wtorek, 15 października 2013

Świeży pomysł na korpo-mundurki (designerskie)

**********************************************************

"Wszyscy inżynierowie aż do Nowego europejskiego Roku gorliwie pod kierunkiem Perry’ego pracowali nad planami roboczymi, sporządzali wykazy materiałów zużytych na budowę i zestawienia ludzkich zasobów, a także projektowali na różne sposoby, jak bezpiecznie przepuścić wiosenne wody przez śluzy.
Perry napisał do cara raport, w którym wyłuszczył całą historię robót, podkreślił fatalny brak sił roboczych i wyraził wątpliwość, czy wszystko skończy się pomyślnie. (…)
Powinieneś twardziej pełnić moją wolę i surowo napędzać podwładnych do roboty, żeby nikt nie mógł ważyć się na nieposłuszeństwo: czy to cudzoziemski majster, czy też chłopstwo – [odpisał car]. (…)

Perry wiedział, że car Piotr nakazywał w Petersburgu inżynierom, którzy budowali okręty, aby ubierali się w czarne, grzebalne obleczenia. Jeśli wodowanie i próbny rejs nowego okrętu udawały się, car dawał inżynierowi w zależności od pojemności okrętu sto albo i więcej rubli w nagrodę i własnoręcznie zdejmował z inżyniera ową śmiertelną koszulę. Jeśli zaś okręt miał przeciek i przechylał się bez powodu albo gorzej jeszcze – jeśli tonął przy brzegu, wtedy car takich majstrów niechybnie skazywał na ścięcie.

Perry nie bał się utraty głowy, choć się z tym liczył."

Andriej Płatonow, Epifańskie śluzy 

**********************************************************

niedziela, 13 października 2013

Pociąg do Kościukiewicza

**********************************************************

Światu pocą się ręce i dostaje gorączki z powodu ekscytacji swoimi obsesjami i "sprawkami" o karykaturalnym raczej wymiarze, a ich cechuje dystans, chłód perspektywy. Płacą za to często dużą cenę. Są w pewnym sensie kosmitami, outsiderami, których na mentalną izolację skazuje samoświadomość, ponadprzeciętna dojrzałość, wynikająca zwykle z jakichś traum. Opancerzyli się, ale niezdejmowanie pancerza okazuje się zazwyczaj niemożliwe. Tacy bohaterowie są dla mnie - jako odbiorcy - poważnie pociągający, na granicy zakochania. Coetzee ma wielką wprawę, wręcz metodę, w generowaniu takich typów. Bator chyba czytała Coetzeego, który na sto procent czytał Kafkę (około tysiąc razy). I klasyków rosyjskich, to wiadomo. I Kierkegaarda też. Wszystko to u niego czysto słychać ("Więc tak wygląda koniec? Jak szczur? Co za hańba!").
A ostatnio w polskim filmie - Chyra i Kościukiewicz są tacy u Szumowskiej ("W imię…"). Uwielbiam (zwłaszcza dwóch ostatnich:).


**********************************************************

środa, 9 października 2013

co jest w cenie

**********************************************************

- Po ile cynie?
- Co w cenie?
- Pytam, po ile te cynie?
- Ale c o w cenie?
- Te kwiatki – kobieta pokazuje w końcu palcem.
- Aaa, te? 3 złote, bardzo ładne astry.

Żul, sprzedający co popadnie dorywczo przy placu, hasał po polach cyniowych, sądząc, że kitra astry. Zna kilka słów na 'cy', ale raczej nie w kontekście roślinnym. Kobieta jest cierpliwa: no problem, mogą być astry, ale za złoty pięćdziesiąt. Żul: moja strata, mówi, niech będzie zeta pięćdziesiąt. Nie ma dramatu. Zgoda. Choć naruszenie prawa jest.

