*********************************************************
LAURENTY siada przy stole, bierze do ręki białe gęsie pióro
PELASIA Pióro leci z rąk?
LAURENTY To od formalnych gier
to od formalnych mąk
LAURENTY wkłada ręce do kieszeni (wraz z piórem, przez co ulega ono deformacji). Zamiera w pozie przegubowca, który - zaszedłszy przy skręcie - ucieleśnia pra-potęgę absurdu. W tle słychać cichy skowyt twórcy rozkładu jazdy.
*********************************************************
niedziela, 27 marca 2011
poniedziałek, 21 marca 2011
Mówię nie, by powiedzieć tak
*********************************************************
Przeglądam ocalonego poetę, który ma wielką umiejętność (a może defekt taki) bezstratnego kompresowania sensów, ekstremalnego tak bardzo, że balansuje na granicy milczenia. Nurkuje w język, jak do grobu, pozostając wielkim niespełnieniem dla wszystkich tłumaczy świata.
To, co zrobię za chwilę jest po prostu niewybaczalne: zacznę wiersz i go nie dokończę. Okaleczę go tylko po to, żeby wyszedł fajny kawałek o bogu (bo dalej już nie jest tak "fajnie"):
RAZ,
słyszałem go,
mył świat,
niewidzialny, całą noc,
naprawdę.
*********************************************************
Przeglądam ocalonego poetę, który ma wielką umiejętność (a może defekt taki) bezstratnego kompresowania sensów, ekstremalnego tak bardzo, że balansuje na granicy milczenia. Nurkuje w język, jak do grobu, pozostając wielkim niespełnieniem dla wszystkich tłumaczy świata.
To, co zrobię za chwilę jest po prostu niewybaczalne: zacznę wiersz i go nie dokończę. Okaleczę go tylko po to, żeby wyszedł fajny kawałek o bogu (bo dalej już nie jest tak "fajnie"):
RAZ,
słyszałem go,
mył świat,
niewidzialny, całą noc,
naprawdę.
*********************************************************
niedziela, 20 marca 2011
Balans
*********************************************************
Wybierając opcję karkołomność (bez windy, głową w dół i z bosymi piętkami nad wodą - za to woda wielka i czysta), liczę także na cudzą odwagę. Błąd?
Skoro jednak podkreślam u Bernharda, odwracając w myślach męskie i żeńskie:
"Czym naprawdę byłby dla mnie Rzym bez niej? pomyślałem. Jakie to szczęście, że wystarczy mi przejść zaledwie kilka kroków, aby odżyć w jej obecności, jakie szczęście, że Maria istnieje. (..) Ona nie cofa się przed niczym w swoich myślach, pomyślałem. Jest dla mnie zawsze przeżyciem."
A tak w ogóle - zaskakuje mnie potoczystość Wymazywania (mam w pamięci mozół Zaburzenia), całkiem inna monotonia, dużo bardziej łaskawy Bernhard (ale tylko formalnie, formalnie! bo materia bez cienia znieczulenia!)
Plus, jak zawsze, zbieżności światopoglądowe. Choćby takie:
"Naprawdę bez trudu można udowodnić, że sprawcami nieszczęść tego świata są myśliwi, wszyscy dyktatorzy byli zapalonymi myśliwymi, oddaliby wszystko za polowanie, za polowanie zabiliby własny naród, co przecież nieraz widzieliśmy. Myśliwymi byli faszyści, myśliwymi byli narodowi socjaliści. (..) Łowczy bardzo wcześnie dziadzieją i zapijają się."
Imponuje mi literacka bezkompromisowość tego gościa.
*********************************************************
PS Cytaty pochodzą z Wymazywania T. Bernharda.
*********************************************************
Wybierając opcję karkołomność (bez windy, głową w dół i z bosymi piętkami nad wodą - za to woda wielka i czysta), liczę także na cudzą odwagę. Błąd?
Skoro jednak podkreślam u Bernharda, odwracając w myślach męskie i żeńskie:
"Czym naprawdę byłby dla mnie Rzym bez niej? pomyślałem. Jakie to szczęście, że wystarczy mi przejść zaledwie kilka kroków, aby odżyć w jej obecności, jakie szczęście, że Maria istnieje. (..) Ona nie cofa się przed niczym w swoich myślach, pomyślałem. Jest dla mnie zawsze przeżyciem."
