. Ale gdzie tam. Wyłaził namolnie, nagle się wyłaniał i buch mi prosto pod szmatę lub pod mopa, tak że w którymś momencie byłam pewna, że już po pająku i przykro mi się zrobiło, ale tknęłam go lekko w kuperek, a ten w galop, choć oczywiście - wiadomo - w najdurniejszym możliwym kierunku. I tak w kółko.

Przeżyliśmy z pająkiem. A ja przeżyłam jeszcze tego dnia coś, co mnie rozbawiło zupełnie niekontrowersyjnie tym razem. Takie małe zestawienie. Dwie niezbyt wielkie pule opisujących wyrazów, a także wyrazów w związkach: 

Pula 1: 
najlepsza, wybitniejsza (od), najbardziej zaskakująca, przejmująca, porażająca, [wywołująca] osłupienie w zachwycie, wybebeszanie wnętrzności, grzebanie w sumieniach, wybitnie skrojona, sensacyjna intryga, wstrząsająca 

Pula 2: 
zgrabnie napisana, sensacyjno-przygodowa, skromna, niezbyt nachalna nadwyżka problemowa, starannie, bez mała brawurowo skonstruowana, efektowna, podana z biglem 

To o Królu Szczepana Twardocha. Pula 1 to z Krzysztofa Vargi, pula 2 z Dariusza Nowackiego. 

No więc w sumie trochę się napasłam. Ale gołębie też. 


**********************************************************

poniedziałek, 10 października 2016

Gwoździem w łapę

**********************************************************

„Należy przypomnieć, że walka o prawa zwierząt jest przedstawiana przez jej zwolenników jako historycznie ostatni etap walki o objęcie podstawowymi uprawnieniami tych wszystkich, których można zakwalifikować do kategorii słabszych i bezsilnych. Zaliczane są do niej istoty niższego rzędu w sensie biologicznym lub społecznym, których instrumentalne traktowanie albo co najmniej deprecjonowanie w tradycyjnym myśleniu uzyskało powszechną akceptację”. 

Czytam (od paru tygodni) świetną pracę Doroty Probuckiej pt. Prawa zwierząt, która jest drugim, poprawionym wydaniem Filozoficznych podstaw idei praw zwierząt i daje panoramę ludzkiego (choć w większości nieludzkiego) myślenia o zwierzętach na przestrzeni wieków rozbuchanego bycia gatunku Homo sapiens na tym globie. I jak to bywa w książkach o charakterze filozoficznym, jeży się od pytań zasadniczych. 

Czym jest zwierzę? Nie pytamy „kim”, bo jest rzeczą, ruchomym towarem, który można wycenić rynkowo, sprzedać, kupić, przecenić, ubezpieczyć, hodować, oddać w ramach spłaty długów, zabić bez prawnych konsekwencji. Jako towar podlegają zwierzęta tym wszystkim prawom gospodarczym, jakim podlega każda inna rzecz posiadana przez człowieka, a więc np. zasadzie produkowania przy minimalizacji kosztów i sprzedawania z możliwie największym zyskiem. Zwierzęta jako „żywy inwentarz” tym tylko różnią się od pozostałych dóbr, że żyją. 

Kim jest w takim kontekście człowiek? Otóż człowiek jest schizofrenikiem, gatunkowym szowinistą, a także krypto-sadystą. Jesteśmy istotami, które cierpią na moralną schizofrenię, ukrywając jednocześnie przed sobą swój sadyzm. W imię przyjemności czerpanej z jedzenia mięsa, w imię zabawy, wygody, próżności i postępu medycznego wyrażamy wszyscy cichą zgodę na masową eksploatację i eksterminację zwierząt. Na moralną schizofrenię cierpimy wszyscy. Polega ona na dysonansie zachodzącym między tym, w jaki sposób mówimy o zwierzętach a rzeczywistym ich traktowaniem. Może nie przybijamy już zwierząt gwoździami do stołów podczas wiwisekcji, ale robimy rzeczy ohydniejsze na skalę niespotykaną w przeszłości, przemysłową. 

Schizofrenia nasza polega na tym, że mając najnowszą wiedzę z dziedziny neurobiologii, fizjologii i anatomii, dowodzącą, że zwierzęta (co najmniej ssaki i ptaki) mają takie cechy, jak świadomość, inteligencja, odczuwanie bólu i dążenie do jego unikania, potrzeba ruchu i wolności, nadal traktujemy je jak własność, odmawiając im praw podstawowych, tj. prawa do życia, niebycia niewolonym i krzywdzonym. 

W tej swojej schizofrenii zachowujemy się podobnie, jak malarze dawno, dawno temu, jeszcze zanim wynaleziono aparaty fotograficzne i ogrody zoologiczne. Skąd Stefan Lochner w XV wieku w środku Europy miał wiedzieć, jak wygląda lew? Coś tam słyszał, resztę skomponował i dlatego na jego obrazie, przedstawiającym zasadniczo św. Hieronima, lew wygląda trochę jak lew, a trochę jak pies albo wydra. Ci malarze wiedzy nie mieli, my ją mamy, a mimo to rżniemy głupków. 

To jest jak na mój gust książka obowiązkowa. Nie miałam tylko pojęcia, że będę się musiała oderwać tak brutalnie od kwestii zoontologicznych, żeby wykonać podróż do mroków średniowiecza i skupić energię na walce innej zgoła, desperackiej, i wyjść w deszcz 3 października. Innego wyjścia nie było.

 
**********************************************************

poniedziałek, 26 września 2016

Ale ja pana nie znam

**********************************************************

To było tak, że jechałyśmy razem pociągiem, w przedziale siedziało kilka osób, gadać się nie dało, ale miałyśmy książki ze sobą, więc zajęłyśmy się ochoczo czytaniem, każda swoim. No i w pewnym momencie wszedł konduktor standardowo i poprosił o bilety do kontroli, a ty wtedy podniosłaś wzrok i zmierzyłaś go takim spojrzeniem, jakby się urwał co najmniej z jakiejś konkurencyjnej fikcji bardzo niedobrej literackiej i próbował wbić się nachalnie do tej twojej, w której żadną miarą miejsca dla niego nie było, więc uznałaś za stosowne dać mu do zrozumienia, żeby spadał: - Ale ja pana nie znam! – rzuciłaś intruzowi prosto w twarz i wszyscy zamarli. 

Gościu zdębiał, ale tylko w pierwszej chwili, bo natychmiast odzyskał rezon, w końcu nie takie numery mu podróżni w długiej karierze wycinali, i odpalił rezolutnie: - A co, musi pani znać wszystkich na kolei? Rozległy się chichoty, a ja już załapałam, że jest i dla mnie w tej scence jakaś rola, więc nawiązawszy szybko kontakt wzrokowy z tobą i wciąż patrząc ci głęboko w oczy, wypowiedziałam dobitnie magiczne słowo: B i l e t y! Słowo-klucz. 

Widownia oszalała. No, a ty oczywiście miałaś oba bilety, które kupiłaś uprzednio, swój i mój, i było wiadomo, że to będą bilety adekwatne. Tak się dobrze skończyła ta historia. 

Oraz nie skończyła, ona trwa: jedziemy pociągiem, ty masz nasze bilety, a moje myśli czuwają nad tobą (moje też). 
 **********************************************************