*********************************************************
Tak, coś słyszała o tym. Że dużą w ludziach to miejsce niepewność siebie wyzwala, jeśli się tam zapędzą. Co prawda nie we wszystkich. A także silny niepokój, który przekształca się zwykle w nagłą potrzebę sprawdzenia, zazwyczaj poprzez dotyk, na przykład uszczypnięcie, czy się posiada nadal wszystkie fizyczne wymiary. Oraz cień. Jak również czy cień cudzy na nasz się nie zasadza ze zdradzieckiej przyczajki, czy nie naciera na nasz wraz z cieniem scyzoryka w trójwymiarowej dłoni. Tak, coś słyszała o tym. Że zerkać się zaczyna, w tym tutaj miejscu właśnie, zwykle nieco nerwowo, przez swoje własne ramię, zezować nieudolnie, w tył i na boki oba się rozglądając.
Chwyciła się od razu rytmu i recytacji, gdy już się zaplątała dokładnie w tę ulicę, o której coś słyszała, że klimat jest tam taki mocno niepokojący. Autorskiej rymowanki, wymyślonej w dzieciństwie i dotąd ulubionej, prawdopodobnie z powodu odpowiednich proporcji groteski i absurdu. Odpowiednich jak dla niej. Choć był to, wbrew pozorom - pamiętała to dobrze - w pierwotnym założeniu wyraz jej kontestacji, a także oburzenia żarłocznością ludzkiej cywilizacji (nie znała jeszcze wtedy słowa konsumpcja):
- Gdyby raki jadły ryby,
Zmniejszyłby się rybi świat.
Wtedy ludzie ani chybi
wcinaliby raczy gnat -
- skandowała w skupieniu, po cichutku, nie tyle w prostym celu podrzucenia sobie rytmu podczas marszu, jak to robiła zazwyczaj, lecz jako rodzaj mantry, redukującej niepewność, podnoszącej zadziorność itd. W jej rozbrykanej czaszce, wśród rozbawionych szarych komórek paru naczelnych niepoważnego mózgu, działo się całkiem dobrze pod wpływem tego rytmu. Lecz przytoczona przed chwilą repetycja wierszyka była ostatnią niestety, jaką zdołała wykonać w tym dołującym miejscu. W każdym razie wykonać w całości. Gdyż ukryty autor scenariusza zaplanował w tym momencie pewną akcję, ściślej mówiąc, niewielki incydent, który nie miał żadnego znaczenia, niemniej zaszedł i taki miał przebieg: z martwej ściany budynków po lewej, zapewne z jakiejś bramy, ale nie było jej widać, więc nazwała tę scenę na swój własny użytek Przechodzimur, wyłonił się gwałtownie niewątpliwy tubylec (autochtoniczny charakter zdradzała pewność kroku, szarogęszenie przestrzenne, nonszalancja w omiataniu wzrokiem itd. – znał tu wszystko, o wszystkim wiedział, bez wątpienia). Że przez komórkę gadał, to akurat było istotne, gdyż w tej lokalnej ciszy miała dużą ochotę usłyszeć ludzką mowę. Lecz ku jej przerażeniu oraz rozczarowaniu, mijający ją ziomek wydawał z siebie tylko jakieś gardłowe dźwięki, onomatopeiczne raczej, a także wykrzyknikowe, nieartykułowane, to na pewno:
- Am... am… am – dukał, przechodząc obok, i to akurat brzmiało zachęcająco. Zdążyła nawet pomyśleć, że gostek karmi być może dziecko jakieś przez ten telefon, gdy nagle triumfalnie wykrzyknął cały wyraz, bardzo długi i wcale nieprosty: - Ampersandami! – zawołał i tyle go widziała, ponieważ się zawinął w tym momencie, równie autochtonicznie, jak wyłonił. Wbił się po prostu znowu w mur, zniknął z pola widzenia, więc była raczej pewna, że intensywne spojrzenie, jakie poczuła nagle na swoich własnych plecach, to nie był jego ziomalski wzrok. Szukała szybko źródła, a kiedy je znalazła, podeszła parę kroków w kierunku krawężnika. W atawistycznym jakimś, pierwotnym przeświadczeniu, że teraz się rozegra ta najważniejsza scena, decydująca o tym, czy zakończenie sztuki zamknie coś ostatecznie, czy otworzy, przykucnęła, wyciągając rękę.
Znajdowali się naprzeciw siebie i przewiercali się wzrokiem. Ona z jednej, on z drugiej strony. Autentyczny. Najprawdziwszy w świecie. Nie owczarek niemiecki i nie husky, nie pies żaden, tylko żywy wilk. Amplituda napięć w tym momencie osiągnęła rekordowy wymiar.
Niestety, jak to w nie-bajkach. Raptem wbiegli koślawi myśliwi, przed którymi – to chyba wiadomo – uciekają i ona, i wilk. Pif i paf przecięło powietrze, wykluczając kontynuowanie czegokolwiek. A już na pewno snu. Obudziła się zadziwiona, zapleciona mocno w jakieś łapki, a także w jakieś ogonko. Koniec akcji, szanowny odbiorco, ale jeśli liczyłeś na finał zabawniejszy albo bardziej dramatyczny, jeśli nie chcesz rozstawać się jeszcze z powyższymi bohaterami, w takim razie podejmij wyzwanie. Wyślij esa, szanowny odbiorco, z odpowiedzią na takie pytanie: czy te łapki i czy to ogonko należały do: a) huskiego, be) owczarka, ce) może do wilka, de) czy sądzisz, że do myśliwego, dżizas krajst! e) żadna z odpowiedzi nie jest poprawna. Wyślij esa, a do niewygrania jest drapieżnik bardzo kotowaty, do którego nigdy się zbliżysz. Chyba że wybierzesz właśnie jego. Spośród milionów, tysięcy. Chyba że tak.
*********************************************************
poniedziałek, 13 lutego 2012
niedziela, 5 lutego 2012
Awers & others, czyli o wojnach naszych, które wiedziemy ze światem (oraz mrozem)
*********************************************************
- Nie, to jeszcze nie tutaj. Musi pan skręcić w prawo, potem kawałek prosto. I znowu w prawo. Tyle. To niedaleko.
- W prawo? Dwa razy w prawo? Może jest jakaś inna droga? Bo ja tak mam fatalnie, mówię pani, że organicznie nie cierpię skręcać w prawo. W ogóle nienawidzę prawych stron. Nawet ciuchy, takie, co mam pod spodem, noszę na lewo. Podkoszulki na przykład. Psa tak wytresowałem, że też w prawo nie skręci, tylko warczy.
Patrzę na gościa ze zdziwieniem, które opuszcza mnie jednak szybko na widok autentycznej udręki, jaka maluje się w jego pozbawionych makijażu oczach (w takim dokładnie języku sublimują się w tym momencie moje myśli, który jest jak z Do Laury sonetów albo innych utworów literackich żywcem wyjęty, zawieszonych raczej wysoko ponad zmrożoną aktualnie glebą). W przypływie nagłej empatii, próbuję to sobie wyobrazić: prawostronny skrętowstręt, do awersu awersję maniakalną, antysystemową, no bo tak. O podkoszulki mniejsza, ale to odruchowe wyrównywanie do lewej przy chodzeniu, błąkanie się, błądzenie z powodu nadrzędności celu innego zgoła niż cel pieszej wyprawy, którą się podejmuje… Gdy się myśli o tym wyłącznie, żeby w prawo nie skręcić. Tylko o tym. Ogólnie, raczej lipa.
- W sumie można tam dojść inaczej, tyle że trochę dłużej będzie pan szedł – mówię to jednym tchem, a także zgodnie z prawdą, choć nie całą, bo zamiast słówka "trochę" należałoby zastosować inne: "znacznie".
- To nie szkodzi...– jego zbolałą, chrystusową twarz rozgrymasza skutecznie nagła radość (jak widać trzyma się mnie uparcie ten sonetowo-odeski styl w kontekście tego koleżki). Jest jasne, że może iść bez końca, byle w lewo. Pochylam się więc skwapliwie nad obmyśleniem dla niego nowej trasy, lewoskrętnej ma się rozumieć. A także objaśnieniem dokładnym, co i jak. Wychodzi z tego niewąskie kluczenie, choć docelowe miejsce, to, gdzie zmierza, jest położone dosłownie rzut beretem od punktu, w którym się znajdujemy, stojąc i nie skręcając nigdzie póki co. Jednak beret jest w tym wszystkim najmniej istotny. Dochodzi wreszcie do tego, że ogarniamy całość. I możemy zacząć działać zgodnie z planem. Ja też. Więc szarżując lekko, wykonuję swój ruch, prawoskrętny, bez upadku pomimo brawury, odmachując na do zobaczenia jego głośne oraz roześmiane. Biegnę dalej - do domu, do domu! - atakowana feerią niekoniecznie przyjemnych dźwięków. Oraz mrozem. Przez zdjęte z uszu słuchawki jest mi jeszcze zimniej i głośniej, paradoksalnie. A w tym ogólnym szumie wbijają mi się w bębenki strzępki tekstów, kawałki dialogów:
- To założysz się?
- O co? Że co?
- No że szybciej zawiążę sznurowadło niż ty włożysz rękę do kieszeni.
Wsłuchuję się przez chwilę w dalszy ciąg.
- Ej, coś mi tu nie pasuje. Musi w tym być jakiś bajer.
- Bajer jest taki, chłopie, że nie wkładasz do kieszeni całej ręki, co nie? Kumpel flaszkę tak wygrał. Hehe.
Biegnę prawie, czując, że się rozpadnę za chwilę na tym mrozie. Sążnistym. Jedwabistym. Na widok piekarni przypominam sobie o chlebie [piiiiiip].
- Dobry wieczór! - tuż przed sklepem wpadam na pana Czesia, sympatycznego małżonka pani Basi, z którą utrzymuję sporadyczny międzyludzki kontakt, międzysąsiedzki dokładnie, na okoliczność posiadania przez nią psa oraz ogólnie, na skutek jej zainteresowania otaczającym światem, w tym moją osobą, o czym wspominałam już kiedyś. - Miło pana widzieć. Co u państwa? Panią Basię proszę pozdrowić koniecznie.