A tak w ogóle - zaskakuje mnie potoczystość Wymazywania (mam w pamięci mozół Zaburzenia), całkiem inna monotonia, dużo bardziej łaskawy Bernhard (ale tylko formalnie, formalnie! bo materia bez cienia znieczulenia!)
Plus, jak zawsze, zbieżności światopoglądowe. Choćby takie:
"Naprawdę bez trudu można udowodnić, że sprawcami nieszczęść tego świata są myśliwi, wszyscy dyktatorzy byli zapalonymi myśliwymi, oddaliby wszystko za polowanie, za polowanie zabiliby własny naród, co przecież nieraz widzieliśmy. Myśliwymi byli faszyści, myśliwymi byli narodowi socjaliści. (..) Łowczy bardzo wcześnie dziadzieją i zapijają się."
Imponuje mi literacka bezkompromisowość tego gościa.
*********************************************************
PS Cytaty pochodzą z Wymazywania T. Bernharda.
*********************************************************
środa, 4 sierpnia 2010
Wojna i pokój (z widokiem)
*********************************************************
Gdy płonie Moskwa, podpalona przez napoleońskich żołnierzy, a przerażeni uciekinierzy, wisząc u okien, patrzą z oddali na ten pogrom, Natasza Rostowa nawet nie zerka w tym kierunku. Obok płonie w gorączce książę Andrzej. Dogorywająca widowiskowo Moskwa nie ma szans. Jest dla Nataszy niczym wobec konającego w półmroku Andrzeja Bołkońskiego. W punkcie dojścia powieści ta sama/nie ta sama Natasza spotyka odmienionego przez podobne doświadczenia Pierre'a. Nie wiemy, co będzie dalej.
Kiedy w Pokoju z widokiem na oczach głównej bohaterki ginie człowiek - w konwulsjach, zalewając się krwią - próbuje ona zbagatelizować ten fakt, desperacko czyści sobie pamięć. Okazuje się jednak, że jest ktoś - współświadek zdarzenia - kto potrafi zaprzeczyć jej staraniom, przyznać temu przeżyciu właściwą, prawdziwą rangę: - Na naszych oczach rozegrała się tragedia - mówi George. - Ja nie jestem już taki sam, jak przed nią, i ty nie jesteś taka sama.
- O, kurczę, wieki całe! W ogóle się nie zmieniłaś! - słyszę zewsząd przy każdym spotkaniu po co najmniej rocznym niewidzeniu. Oczywiście wiem, że to konwencja, ale i tak mam ochotę odpowiedzieć: - Ty też, kurczę. I to nie jest komplement.
*********************************************************
Gdy płonie Moskwa, podpalona przez napoleońskich żołnierzy, a przerażeni uciekinierzy, wisząc u okien, patrzą z oddali na ten pogrom, Natasza Rostowa nawet nie zerka w tym kierunku. Obok płonie w gorączce książę Andrzej. Dogorywająca widowiskowo Moskwa nie ma szans. Jest dla Nataszy niczym wobec konającego w półmroku Andrzeja Bołkońskiego. W punkcie dojścia powieści ta sama/nie ta sama Natasza spotyka odmienionego przez podobne doświadczenia Pierre'a. Nie wiemy, co będzie dalej.
Kiedy w Pokoju z widokiem na oczach głównej bohaterki ginie człowiek - w konwulsjach, zalewając się krwią - próbuje ona zbagatelizować ten fakt, desperacko czyści sobie pamięć. Okazuje się jednak, że jest ktoś - współświadek zdarzenia - kto potrafi zaprzeczyć jej staraniom, przyznać temu przeżyciu właściwą, prawdziwą rangę: - Na naszych oczach rozegrała się tragedia - mówi George. - Ja nie jestem już taki sam, jak przed nią, i ty nie jesteś taka sama.
- O, kurczę, wieki całe! W ogóle się nie zmieniłaś! - słyszę zewsząd przy każdym spotkaniu po co najmniej rocznym niewidzeniu. Oczywiście wiem, że to konwencja, ale i tak mam ochotę odpowiedzieć: - Ty też, kurczę. I to nie jest komplement.
