wtorek, 18 marca 2014

Niech i tym razem nic u nas nie upolują*

**********************************************************

Jeśli chodzi o Ukrainę, w skali mikro problem jest taki, że babcia zaczęła gromadzić żywność na wypadek wojny. Lodówka w funkcji piwniczki sprawdza się całkiem nieźle. Kilka dni bez kontaktu oko w oko (moje i jej) i babcia ma w szufladach zasoby jak dla armii (zbawienia raczej), nikt nie powie, że bez szału: góry marchwi, karpaty pietruszki, seler, imbir, kapuściane głowy (dwie), które wytaczam od razu, zwarte jak kule armatnie (babci broń), a następnie siekam w pacyfistycznym uniesieniu, tłumacząc babci żarliwie, że jest to słuszna destrukcja, akt wyzwolenia, twórczy, wskutek którego powstanie potrawka antywojenna, czyli jarska, niesplamiona niczyją krwią. 
 - Może nie będzie tak źle! – przekrzykuję skwierczący olej. 

Potem poprawiam długo frotkę na srebrnej kitce. 

I zostawiam na babci stole otwartego Andruchowycza: 
„W listach z Ukrainy Karl-Joseph Zumbrunnen pisał: Wszystko, czego sobie życzymy, o czym myślimy i czego się spodziewamy, z pewnością nam się przydarzy. Sęk w tym, że zawsze za późno i zawsze jakoś inaczej. Tak więc, gdy stajemy z tym twarzą w twarz, nawet tego nie rozpoznajemy. Dlatego przeważnie boimy się przyszłości, boimy się podróży, dzieci, boimy się zmian. Nie umiem stawić temu czoła, ale ze wszystkich sił udaję, że się opieram. Niedawno znów zaczęto tu na dłuższy czas wyłączać światło”. 
Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów 



_______________________
* Hryhorij Czubaj

**********************************************************

poniedziałek, 10 marca 2014

„Tak, mam w sobie coś kobiecego… To dlatego, że moja matka była kobietą”.*

**********************************************************

I w tym sensie Rudnicki ma rację, pisząc "baba, nie chłop" o Kafce (w najnowszych Książkach, Magazynie do czytania oraz tu: Kafka udaje kota), a ja mogę przejąć pałeczkę, oceniając tak Rudnickiego: baba, nie chłop Rudnicki, ponieważ pisząc o Kafce (o  ż y c i u, nie o książkach, kto by czytał!) nie oparł się pokusie popadania w protekcjonalny tryb. Pokusa gigantyczna, fakt, i trzeba charakteru, żeby jej jednak nie ulec, kiedy się człowiek oczyta natrętnych, obsesyjnych listów Franza do Felicji Bauer, praktycznej Felicji, która okazała się adresatką nietrafioną wręcz fenomenalnie, wymagała prostej obsługi, a tymczasem trafił jej się mega wirtuoz, unikat w skali globu. 

W rezultacie, dzięki tej słabości (a słabości są domeną bab, czyż nie?) autora artykułu, zasadniczo bardzo męskiego rodzaju (aha, tytuł tekstu: Zakochany Kafka), jego czytanie idzie nam jak po maśle, jak po oleju wchłoniętym przez wonny popcorn, i śledzimy z satysfakcją, akapit po akapicie, gryząc przy tym z chichotu paznokcie, kolejne awantury, a także wybryki "n a s z e g o nieszczęsnego bohatera", "n a s z e g o zawodowego narzeczonego". "Krętacz z tego n a s z e g o Kafki!" Oj, tam, no i co wielkiego, wybaczamy mu naprawdę szczerze tę niezaprzeczalną groteskowość, gdyż potrafimy być wielkoduszni. 

Listy do Felicji są bez wątpienia traumatycznym doświadczeniem czytelniczym, czego nie można powiedzieć o innych listach Kafki, na czele z tym o myszach, za który Niemieckie Archiwum Literatury zapłaciło taką wielką kasę (96 tys. Euro), co mnie nie dziwi wcale. Myszy spod ogona ten list nie wypadł, jest doskonałym tekstem, przezabawnym (ale po kafkowsku), o wiele zabawniejszym niż wszelkie streszczenia: 