- Dobry wieczór! dobry wieczór! Wszystko dobrze! Grzech by było narzekać, jak się nic złego nie dzieje. A Basia do sklepu akurat weszła, to się spotkacie.
- Tak? Cieszę się bardzo.
Do widzenia wzajemne. I dobranoc. I słodkiego, miłego życia. Sympatyczny bardzo ten pan Czesio. W sklepie rozglądam się. Widzę. Więc podchodzę, uprzedzając fakty.
- Dobry wieczór, pani Basiu. Co tam słychać?
- Aaa… niewesoło, dobry wieczór. Niewesoło. Same pogrzeby…
To akurat było wiadomo. Że pan Czesio jak zwykle lekkoduch, jak kret ślepy, jak dziecko we mgle, nie dostrzega dookolnych zgonów. Pani Basia wie, że ja jak Czesio - tak się błąkam między meandrami, więc dla dobra mojego, gdyż mnie lubi, mówi do mnie kapitalikami, Times New Roman czcionką 18: nie jest życie bajką, raczej nie jest. Na szczęście w sklepie jest ciepło. I pachnie świeżym chlebem. No to słucham.
*********************************************************
- Nie, to jeszcze nie tutaj. Musi pan skręcić w prawo, potem kawałek prosto. I znowu w prawo. Tyle. To niedaleko.
- W prawo? Dwa razy w prawo? Może jest jakaś inna droga? Bo ja tak mam fatalnie, mówię pani, że organicznie nie cierpię skręcać w prawo. W ogóle nienawidzę prawych stron. Nawet ciuchy, takie, co mam pod spodem, noszę na lewo. Podkoszulki na przykład. Psa tak wytresowałem, że też w prawo nie skręci, tylko warczy.
Patrzę na gościa ze zdziwieniem, które opuszcza mnie jednak szybko na widok autentycznej udręki, jaka maluje się w jego pozbawionych makijażu oczach (w takim dokładnie języku sublimują się w tym momencie moje myśli, który jest jak z Do Laury sonetów albo innych utworów literackich żywcem wyjęty, zawieszonych raczej wysoko ponad zmrożoną aktualnie glebą). W przypływie nagłej empatii, próbuję to sobie wyobrazić: prawostronny skrętowstręt, do awersu awersję maniakalną, antysystemową, no bo tak. O podkoszulki mniejsza, ale to odruchowe wyrównywanie do lewej przy chodzeniu, błąkanie się, błądzenie z powodu nadrzędności celu innego zgoła niż cel pieszej wyprawy, którą się podejmuje… Gdy się myśli o tym wyłącznie, żeby w prawo nie skręcić. Tylko o tym. Ogólnie, raczej lipa.
- W sumie można tam dojść inaczej, tyle że trochę dłużej będzie pan szedł – mówię to jednym tchem, a także zgodnie z prawdą, choć nie całą, bo zamiast słówka "trochę" należałoby zastosować inne: "znacznie".
- To nie szkodzi...– jego zbolałą, chrystusową twarz rozgrymasza skutecznie nagła radość (jak widać trzyma się mnie uparcie ten sonetowo-odeski styl w kontekście tego koleżki). Jest jasne, że może iść bez końca, byle w lewo. Pochylam się więc skwapliwie nad obmyśleniem dla niego nowej trasy, lewoskrętnej ma się rozumieć. A także objaśnieniem dokładnym, co i jak. Wychodzi z tego niewąskie kluczenie, choć docelowe miejsce, to, gdzie zmierza, jest położone dosłownie rzut beretem od punktu, w którym się znajdujemy, stojąc i nie skręcając nigdzie póki co. Jednak beret jest w tym wszystkim najmniej istotny. Dochodzi wreszcie do tego, że ogarniamy całość. I możemy zacząć działać zgodnie z planem. Ja też. Więc szarżując lekko, wykonuję swój ruch, prawoskrętny, bez upadku pomimo brawury, odmachując na do zobaczenia jego głośne oraz roześmiane. Biegnę dalej - do domu, do domu! - atakowana feerią niekoniecznie przyjemnych dźwięków. Oraz mrozem. Przez zdjęte z uszu słuchawki jest mi jeszcze zimniej i głośniej, paradoksalnie. A w tym ogólnym szumie wbijają mi się w bębenki strzępki tekstów, kawałki dialogów:
- To założysz się?
- O co? Że co?
- No że szybciej zawiążę sznurowadło niż ty włożysz rękę do kieszeni.
Wsłuchuję się przez chwilę w dalszy ciąg.
- Ej, coś mi tu nie pasuje. Musi w tym być jakiś bajer.
- Bajer jest taki, chłopie, że nie wkładasz do kieszeni całej ręki, co nie? Kumpel flaszkę tak wygrał. Hehe.
Biegnę prawie, czując, że się rozpadnę za chwilę na tym mrozie. Sążnistym. Jedwabistym. Na widok piekarni przypominam sobie o chlebie [piiiiiip].
- Dobry wieczór! - tuż przed sklepem wpadam na pana Czesia, sympatycznego małżonka pani Basi, z którą utrzymuję sporadyczny międzyludzki kontakt, międzysąsiedzki dokładnie, na okoliczność posiadania przez nią psa oraz ogólnie, na skutek jej zainteresowania otaczającym światem, w tym moją osobą, o czym wspominałam już kiedyś. - Miło pana widzieć. Co u państwa? Panią Basię proszę pozdrowić koniecznie.
- Dobry wieczór! dobry wieczór! Wszystko dobrze! Grzech by było narzekać, jak się nic złego nie dzieje. A Basia do sklepu akurat weszła, to się spotkacie.
- Tak? Cieszę się bardzo.
Do widzenia wzajemne. I dobranoc. I słodkiego, miłego życia. Sympatyczny bardzo ten pan Czesio. W sklepie rozglądam się. Widzę. Więc podchodzę, uprzedzając fakty.
- Dobry wieczór, pani Basiu. Co tam słychać?
- Aaa… niewesoło, dobry wieczór. Niewesoło. Same pogrzeby…
To akurat było wiadomo. Że pan Czesio jak zwykle lekkoduch, jak kret ślepy, jak dziecko we mgle, nie dostrzega dookolnych zgonów. Pani Basia wie, że ja jak Czesio - tak się błąkam między meandrami, więc dla dobra mojego, gdyż mnie lubi, mówi do mnie kapitalikami, Times New Roman czcionką 18: nie jest życie bajką, raczej nie jest. Na szczęście w sklepie jest ciepło. I pachnie świeżym chlebem. No to słucham.
*********************************************************
niedziela, 29 stycznia 2012
Kto tu asy, a kto biesy?
*********************************************************
To był taki akurat poranek, że gdy podeszła do okna, odruchowo zaczęła szukać sznurka, żeby podciągnąć roletę z powalającym pejzażem, wyglądającym jak z Breugla, którą ktoś musiał zawiesić w nocy, tylko kto. I w ogóle po co. Co za pomysł. Ale rolety nie było. Czysta szyba. A za nią żywy Breugel. Ten zimowy. Pomyślała, że to z powodu perspektywy. Że to przez nią takie skojarzenie. "I przez to zastygnięcie, jak w stopklatce" - dodała w myślach. Tak czy owak - pejzaż był jak żyleta. Z detalami w silnej ekspozycji. Widziany trochę z góry, tak jak trzeba. Domki porozrzucane, ścieżki przecinające i chodniki. Bryłki ptaków też idealnie - w pułapce drzewa podstępnej, nie inaczej. Żadnego mgieł pełzania pomiędzy gałęziami, żadnych oparów. Nic, co się może rozrzedzić albo zgęstnieć, zmulić krajobraz. W konsekwencji była to jednak technika, wymuszająca megakoncentrację. I musisz wiedzieć, beztroski obserwatorze, że jeśli patrząc na taki pejzaż, nie zauważysz puzzla na n-tym planie (jakiejś nogi albo czyjejś ręki), będziesz ślepy w b r e w intencji autora obrazka.
Odwróciła się od pejzażu, ponieważ zadzwonił telefon. "Proszę dzwonić, jeśli kto nie chce porady. Jeśli chce, proszę raczej pukać. Którą opcję wybierasz?" Nie nagrała takiego powitania i szkoda, bo w niektórych przypadkach byłoby to z pożytkiem dla obu stron. Wyświetlił się Chcący Porady Numer. Zawsze chcący. Więc tym razem na pewno też. Zwłaszcza że było wcześnie rano. Czyli tym bardziej. Usłyszała swoje: "Jasne, mów", a następnie detaliczną story w odpowiedzi na tę zachętę. "No i co byś zrobiła na moim miejscu?" – to pytanie oznaczało przejście do fazy analizy. Bo wiadomo, że problem to problem. Trzeba go poddać rozkmince, atomizacji solidnej. Choć jest to w gruncie rzeczy jedno z najbardziej względnych pojęć świata. "Spójrzmy realnie", "przytomnie", a także "zreasumujmy", powiedziały sobie nareszcie. I wtedy właśnie ona wygłosiła tę najdziwniejszą kwestię podsumowującą, jaką zdarzyło jej się wygłosić w życiu, zaskakującą dla nich obu, patrząc w trakcie na Breugla za oknem: „No to wyobraź sobie teraz łąkę, na której rosną kwiatki. I rosną trochę krzywo. Powiedzmy, że są to kwiatki potępionego Franciszka. Wieje wiatr i wyrywa ci z zaciśniętej dłoni wszystkie, ale to wszystkie, argumenty za. Jak leci, po kolei. Niektóre wyszarpuje ci razem z palcami. A argumentów przeciw, które mają logiczne uzasadnienie, nie tyka w ogóle. Nagle doznajesz olśnienia i uświadamiasz sobie, dlaczego tak się dzieje. Czemu tych przeciw klamorków nie wyrywa ci z ręki wiatr. Nie z powodu jakiegoś respektu albo ciężaru gatunkowego, tylko dlatego, że po prostu nimi gardzi. Gardzi nimi głęboko. W głębi duszy. I to właśnie dociera do ciebie jasno. Reasumując finalnie: te na TAK frrrrr… uleciały, te na NIE są niepodważalne. Co wybierasz, droga przyjaciółko?"