*********************************************************
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Much Madness is divinest Sense --
*********************************************************
Generalna rewolucja (czy bywają niegeneralne?). W tle muzycznym Moja Emily Dickinson, album by Andrzej Bonarek, wokal Moniki Wierzbickiej(tutaj próbka). Przypomniałam sobie o nim na okoliczność tej rewolty (która wprawdzie transgresją żadną nie jest). Co to? Kto to? Jak to? Wszystkich jakoś dotyka ta płyta, nawet tych, którzy się na nią krzywią. Tych Normalnych. Kto się oprze zatraconemu transowi, nakręcanemu przez smyczki w numerze czterysta trzydziestym piątym?
# 435
Czyste Szaleństwo to najwyższy Rozum -
Gdy je przeniknąć Zrozumienia błyskiem -
A czysty Rozum to upadek w Obłęd -
Lecz Większość - jak we Wszystkim -
Narzuca swoje Kategorie -
Przyjmij je - jesteś Normalny -
Odrzuć - czekają na Furiata
Kajdany i Kaftany -
Kotka zamienia się w słuch przy tysiąc siedemset trzydziestym drugim:
# 1732
Dwakroć przeżyłam życia koniec —
Ale wciąż czekam przecież,
Czy Nieśmiertelność mi odsłoni
Jakieś zdarzenie trzecie —
Ja zwłaszcza przy sześćset czterdziestym:
Nie mogę dzielić z Tobą
Śmierci —
*********************************************************
Generalna rewolucja (czy bywają niegeneralne?). W tle muzycznym Moja Emily Dickinson, album by Andrzej Bonarek, wokal Moniki Wierzbickiej(tutaj próbka). Przypomniałam sobie o nim na okoliczność tej rewolty (która wprawdzie transgresją żadną nie jest). Co to? Kto to? Jak to? Wszystkich jakoś dotyka ta płyta, nawet tych, którzy się na nią krzywią. Tych Normalnych. Kto się oprze zatraconemu transowi, nakręcanemu przez smyczki w numerze czterysta trzydziestym piątym?
# 435
Czyste Szaleństwo to najwyższy Rozum -
Gdy je przeniknąć Zrozumienia błyskiem -
A czysty Rozum to upadek w Obłęd -
Lecz Większość - jak we Wszystkim -
Narzuca swoje Kategorie -
Przyjmij je - jesteś Normalny -
Odrzuć - czekają na Furiata
Kajdany i Kaftany -
Kotka zamienia się w słuch przy tysiąc siedemset trzydziestym drugim:
# 1732
Dwakroć przeżyłam życia koniec —
Ale wciąż czekam przecież,
Czy Nieśmiertelność mi odsłoni
Jakieś zdarzenie trzecie —
Ja zwłaszcza przy sześćset czterdziestym:
Nie mogę dzielić z Tobą
Śmierci —
*********************************************************
niedziela, 1 sierpnia 2010
Nieczytelność zasad
*********************************************************
Kot może sobie pozwolić na brak poczucia humoru, bo ma dziewięć żyć (three for playing, three for straying, three for staying). Nie musi wspierać się bajkami o jakichś kocich aniołach czy innych wąsatych świętych, pobrzękujących zachęcająco błyskotkami. Może sobie uprawiać na co dzień ten swój koci egzystencjalny hardkor - w kotka i myszkę zabawę, bycie jawne i bycie w ukryciu, w istnienie i nieistnienie, w życie oraz brak życia, w szukającego Abla i przyczajonego Kaina. A w zabawie drasnąć znienacka pazurem - przez przypadek niby, ale na tyle głęboko, żeby zademonstrować zakłamanemu obiektowi, nieświadomemu własnej wrażliwości, że pod którąś z kolei powłoką leży coś innego niż żart. Boli! Dobra rada: polać miejsce wodą utlenioną, chyba że rana jest zbyt rozległa. Co jest dalej? Zależy kto pyta. Wyższy poziom lub proste game over. Dla niektórych do dziewięciu razy sztuka.