Żul się myli, ponieważ już za chwilę okazuje się, że dramat j e s t. I to taki, który się rozgrywa wraz z naruszeniem prawa o wiele bardziej drastycznym niż te jego "gospodarcze" przekręty. Jak również z towarzyszeniem całej masy innych perturbacji. To znaczy potencjalnie, bo nie czytałam niestety. Za szybą wystawową księgarni, którą mijam, miga mi ładnie wydany Dramat na polowaniu, który jest wbrew pozorom powieścią, na dodatek kryminalną, jedyną napisaną przez Czechowa. Fajny pomysł. Nieźle się wpisuje w falę ogólnej kryminało-manii czytelniczej (w związku z tym wydawniczej też).

Dramatu… nie czytałam, podobnie jak nie czytałam żadnej z wielu powieści Máraiego, oprócz Żaru, który – z tego, co pamiętam - niespecjalnie przypadł mi do gustu. Teraz za to czytam jego Dziennik, który jest w gruncie rzeczy staranną literacką robotą. I ciekawą. Dlatego wiem od wczoraj, że Sándor Márai przeczytał Dramat na polowaniu Czechowa. Zrecenzował go krótko, jadąc jak zwykle po Rosjanach (robi to w Dzienniku przy różnych okazjach), tupiąc i tarabaniąc, żeby odpędzić swój strach przed wielkim "niepojętym", "nieobliczanym", wpisanym jego zdaniem w naturę Rosjan, które budzi w nim lekką odrazę:

"W nocy czytałem Czechowa Dramat na polowaniu. (…) Ten zdyscyplinowany i piszący z głębokim artystycznym instynktem Czechow opisuje świat i przedstawia czytelnikom postaci z krwi i kości, których sposobu myślenia, uczynków, refleksów i trybu życia w ogóle nie sposób "zrozumieć". Sędzia śledczy dopuszcza się morderstwa (...). Wszyscy ciągle są pijani, wpadają do wody, tarzają się w błocie albo leżą na ziemi. Większa część bohaterów zalicza się do inteligencji, a więc nieustannie mówią i czynią rozmaite wyznania, by następnie szaleć w zwierzęcy sposób; noszą europejskie ubrania, ale nie ma Europejczyka, którego refleksy i uczynki byłyby takie same w podobnej sytuacji. Nie ma też pewnie takich Azjatów – ani Chińczyk, ani Hindus tak się nie zachowuje!"

Nowy Czechow. Chyba też przeczytam.

cynie-cy-nie-cynie

**********************************************************

niedziela, 6 października 2013

Ojciec K. oraz jego dzieci, czyli wszyscy jesteśmy hipokrytami

**********************************************************

To temat z mikrofali, odgrzany z pewnych względów, zresztą jako gombrofilka chcę przynajmniej zajawić, co myślę o Kronosie Gombrowicza. A właściwie nie tyle o Kronosie, na temat którego w sensie ścisłym (że się wesprę Pilchową frazą) wypowiedziano już chyba wszystkie możliwe brednie, ile o zjawisku zarzynania autora i jego literatury w imię uzyskania doraźnego efektu w postaci atrakcyjnego produktu, który powinien zostać wrzucony do koszyka przez jak największą liczbę kupujących. To nie jest wiedza tajemna, jak ten efekt uzyskać. Warunkiem podstawowym jest zagranie na prostych instynktach oraz kilka demagogicznych ściem. Chodzi o to, że przy wydaniu Kronosu było tego naprawdę na bogato. A także o głębokość rozjazdu pomiędzy wykreowanym w ramach promocji wielkim halo a nędzą egzystencjalną rzeczywistego materiału, poruszającego właśnie poprzez brak.