Już w zasadzie tylko samo pa! pa radosnych padło jeszcze parę. Bo odpowiedź na pytanie nie musiała. Po to było zadane tak cwanie, żeby o nią w ogóle nie chodziło.

I zagadka: Gdzie jest mój puzzel na obrazku? czyli w którym miejscu są moje wrony? (no trudna to ona raczej nie jest;)
*********************************************************
To był taki akurat poranek, że gdy podeszła do okna, odruchowo zaczęła szukać sznurka, żeby podciągnąć roletę z powalającym pejzażem, wyglądającym jak z Breugla, którą ktoś musiał zawiesić w nocy, tylko kto. I w ogóle po co. Co za pomysł. Ale rolety nie było. Czysta szyba. A za nią żywy Breugel. Ten zimowy. Pomyślała, że to z powodu perspektywy. Że to przez nią takie skojarzenie. "I przez to zastygnięcie, jak w stopklatce" - dodała w myślach. Tak czy owak - pejzaż był jak żyleta. Z detalami w silnej ekspozycji. Widziany trochę z góry, tak jak trzeba. Domki porozrzucane, ścieżki przecinające i chodniki. Bryłki ptaków też idealnie - w pułapce drzewa podstępnej, nie inaczej. Żadnego mgieł pełzania pomiędzy gałęziami, żadnych oparów. Nic, co się może rozrzedzić albo zgęstnieć, zmulić krajobraz. W konsekwencji była to jednak technika, wymuszająca megakoncentrację. I musisz wiedzieć, beztroski obserwatorze, że jeśli patrząc na taki pejzaż, nie zauważysz puzzla na n-tym planie (jakiejś nogi albo czyjejś ręki), będziesz ślepy w b r e w intencji autora obrazka.
Odwróciła się od pejzażu, ponieważ zadzwonił telefon. "Proszę dzwonić, jeśli kto nie chce porady. Jeśli chce, proszę raczej pukać. Którą opcję wybierasz?" Nie nagrała takiego powitania i szkoda, bo w niektórych przypadkach byłoby to z pożytkiem dla obu stron. Wyświetlił się Chcący Porady Numer. Zawsze chcący. Więc tym razem na pewno też. Zwłaszcza że było wcześnie rano. Czyli tym bardziej. Usłyszała swoje: "Jasne, mów", a następnie detaliczną story w odpowiedzi na tę zachętę. "No i co byś zrobiła na moim miejscu?" – to pytanie oznaczało przejście do fazy analizy. Bo wiadomo, że problem to problem. Trzeba go poddać rozkmince, atomizacji solidnej. Choć jest to w gruncie rzeczy jedno z najbardziej względnych pojęć świata. "Spójrzmy realnie", "przytomnie", a także "zreasumujmy", powiedziały sobie nareszcie. I wtedy właśnie ona wygłosiła tę najdziwniejszą kwestię podsumowującą, jaką zdarzyło jej się wygłosić w życiu, zaskakującą dla nich obu, patrząc w trakcie na Breugla za oknem: „No to wyobraź sobie teraz łąkę, na której rosną kwiatki. I rosną trochę krzywo. Powiedzmy, że są to kwiatki potępionego Franciszka. Wieje wiatr i wyrywa ci z zaciśniętej dłoni wszystkie, ale to wszystkie, argumenty za. Jak leci, po kolei. Niektóre wyszarpuje ci razem z palcami. A argumentów przeciw, które mają logiczne uzasadnienie, nie tyka w ogóle. Nagle doznajesz olśnienia i uświadamiasz sobie, dlaczego tak się dzieje. Czemu tych przeciw klamorków nie wyrywa ci z ręki wiatr. Nie z powodu jakiegoś respektu albo ciężaru gatunkowego, tylko dlatego, że po prostu nimi gardzi. Gardzi nimi głęboko. W głębi duszy. I to właśnie dociera do ciebie jasno. Reasumując finalnie: te na TAK frrrrr… uleciały, te na NIE są niepodważalne. Co wybierasz, droga przyjaciółko?"
Już w zasadzie tylko samo pa! pa radosnych padło jeszcze parę. Bo odpowiedź na pytanie nie musiała. Po to było zadane tak cwanie, żeby o nią w ogóle nie chodziło.
I zagadka: Gdzie jest mój puzzel na obrazku? czyli w którym miejscu są moje wrony? (no trudna to ona raczej nie jest;)
*********************************************************
niedziela, 22 stycznia 2012
Wniebogłos
*********************************************************
W dychotomię myśli oraz ciała, ich rozłączenie w przestrzeni (ciałem tu, a myślami tam), popadała na tyle często, że przegapiała nagminnie docelowe przystanki. A także inne konkretne punkty geograficzne, w które powinna skręcić, udać się, wpaść na chwilę. Lub na dłużej.
Z powodu tego prostego braku koordynacji pomiędzy sferą myśli (zamyśleniem) a obecnością ciała tu i teraz, jeździła za daleko, wchodziła za wysoko itd. ileś przystanków przeciętnie, ileś pięter. Potem musiała w pośpiechu przewijać wszystko do tyłu. Na własnych butach, wiadomo. I było to o tyle zagadnienie, że miewała z tego powodu spore obsuwki.
Mając jaskrawą świadomość tej swojej ułomności, w chwilach determinacji pracowała nad sobą, jak szalona. Choćby teraz. Skoczyła na równe nogi, jak pochlapana wrzątkiem, skonstatowawszy przytomnie, że wysiadka, że już jej przystanek. Co okazało się jednak – ale szok! - całkiem nieadekwatnym opisem dla wykonanego przez nią manewru (konkretnie słowa "skoczyć" oraz "na równe nogi"). Gdyż ku własnemu zdumieniu stwierdziła z całą pewnością, że nie nastąpił po prostu ŻADEN w jej wykonaniu zryw. A wszelkie usilne próby ponowienia go, kończyły się bezproduktywną szarpaniną. Synchronizując w locie myśli swoje ze swoim ciałem, tu obecnym, jednak uziemionym, zdjętym jakąś tajemną niemocą, błyskawicznie ogarnęła całość. Przypomniała sobie. Już poczuła. Że przecież w trakcie podróży przysiadł ją dość skutecznie, przypierając do szyby, potężny poprzez kożuch, jak z planu tego filmu o ucieczce z Syberii, jowialny wernyhora, gość jakiś całkiem siwy, w podeszłym wieku. Który teraz, na jej gwałtowne ruchy, zareagował wyraźnie zainicjowaniem skomplikowanego procesu wygrzebywania się z przyjemnej pozycji siedzącej, w którą zapadł się był z lubością. Odklejania się od siodełka. Nagarniania bezkresnych fałdów syberyjskiego odzienia. Gdyż, jak się okazało, też wysiadał na tym przystanku. Celebrował przy tym wszystko ekstremalnie, a żeby klimat sitkomu był jasno wyczuwalny, ordynował sobie na głos bez obciachu swoistą auto-instrukcję, którą ktoś mu chyba musiał zakodować, a on odtwarzał ją teraz inteligentnie, we właściwych momentach akcji, stosownie do bieżących potrzeb. – Wstaję – mówił, gramoląc się wolno, ale skutecznie, nie wahając się przy tym użyć jej dość wątłego barku w funkcji balkoniku lub innej poręczy, i przeciskając się (ona za nim). - Trzymam się, trzymam! – wołał, kontynuując w sklerotycznym, operetkowym stylu ("umieram, umieram, ach właśnie to robię"), gdy już powstał i znalazł się w otwartej przestrzeni tramwaju, gdzie pozostała mu do trzymania tylko rurka. – Naciskam! – tajming miał idealny, gdyż tramwaj zatrzymał się właśnie na przystanku. Wysiadł, choć było to bez wątpienia najdłuższe wysiadanie, jakie widziała w życiu. Wygląda zresztą na to, że najdłuższe również w życiu motorniczego, który chlasnął jej w związku z tym zamykanymi drzwiami tuż przed nosem tak nagle, z taką werwą, że uwierzyła mu szczerze: nie mógł tego po prostu dłużej zdzierżyć. Zrozumiała więc, że nie ma wyjścia. I wysiadła na przystanku dalej, gdzie poraził ją od razu widok czerwonego jakiegoś kwadratu, odcinającego się wyraźnie od nasyconego, czarnego tła. Dobrej jakości sutanna, pomykająca ulicą z reklamówką "nie dla idiotów", wściekle czerwoną. Nawet nie patrząc na głowę, wiedziała raczej na pewno, że TAKIE czarne z czerwonym nie może w tym mieście oznaczać księdza. Tak biegają tylko zakonnice, w przypadku których decorum nie zdycha jakoś niereanimowalnie z powodu reklamówki - czerwonej, nie dla idiotów - w ręku. W przeciwieństwie do przypadku księży. Tak to właśnie wygląda w tym mieście. Zresztą i tak wyszło słońce i przestała widzieć cokolwiek. A jej myśli oczywiście poszły za nim:
- Słonko, które jesteś w niebie. Od którego opędzam się latem, bo wydajesz mi się zbyt pastewne w ignorowaniu profili oraz uczuć indywidualnych, ciut bardziej wysublimowanych, rozjeżdżających się czasem z lansowaną przez ciebie misją hurtu oraz namnażania.
- Słonko moje, które jesteś w niebie, to znaczy cholera wie gdzie, chlipałabym za tobą wniebogłosy, ale milczę.
- Słonko moje, zawiasie myśli, sorry, że się nie mieszczę w lejaucie, o czym rozmyślam czasem usilnie między jedną twoją eksplozją a drugą.