*********************************************************
Kot może sobie pozwolić na brak poczucia humoru, bo ma dziewięć żyć (three for playing, three for straying, three for staying). Nie musi wspierać się bajkami o jakichś kocich aniołach czy innych wąsatych świętych, pobrzękujących zachęcająco błyskotkami. Może sobie uprawiać na co dzień ten swój koci egzystencjalny hardkor - w kotka i myszkę zabawę, bycie jawne i bycie w ukryciu, w istnienie i nieistnienie, w życie oraz brak życia, w szukającego Abla i przyczajonego Kaina. A w zabawie drasnąć znienacka pazurem - przez przypadek niby, ale na tyle głęboko, żeby zademonstrować zakłamanemu obiektowi, nieświadomemu własnej wrażliwości, że pod którąś z kolei powłoką leży coś innego niż żart. Boli! Dobra rada: polać miejsce wodą utlenioną, chyba że rana jest zbyt rozległa. Co jest dalej? Zależy kto pyta. Wyższy poziom lub proste game over. Dla niektórych do dziewięciu razy sztuka.
*********************************************************
niedziela, 18 lipca 2010
Słońce w gwiazdozbiorze Psa
*********************************************************
Jest tak, że płynące słowa zamieniają się z sykiem w lotną parę. Upał wiesza się na tobie, kręci sobie stryczek na twojej szyi, a ty nie możesz mu odmówić ostatniej przysługi. Konasz lojalnie razem z nim. Potem umieszczasz jego prochy w lodowej urnie i podajesz z leśnymi poziomkami, na szorstkim liściu maliny. Nieumyte naczynia zgarnia zmierzch.
*********************************************************
Jest tak, że płynące słowa zamieniają się z sykiem w lotną parę. Upał wiesza się na tobie, kręci sobie stryczek na twojej szyi, a ty nie możesz mu odmówić ostatniej przysługi. Konasz lojalnie razem z nim. Potem umieszczasz jego prochy w lodowej urnie i podajesz z leśnymi poziomkami, na szorstkim liściu maliny. Nieumyte naczynia zgarnia zmierzch.
*********************************************************
wtorek, 13 lipca 2010
Pochwała kaprysu
*********************************************************
NIE TAK
EIN KAT
Czy wszystko muszę robić wspak?
Tak, nie muszę.
Nie, tak chcę.
Z matki Przekory, ojca Paradoksa. Silne spojrzenie spode łba. Praktykowane często. Zaczepne mimo woli. Sterowane prawem kontrastu - im większe zagęszczenie w powietrzu trzepocących z kokieterią rzęs, ociekających jak wata cukrowa, przegiętych, tym chętniej cedzi chłodno przez pociemniałe siatkówki, nie trzepocąc: nie muszę, nie chcę, nie licz, przypadkowy lub intencjonalny przechodniu, raczej spadaj. Oczywiście nie wszyscy dają się na to nabrać. Na szczęście, bo to wtedy dochodzi do miłej sytuacji - rozpoznania, kiedy tzw. swój trafia na tzw. swego. Rzadkie kejsy, ale występują w przyrodzie. Może mniej namacalnie niż rozdarte do nieprzytomności ptaki o porankach (przy których filharmonicy wiedeńscy są garstką lichych rzemieślników bardzo stęsknionych za talentem) lub bezdomne, obrzydliwe ślimaki, popełniające zbiorowe samobójstwa na miejskich trotuarach tuż po deszczu, albo lody pachnące i słodkie, brak ciszy, nadmiar światła, ale jednak TAK - występują (albo KAT, jeśli w lustrze kto woli).
I jeszcze taki kejs: ful roboty, a gość z pokoju obok jak zawsze w pewnym momencie porzuca wszystko, przerywa sobie, tobie i jemu w pół zdania i wychodzi z racji chęci poprzedzenia kolacji obiadem zjedzonym o stosownej porze (mimo braku przerwy na lunch). Wtedy myślę za Dostojewskim: niech świat zginie, bylem tylko mógł pić swoją herbatę. Tak trzymać:)
*********************************************************
NIE TAK
EIN KAT
Czy wszystko muszę robić wspak?
Tak, nie muszę.
Nie, tak chcę.