Bazowy kit kampanii był taki mianowicie, że Kronos Gombrowicza jest dziełem l i t e r a c k i m (ostatnim, nieznanym, wielkim). Do tego dorzucono historię mitotwórczą: o pożarze i o tym, jak to Rita, żona Witolda, została obarczona tajną misją niezaprzepaszczenia zagadkowej schedy po pisarzu w postaci pliku kartek, przechowywanych przez niego pieczołowicie w żółtej teczce; zobowiązana niejasno do ujawnienia ich światu, w szczególności odbiorcy polskiemu, w swoim czasie. Reszta (last but not least) to już obscena: obietnica hardcore’u, wrzodów, limfy, a także innych płynów ustrojowych, słowem tego, co homo sapiens jako absorbent kultury lubi najbardziej; nadzieja na dotkliwą (bo obrzydliwą) PRAWDĘ o zarozumiałym intelektualiście. Koniec i bomba, proszę państwa, król jest nagi i nie z porcelany, fe.

A teraz prawda faktów, czytelnicze świadectwo, moje własne, w reporterskim skrócie: Kronos nie jest dziełem literackim. To zapiski robione z mozołem, niechlujnie, w zawiły graficznie sposób, tak że odcyfrowanie tych kartek wymagało niekiedy "detektywistycznych zabiegów", jak pisze sam wydawca. Oszustwem było więc lansowanie takiego materiału jako literatury równorzędnej z innymi książkami w dorobku pisarza. Jest to po prostu (i aż) doskonały (niesamowity!) materiał, rejestr zdarzeń, mięso pozbawione skóry - jakiejkolwiek otoczki - cuchnące momentami jak padlina, "inferno interny", pokazane w sposób zredukowany, beznamiętnie (więc również bezlitośnie, bez cienia empatii, auto-empatii), jednak z zachowaniem wszelkich proporcji. Niesamowity materiał – przede wszystkim dla samego Gombra (w swoim czasie), w następnej kolejności dla „biografów”. Jego forma to goły kalendarz, respekt dla przebiegu życia w czasie (rzeczywistym), więc i kierunek oczywisty – od narodzin do śmierci – i nie ma sensu dopatrywać się w tym jakichś szczególnych intencji.

Pytanie – na ile sukcesem można nazwać taki rynkowy skutek, że Kronosa kupili/ kupią ludzie, których Gombro jako pisarz w ogóle nie obchodzi, nie mają pojęcia, co pisał, kim był i gdyby nie ta rozbuchana, "pudelkowa" kampania, w życiu by na tę książkę nie zwrócili uwagi, nie mówiąc już o kupowaniu jej. Więc jeśli sukces tej akcji miał na tym właśnie polegać - że ją kupią, choćby nawet po to, żeby ją potem przegrzebać w niezdrowym podnieceniu, wertować chaotycznie w poszukiwaniu wrzodów na intymnych częściach ciała, jak również "bufoniastych" adnotacji o "wzroście" prestiżu – to jaki to jest sukces? Że (w najlepszym razie) stanie im przed oczami obraz Gombra "siedzącego w Boskim Buenos i wsłuchanego w swoje kiszki" (o drobiazgu, że Gombro siedząc pisał, a także co pisał, nie będzie się pamiętać, bo się pamiętać nie może, gdyż się nie wie, nie ma się świadomości, ponieważ nigdy się tego nie poznało).

Mam jeszcze taką okołokronosową  refleksję – jako paradoksalny w kontekście rytualnego zarżnięcia tej książki i jej autora przy pomocy towarzyszącej jej wydaniu kampanii medialnej, odbieram wywód na temat interpretacji jej tytułu (że niby powinien być Chronos i Gombro się pomylił, ale jak tu poprawiać mistrza, więc zachowajmy Kronos, ale odmieniajmy go jak abstrakcję). Bo z tej książki w sposób perfekcyjny zrobiono właśnie Kronosa, najprawdziwszego ojca, który zeżarł własne dzieci.