- Jak i o tym, żebym mając do wyboru stan spoczynku i stan gotowości, błogostan albo jeżostan, nie wybierała pierwszego, i zawsze z taką mocą, jak nie wybieram teraz. Hawk.
*********************************************************
W dychotomię myśli oraz ciała, ich rozłączenie w przestrzeni (ciałem tu, a myślami tam), popadała na tyle często, że przegapiała nagminnie docelowe przystanki. A także inne konkretne punkty geograficzne, w które powinna skręcić, udać się, wpaść na chwilę. Lub na dłużej.
Z powodu tego prostego braku koordynacji pomiędzy sferą myśli (zamyśleniem) a obecnością ciała tu i teraz, jeździła za daleko, wchodziła za wysoko itd. ileś przystanków przeciętnie, ileś pięter. Potem musiała w pośpiechu przewijać wszystko do tyłu. Na własnych butach, wiadomo. I było to o tyle zagadnienie, że miewała z tego powodu spore obsuwki.
Mając jaskrawą świadomość tej swojej ułomności, w chwilach determinacji pracowała nad sobą, jak szalona. Choćby teraz. Skoczyła na równe nogi, jak pochlapana wrzątkiem, skonstatowawszy przytomnie, że wysiadka, że już jej przystanek. Co okazało się jednak – ale szok! - całkiem nieadekwatnym opisem dla wykonanego przez nią manewru (konkretnie słowa "skoczyć" oraz "na równe nogi"). Gdyż ku własnemu zdumieniu stwierdziła z całą pewnością, że nie nastąpił po prostu ŻADEN w jej wykonaniu zryw. A wszelkie usilne próby ponowienia go, kończyły się bezproduktywną szarpaniną. Synchronizując w locie myśli swoje ze swoim ciałem, tu obecnym, jednak uziemionym, zdjętym jakąś tajemną niemocą, błyskawicznie ogarnęła całość. Przypomniała sobie. Już poczuła. Że przecież w trakcie podróży przysiadł ją dość skutecznie, przypierając do szyby, potężny poprzez kożuch, jak z planu tego filmu o ucieczce z Syberii, jowialny wernyhora, gość jakiś całkiem siwy, w podeszłym wieku. Który teraz, na jej gwałtowne ruchy, zareagował wyraźnie zainicjowaniem skomplikowanego procesu wygrzebywania się z przyjemnej pozycji siedzącej, w którą zapadł się był z lubością. Odklejania się od siodełka. Nagarniania bezkresnych fałdów syberyjskiego odzienia. Gdyż, jak się okazało, też wysiadał na tym przystanku. Celebrował przy tym wszystko ekstremalnie, a żeby klimat sitkomu był jasno wyczuwalny, ordynował sobie na głos bez obciachu swoistą auto-instrukcję, którą ktoś mu chyba musiał zakodować, a on odtwarzał ją teraz inteligentnie, we właściwych momentach akcji, stosownie do bieżących potrzeb. – Wstaję – mówił, gramoląc się wolno, ale skutecznie, nie wahając się przy tym użyć jej dość wątłego barku w funkcji balkoniku lub innej poręczy, i przeciskając się (ona za nim). - Trzymam się, trzymam! – wołał, kontynuując w sklerotycznym, operetkowym stylu ("umieram, umieram, ach właśnie to robię"), gdy już powstał i znalazł się w otwartej przestrzeni tramwaju, gdzie pozostała mu do trzymania tylko rurka. – Naciskam! – tajming miał idealny, gdyż tramwaj zatrzymał się właśnie na przystanku. Wysiadł, choć było to bez wątpienia najdłuższe wysiadanie, jakie widziała w życiu. Wygląda zresztą na to, że najdłuższe również w życiu motorniczego, który chlasnął jej w związku z tym zamykanymi drzwiami tuż przed nosem tak nagle, z taką werwą, że uwierzyła mu szczerze: nie mógł tego po prostu dłużej zdzierżyć. Zrozumiała więc, że nie ma wyjścia. I wysiadła na przystanku dalej, gdzie poraził ją od razu widok czerwonego jakiegoś kwadratu, odcinającego się wyraźnie od nasyconego, czarnego tła. Dobrej jakości sutanna, pomykająca ulicą z reklamówką "nie dla idiotów", wściekle czerwoną. Nawet nie patrząc na głowę, wiedziała raczej na pewno, że TAKIE czarne z czerwonym nie może w tym mieście oznaczać księdza. Tak biegają tylko zakonnice, w przypadku których decorum nie zdycha jakoś niereanimowalnie z powodu reklamówki - czerwonej, nie dla idiotów - w ręku. W przeciwieństwie do przypadku księży. Tak to właśnie wygląda w tym mieście. Zresztą i tak wyszło słońce i przestała widzieć cokolwiek. A jej myśli oczywiście poszły za nim:
- Słonko, które jesteś w niebie. Od którego opędzam się latem, bo wydajesz mi się zbyt pastewne w ignorowaniu profili oraz uczuć indywidualnych, ciut bardziej wysublimowanych, rozjeżdżających się czasem z lansowaną przez ciebie misją hurtu oraz namnażania.
- Słonko moje, które jesteś w niebie, to znaczy cholera wie gdzie, chlipałabym za tobą wniebogłosy, ale milczę.
- Słonko moje, zawiasie myśli, sorry, że się nie mieszczę w lejaucie, o czym rozmyślam czasem usilnie między jedną twoją eksplozją a drugą.
- Jak i o tym, żebym mając do wyboru stan spoczynku i stan gotowości, błogostan albo jeżostan, nie wybierała pierwszego, i zawsze z taką mocą, jak nie wybieram teraz. Hawk.
*********************************************************
niedziela, 15 stycznia 2012
Czesław pisze (rzecz o grafomanii)
*********************************************************
Obiad był dwudaniowy: drugie + drugie danie. A także deser + deser. Co niestety musiało się skończyć definitywną utratą jakiejkolwiek zdolności (o intelektualnym charakterze) do przeprocesowania choćby nędznej namiastki analizy - językowej, logicznej, DOWOLNEJ – pewnego zagadnienia, zajawionego poniżej (jeszcze niżej). Więc nie będzie głębszej dekonstrukcji. Zamiast tego, jeden krótki cytat:
"Jestem biednym, opętanym grafomanem." Kto tak pisze? A także: do kogo? Notorycznie zresztą, refrenowo.
Macie rację. Czesław Miłosz pisze. Drogi Czesław. Do Iwaszkiewicza.
*********************************************************
Obiad był dwudaniowy: drugie + drugie danie. A także deser + deser. Co niestety musiało się skończyć definitywną utratą jakiejkolwiek zdolności (o intelektualnym charakterze) do przeprocesowania choćby nędznej namiastki analizy - językowej, logicznej, DOWOLNEJ – pewnego zagadnienia, zajawionego poniżej (jeszcze niżej). Więc nie będzie głębszej dekonstrukcji. Zamiast tego, jeden krótki cytat:
"Jestem biednym, opętanym grafomanem." Kto tak pisze? A także: do kogo? Notorycznie zresztą, refrenowo.
Macie rację. Czesław Miłosz pisze. Drogi Czesław. Do Iwaszkiewicza.
*********************************************************
Czy podoba się wam moje gniazdko?
*********************************************************
A kiedy kałuże zostały już zamrożone i oprószone śniegiem, którym zaczął żonglować z pasją ten anarchista, wicher, wyjąc przy tym z dzikiej radości, wymiatając, stało się jasne dla wszystkich średniozamożnych, przeciętnych i zwykle utajonych narcyzów tej części globu (obu płci), że utracili możliwość napawania się choćby w przelocie swoim ogólnie dostępnym oraz darmowym odbiciem, przyziemnym, chodnikowym, odławianym legalnie, choć niejawnie, przy spuszczonych niby skromnie powiekach, z podeszczowych publicznych akwenów. I jeszcze z bezdennością panującego mroku trzeba się raczej rozstać, na jakiś czas przynajmniej, kto wie jaki, skoro kałuże zostały zamrożone i oprószone na biało (gdyż śnieg świeci), ale to już bez większego bólu. W tej sytuacji także, wobec nagłego zmrożenia oraz ogólnej zawieruchy, z powodu ram okiennych, starych, niewymienionych, przepuszczających wrażliwie wszystkie generowane realnie odgłosy świata, miałyśmy obie z kitką unikalną okazję współpercypować, współsłyszeć skowyty i lamentacje, do jakich zdolny wysoce okazał się tegoroczny zimowy wiatr, polifoniczny jak teatr narodowy co najmniej lub powszechny. I choinkowe lampki, i przytulność ogólna, niepodważalna raczej, bez dwóch zdań, panująca tu w środku mimo okien, sprawiały, że z żenadą - w kontekście rzeszy bezdomnych - kombinowałam w myślach, co by się stało takiego, gdybym wytknęła za ramę, na parę sekund dosłownie, swój gorączkowy mózg, żeby mi z niego wywiało wszystkie metale ciężkie - ogólnie to, co trzeba. Ale tak selektywnie, żeby też z drugiej strony nie powiewało mi odtąd wszystko równo. I grafomańskie zapędy, nad którymi zadumałam się w swoim kontekście przy śniadaniu. Równie głęboko zresztą, jak nad losem katowanych przemysłowo kur, których jajka nie stawały mi jakoś w gardle.