Z matki Przekory, ojca Paradoksa. Silne spojrzenie spode łba. Praktykowane często. Zaczepne mimo woli. Sterowane prawem kontrastu - im większe zagęszczenie w powietrzu trzepocących z kokieterią rzęs, ociekających jak wata cukrowa, przegiętych, tym chętniej cedzi chłodno przez pociemniałe siatkówki, nie trzepocąc: nie muszę, nie chcę, nie licz, przypadkowy lub intencjonalny przechodniu, raczej spadaj. Oczywiście nie wszyscy dają się na to nabrać. Na szczęście, bo to wtedy dochodzi do miłej sytuacji - rozpoznania, kiedy tzw. swój trafia na tzw. swego. Rzadkie kejsy, ale występują w przyrodzie. Może mniej namacalnie niż rozdarte do nieprzytomności ptaki o porankach (przy których filharmonicy wiedeńscy są garstką lichych rzemieślników bardzo stęsknionych za talentem) lub bezdomne, obrzydliwe ślimaki, popełniające zbiorowe samobójstwa na miejskich trotuarach tuż po deszczu, albo lody pachnące i słodkie, brak ciszy, nadmiar światła, ale jednak TAK - występują (albo KAT, jeśli w lustrze kto woli).
I jeszcze taki kejs: ful roboty, a gość z pokoju obok jak zawsze w pewnym momencie porzuca wszystko, przerywa sobie, tobie i jemu w pół zdania i wychodzi z racji chęci poprzedzenia kolacji obiadem zjedzonym o stosownej porze (mimo braku przerwy na lunch). Wtedy myślę za Dostojewskim: niech świat zginie, bylem tylko mógł pić swoją herbatę. Tak trzymać:)
*********************************************************
wtorek, 29 czerwca 2010
Cienia szukam?
*********************************************************
Wyskoczył nagle z bocznej ścieżki, ukrytej w gęstych krzakach. Nie oglądając się za siebie, wkroczył na chodnik, którym szłam. Nie zauważył mnie. Byłam bezgłośna w miękkich, szarych szmaciakach. I szybsza. Jego plecy były coraz większe. Zbliżałam się nieuchronnie. Wtem zatrzymał się gwałtownie i odwrócił. Zahamowałam ostro. Nie wiem, czego się spodziewał, ale uśmiechnął się na mój widok.
- Patrzę, co to za cień... - wskazał na chodnik, gdzie ogromniała gotycko moja sylwetka, ostra, mocno wydłużona, wyprzedzała mnie o dobrych parę metrów.
- ...a to ja - dokończyłam z uśmiechem.
Roześmiał się. Spodobało mu się. Chwilę jeszcze patrzyliśmy pod nogi. Było na co. Potężnieliśmy tam oboje bez skrupułów, zagarniając kawał terytorium. W rzeczywistości ułomki - on mały, czerstwy staruszek, ja o gabarytach mimozy - na chodniku byliśmy gigantami. Postawieni do pionu, w tej postaci, moglibyśmy gadać z czubkami drzew. Gorzej z ludźmi. - Tu wieża, jak mnie słychać? Jeśli trochę słabo, to sorry. Szczerze mówiąc, pytam pro forma. Łączność z ziemią obchodzi mnie, owszem, ale nie jest dla mnie priorytetem. Nadaję na takich falach, że tylko wieże pokrewne mogą słyszeć więcej niż zwykły szum.
Tymczasem dziadek od cienia, nieznajomy, znowu gwałtownie skręcił, po czym zniknął równie nagle, jak się pojawił. Jasny poranek trwał, słońce nadal figlowało za moimi plecami. Obejrzałam się na zamaszysty łuk. Nawet jeśli sens, za którym gonię, jest tylko cieniem strzelistym, i tak nie zdołam go podeptać. To już wiem.
*********************************************************
Wyskoczył nagle z bocznej ścieżki, ukrytej w gęstych krzakach. Nie oglądając się za siebie, wkroczył na chodnik, którym szłam. Nie zauważył mnie. Byłam bezgłośna w miękkich, szarych szmaciakach. I szybsza. Jego plecy były coraz większe. Zbliżałam się nieuchronnie. Wtem zatrzymał się gwałtownie i odwrócił. Zahamowałam ostro. Nie wiem, czego się spodziewał, ale uśmiechnął się na mój widok.