 **********************************************************

piątek, 4 października 2013

zostaliśmy stworzeni po to, by żyć w raju; nasze przeznaczenie uległo zmianie

**********************************************************

Te dwudziestowieczne życiorysy masakrują jednak wyobraźnię. Przy Dzienniku Sándora Máraiego raczej trudno sobie coś pogryzać (do kawki), chyba że palce, choć absurdalność historii to tylko tło dla życia, które jest w każdym przypadku stuprocentową jazdą bez trzymanki. Márai urodził się razem z wiekiem (1900) i umarł na jego finisz (1989), więc ogarnął go prawie w całości, a historia ogólna splotła się z jego własną w dość bolesnym, niekomfortowym uścisku. W którym trwał, nie wywijał się z niego, przez dziewięćdziesiąt lat.

Trudno się oprzeć prostocie dedukcji Sokratesa, który dowodził cwanie nieśmiertelności duszy na takiej podstawie, że skoro choroba duszy (rozpacz) nie niszczy jej tak, jak choroba ciała niszczy ciało, można uznać, że istnieje w człowieku wieczny pierwiastek, gdyż rozpacz nie pochłania jego osobowości (co jest zresztą męką sprzeczności w rozpaczy – że nie można z jej powodu umrzeć). Gdyby nie było nic wiecznego w człowieku, nie mógłby on rozpaczać, a gdyby rozpacz mogła pochłonąć jego osobowość, to w ogóle nie byłoby rozpaczy.

Sándor Márai miał duszę nieśmiertelną. W każdym razie na pewno do momentu, kiedy w sposób fachowy i celnie zastrzelił się z broni palnej we własnym mieszkaniu.

Na koniec fragment – prywata (czyli MOJA gęsia skórka), o kręceniu filmu w epoce sprzed efektów specjalnych, z Dziennika:

„Pewien reżyser, który w Afryce kręcił film o zwierzętach, opowiadał znajomym, że doznał ataku nerwowego, kiedy podczas zdjęć na plan wyskoczyła nagle małpa. Poganiacz chciał ją zabić kolbą karabinu, a wówczas przerażona małpa skuliła się na ziemi, małpimi rękami nakryła głowę i tym gestem okazała swój strach. Reżyser opowiadał, że był to okropny widok i nie może go zapomnieć.”

**********************************************************

wtorek, 1 października 2013

Ściekawością

**********************************************************

– Ścieka czym? – mam ochotę zapytać, wykazując się poczuciem humoru, które jednak sama oceniam jako kontrowersyjne w najlepszym razie, więc siedzę cicho i słucham (ściekawością), nie przerywając medialnym, ściekającym namiętnie profesjonalistom od języka. I jeszcze: - Co to jest bodział? – to pytanie mnie kusi („weź-bodziała” zanęca reklama ibupromu albo panadolu, nie pamiętam). Ale w gruncie rzeczy mam to gdzieś.

Z prawdziwą ciekawością to bym miała ochotę opanować w trybie advanced język ptasi, żeby stać się np. kawkousta (kafkousta swoją drogą też), a najlepiej multi-ptasia lingwistycznie, zwłaszcza o tej porze roku. – Hej, koleżanko kawko, pozwól, że ci pomogę rozwalić tego orzecha – mówiłabym wyraźnie w jej języku, i ona by to łapała w lot, a nie wzbijała się w błękit na moje podejrzane nadejście.

Bo tam, gdzie teraz chodzę, jest zielono i jest dużo drzew, i tak zwanych posesji z przydomowymi psami, które już ogarniam, z wzajemnością. Jest taki piesio, na przykład, gabarytowo sarenka (ale pies), wyrzeźbiony misternie, w miniaturze, który lubi sobie wygrzewać przednie stopy na słońcu, podczas gdy resztę korpusiku trzyma w cieniu.

Psi lingwista jest ze mnie lepszy zdecydowanie niż kawkowski (chociaż gorszy niż kafkowski) i fartownie, bo często muszę się kajać, mając jasną świadomość, że przy całej swojej pro postawie, kompromituję jednak te psiaki jako czujki. No, dają się zaskoczyć po prostu te głupence, jak nie-psy. Wyłaniam się zza krzaka, a one podskakują na mój niezwiastowany niczym widok, dostają zawału. - Sorry, naprawdę się nie skradam, to przez szmaciane obuwie i właściwości fizyczne organizmu – wypowiadam się wtedy z głębi aorty. I one to kupują. Zresztą często odpłacają mi się tym samym. HAU z przyczajki, nagłym i tubalnym; wtedy ja podskakuję, wcale nie teatralnie, tylko autentycznie, więc jest w miarę sprawiedliwie.