Zostawiając póki co na obiad grafomanię jako zagadnienie, plus mitomanię gratis, czemu nie, postanawiam, ale odwołalnie, że się pożegnam tymczasem (czemu nie). Nie wybieram się jednak zbyt daleko. Kiedy wyje, duje i wymiata, co najbardziej lubią tygrysy? Fajne gniazdka. Niżej ilustracja:

*********************************************************
A kiedy kałuże zostały już zamrożone i oprószone śniegiem, którym zaczął żonglować z pasją ten anarchista, wicher, wyjąc przy tym z dzikiej radości, wymiatając, stało się jasne dla wszystkich średniozamożnych, przeciętnych i zwykle utajonych narcyzów tej części globu (obu płci), że utracili możliwość napawania się choćby w przelocie swoim ogólnie dostępnym oraz darmowym odbiciem, przyziemnym, chodnikowym, odławianym legalnie, choć niejawnie, przy spuszczonych niby skromnie powiekach, z podeszczowych publicznych akwenów. I jeszcze z bezdennością panującego mroku trzeba się raczej rozstać, na jakiś czas przynajmniej, kto wie jaki, skoro kałuże zostały zamrożone i oprószone na biało (gdyż śnieg świeci), ale to już bez większego bólu. W tej sytuacji także, wobec nagłego zmrożenia oraz ogólnej zawieruchy, z powodu ram okiennych, starych, niewymienionych, przepuszczających wrażliwie wszystkie generowane realnie odgłosy świata, miałyśmy obie z kitką unikalną okazję współpercypować, współsłyszeć skowyty i lamentacje, do jakich zdolny wysoce okazał się tegoroczny zimowy wiatr, polifoniczny jak teatr narodowy co najmniej lub powszechny. I choinkowe lampki, i przytulność ogólna, niepodważalna raczej, bez dwóch zdań, panująca tu w środku mimo okien, sprawiały, że z żenadą - w kontekście rzeszy bezdomnych - kombinowałam w myślach, co by się stało takiego, gdybym wytknęła za ramę, na parę sekund dosłownie, swój gorączkowy mózg, żeby mi z niego wywiało wszystkie metale ciężkie - ogólnie to, co trzeba. Ale tak selektywnie, żeby też z drugiej strony nie powiewało mi odtąd wszystko równo. I grafomańskie zapędy, nad którymi zadumałam się w swoim kontekście przy śniadaniu. Równie głęboko zresztą, jak nad losem katowanych przemysłowo kur, których jajka nie stawały mi jakoś w gardle.
Zostawiając póki co na obiad grafomanię jako zagadnienie, plus mitomanię gratis, czemu nie, postanawiam, ale odwołalnie, że się pożegnam tymczasem (czemu nie). Nie wybieram się jednak zbyt daleko. Kiedy wyje, duje i wymiata, co najbardziej lubią tygrysy? Fajne gniazdka. Niżej ilustracja:
*********************************************************
niedziela, 8 stycznia 2012
Z-biegiem okoliczności
*********************************************************
Ten Przypadek miał jastrzębi wzrok, bynajmniej nie był ślepy. No, może z lekką zadyszką po intensywnym sprincie, ponieważ generalnie był chorobliwie ruchliwy, a przy tym dość zacięty – taki był właśnie w momencie, gdy decydował o jej losie. Szła, a on krążył wokół i nie miała pojęcia, co przed chwilą zawisło w tym łagodnym, jak na styczeń, powietrzu. Jeszcze była odrębna w myślach, tak zwana nieświadoma, więc koncentrowała się na swoich ulubionych, małych obsesjach: różnych zjawiskach przyrody, to znaczy głównie na faunie typu ptaki, a także psy i koty, na miksowaniu słów (zabawnym), nieposiadaniu zamiarów (żadnych poważnych) itd. Tymczasem pan Przypadek (jej patron–życiożerca, jak nazywał siebie najchętniej), wyjąwszy bardzo sprawnie z głębi szarego płaszcza oryginalny, rzeźbiony pilnik do ludzkich paznokci, rozpoczął dość znienacka szybki, trochę zredukowany manicure, gdyż – jak się okazało - miał taką drobną słabość, że namiętnie piłował sobie szpony. Zwłaszcza wtedy, gdy był w centrum akcji, tuż przed szczęśliwym finałem. Oryginalny w ogóle był z niego typ. Sam nie lansował się nigdy, więc niektórzy twierdzili nawet, że nie istnieje (ona nie zabierała głosu w tej kwestii, która wydawała jej się czysto teoretyczna). Precyzyjnie i szybko operował pilniczkiem pan Przypadek, a kiedy doszedł do dziesiątego palca, schylił się i podniósł spory kamień. Rzucił mocno, trafiając w pobliską bramę, która jęknąwszy zgrzytliwie, otworzyła się bez oporu, ukazując dziedziniec zapełniony kocimi łbami. Wtedy popatrzył na idącą: już lustrowała wzrokiem - w poszukiwaniu sprawcy - miejsce, gdzie stał praktycznie, tyle że ona oczywiście go nie widziała. Wiedział, że zmierza w stronę, gdzie upadł kamień, więc niezręcznie jej będzie zmieniać kierunek tylko z powodu strachu, który musiał ją przecież ogarnąć w tej sytuacji. Ambitna była, co też wiedział, podobnie zresztą, jak to, że gdy znajdzie się na wysokości bramy (otwartej przez kamień, wow!), nie oprze się ciekawości, zwłaszcza że… Zresztą popatrzmy – właśnie teraz ona zerka w głąb podwórza i Przypadek wie już na sto procent, że za chwilę będzie mógł spokojnie kliknąć DONE na swojej tajnej liście. Gdyż podsunął jej także dziwny dźwięk - jakby skomlenie ciche? – które ona w tym momencie słyszy, więc rozgląda się nerwowo i, ojacie, no normalnie nikogo na widoku. Nie namyślając się dłużej, wchodzi głębiej. Nagle podskakuje. Śmieszny odgłos jakiś, jakby: klik!, wprawia ją w ten mały popłoch. Znów się rozgląda, czujnie i nagle… wielkie uff. To furtka! Tylko furtka. Głupia furtka zamknęła się sama. Tyle tylko. Normalnie jedna furtka.
A Przypadek znowu wyjął pilnik.
*********************************************************
Ten Przypadek miał jastrzębi wzrok, bynajmniej nie był ślepy. No, może z lekką zadyszką po intensywnym sprincie, ponieważ generalnie był chorobliwie ruchliwy, a przy tym dość zacięty – taki był właśnie w momencie, gdy decydował o jej losie. Szła, a on krążył wokół i nie miała pojęcia, co przed chwilą zawisło w tym łagodnym, jak na styczeń, powietrzu. Jeszcze była odrębna w myślach, tak zwana nieświadoma, więc koncentrowała się na swoich ulubionych, małych obsesjach: różnych zjawiskach przyrody, to znaczy głównie na faunie typu ptaki, a także psy i koty, na miksowaniu słów (zabawnym), nieposiadaniu zamiarów (żadnych poważnych) itd. Tymczasem pan Przypadek (jej patron–życiożerca, jak nazywał siebie najchętniej), wyjąwszy bardzo sprawnie z głębi szarego płaszcza oryginalny, rzeźbiony pilnik do ludzkich paznokci, rozpoczął dość znienacka szybki, trochę zredukowany manicure, gdyż – jak się okazało - miał taką drobną słabość, że namiętnie piłował sobie szpony. Zwłaszcza wtedy, gdy był w centrum akcji, tuż przed szczęśliwym finałem. Oryginalny w ogóle był z niego typ. Sam nie lansował się nigdy, więc niektórzy twierdzili nawet, że nie istnieje (ona nie zabierała głosu w tej kwestii, która wydawała jej się czysto teoretyczna). Precyzyjnie i szybko operował pilniczkiem pan Przypadek, a kiedy doszedł do dziesiątego palca, schylił się i podniósł spory kamień. Rzucił mocno, trafiając w pobliską bramę, która jęknąwszy zgrzytliwie, otworzyła się bez oporu, ukazując dziedziniec zapełniony kocimi łbami. Wtedy popatrzył na idącą: już lustrowała wzrokiem - w poszukiwaniu sprawcy - miejsce, gdzie stał praktycznie, tyle że ona oczywiście go nie widziała. Wiedział, że zmierza w stronę, gdzie upadł kamień, więc niezręcznie jej będzie zmieniać kierunek tylko z powodu strachu, który musiał ją przecież ogarnąć w tej sytuacji. Ambitna była, co też wiedział, podobnie zresztą, jak to, że gdy znajdzie się na wysokości bramy (otwartej przez kamień, wow!), nie oprze się ciekawości, zwłaszcza że… Zresztą popatrzmy – właśnie teraz ona zerka w głąb podwórza i Przypadek wie już na sto procent, że za chwilę będzie mógł spokojnie kliknąć DONE na swojej tajnej liście. Gdyż podsunął jej także dziwny dźwięk - jakby skomlenie ciche? – które ona w tym momencie słyszy, więc rozgląda się nerwowo i, ojacie, no normalnie nikogo na widoku. Nie namyślając się dłużej, wchodzi głębiej. Nagle podskakuje. Śmieszny odgłos jakiś, jakby: klik!, wprawia ją w ten mały popłoch. Znów się rozgląda, czujnie i nagle… wielkie uff. To furtka! Tylko furtka. Głupia furtka zamknęła się sama. Tyle tylko. Normalnie jedna furtka.
A Przypadek znowu wyjął pilnik.
*********************************************************
sobota, 7 stycznia 2012
Alternatywny łańcuch zdążeń
*********************************************************
Wskutek wykolejenia się tramwaju, który uderzył w inny tramwaj, nie powodując jednak żadnych fizycznych obrażeń wśród pasażerów (strat moralnych nie oszacowano), nastąpił trwały rozkład resztek tego dziwnego dnia. W rozkładzie jazdy rozkład, rozsypka, dekonstrukcja stała się praprzyczyną zdążeniowej zapaści (nie zdążyłam!) o lawinowym charakterze, do której doszło nagle w tym dwugodzinnym około, ciemnym przedziale czasu, już wieczornym. I cały łańcuch zdążeń, który miał się przełożyć na sprawy załatwione w konkretnej chronologii oraz postępie warunkowym, okazał się tak ściśle skutkowo-przyczynowy, że niezdążenie pierwsze, niestanięcie na rzęsach, żeby zdążyć, pociągnęło za sobą nieuniknioną niezdążeniową serię, a w efekcie konieczność odpuszczenia sobie całości.