"To, co czuję wobec myszy, to oczywisty strach – pisze Kafka z hardkorowej wioski, bez zmywarki, bez odkurzacza. - Zbadanie, skąd on pochodzi, jest sprawą psychoanalityka, a ja nim nie jestem. Ma to pewnie (jak też strach przed robactwem) związek z nieoczekiwanym, nieproszonym, nieuniknionym, w pewnym sensie niemym, zawziętym, skrycie umyślnym pojawianiem się tych zwierząt, z uczuciem, że po stokroć przekopały mury wokół i czyhają tam, że zarówno poprzez należącą do nich nocną porę, jak i przez drobne rozmiary są nam tak dalekie, a przez to jeszcze mniej uchwytne. Szczególnie małość stanowi ważną część składową tego strachu, wyobrażenie na przykład, że mogłoby istnieć zwierzę, które wyglądałoby dokładnie tak jak świnia, a zatem samo w sobie pocieszne, ale byłoby małe jak szczur i wychodziło, być może sapiąc, przez dziury w podłodze – to wyobrażenie straszliwe". 

O kocie (z którym Kafka szybko zawarł gentleman agreement, bazującą na obopólnym szacunie) jest także dużo - dzięki niemu nie popada w obłęd, zyskuje pewność, że myszy nie są fantazją ("wieczorem kot przychodzi do mnie chudy, a rano wynoszony jest gruby"). 

O kozach pisze równie dowcipnie: 

"Mam się całkiem nieźle między wszystkimi tymi zwierzętami. Dziś po południu karmiłem kozy. Na moim miejscu stoi kilka krzewów, których smakowite liście są dla kóz za wysoko i dlatego obniżam kozom gałęzie. A więc te kozy – to z zewnątrz doskonałe typy żydowskie, głównie lekarze, ale przecież są też podobieństwa do adwokatów, Żydów polskich i sporadycznie także żydowskich dziewcząt. Zwłaszcza dr Mühlstein, lekarz, który się mną zajmuje, jest wśród nich często reprezentowany. Konsylium składające się z trzech żydowskich lekarzy, które dziś nakarmiłem, było ze mnie tak zadowolone, że wieczorem ledwo zechciało dać się zapędzić do dojenia. Tak to spokojnie kończą się ich i moje dni". 

Jeśli chodzi o kobiety – dwie były chyba z jego bajki, Milena Jesenska i Dora Diamant. 

Gdy okazało się, że dla przewiezienia Franza z sanatorium do kliniki w Wiedniu (gdzie stwierdzono stadium terminalne, gruźlicę krtani) dysponowano tylko otwartym autem, a na zewnątrz lało i wiało, Dora Diamant przez całą drogę stała wyprostowana w samochodzie, starając się osłonić sobą Kafkę przed pluchą. 

A Milena Jesenska (niesamowita postać) w liście do Maxa Broda tak pisała o Franku (nazywała Kafkę z czeska, Frankiem): 

"Zapewne, sprawa tak się przedstawia, że my wszyscy na pozór jesteśmy zdolni do życia, ponieważ zdarzało nam się szukać ucieczki w kłamstwie, w ślepocie, w entuzjazmie, w optymizmie, w jakimś przeświadczeniu, w pesymizmie czy czym tam jeszcze. On zaś nigdy nie szukał ucieczki w jakimś bezpiecznym azylu, w żadnym azylu. Jest absolutnie niezdolny do kłamstwa, podobnie jak nie potrafi się upić. Pozbawiony jest wszelkiego schronienia, wszelkiego przytuliska. Dlatego jest narażony na wszystko, przed czym jesteśmy chronieni. Jest jak nagi wśród odzianych. (…) Jego asceza jest absolutnie nie heroiczna – przez to jednak tym większa i wyższa. Każdy heroizm jest kłamstwem i tchórzostwem. Nie jest to człowiek, który konstruuje swą ascezę jako środek do celu, jest to człowiek, który przez swoje przerażające jasnowidztwo, przez swą czystość i niezdolność do kompromisu skazany jest na ascezę. 
(…) 
To, co się kładzie na karb nienormalności Franka, jest właśnie jego walorem. Kobiety, które spotkał, były zwykłymi kobietami, nie umiały żyć inaczej jak kobiety właśnie. Sądzę raczej, że to my wszyscy, cały świat i wszyscy ludzie, jesteśmy chorzy, on zaś jest jedynym człowiekiem zdrowym, który właściwie wszystko ujmuje i właściwie odczuwa, i jedynym człowiekiem czystym. Wiem, że broni się on nie przed ż y c i e m, ale przed tą f o r m ą  ż y c i a. Gdybym umiała zdobyć się na to, żeby pozostać z nim, mógłby żyć ze mną szczęśliwie. Ale z tego wszystkiego zdaję sobie sprawę dopiero dzisiaj. Wtedy byłam zwykłą kobietą, taką jak wszystkie kobiety na świecie, małą zmysłową samiczką. I z tego zrodził się jego lęk. Był słuszny”. 