Dziś osobisty sukces odniósł Snoopy cwaniaczek, mistrz kamuflażu, młody beagle, wyskakując zza załomu, a ja popisałam się w odpowiedzi efektowną akrobacją powietrzną. Teraz jesteśmy kwita (bo ostatnio to on podskoczył).

Szczerze mówiąc, myślałam akurat wtedy o jednej świni, a dokładnie o tym, że też bym potrafiła podjąć pewne decyzje, ale bardzo się cieszę, że nie muszę tego robić. Jak Sándor Márai, na przykład, w 1946 roku, kiedy był chwilowo w Lozannie i dostał list z domu, który przeczytał kręcąc głową. „Piszą, że świnia, którą na spółkę z kimś hodowaliśmy na wsi, nie chce jeść i trzeba ją będzie zarżnąć przed czasem”. Wokół niego „pałace, Alpy, katedry pełne złoceń i arcydzieł sztuki”, a on uświadamia sobie, że to wszystko „zamki z mgły, sen, migające błędne ogniki”. Że dla niego w Europie „rzeczywistością jest owe pół świni”. Zastanowił się, potem zatelegrafował: „Bóg z nią, niech zarzynają”.

Dlatego Snoopy (the beagle) z taką łatwością mnie dziś zaskoczył.


**********************************************************

niedziela, 29 września 2013

za Tezeuszem w labiryncie podąża ptaszek połykający nić

**********************************************************

Nie tacy wymiękali przy czytaniu Dostojewskiego (niespodzianka! będzie o Dostojewskim). W obu sensach, to znaczy „pozytywnie”, gdy dębieli, stuporzeli i słupieli, a ciarki (w oparach siarki) przetaczały się przez ich ciała w trakcie lektury, oraz „negatywnie”, czyli w taki sposób, że nie dawali rady, odpadali już po pierwszych kawałkach tekstu. Nie będę jednak obstawiać, którzy wymiękający stanowią większą grupę ani jakie są proporcje, ponieważ (znów surprise!) ci ostatni (ci „negatywni”) z powodu braku wspólnoty, jak również z tej przyczyny, że nie mają oni zwykle jakiejś konkretnej ochoty na zgłębianie kwestii, skąd ta niechęć (uff, gość gada, gada, gada - to najczęściej i to za mało) w ogóle mnie nie interesują w tym momencie. Interesują mnie za to wymiękli „pozytywnie” (trzej wybrani); i analogicznie - z powodu pokrewieństwa, korespondencji uczuć, a także dlatego, że tak dobrze się sprawili, zadając sobie trud bezwstydnego nazwania tego, czego doznali (to adekwatne słowo) przy zetknięciu z Dostojewskim.
Oddaję zatem głos zestuporzałym najpiękniej, w alfabetycznej kolejności:

Na „B”:

„Zagłębiłem się w Verlainie i Traklu, przeczytałem też Biesy Dostojewskiego, książki o takiej zachłanności i takiej radykalności, a w ogóle tak grubej książki nie czytałem nigdy przedtem, odurzyła mnie, na jakiś czas roztopiłem się w biesach. Kiedy się pozbierałem, nie chciałem przez pewien czas czytać niczego innego, bo byłem pewien, że przeżyję straszne rozczarowanie, wpadnę w przerażającą otchłań. Tygodniami wzbraniałem się przed jakąkolwiek lekturą. Niesłychaność Biesów przydała mi sił, wskazała drogę, powiedziała, że jestem na właściwej drodze ku wyjściu. Ta szalona i wielka literatura poraziła mnie, abym mógł wyjść stąd jako bohater.”
(Thomas Bernhard) 