Nie gustując w przyczynach i skutkach, to znaczy w takich klimatach, wierząc w duchu w działanie na przekór (chronologii oraz innym ograniczeniom, także logice w pewnych sferach i trybowi warunkowemu), „gdybym dostała nagle jakieś extra minuty, powiedzmy sto dwadzieścia, tak około…” – pomyślałam w kategoriach zysku wobec takiego obrotu spraw.
Gdybym dostała nagle jakieś extra minuty, powiedzmy sto dwadzieścia, tak około, udałabym się wolno w jakieś osobne miejsce, tam, gdzie rosną na przykład poziomki, testując przy okazji nowe obuwie swoje, zarąbiste, które nabyłam niedawno drogą uczciwej transakcji B2C. Nie odmówiłabym sobie lekkiego podniesienia poziomu decybeli w swoich uszach, w związku z czym nie odebrałabym zapewne kilku połączeń. A także równie lekkiego obśmiania się – przechodząc - ze światełkowych aniołów typu „gigant”, które jak dziadki zdute na krzesełkach se siedzą pod magistracką choinką (wiem, że to niby ławeczki, ale wyglądają jak zwykłe stołki), w zasadzie nie wiadomo, w jakiej funkcji - być może fazę pośrednią, przedupadkową anielską ilustrując. Gdyby mi przyszła ochota na małą czekoladkę, taką delfinkę powiedzmy, weszłabym do sklepiku, mając cichą nadzieję, że uniknę tym razem spoliczkowania zszokowanej kasjerki przy pomocy własnego pierścionka, jakkolwiek to brzmi. Chodzi o to, że wskutek wykonywania zbyt gwałtownych i zamaszystych gestów, noszony przeze mnie stale pierścionek, trochę zbyt luźny, spada mi czasem z palca (macham – spada), szybując śmiałym łukiem w sobie tylko wiadomy punkt, którym bywa niestety – jak ostatnio - pani z kasy zdębiałe oblicze, trafione celnie, centralnie przy wyciąganiu portfela (dziwnym trafem!) i oniemiałe słusznie. Jeszcze coś sensownego (a propos dziadków anielskich) machnąć by można dla dziadka nie-mojego-mojego, który jednak poważnie traktuje naszą relację, stara się i poczuwa do wzajemności. Widzę, jak ściemnia w pocie czoła, żeby to wszystko uwznioślić, uatrakcyjnić, poruszyć, chociaż wie, że nie musi tego robić, bo i tak mamy wieczny dil, bezwarunkowy. Zaś w części ekspiacyjnej mogłabym wszem i wobec wygłosić wielkie sorry dedykowane wszystkim martwym przedmiotom świata, które non stop posądzam o złośliwą współpracę z wszechobecną w kosmosie metafizyką (złośliwość rzeczy martwych – tak się to chyba nazywa oficjalnie). O nic złego was nie posądzam, hej! Gadam tak tylko, naprawdę, wiecie przecież.
I jeszcze mały kliring osobistego sumienia z pełnym zapału brakiem postanowienia poprawy, choć jestem nadal durna do tego stopnia, że widząc w sieci Handel myślę Händel. A jednak, drogi kosmosie, jestem faktem. Akt narodzin jest nieodwracalny. Równie konkretnie, jak akt śmierci.
*********************************************************
Wskutek wykolejenia się tramwaju, który uderzył w inny tramwaj, nie powodując jednak żadnych fizycznych obrażeń wśród pasażerów (strat moralnych nie oszacowano), nastąpił trwały rozkład resztek tego dziwnego dnia. W rozkładzie jazdy rozkład, rozsypka, dekonstrukcja stała się praprzyczyną zdążeniowej zapaści (nie zdążyłam!) o lawinowym charakterze, do której doszło nagle w tym dwugodzinnym około, ciemnym przedziale czasu, już wieczornym. I cały łańcuch zdążeń, który miał się przełożyć na sprawy załatwione w konkretnej chronologii oraz postępie warunkowym, okazał się tak ściśle skutkowo-przyczynowy, że niezdążenie pierwsze, niestanięcie na rzęsach, żeby zdążyć, pociągnęło za sobą nieuniknioną niezdążeniową serię, a w efekcie konieczność odpuszczenia sobie całości.
Nie gustując w przyczynach i skutkach, to znaczy w takich klimatach, wierząc w duchu w działanie na przekór (chronologii oraz innym ograniczeniom, także logice w pewnych sferach i trybowi warunkowemu), „gdybym dostała nagle jakieś extra minuty, powiedzmy sto dwadzieścia, tak około…” – pomyślałam w kategoriach zysku wobec takiego obrotu spraw.
Gdybym dostała nagle jakieś extra minuty, powiedzmy sto dwadzieścia, tak około, udałabym się wolno w jakieś osobne miejsce, tam, gdzie rosną na przykład poziomki, testując przy okazji nowe obuwie swoje, zarąbiste, które nabyłam niedawno drogą uczciwej transakcji B2C. Nie odmówiłabym sobie lekkiego podniesienia poziomu decybeli w swoich uszach, w związku z czym nie odebrałabym zapewne kilku połączeń. A także równie lekkiego obśmiania się – przechodząc - ze światełkowych aniołów typu „gigant”, które jak dziadki zdute na krzesełkach se siedzą pod magistracką choinką (wiem, że to niby ławeczki, ale wyglądają jak zwykłe stołki), w zasadzie nie wiadomo, w jakiej funkcji - być może fazę pośrednią, przedupadkową anielską ilustrując. Gdyby mi przyszła ochota na małą czekoladkę, taką delfinkę powiedzmy, weszłabym do sklepiku, mając cichą nadzieję, że uniknę tym razem spoliczkowania zszokowanej kasjerki przy pomocy własnego pierścionka, jakkolwiek to brzmi. Chodzi o to, że wskutek wykonywania zbyt gwałtownych i zamaszystych gestów, noszony przeze mnie stale pierścionek, trochę zbyt luźny, spada mi czasem z palca (macham – spada), szybując śmiałym łukiem w sobie tylko wiadomy punkt, którym bywa niestety – jak ostatnio - pani z kasy zdębiałe oblicze, trafione celnie, centralnie przy wyciąganiu portfela (dziwnym trafem!) i oniemiałe słusznie. Jeszcze coś sensownego (a propos dziadków anielskich) machnąć by można dla dziadka nie-mojego-mojego, który jednak poważnie traktuje naszą relację, stara się i poczuwa do wzajemności. Widzę, jak ściemnia w pocie czoła, żeby to wszystko uwznioślić, uatrakcyjnić, poruszyć, chociaż wie, że nie musi tego robić, bo i tak mamy wieczny dil, bezwarunkowy. Zaś w części ekspiacyjnej mogłabym wszem i wobec wygłosić wielkie sorry dedykowane wszystkim martwym przedmiotom świata, które non stop posądzam o złośliwą współpracę z wszechobecną w kosmosie metafizyką (złośliwość rzeczy martwych – tak się to chyba nazywa oficjalnie). O nic złego was nie posądzam, hej! Gadam tak tylko, naprawdę, wiecie przecież.
I jeszcze mały kliring osobistego sumienia z pełnym zapału brakiem postanowienia poprawy, choć jestem nadal durna do tego stopnia, że widząc w sieci Handel myślę Händel. A jednak, drogi kosmosie, jestem faktem. Akt narodzin jest nieodwracalny. Równie konkretnie, jak akt śmierci.
*********************************************************
piątek, 23 grudnia 2011
Lulajże wreszcie, śpij
*********************************************************
Ślizgała się na butach w zamyśleniu głębokim i była to oczywiście sprzeczność można powiedzieć sama w sobie, błąd krytyczny można tak powiedzieć, oksymoron, gdyż powinna się była ślizgać z uwagą, w równym tempie, panując nad sytuacją oraz ciałem. Z powodu tej zadumy, jednak zbyt ryzykownej jako oprawa dla tak zaawansowanej choreografii, praktycznie ekstremalnej, nie pamiętała nawet, co się stało. Jak się to potoczyło, że znalazła się nagle na ośnieżonej świeżo glebie, wylądowała z impetem, nie wysunąwszy podwozia, i szorowała wdzięcznie całą powierzchnią pleców po oblodzonym nieco gruncie. Zmieniwszy tak gwałtownie konfigurację ciała na całkowicie horyzontalną, co istotne - pod gołym niebem, zarejestrowała je ze zdziwieniem tuż nad sobą jako bezgwiezdne, a także ciężkie i zimowe (wreszcie!), nabrzmiałe od pokładów koronkowych wyrobów, oryginalnych płatków, jeszcze nie made in China, nieściemnionych, prawdziwie śnieżnych. Z autentycznym zimowym potencjałem. Oczywiście zrobiło to na niej duże wrażenie. Nie mniejsze zresztą wcale niż nie-widmowa postać, konkretna raczej, nie baśniowa, która w pewnym momencie zawisła nad nią groźnie, przesłaniając swoim korpusem kontemplowany z satysfakcją nieboskłon. Ujrzała uniesioną do góry dłoń, jakoś tak patetycznie potrząsającą palcem, kulfoniastym zdecydowanie, wycelowanym mniej więcej między jej oczy, co dawało dość komiczny efekt.
- Świat tak jest urządzony – kiwał palec - oraz życie, którego trzeba się uczyć przez cały okres jego trwania (nu nu! siekał powietrze palec), że preferuje sympatię do przebywania stałego w społeczności szerokiej optymalnie, uczestniczącej chętnie w różnych szoł z gatunku reality, także do karaoke oraz ciągłego szlifowania normy, przepraszam – formy, bez paroksyzmów niesmacznych czy innych anomalii. Oraz radosną gotowość do urzeczywistnienia 2-3 podróży rocznie, międzykontynentalnych najlepiej, w ogólnie wszystkim znane, ale zaskakujące miejsca, woow, i w całkiem innym celu niż zrealizowanie kilku fotek. Bezdyskusyjne i szczere powinno być to wszystko, jak menedżerskie oblicze, gdy prace zakończywszy, na spoczynek powraca jego pan. Zaprawdę ci powiadam, don’t you like it?