_______________________________
*„Biseksualne tło histerii… Takie zdania Freud, sławny wiedeński psychiatra, wyciągał na zawołanie z kieszeni kamizelki. Karinthy (pisarz węgierski), który nie był freudystą, formułował to precyzyjniej: Tak, mam w sobie coś kobiecego… To dlatego, że moja matka była kobietą”. 
 Sándor Márai, Dziennik

**********************************************************

piątek, 7 marca 2014

J a nie jestem poetą, nie potrafię milczeć. *

**********************************************************

Smażąc racuszki u babci ("Może byśmy zrobiły takie placuszki z jabłkami?" – rzuciła babcia już w progu, otwierając mi drzwi), zachowuję bez trudu spokój kucharza z pasją, mimo że w głowie mam nadal sen, który mi się przyśnił kilka godzin temu zaledwie. Śniło mi się Milczenie, wcielone w ludzką bryłę, lecz bez żadnych indywidualnych rysów. Przechadzało się wolno, jakby spacerowało, w malowniczym górskim anturażu, pośród jodeł, skałek i strumyków, a gdzieś w tle majaczyła chata. Kiedy się przebudziłam, nie miałam wątpliwości, że to Schwarzwald i słynna der Hütte, tamta chata, gdzie mieszkał i milczał od powojnia aż do swojej śmierci (1976), obrażając wszystkich tym milczeniem, wielki Denker niemiecki, Heidegger. Więc to było milczenie filozofa. Płacił składki w NSDAP aż do 1945 roku i firmował nazistowski reżim. Potem wszyscy czekali na słowo, które nigdy nie padło. Nie przeprosił. Nawet Celan go nie sprowokował, żydowski poeta, pisząc po spotkaniu z H. o "nadziei/ że słowo/ (nie-/ spóźnione)/ myślącego/ nadejdzie/ w sercu" (z wiersza Todtnauberg). 

"Od 1933 nie byłem w Pańskim domu nie dlatego, że mieszkała tam żydowska kobieta (eine jüdischie Frau), ale dlatego, że się po prostu wstydziłem" – wprawdzie napisał to w liście do swojego kolegi Jaspersa (w marcu 1950), zaraz jednak zepsuł cały efekt, odżegnując się od przypisanej mu skwapliwie intencji wyznania winy własnej, prywatnej skruchy. Potem zamilkł na dobre o przeszłości. 

Czy milczenie znaczy nie-myślenie? 

Heidegger uznał, że Bycia (Sein) nie można ani pomyśleć, ani przedstawić nijak, zwłaszcza za pomocą pojęć. Istnieje jednak język, w którym medytacja nad Byciem jest najmniej wobec niego opresywna. Ten język to poezja. Heidegger zrobił z poetów pasterzy Bycia. 

I może sobie kłapousić mądry Różewicz, że "bogowie opuścili świat/ pozostawili na nim poetów/ ale źródło/ wypiło usta/ odjęło nam mowę". Ja w Różewicza wierzę. Wierzę w poetów. 

A racuszki smakowały babci. Były pyszne. 

______________
* "J a nie jestem poetą, nie potrafię milczeć. Ale milczy we mnie wiele osób, których nie znam. Ich wybuchy czynią ze mnie niekiedy poetę". (Elias Canetti)



**********************************************************

środa, 26 lutego 2014

- Co to za pomysł, nazwać kontynent imieniem krowy *

**********************************************************

Pani Gorrie jest wrednym typem, żmijowatym bezinteresownie, i nie zatrudniłabym jej nawet do robienia mi kanapek w te dni, kiedy wychodzę z domu na długo. Kazałabym jej czytać Wydrążonych ludzi T. S. Eliota ("My jesteśmy wydrążeni ludzie/ My jesteśmy wypchani ludzie/ Wspólnie się wahające/ Głowy napchane słomą. Ach źle!/ Nasze wyschnięte głosy/ Kiedy wspólnie szepczemy/ Są ciche i bez znaczenia/ Jak wiatr wśród suchych traw/ Jak łapki szczurów na rozbitym szkle/ W naszej suchej piwnicy// Kształty bez formy, cienie bez barwy,/ Paraliż siły i gest zamarły") 

I Ziemię jałową też, a co:

„Mów do mnie. Czemu nigdy nic nie mówisz? Mów.
O czym ty myślisz? Co ty myślisz? Co?
Ja nigdy nie wiem, o czym myślisz. Pomyśl”.