Na „C”:

„Wczoraj po raz kolejny przeczytałem piąty rozdział drugiego tomu Braci Karamazow – ten, w którym Iwan zwraca swoją przepustkę do wszechświata, stworzonego przez Boga, i nagle wybuchnąłem niepohamowanym szlochem.
Czytałem już te stronice nieskończoną ilość razy, lecz zamiast uodpornić się na ich moc, staję się wobec nich coraz bardziej bezbronny. Dlaczego? Przecież nie podzielam cokolwiek mściwych poglądów Iwana […] Czemu więc Iwan wbrew mojej woli wyciska mi z oczu łzy? Odpowiedź nie ma nic wspólnego z etyką ani z polityką, tylko z retoryką. W swojej tyradzie przeciwko zapominaniu krzywd Iwan dla własnych celów bezwstydnie gra na uczuciach (gdy mówi o umęczonych dzieciach) i posługuje się karykaturą (okrutnych obszarników). Znacznie większą siłę oddziaływania aniżeli jego (niezbyt treściwe) wywody mają akcenty bólu, osobistej udręki duszy, która nie potrafi znieść okropności tego świata. Tym, co mnie tak porywa, nie jest rozumowanie Iwana, lecz sam jego głos, prowadzony przez Dostojewskiego.
Czy te bolesne tony są prawdziwe? Czy Iwan „naprawdę” doznaje uczuć, do których się przyznaje, i czy zatem czytelnik „naprawdę” podziela jego uczucia? Na to drugie pytanie znajduję niepokojącą odpowiedź. Brzmi ona: tak. Nawet kiedy słuchamy Iwana i zastanawiamy się, czy on sam naprawdę wierzy w to, co mówi, nawet kiedy zadajemy sobie pytanie, czy chcemy powstać i za jego przykładem również zwrócić przepustkę, no i czy to, co czytamy, nie jest zwykłą retoryką, nawet kiedy pytamy, wstrząśnięci, jak Dostojewski, bądź co bądź chrześcijanin, wyznawca Chrystusa, mógł pozwolić Iwanowi wypowiedzieć tak mocne słowa, to w tym całym zawirowaniu mamy jednak czas pomyśleć: „Nareszcie! Oto na moich oczach toczy się bój o to, co najważniejsze! Jeśli komukolwiek (choćby Aloszy) dane będzie pokonać Iwana słowem lub własnym przykładem, to zaiste prawdziwość słów Chrystusowych zostanie potwierdzona!” Myślimy więc: „Chwała wam, Fiodorze Michajłowiczu! Oby wasze imię po wiek wieków rozbrzmiewało w komnatach sławy!”.”
(J. M. Coetzee) 

I na „M”:

„Dostojewski tak mnie męczy, jakbym się zamknął w jednym pokoju z szaleńcem, ale takim szaleńcem, który może kiedyś zostanie ogłoszony świętym. Nie mogę się pogodzić z tym, że perspektywą człowieka jest ta organiczna bezkresność, jestem Europejczykiem, ufam raczej miarom i danym kartograficznym.

Opór, jaki czuję wobec jego stylu, topnieje w płomieniu temperatury dzieła niczym ołów w żarze kotła. Dostojewski zmiata wszelki opór: to jest coś więcej niż „literatura”, z tym nie sposób dyskutować. Albo trzeba się do niego przyłączyć, albo uciec. […]

Odcedzić z pospiesznego i niepohamowanego przegadania wszystko, co w Braciach Karamazow jest fatum i treścią, i wyczytać z nich ewangeliczne posłanie, to dla czytelnika męczące zadanie. W końcu jednak dyskutuje się z szaleńcem, ale siła tego szaleńca poruszyła i spustoszyła świat. I jeszcze ciągle pustoszy. Po przeczytaniu dwudziestu pięciu-trzydziestu stron jestem wykończony, zdenerwowanie, jakie wywołuje we mnie jego ton i gadatliwość dygresji, trwa jeszcze długo po odłożeniu książki. I nie sposób się od niego uwolnić! Wydaje mi się najzupełniej możliwe – co może któregoś dnia udokumentuje policja – że Dostojewski zabił człowieka.
(Sándor Márai) 

No i bez komentarza.