Tu przerwał, lecz nie znikał, nadal blokując jej perspektywę.
- Zaprawdę? – pomyślała – ZA PRAWDĘ? Co za koszmar. Chce, żebym wzięła za prawdę jakiś kosmiczny kit? W żywe oczy?
- Przepraszam pana bardzo…– to na pewno nie był jej głos, tego od palca też nie. Pojawił się ktoś trzeci, ale słabo jakoś, pod zbyt ostrym kątem go widziała. – Pan, zdaje się, ulega zasadniczej iluzji: że świat jest u r z ą d z o n y. Że życie się poddaje procesom edukacji itede. Świat jest wyjątkiem, panie! I radzi sobie świetnie z każdym formatem paradoksu: z głodem w Afryce może jakoś żyć i z przeżarciem w Ameryce równie dobrze. Więc niech pan nie ogłasza, że jakiś ład w przyrodzie burzy ona - machnął w jej stronę - posiadając na przykład biurko, które wygląda, jak rumuńska osada, tzn. równie malowniczo, i kiedy przy nim siada, w jednej szufladzie trzyma stopę, w drugiej logitechową mysz. Lub że narusza porządek, nie wykonując podróży międzykontynentalnych żadnych w bliższym i dalszym czasie, ponieważ nie ma na to ochoty. I że każdy przesypujący jej się przez dłonie nadmiar pozwala zdziobać krukom. No i co? I niechże pan nie zgina tak tego palca, bo panu na nim zawieszę coś niefajnego. A tak w ogóle, lulajże pan wreszcie, śpij. Kysz! kliszowata maro, łapko na muchy.
Nagle ucichło wszystko. A ona nie wiedziała, co się stało. Nie bardzo jakoś chciała zbierać się w sobie po tym zajściu. Na koniec wstała wreszcie i nawet odruchowo wróciła do ślizgania się na tych swoich podatnych butkach. Szybko przystanęła jednak przezornie. Dobiegł ją mocny odgłos jakiejś wyraźnej afery, toczącej się na szczęście w połowie wirtualnie, gdyż przeciwnik awanturującej się energicznie kobiety siedział jak dżin w słuchawce, całkiem cicho. Ona za to nie ustawała w boju, rycząc do telefonu, jak chlaśnięty jeżynowymi kolcami łoś, niewiarygodnie po prostu:
- Esemesy do mnie przychodzą z wróżbą! A ja nie chcę! Nie chcę za nich płacić! Żeby do mnie przychodziły nie chcę! – z każdym nie chcę nakręcała się bardziej.
Słusznie, proszę pani! I słusznie! Płacić za obcych esów? Kto by chciał? Też bym nie chciała, never! A co do samej wróżby – jakaś dobra byłaby w sumie nie od rzeczy.
*********************************************************
Ślizgała się na butach w zamyśleniu głębokim i była to oczywiście sprzeczność można powiedzieć sama w sobie, błąd krytyczny można tak powiedzieć, oksymoron, gdyż powinna się była ślizgać z uwagą, w równym tempie, panując nad sytuacją oraz ciałem. Z powodu tej zadumy, jednak zbyt ryzykownej jako oprawa dla tak zaawansowanej choreografii, praktycznie ekstremalnej, nie pamiętała nawet, co się stało. Jak się to potoczyło, że znalazła się nagle na ośnieżonej świeżo glebie, wylądowała z impetem, nie wysunąwszy podwozia, i szorowała wdzięcznie całą powierzchnią pleców po oblodzonym nieco gruncie. Zmieniwszy tak gwałtownie konfigurację ciała na całkowicie horyzontalną, co istotne - pod gołym niebem, zarejestrowała je ze zdziwieniem tuż nad sobą jako bezgwiezdne, a także ciężkie i zimowe (wreszcie!), nabrzmiałe od pokładów koronkowych wyrobów, oryginalnych płatków, jeszcze nie made in China, nieściemnionych, prawdziwie śnieżnych. Z autentycznym zimowym potencjałem. Oczywiście zrobiło to na niej duże wrażenie. Nie mniejsze zresztą wcale niż nie-widmowa postać, konkretna raczej, nie baśniowa, która w pewnym momencie zawisła nad nią groźnie, przesłaniając swoim korpusem kontemplowany z satysfakcją nieboskłon. Ujrzała uniesioną do góry dłoń, jakoś tak patetycznie potrząsającą palcem, kulfoniastym zdecydowanie, wycelowanym mniej więcej między jej oczy, co dawało dość komiczny efekt.
- Świat tak jest urządzony – kiwał palec - oraz życie, którego trzeba się uczyć przez cały okres jego trwania (nu nu! siekał powietrze palec), że preferuje sympatię do przebywania stałego w społeczności szerokiej optymalnie, uczestniczącej chętnie w różnych szoł z gatunku reality, także do karaoke oraz ciągłego szlifowania normy, przepraszam – formy, bez paroksyzmów niesmacznych czy innych anomalii. Oraz radosną gotowość do urzeczywistnienia 2-3 podróży rocznie, międzykontynentalnych najlepiej, w ogólnie wszystkim znane, ale zaskakujące miejsca, woow, i w całkiem innym celu niż zrealizowanie kilku fotek. Bezdyskusyjne i szczere powinno być to wszystko, jak menedżerskie oblicze, gdy prace zakończywszy, na spoczynek powraca jego pan. Zaprawdę ci powiadam, don’t you like it?
Tu przerwał, lecz nie znikał, nadal blokując jej perspektywę.
- Zaprawdę? – pomyślała – ZA PRAWDĘ? Co za koszmar. Chce, żebym wzięła za prawdę jakiś kosmiczny kit? W żywe oczy?
- Przepraszam pana bardzo…– to na pewno nie był jej głos, tego od palca też nie. Pojawił się ktoś trzeci, ale słabo jakoś, pod zbyt ostrym kątem go widziała. – Pan, zdaje się, ulega zasadniczej iluzji: że świat jest u r z ą d z o n y. Że życie się poddaje procesom edukacji itede. Świat jest wyjątkiem, panie! I radzi sobie świetnie z każdym formatem paradoksu: z głodem w Afryce może jakoś żyć i z przeżarciem w Ameryce równie dobrze. Więc niech pan nie ogłasza, że jakiś ład w przyrodzie burzy ona - machnął w jej stronę - posiadając na przykład biurko, które wygląda, jak rumuńska osada, tzn. równie malowniczo, i kiedy przy nim siada, w jednej szufladzie trzyma stopę, w drugiej logitechową mysz. Lub że narusza porządek, nie wykonując podróży międzykontynentalnych żadnych w bliższym i dalszym czasie, ponieważ nie ma na to ochoty. I że każdy przesypujący jej się przez dłonie nadmiar pozwala zdziobać krukom. No i co? I niechże pan nie zgina tak tego palca, bo panu na nim zawieszę coś niefajnego. A tak w ogóle, lulajże pan wreszcie, śpij. Kysz! kliszowata maro, łapko na muchy.
Nagle ucichło wszystko. A ona nie wiedziała, co się stało. Nie bardzo jakoś chciała zbierać się w sobie po tym zajściu. Na koniec wstała wreszcie i nawet odruchowo wróciła do ślizgania się na tych swoich podatnych butkach. Szybko przystanęła jednak przezornie. Dobiegł ją mocny odgłos jakiejś wyraźnej afery, toczącej się na szczęście w połowie wirtualnie, gdyż przeciwnik awanturującej się energicznie kobiety siedział jak dżin w słuchawce, całkiem cicho. Ona za to nie ustawała w boju, rycząc do telefonu, jak chlaśnięty jeżynowymi kolcami łoś, niewiarygodnie po prostu:
- Esemesy do mnie przychodzą z wróżbą! A ja nie chcę! Nie chcę za nich płacić! Żeby do mnie przychodziły nie chcę! – z każdym nie chcę nakręcała się bardziej.
Słusznie, proszę pani! I słusznie! Płacić za obcych esów? Kto by chciał? Też bym nie chciała, never! A co do samej wróżby – jakaś dobra byłaby w sumie nie od rzeczy.
*********************************************************
niedziela, 11 grudnia 2011
MOCE-NIE-MOCE (tryptyk)
*********************************************************
I. UWIELBIENIE
- Rzeczywiście tak bardzo?
- Bardzo.
- Zawsze?
- Nie zawsze.
- A kiedy?
- W przypadku kotki, na przykład, co gdyby tylko zechciała, mogłaby być celebrytką, ale ma to gdzieś i woli chodzić własnymi ścieżkami. Kiedy siedzę ze sprzętem na podłodze, a ona wpycha mi się bezczelnie na klawiaturę, plask! bez pardonu kuprem i jakby nigdy nic zabiera się do mycia futra swojego wraz z podszerstkiem, pilnie, z wyprężoną do góry nogą, rzucając mi mimochodem wystudiowane spojrzenia (pt. „tylko sobie nie wyobrażaj Bóg wie czego”).
II. BOJAŹLIWOŚĆ
- Zawsze?
- Nie zawsze.
- A kiedy?
- Kiedy mijam ciało martwej kuny lub tchórzofretki raczej, sądząc z fotek znalezionych w necie po wpisaniu w guglu łasicowate. Już drugi tydzień. Codziennie. Leży tak tuż przy drodze, ciągle w tym samym miejscu, niewiarygodnie nietknięta. Niczym. Rozkładem także nie, z powodu stosunkowo korzystnej dla zwłok temperatury. Wygląda perfekcyjnie, jak spetryfikowana, w pełnej krasie, srebrzysto-szara, z najpiękniejszym puszystym ogonem, jaki widziałam w życiu. Jak z disneja. Jeden dzień, drugi, trzeci… Czego się spodziewałam? Że jakiś rakarz od fretek uprzątnie te drobne zwłoki? Choćby w celach komercyjnych (futro)? Że pies jakiś je porwie, gdzieś zawlecze? Nie mam pojęcia. W każdym razie nic takiego się nie stało. Czwartego dnia zrobiło mi się wstyd, że mułowato przechodzę obok tego wyrazistego ciałka, bezczeszczonego ogólną obojętnością, zaniechaniem. - Świrująca Antygono, witaj w klubie – pomyślałam, rozglądając się dokoła. Miejsca na pochówek było sporo.