- Patrzę, co to za cień... - wskazał na chodnik, gdzie ogromniała gotycko moja sylwetka, ostra, mocno wydłużona, wyprzedzała mnie o dobrych parę metrów.
- ...a to ja - dokończyłam z uśmiechem.
Roześmiał się. Spodobało mu się. Chwilę jeszcze patrzyliśmy pod nogi. Było na co. Potężnieliśmy tam oboje bez skrupułów, zagarniając kawał terytorium. W rzeczywistości ułomki - on mały, czerstwy staruszek, ja o gabarytach mimozy - na chodniku byliśmy gigantami. Postawieni do pionu, w tej postaci, moglibyśmy gadać z czubkami drzew. Gorzej z ludźmi. - Tu wieża, jak mnie słychać? Jeśli trochę słabo, to sorry. Szczerze mówiąc, pytam pro forma. Łączność z ziemią obchodzi mnie, owszem, ale nie jest dla mnie priorytetem. Nadaję na takich falach, że tylko wieże pokrewne mogą słyszeć więcej niż zwykły szum.
Tymczasem dziadek od cienia, nieznajomy, znowu gwałtownie skręcił, po czym zniknął równie nagle, jak się pojawił. Jasny poranek trwał, słońce nadal figlowało za moimi plecami. Obejrzałam się na zamaszysty łuk. Nawet jeśli sens, za którym gonię, jest tylko cieniem strzelistym, i tak nie zdołam go podeptać. To już wiem.
*********************************************************
niedziela, 13 czerwca 2010
Założenia
*********************************************************
Och, och i jeszcze raz och! Tak szlochała wrona-zmartwiona (trzeba przyznać, że teatralnie), której przysnęło się nieco na słonku, w samo południe zresztą, wskutek czego wypłowiały jej prawie doszczętnie kruczoczarne, przepiękne pióra. Skonstatowawszy ten dramat, wrona zalała się łzami. Siedziała tak i płakała, operując powyższymi wykrzyknikami, aż pojawił się mały jeż, który był bystry, miał dobry charakter oraz czarny węgielek przy sobie. Dzielny jeżyk paroma zręcznymi ruchami łapek przywrócił wronie-zmartwionej pierwotną, głęboką czerń, przy pomocy węgielka oczywiście, tak fachowo, że była jeszcze piękniejsza niż przed tym przykrym incydentem.
Tyle bajka, która skończyła się dobrze. W realu jeżyk zażądałby pewnie od wrony niebagatelnej kaski za taki bodypainting, wprost proporcjonalnej zapewne do stanu desperacji, w jakim się znajdowała, jak również bazując na wiedzy, że nikt z jej bliskich przyjaciół i w ogóle nikt w okolicy stosownego węgielka nie posiada. Wrona zaczęłaby biegać po różnych kafkowskich instytucjach w celu uzyskania wystarczającej ilości gotówki na ten elementarny zabieg i niechybnie straciłaby wiarę w szlachetność oraz dobrą wolę zwierzątek, zamieszkujących las, a swoje potencjalne pociechy uczyłaby ku przestrodze wyłącznie anty-wierszyków, wypranych ekstremalnie z sielankowych, nadętych dyrdymałów, wypaczających prawdziwy obraz świata. Wyobrażam sobie jej rezolutne wronięta, recytujące z zapałem:
- Kto ty jesteś?
- Biedny głupek.
- Jaki znak twój?
- Oko w słupek.
- Gdzie ty mieszkasz?
- W Nonsenslandzie.
- Po czym stąpasz?
- Cóż, po bandzie.
Pozostaje mi przypomnieć złośliwie wszystkim rozczarowanym wronom, że i tak żyjemy na najlepszym ze światów! (miłosiernie za to nie dodam, przy jakim założeniu;)
Nasłuchawszy się tych wronich anty-bajek, odwracam się i odchodzę, buźka. Bright star, wierzę w ciebie, ale nie idę za tobą. Za chwilę całkiem się oddalisz (bo zakładam, że jesteś ruchomą gwiazdą).