**********************************************************

czwartek, 26 września 2013

O Klidasie* (z dedykacją dla pewnego nie-ciernika, który [która] ma dzisiaj swoje święto)

**********************************************************

„Twoją powieść wieczór za wieczorem czytałem, przeczytałem. Uznałem, że już od dawna pragnąłem takiej lektury” – pisał do Kafki Max Brod o powieści, którą czytał w rękopisie i na szczęście dla reszty ludzkości zrobił wszystko, żeby się nią podzielić. Brod też był wielki!

Że Kafka nie był ciernikiem, to wiadomo. Był mega rybą. Ciernik jest z Kierkegaarda, który pisze o egzystencji jako sieci, zarzuconej po to, żeby łowić większe ryby, podczas gdy właśnie cierniki – małe, drobniutkie rybki, wprowadzone jako alegoria zwykłych ludzi, mogą swobodnie przechodzić przez jej oka. „Skoro tylko przychodzi człowiek, który wnosi z sobą coś oryginalnego, tak że nie mówi: Trzeba brać świat, jakim jest (tak mówi ciernik), lecz mówi: Jakikolwiek by ten świat był, pozostanę przy mojej oryginalności, której nie zamierzam zmieniać według upodobania świata; w tej samej chwili, gdy te słowa zostają usłyszane, w całym bycie dokonuje się przemiana”.

W ogóle miał do ryb – jako wegetarianin - Kafka stosunek szczególny. Na tyle nietypowy, że krążyły po mieście ekscytujące fabuły, opowiadane przez spłoszone, czasem zdruzgotane koleżanki Franza, o tym, jak to Kafka na przykład, zwiedzając pewnego razu z jedną z nich Akwarium berlińskie, stanął przed oświetlonym szklanym basenem i przemówił do ryb takim tekstem: „Teraz mogę już was oglądać spokojnie, ja was nie zjadam”.

Czynił także na piśmie następujące zwierzenia:

„Wieczorem byłem smutny, ponieważ zjadłem sardele, były dobrze przyrządzone, majonez, kawałki masła, purée ziemniaczane, ale były to sardele. Już od kilku dni miałem apetyt na mięso, to była dobra nauczka. Smutny jak hiena ciągnąłem potem przez las (odrobina kaszlu była charakterystycznym znakiem człowieczeństwa), smutny jak hiena spędziłem noc. Wyobraziłem sobie hienę, jak znajduje zgubioną przez karawanę puszkę sardynek, nadeptuje na tę małą blaszaną trumnę i wyżera zwłoki. Przy czym różni się ona od człowieka jeszcze tym, że nie chce, ale musi (w przeciwnym razie dlaczego byłaby tak smutna i dlaczego miałaby ze smutku zawsze na wpół przymknięte oczy?), my z kolei nie musimy, ale chcemy. Doktor pocieszył mnie rano: po co się smucić? To przecież ja zjadłem sardele, a nie sardele mnie.”

Taki to był Franz Kafka, nazywany czasem Klidasem, który „nie gustował w łatwych uśmiechach i gadaninie”, ale kiedy przychodził do kuchni, guwernantce i kucharce Fanny zawsze było bardzo miło.

*Klidas (czeski slang praski) - kolos milczenia, taką ksywkę miał Kafka w pewnych kręgach.

a to ciernik właśnie
**********************************************************

wtorek, 24 września 2013

Wszyscy idą spać, więc ty też musisz

**********************************************************

Kiedy Orfeusz patrzy na Eurydykę w Hadesie jest wstrząśnięty, widząc ciężkie, martwe ciało – jej i nie jej - jakby cała lekkość uszła z niego z ostatnim oddechem. Eurydyka nie żyje i to martwota śmierci robi takie wrażenie na żywym Orfeuszu, który jednak wierzy w odwracalność. W taką opcję. Jak to widzi Eurydyka?