III. PORAŻKA
- Kiedy?
- Gdy przerasta mnie Antygona. Kiedy jestem jej spękaną siostrą.

*********************************************************
I. UWIELBIENIE
- Rzeczywiście tak bardzo?
- Bardzo.
- Zawsze?
- Nie zawsze.
- A kiedy?
- W przypadku kotki, na przykład, co gdyby tylko zechciała, mogłaby być celebrytką, ale ma to gdzieś i woli chodzić własnymi ścieżkami. Kiedy siedzę ze sprzętem na podłodze, a ona wpycha mi się bezczelnie na klawiaturę, plask! bez pardonu kuprem i jakby nigdy nic zabiera się do mycia futra swojego wraz z podszerstkiem, pilnie, z wyprężoną do góry nogą, rzucając mi mimochodem wystudiowane spojrzenia (pt. „tylko sobie nie wyobrażaj Bóg wie czego”).
II. BOJAŹLIWOŚĆ
- Zawsze?
- Nie zawsze.
- A kiedy?
- Kiedy mijam ciało martwej kuny lub tchórzofretki raczej, sądząc z fotek znalezionych w necie po wpisaniu w guglu łasicowate. Już drugi tydzień. Codziennie. Leży tak tuż przy drodze, ciągle w tym samym miejscu, niewiarygodnie nietknięta. Niczym. Rozkładem także nie, z powodu stosunkowo korzystnej dla zwłok temperatury. Wygląda perfekcyjnie, jak spetryfikowana, w pełnej krasie, srebrzysto-szara, z najpiękniejszym puszystym ogonem, jaki widziałam w życiu. Jak z disneja. Jeden dzień, drugi, trzeci… Czego się spodziewałam? Że jakiś rakarz od fretek uprzątnie te drobne zwłoki? Choćby w celach komercyjnych (futro)? Że pies jakiś je porwie, gdzieś zawlecze? Nie mam pojęcia. W każdym razie nic takiego się nie stało. Czwartego dnia zrobiło mi się wstyd, że mułowato przechodzę obok tego wyrazistego ciałka, bezczeszczonego ogólną obojętnością, zaniechaniem. - Świrująca Antygono, witaj w klubie – pomyślałam, rozglądając się dokoła. Miejsca na pochówek było sporo.
III. PORAŻKA
- Kiedy?
- Gdy przerasta mnie Antygona. Kiedy jestem jej spękaną siostrą.

*********************************************************
wtorek, 6 grudnia 2011
Primitivo, czyli sztuka przetrwania
*********************************************************
Najświeższe doniesienia z zagranicy klatki schodowej tutejszej, zaciemnionej zazwyczaj na tyle, że gdy wracała wieczorem w swojej za dużej czapce o rastamańskim profilu, była brana przez emerytów za figurę małego powstańca, skradającego się jak duży kot, w pożyczonym od dorosłego kolegi hełmie, no więc takie były najnowsze niusy, że się w pobliżu kręci jakaś ekipa niehalo lub raczej halo zbyt wielkie, bo hałasują hejami, dzwoniącymi praktycznie na okrągło i nawijają bez końca. Robią to fanatycznie, angażując w ten proces całe ciało, z akcentem na kończyny i mięśnie karków, podduszonych opinającymi je łańcuchami. Patrzyła i myślała, że gdyby w ich przypadku zadziałało realnie zaklęcie poetyckie, pochodzące z lektury szkolnej pod tytułem Wesele („co kto w swoich widzi snach”), pod wpływem którego ucieleśnić by się zdołało to, co przetrzymują w nieludzkich warunkach pod wygolonymi gładko czaszkami, podświadome, byłoby to tak wypaśne w zmaterializowanej formie, że nie weszłoby do żadnej windy. I po schodach by to trzeba było wlec, łup łup. Mówmy szczerze: po prostu się bała, więc wychodząc, a zwłaszcza mijając tych nie-ziomów-nie-wiadomo-skąd, nie chciała spaścić tej sceny prowokującym grymasem, błyskiem źle oświetlonej gałki ocznej, dlatego zawiesiła wzrok na przeciwległej ścianie, gdzie w niezłoconych ramkach ktoś abstrakcyjnie umieścił jakieś dzieło ludycznej sztuki, kolorowe. Co do myśli – myślała o klatce, schodami w górę i w dół, poprzez którą, w odniesieniu do której określała miejsce, gdzie zasypia i gdzie żyje w symbiozie zazwyczaj, i gdzie podoba jej się. Klatkę i sztukę naiwną darząc ciepłymi myślami, wbijała się na chodnik i stawało się dziwne, że tak spokojnie kroczy, bez przeszkód, choć nieswobodnie przecież, bo w daszkiem zacienionym pasie starała się poruszać, jednak.
- Cienia szukasz? – padło z lewej strony, nagle, i prawdopodobieństwo zadziania się czegoś w tym kontekście, w kontekście tej wizyty („że się kręcą”), wzrosło gwałtownie.
- Windy szukam – zaryzykowała bezczelność, że niby żart taki, haha, ale słabo raczej miała pomysł na kontynuowanie tego z kitem zapodanego dialogu. Więc może niekoniecznie wybrała dobrą opcję z tą windą, zbyt po bandzie, bo źrenice łańcuchowego koleżki rozszerzyły się jeszcze bardziej, prawie poza granice oka. – Nie wszyscy żyją długo i szczęśliwie – właściwie nie zdążyła tego pomyśleć. Ostre, późnojesienne powietrze rozdarł wyzwalający umc-umc komórkowego dzwonka, intensywny. Nie mógł łysy - wiadomo, że nie mógł – zignorować własnej telefonicznej interakcji, w dodatku na rzecz dialogu niepewnego, niekomórkowego, z nieznajomą poszukiwaczką wind jakąś, oj tam. Kliknął przycisk i stało się jasne. Nie musiała już rozkminiać, co ma w oczach. Poszła zatem. W oknie siedział kotek, do którego mogła się odwrócić, ale wolała tego nie robić, żeby łysy nie poszedł przypadkiem za jej wzrokiem.
*********************************************************
Najświeższe doniesienia z zagranicy klatki schodowej tutejszej, zaciemnionej zazwyczaj na tyle, że gdy wracała wieczorem w swojej za dużej czapce o rastamańskim profilu, była brana przez emerytów za figurę małego powstańca, skradającego się jak duży kot, w pożyczonym od dorosłego kolegi hełmie, no więc takie były najnowsze niusy, że się w pobliżu kręci jakaś ekipa niehalo lub raczej halo zbyt wielkie, bo hałasują hejami, dzwoniącymi praktycznie na okrągło i nawijają bez końca. Robią to fanatycznie, angażując w ten proces całe ciało, z akcentem na kończyny i mięśnie karków, podduszonych opinającymi je łańcuchami. Patrzyła i myślała, że gdyby w ich przypadku zadziałało realnie zaklęcie poetyckie, pochodzące z lektury szkolnej pod tytułem Wesele („co kto w swoich widzi snach”), pod wpływem którego ucieleśnić by się zdołało to, co przetrzymują w nieludzkich warunkach pod wygolonymi gładko czaszkami, podświadome, byłoby to tak wypaśne w zmaterializowanej formie, że nie weszłoby do żadnej windy. I po schodach by to trzeba było wlec, łup łup. Mówmy szczerze: po prostu się bała, więc wychodząc, a zwłaszcza mijając tych nie-ziomów-nie-wiadomo-skąd, nie chciała spaścić tej sceny prowokującym grymasem, błyskiem źle oświetlonej gałki ocznej, dlatego zawiesiła wzrok na przeciwległej ścianie, gdzie w niezłoconych ramkach ktoś abstrakcyjnie umieścił jakieś dzieło ludycznej sztuki, kolorowe. Co do myśli – myślała o klatce, schodami w górę i w dół, poprzez którą, w odniesieniu do której określała miejsce, gdzie zasypia i gdzie żyje w symbiozie zazwyczaj, i gdzie podoba jej się. Klatkę i sztukę naiwną darząc ciepłymi myślami, wbijała się na chodnik i stawało się dziwne, że tak spokojnie kroczy, bez przeszkód, choć nieswobodnie przecież, bo w daszkiem zacienionym pasie starała się poruszać, jednak.
- Cienia szukasz? – padło z lewej strony, nagle, i prawdopodobieństwo zadziania się czegoś w tym kontekście, w kontekście tej wizyty („że się kręcą”), wzrosło gwałtownie.
- Windy szukam – zaryzykowała bezczelność, że niby żart taki, haha, ale słabo raczej miała pomysł na kontynuowanie tego z kitem zapodanego dialogu. Więc może niekoniecznie wybrała dobrą opcję z tą windą, zbyt po bandzie, bo źrenice łańcuchowego koleżki rozszerzyły się jeszcze bardziej, prawie poza granice oka. – Nie wszyscy żyją długo i szczęśliwie – właściwie nie zdążyła tego pomyśleć. Ostre, późnojesienne powietrze rozdarł wyzwalający umc-umc komórkowego dzwonka, intensywny. Nie mógł łysy - wiadomo, że nie mógł – zignorować własnej telefonicznej interakcji, w dodatku na rzecz dialogu niepewnego, niekomórkowego, z nieznajomą poszukiwaczką wind jakąś, oj tam. Kliknął przycisk i stało się jasne. Nie musiała już rozkminiać, co ma w oczach. Poszła zatem. W oknie siedział kotek, do którego mogła się odwrócić, ale wolała tego nie robić, żeby łysy nie poszedł przypadkiem za jej wzrokiem.
*********************************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)