Myślę, jesteśmy w szczurzej uliczce,
Gdzie kości zgubili umarli.

„Co to za hałas?”
                       Wiatr pod drzwiami.
„A teraz co za hałas? Co ten wiatr wyrabia?”
                       Nic, znowu nic.
                                                        „Czy
Ty nic nie wiesz? Nic nie widzisz? Nie pamiętasz
Nic?”

                       Pamiętam
Gdzie były oczy perły lśnią
„Czy jesteś żywy, czy umarły? Nic nie ma w twej głowie?”
                                                                                     Tylko
O O O O ten Szekspirowski rag –
Taki elegancki
Taki inteligencki
„I co mam teraz robić? Co mam robić? Co?
Wyjść tak jak stoję i iść po ulicy
Z włosami rozwianymi, tak. A co zrobimy jutro?
I co w ogóle mamy robić?”
                                             Ciepła kąpiel o dziesiątej;
O czwartej zakryte auto, jeśli ulica deszczem lśni.
I rozegramy partię szachów, sen ścierając z powiek
I oczekując pukania do drzwi.
T. S. Eliot, Ziemia jałowa (fragment)

* Tego nie powiedziała pani Gorrie (o Europie), tylko bohater innego opowiadania Alice Munro, ale mogłaby.

**********************************************************

poniedziałek, 24 lutego 2014

Być może zostanę jeszcze wiejskim głupkiem*

**********************************************************

"– Kiedy spotkaliśmy się wtedy w parku – zagadnęła mnie pani Gorrie – nie wracałaś przypadkiem z poszukiwania pracy? 
– Nie – skłamałam. Instynkt mi podpowiadał, żeby wobec niej zawsze kłamać. 
– To dobrze. Bo właśnie chciałam powiedzieć, że jeżeli się idzie szukać pracy, to wypada trochę się odstawić. Ale przecież na pewno to wiesz. 
– Tak. 
– Nie rozumiem tego, jak dziś niektóre kobiety wychodzą z domu. Ja bym za nic na świecie nie wyszła na płaskim obcasie i bez makijażu, nawet gdybym szła tylko po zakupy na obiad. A co dopiero, gdybym miała zamiar kogoś prosić, żeby mi dał pracę". 
Alice Munro, Cortes Island 


* "Być może zostanę jeszcze wiejskim głupkiem; aktualny, którego dziś widziałem, mieszka, jak się zdaje, w sąsiedniej wsi i jest już stary" - to z listu Franza Kafki do Maxa Broda, napisanego, gdy siedział na wsi u swojej siostry, Otli. 

**********************************************************

poniedziałek, 17 lutego 2014

„Ej, wy, chcecie wiecznie żyć?” – „Tak!”

**********************************************************

"Jedna prośba Anandy, wypowiedziana we właściwym momencie, mogła przedłużyć życie Buddy. Tak się jednak nie stało i Budda postanowił przejść w stan nirwany w ciągu trzech miesięcy. W relacji o ostatnim okresie życia Buddy nic mną tak nie wstrząsnęło, jak ta utracona sposobność. Losy mistrza spoczywały w rękach ucznia. Gdyby Ananda kochał go głębiej, jego miłość byłaby bardziej spostrzegawcza i Budda nie musiałby umrzeć. Oto przykład ilustrujący potrzebę miłości p r e c y z y j n e j. To uczucie nabiera sensu wraz z jego dokładnością, ratując życie ukochanej istoty lub utrzymując tę istotę przy życiu". 
Elias Canetti, Prowincja człowieka - Zapiski 


**********************************************************

piątek, 14 lutego 2014

Tołstoj na balu przebrany za chrząszcza

**********************************************************

Abstrahując od postmodernizmu i jego cwanych sztuczek: okazuje się, że bohaterowie bestsellerowych amerykańskich powieści z półki, która nie obraża (zasadniczo) inteligencji odbiorcy, a także nie zawodzi jego bazowych wyobrażeń (w miarę dorzecznych) o tym, czym być powinna dobra (choć nie-wybitna) literatura, chętnie dają się przyłapać z Tołstojem lub Bernhardem w lewej lub prawej dłoni, więcej nawet – podczytują tych autorów nieoglądani przez nikogo, pozwalając im filcować swoje umięśnione, ogarnięte umysły. Oto próbka, bez zdradzania, co było dalej: 