„Człowiek kurczowo czepia się wiary, że jest gdzieś ktoś wystarczająco w nim zakochany , aby go przytrzymać, nie dać porwać. Lecz ta wiara nie ma podstaw. W ostatecznym rozrachunku każda miłość jest umiarkowana. Nikt z nami nie pójdzie.
Mit Eurydyki opacznie zrozumiano. W istocie mówi on o samotności śmierci. Eurydyka jest w piekle, spowita całunem. Wierzy, że Orfeusz dość mocno ją kocha, aby przyjść jej na ratunek. I on rzeczywiście przychodzi. Lecz jego miłość okazuje się w końcu za słaba. Orfeusz porzuca ukochaną i wraca do własnego życia.
Mit Eurydyki przypomina, że z chwilą śmierci tracimy wszelką zdolność do decydowania o tym, kto będzie nam towarzyszył. Przemożny wir porywa nas ku przeznaczeniu; nie od nas zależy, przy kim spędzimy wieczność.”
(J. M. Coetzee) 

Tak właśnie jest u Miłosza (w Orfeuszu i Eurydyce) – oto finał długiej drogi Orfeusza: 

[...]
Dniało. Ukazały się załomy skał
Pod świetlistym okiem wyjścia z podziemi.
I stało się jak przeczuł. Kiedy odwrócił głowę,
Za nim na ścieżce nie było nikogo.

Słońce. I niebo, a na nim obłoki.
Teraz dopiero krzyczało w nim: Eurydyko!
Jak będę żyć bez ciebie, pocieszycielko!
Ale pachniały zioła, trwał nisko brzęk pszczół.
I zasnął, z policzkiem na rozgrzanej ziemi.
 
[Cz. Miłosz, Orfeusz i Eurydyka]

Tylko u Kafki jest inaczej - udręczony, oddzielony od bliskich bohater kładzie twarz na zdjęciu nieobecnych. Czuje na policzku jego przyjemny chłód. Dopiero wtedy zasypia.



**********************************************************

poniedziałek, 23 września 2013

świat zamknięty

**********************************************************

Główna myśl Rilkego: jeśli chcemy doświadczać świata w sposób niezapośredniczony, musimy bazować na empatii ze zwierzętami („To, co jest na zewnątrz, poznajemy jedynie z oblicza zwierzęcia; bo już małe dziecko odwracamy i zmuszamy, by wstecz widziało formę [Gestaltung], nie otwarte [das Offne], które w wizji zwierzęcia jest tak głębokie” - fragment Elegii ósmej w dosłownym tłumaczeniu J.M. Coetzee’ego, polski przekład.)

I w przekładzie Adama Pomorskiego:
 […]
Stworzenie widzi wszystkimi oczyma
otwarty świat. Jedynie nasze oczy,
jak wywrócone, są stworzeniu niby
sidła stawiane u wolnego wyjścia.
Co j e s t na zewnątrz, wiemy tylko z twarzy
zwierzęcej; już na dziecku wymuszamy,
że swym na opak wywróconym okiem
widzi ukształtowanie, nie otwartość
świata, w zwierzęcym tak głęboką wzroku.
[…]
 Elegia ósma [w: Elegie duińskie]

Der Panther

**********************************************************

wtorek, 17 września 2013

Matematyka

**********************************************************

W stosunku do gołębi, co sobie umościły gniazdo na akacji za oknem, tuż przy szybie, tuż pod moim nosem, pod nieobecność Dumy, która nigdy by do tego nie dopuściła, żywię cały wachlarz uczuć. Ale nie tykam ich oczywiście.

Gniazdo vis-à-vis głównego okna

**********************************************************