*********************************************************
Och, och i jeszcze raz och! Tak szlochała wrona-zmartwiona (trzeba przyznać, że teatralnie), której przysnęło się nieco na słonku, w samo południe zresztą, wskutek czego wypłowiały jej prawie doszczętnie kruczoczarne, przepiękne pióra. Skonstatowawszy ten dramat, wrona zalała się łzami. Siedziała tak i płakała, operując powyższymi wykrzyknikami, aż pojawił się mały jeż, który był bystry, miał dobry charakter oraz czarny węgielek przy sobie. Dzielny jeżyk paroma zręcznymi ruchami łapek przywrócił wronie-zmartwionej pierwotną, głęboką czerń, przy pomocy węgielka oczywiście, tak fachowo, że była jeszcze piękniejsza niż przed tym przykrym incydentem.
Tyle bajka, która skończyła się dobrze. W realu jeżyk zażądałby pewnie od wrony niebagatelnej kaski za taki bodypainting, wprost proporcjonalnej zapewne do stanu desperacji, w jakim się znajdowała, jak również bazując na wiedzy, że nikt z jej bliskich przyjaciół i w ogóle nikt w okolicy stosownego węgielka nie posiada. Wrona zaczęłaby biegać po różnych kafkowskich instytucjach w celu uzyskania wystarczającej ilości gotówki na ten elementarny zabieg i niechybnie straciłaby wiarę w szlachetność oraz dobrą wolę zwierzątek, zamieszkujących las, a swoje potencjalne pociechy uczyłaby ku przestrodze wyłącznie anty-wierszyków, wypranych ekstremalnie z sielankowych, nadętych dyrdymałów, wypaczających prawdziwy obraz świata. Wyobrażam sobie jej rezolutne wronięta, recytujące z zapałem:
- Kto ty jesteś?
- Biedny głupek.
- Jaki znak twój?
- Oko w słupek.
- Gdzie ty mieszkasz?
- W Nonsenslandzie.
- Po czym stąpasz?
- Cóż, po bandzie.
Pozostaje mi przypomnieć złośliwie wszystkim rozczarowanym wronom, że i tak żyjemy na najlepszym ze światów! (miłosiernie za to nie dodam, przy jakim założeniu;)
Nasłuchawszy się tych wronich anty-bajek, odwracam się i odchodzę, buźka. Bright star, wierzę w ciebie, ale nie idę za tobą. Za chwilę całkiem się oddalisz (bo zakładam, że jesteś ruchomą gwiazdą).
*********************************************************
niedziela, 6 czerwca 2010
Wieczne niedoczekanie daj nam
*********************************************************
Hej, ty, lepiej tam nie idź! Dlaczego? Bo możesz ugrzęznąć po łydki, a nawet po kolana. W czym? W czymś mało apetycznym - w zsypie, w malowniczym mini-wysypisku, spontanicznym, anonimowym, w górze plastikowych worów, rozbebeszonych w większości, podejrzanych, podrzuconych przez kogoś o świcie, nad którymi unoszą się teraz chmary much. Nie, nie wiem, co tam jest w środku, ale widok jest obrzydliwy. Cała droga jest nimi zawalona. Gdzie? Tamtędy? Chyba też lepiej nie, tam ma teraz akurat seans lokalny święty Franio. Kto to? Taki tutejszy świrek, żulik jaśnie lewitujący, w uniesieniu całkiem dosłownym, jak najbardziej fizycznym, nad ziemią. Jak to? No, performens ma taki, że staje sobie bez ruchu w środku parkowego rondka, obwieszony różnymi betami, jak wystawna, magistracka choinka na wigilię, pękaty, krzyżuje ręce na wypchanej tekturami klacie, przymyka oczy, wtedy powoli zaczynają nadlatywać gołębie, obsiadają go hermetycznie, masz wrażenie, że wielowarstwowo. Czy się czymś smaruje? Nie sądzę, raczej działa bez konserwantów. Na ptaki-wabiącą-chemię żal by mu było kasy. Potem wykonuje Franio słaby ruch którąś ręką i gołębie zaczynają trzepotać skrzydłami, nie odrywając się od jego łachów. Wygląda, jakby unosił się parę centymetrów nad ziemią. Czad? No czad. Magiczny realizm. Jeszcze info - jak pójdziesz po skosie, spotkasz długiego chudzielca ze starannie zaczesaną łysiną i trzema psami: dwa duże, prawie rasowe, jeden mały, prawie kundelek. Chudy ściągnie cię na pewno wzrokiem i jeśli zobaczy przyzwolenie w twoich oczach, wda się z tobą w sympatyczną gadkę. Usłyszysz, jak walczył o pozostałe psy ze stada, dwa, otrute przez zwyrodnialców-sąsiadów, którzy myśleli, że ujdzie im to bezkarnie, ale niedoczekanie, panie, niedoczekanie!, dowiesz się, jak wielkie z nich były pieszczochy - świętej pamięci - i obejrzysz ich profesjonalne fotki zrobione przez zawodowca, który czesze aktualnie nagrody na międzynarodowych festiwalach. Jeśli powiesz, że musisz się zbierać, odprowadzi cię wybaczający uśmiech (skoro musisz...).