"Chcąc zwyczajnie wytchnąć od samej siebie, sięgnęła po Wojnę i pokój i na długo zatopiła się w lekturze. 
Autorka autobiografii zastanawia się, czy wszystko nie potoczyłoby się inaczej, gdyby wówczas nie dotarła do stron, na których Natasza Rostowa, najwyraźniej przeznaczona durnemu i dobremu Pierre’owi, zakochuje się w jego wielkim, wyluzowanym przyjacielu, księciu Andrieju. Patty tego nie przewidziała. W miarę jak czytała, strata Pierre’a odsłaniała się jak oglądana w zwolnionym tempie katastrofa. I chociaż prawdopodobnie sprawy wcale nie potoczyłyby się inaczej, jednak efekt, jaki wywarły na niej te strony, ich ważkość, był niemal psychodeliczny. Dopiero po północy skończyła czytać, wciągały ją teraz nawet opisy batalistyczne, a wyłączając lampę, z ulgą zauważyła, że w końcu zniknął zmierzch." 
Wolność, Jonathan Franzen 

To już reguła: nie mniej niż 600 stron. Czasożerne, opasłe tomiska – i Morfina, i Ości, i Cabré, i Wolność. Nie wybitne, ale (spoko) przeczytane. 


**********************************************************

czwartek, 13 lutego 2014

Ren ustrzelił człowieka

**********************************************************

"Ren imieniem Rudolf, który ciągnął sanie z trzema myśliwymi, zranił jednego z nich wystrzałem w nogę. Rudolf zaplątał się porożem w strzelbę i nacisnął spust".
Kiedy wreszcie wszystkie zwierzęta nauczą się strzelać? Kiedy wreszcie polującym myśliwym będzie grozić niebezpieczeństwo? Kiedy zwierzęta, jak rebelianci, będą kraść strzelby, żeby ćwiczyć się w strzelaniu? Zwłaszcza bydło rogate. Ale również przy pomocy palców i zębów można by strzelać do myśliwych. Co będzie, jeśli również niewinni ludzie na tym ucierpią? A ile niewinnych zwierząt…?
z Zapisków Eliasa Canettiego 

Kręcąc się przy Canettim, stwierdzam z całą pewnością, że tak - nieodmiennie kupuję takie obrazki:

"Jeśli wiemy, że wszystko jest fałszywe, jeśli jesteśmy w stanie wymierzyć rozmiary fałszu, wtedy i tylko wtedy upór ma sens: niekończąca się wędrówka tygrysa wzdłuż kraty, żeby nie przeoczyć jednej jedynej nikłej szansy ratunku".


**********************************************************

piątek, 17 stycznia 2014

„Ta-ak. Właściwie bez rewolweru nie należałoby nawet wychodzić”.*

**********************************************************

Jak w tytule. Ale to nie Dziki Zachód i nie Faulkner, tylko Iwan Bunin. I rzecz w tym, że rewolwerów brak. Czym się bronić przed ponurym światem (przedstawionym oraz istniejącym)?

Skaczę po akapitach, mając pełną świadomość, jakim wrednym zabiegiem jest ten random. Łowię perły, ale niekoniecznie umiem je nanizać, zrobić z nich korale. 

Taka bajka na przykład (co powiecie?): 

"Mieszkał kiedyś kowal przy zagłuchłym gościńcu i pewnego razu w nocy przygalopowała do niego pocztyliońska trojka… Konie, całe spienione, chrypią jak lwy, oczy pałające, nozdrza rozpalone, świecą na wylot… Zeskoczył chwacki woźnica – "kuj szybko dyszlowego, tylne podkowy zgubił!" Rozdął kowal miechy, rozpalił narzędzie, chwycił tego dyszlowego na nogę, a noga była ludzka, naga, biała!". 
Iwan Bunin, Koń dyszlowy

No i to: że miłość w śmierć przechodzi i na odwrót, bo tak właśnie jest. Kiedy Mitia umiera z miłości, przypomina mu się śmierć ojca:

"Pamiętał, co czuł, kiedy umarł ojciec dziewięć lat temu. Było to również wiosną. Nazajutrz po tej śmierci nieśmiało, ze zdumieniem i lękiem przeszedłszy przez salon, Mitia wyszedł na ganek, spojrzał na stojące przy drzwiach ogromne wieko trumny, obite złotym brokatem – i nagle poczuł, że jest na świecie śmierć! Była we wszystkim: w świetle słońca, w wiosennej trawie na podwórzu, w niebie, w ogrodzie. Wszedł do ogrodu w jaskrawą od światła lipową aleję, potem w boczne, jeszcze bardziej słoneczne, patrzył na drzewo i na pierwsze białe motyle, słuchał pierwszych, słodko rozśpiewanych ptaków – i nie poznawał niczego: we wszystkim była śmierć. Wszystko było nie takie, jak jeszcze wczoraj, wszystko przeobraziło się jak przed zbliżającym się końcem świata, i żałosny, gorzki stał się urok wiosny". 
Iwan Bunin, Miłość Miti 

Takiego samego "nawiedzenia – tylko całkiem innego rodzaju", kiedy świat znowu się przeobraża, staje się obcy, ale nie wrogi, wręcz przeciwnie, doznaje Mitia także przy wielkiej miłości.

Tylko tyle z Bunina (=aż tyle). Rzucam go, być może niebezpowrotnie. 

* w tytule posta: Iwan Bunin, Dni powszednie


**********************************************************

czwartek, 9 stycznia 2014

oj tam (albo: oświadczenie)

**********************************************************

Wobec hektarów
Książek Nigdy Nie Przeczytanych
Książek Których Równie Dobrze Mogę Nie Czytać
Książek Przeczytanych Jeszcze Zanim Je Otworzyłam Gdyż Należą Do Kategorii Tych Co Zostały Przeczytane Jeszcze Przed Napisaniem
Książek Które Z Pewnością Bym Przeczytała Gdybym Miała Przed Sobą Więcej Niż Jedno Życie Ale Niestety Dni Mi Przeznaczonych Jest Tyle Ile Jest
Książek Które Mam Zamiar Przeczytać Chociaż Przedtem Powinnam Przeczytać Inne
Książek Które Przeczytali Już Wszyscy A Zatem Jest Tak Jakbym Ja Przeczytała Je Także
Książek Które Od Dawna Zamierzam Przeczytać
Książek Które Dotyczą Tego Czym Właśnie Się Zajmuję
Książek Które Chcę Mieć Pod Ręką Na Wszelki Wypadek
Książek Które Rozbudzają We Mnie Ciekawość Niespodziewaną Gwałtowną I Niezbyt Wyraźnie Usprawiedliwioną

spadam sobie. Idę sobie w mgłę (Na Którą Jeszcze Przed Chwilą Patrzyłam Sobie Przez Okno).

(a książkowa wyliczanka za: Jeśli zimową nocą podróżny Italo Calvino)


**********************************************************

poniedziałek, 6 stycznia 2014

B l i ź n i to wynalazek dialektyka

**********************************************************

Gdy w dawnych Chinach kobietą targały gniew lub rozpacz, wstępowała na niewysokie podium, specjalnie w tym celu ustawione na ulicy, i dawała upust swojej wściekłości bądź rozżaleniu. 

W dawnych Indiach wierzono, że duch kogoś, kto umarł śmiercią gwałtowną, zwłaszcza jeśli była to kobieta, może porwać lub doprowadzić do obłędu jednego z pozostałych przy życiu członków rodziny. I patrzono z dużą tolerancją na tych, których dotknęło takie zdarzenie, co oznaczało de facto, że większość społeczeństwa mogła bez żadnych obaw eksplikować w razie potrzeby swoje niekonieczne radosne pejzaże wewnętrzne. 

Co robiono w dawnej Europie? Standardowo szykowano w takich przypadkach stos. Co prawda nie od razu. Zaczynano jednak zwykle od egzorcyzmów, które zresztą – jak się okazuje – były wtedy przeprowadzane z chirurgiczną dosłownie precyzją (nie wiem, jak to wygląda teraz). W tekstach średniowiecznych egzorcyzmów można znaleźć detaliczne wyliczenia wszystkich, nawet najmniejszych części ciała, które zły duch powinien grzecznie opuścić. Są to – jak zauważa Cioran - jakieś obłąkańcze traktaty anatomiczne, urzekające swoją precyzją, obfitością szczegółów i nieoczekiwanych momentów. Drobiazgowe zaklęcia: W y j d ź  z  p a z n o k c i! 

I próbuję sobie wyobrazić egzorcystę ponowoczesnego: 
– Z e j d ź  z  p a z n o k c i! – woła do lakieru (albo tipsa), naturalnie w zbożnym celu: żeby nie trzeba było używać zmywacza.


**********************************************************