Co jeszcze możesz zrobić? Jeszcze wszystko. Oczywiście pod małym warunkiem - że szczęśliwie przyjdzie ci to do głowy. Nie, nie zdziwię się wcale, jeśli zaczniesz recytować Keatsa:
Bright Star, Would I were Steadfast as Thou Art
Będę wiedzieć, że też jesteś po super kinie. Zgadzam się, że Jane Campion zrobiła świetny film.
*********************************************************
Hej, ty, lepiej tam nie idź! Dlaczego? Bo możesz ugrzęznąć po łydki, a nawet po kolana. W czym? W czymś mało apetycznym - w zsypie, w malowniczym mini-wysypisku, spontanicznym, anonimowym, w górze plastikowych worów, rozbebeszonych w większości, podejrzanych, podrzuconych przez kogoś o świcie, nad którymi unoszą się teraz chmary much. Nie, nie wiem, co tam jest w środku, ale widok jest obrzydliwy. Cała droga jest nimi zawalona. Gdzie? Tamtędy? Chyba też lepiej nie, tam ma teraz akurat seans lokalny święty Franio. Kto to? Taki tutejszy świrek, żulik jaśnie lewitujący, w uniesieniu całkiem dosłownym, jak najbardziej fizycznym, nad ziemią. Jak to? No, performens ma taki, że staje sobie bez ruchu w środku parkowego rondka, obwieszony różnymi betami, jak wystawna, magistracka choinka na wigilię, pękaty, krzyżuje ręce na wypchanej tekturami klacie, przymyka oczy, wtedy powoli zaczynają nadlatywać gołębie, obsiadają go hermetycznie, masz wrażenie, że wielowarstwowo. Czy się czymś smaruje? Nie sądzę, raczej działa bez konserwantów. Na ptaki-wabiącą-chemię żal by mu było kasy. Potem wykonuje Franio słaby ruch którąś ręką i gołębie zaczynają trzepotać skrzydłami, nie odrywając się od jego łachów. Wygląda, jakby unosił się parę centymetrów nad ziemią. Czad? No czad. Magiczny realizm. Jeszcze info - jak pójdziesz po skosie, spotkasz długiego chudzielca ze starannie zaczesaną łysiną i trzema psami: dwa duże, prawie rasowe, jeden mały, prawie kundelek. Chudy ściągnie cię na pewno wzrokiem i jeśli zobaczy przyzwolenie w twoich oczach, wda się z tobą w sympatyczną gadkę. Usłyszysz, jak walczył o pozostałe psy ze stada, dwa, otrute przez zwyrodnialców-sąsiadów, którzy myśleli, że ujdzie im to bezkarnie, ale niedoczekanie, panie, niedoczekanie!, dowiesz się, jak wielkie z nich były pieszczochy - świętej pamięci - i obejrzysz ich profesjonalne fotki zrobione przez zawodowca, który czesze aktualnie nagrody na międzynarodowych festiwalach. Jeśli powiesz, że musisz się zbierać, odprowadzi cię wybaczający uśmiech (skoro musisz...).
Co jeszcze możesz zrobić? Jeszcze wszystko. Oczywiście pod małym warunkiem - że szczęśliwie przyjdzie ci to do głowy. Nie, nie zdziwię się wcale, jeśli zaczniesz recytować Keatsa:
Bright Star, Would I were Steadfast as Thou Art
Będę wiedzieć, że też jesteś po super kinie. Zgadzam się, że Jane Campion zrobiła świetny film.
*********************************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)